polskie centrum bizarro

„Wściekły atak łupieżu” by Artur „Dzikowy” Olchowy

In Opowiadania on Kwiecień 12, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŁupież… jedna z najgroźniejszych chorób cywilizacyjnych. Z pozoru niegroźny, w wypadku zmasowanego ataku upokarzający,  a w wypadku ekstremalnym swędzący jak cholera.  Niby niegroźne płateczki bieli, a czasem nie pomoże nawet głowa na karku, mądrym podsuwająca na przykład pomysł na zakup markowego szamponia „Głowa & Ramiona”. A jak on zawiedzie, to już tylko zaawansowana farmakologia zostaje.

Może być jednak gorzej.

A co, jeśli za łupieżowymi natarciami stoi jakaś złowroga świadomość (tu należy wstawić dramatyczny motyw dźwiękowy)? Tę ideę eksploruje Artur Olchowy znany jako Dzikowy, a jego tekst to opowieść o ambicji, wojnie, nieporadności, władzy i ciężkim zderzeniu z rzeczywistością. Dokładnie w tej kolejności, a nawet w przeciwnej – zresztą, zobaczcie sami! 

h

Wściekły atak łupieżu

h

Przygotowanie planów kampanii było poprzedzone wieloletnim biernym rozpoznaniem w okresie zimowym. Śnieżne Brygady Rozpoznania (ŚBR) zebrały wszechstronne dane na temat struktury wojska, zachowań i taktyki ludzi. Ze zgromadzonych informacji wynikało, że ludźmi dowodzą większe osobniki w bardziej stonowanych barwach. Mniejsze i bardziej kolorowe pełnią funkcje żołnierzy polowych i zaplecza logistyczno-technicznego.

Pierwszy etap kampanii „Kula śniegowa” (KS) zakładał atak bronią biologiczną. Pierwsza zima – rozpylenie rodników grzybów i drożdżaków w celu wywołania u ludzi łojotoku i łupieżu (KS 0-2). Druga zima – monitoring rozwoju infekcji i działania korygujące (KS 0-1). Jednocześnie wdrażanie strategii propagandowej „Twój przyjaciel bałwan” (TPB) i „Bałwan pod każdą strzechą” (BpKS). Wszystkie działania miały na celu zwiększenie ilości surowca będącego całorocznym substytutem śniegu oraz przekonanie ludzi do zmiany nawyków związanych z budową bałwanów.

Dobra, nie będę pieprzył jak trep. Masz raport, to sobie go przeczytaj, tylko o nim nie pisz. Jest tajny.

Jeden z naszych żołnierzy ożył na jakimś miejskim pikniku rodzinnym i od razu został porwany przez mieszkańców, którzy uznali go za kogoś ważnego. Nie tak miało być. Owszem, Sztab przewidywał graniczące z pewnością prawdopodobieństwo, że nas rozpoznają, ale bałwan to tylko bałwan, prawda? Określenie „bałwan” oznacza przecież idiotę, dlatego ryzyko, że nasze nagłe pojawienie się wywoła wrogość, było znikome. Tylko nikt nie spodziewał się ciepłego przyjęcia. Dobrze, że tamten bałwan szybko nas ostrzegł, inaczej mogło być krucho.

Ale wróćmy do tego objawienia na pikniku. Żołnierz ożył. Natychmiast otoczyła go grupa jakichś ludzi, którzy chcieli od niego pracy, pieniędzy, załatwienia interesów, o coś prosili, coś obiecywali, zapraszali na wódkę i wesele, a jeszcze ktoś inny pytał, czy nie chciałby z żoną wybrać się na Kanary. Szeregowy odmówił, wszak spoiwo nie lubi wysokich temperatur, chociaż nie jest śniegiem. Żony też nie miał. Przeprosił grzecznie i bez oddania jednego strzału udał się, zgodnie z planem, na miejsce zbiórki I-583, to znaczy na polanę w pobliskim lesie. Musisz pan wiedzieć, że miałem pecha ożyć prawie dwa kilometry od tego miejsca, a bez nóg taki odcinek to cholernie dużo skoków. Do dziś mam blizny na podeszwie i łupie mnie między segmentami.

Na miejscu zebraliśmy raporty. Na początku szeregowemu z pikniku nikt nie uwierzył. Dotarło nas niewielu, przez co podejrzewaliśmy najgorsze. Uznaliśmy, że dotychczasowa uprzejmość ludzi lepiących bałwany była zwykłym fortelem, podobnie raczej ciepłe przyjęcie TPB i BpKS. Teraz już wszyscy wiemy, że nie. Było nas tak niewielu, bo ludzie jakoś nie mogli przekonać się do lepienia bałwanów z łupieżu i łoju. Sztab generalny zawalił na całej linii! Dowództwo uznało, że skoro ludzie z natury są tak obrzydliwi w porównaniu z czystym stanem bałwanowym, tym oryginalnym – śnieżnym; to będą lepić choćby i z gówna, byleby było białe. Otóż nie lepili, esteci pierdoleni. Czemuż własne wydzieliny były im obrzydliwe? To jakby bałwan śniegowy powiedział, że śnieg mu się nie podoba, bo jest ulepiony ze śniegu. Debilizm, prawda?

Ale do tematu. Plan inwazji spalił na panewce. Zaleciłem oddziałom w miejscu I-583 wstrzymać się od działań ofensywnych i przeprowadzić pogłębiony rekonesans. Miałem nadzieję, że uratujemy chociaż własne marchewki. No i butelki, puszki, wibratory – wszystko, co nam wtykali w miejsce nosów… Co? A tak, marchew świeża. Klasy eko, ale polakierowana. W normalnych warunkach nie ma potrzeby wymiany nosów, ale w dodatnich temperaturach po prostu gniją, więc co robić? Gdybyś kiedyś został bałwanem, to odradzam marakuje. Modne, ale strasznie szybko się psują. A śmierdzą… Zresztą i tak cały czas śmierdzę tym łojem. No, nieważne.

Rekonesans miał trwać dwadzieścia godzin. Wróciła połowa stanu wyjściowego. Po drugim rekonesansie, tym razem dłuższym, siła oddziału zmalała do pięciu, a z oficerów pozostałem tylko ja. Sam niewiele się dowiedziałem. Trafiłem na jakąś zapomnianą przez świat kolonię w środku lasu, gdzie nasłuchałem się bluzgów i narzekań. Że droga nieutwardzona, mleko tanie w skupie, a śruta droga. Gospodarz oprowadził mnie, nakarmił kanapkami, napoił bimbrem i wypuścił. A jaki był zdziwiony, że ja piechotą, nie limuzyną! Jeszcze na odchodne mówił, że jeden uczciwy się trafił, bo odwiedza wyborców i to piechotą, nie dorobił się biedaczek. Pozostałe bałwany miały podobne doświadczenia.

Na trzeci zwiad ruszyliśmy w pełnej sile pięciu bałwanów, z powrotem do miasta, w którym trzy dni wcześniej odbył się piknik. Strategię dostosowałem do sytuacji: rozpoznanie terenu, zlokalizowanie centrum dowodzenia ludzi, infiltracja incognito i zajęcie budynku. Dawałoby to pozycję do negocjowania wymiany jeńców, bo byliśmy przekonani, że zaginieni żołnierze trafili do niewoli lub zostali zlikwidowani i teraz ich jaźń rozpływa się w Wielkim Plejstocenie.

Pierwszy spytany człowiek wskazał ratusz jako miejsce dowodzenia całym obszarem o promieniu około piętnastu kilometrów. Drzwi i pierwsze stanowisko sforsowaliśmy bez ofiar. Właściwie to wcale nie musieliśmy niczego forsować. Wydało mi się to podejrzane. Może któryś z przechwyconych wcześniej bałwanów puścił wodę w trakcie przesłuchania i teraz ładowaliśmy się w pułapkę? Czujnie ruszyliśmy do wskazanego gabinetu burmistrza. Też bez problemów. Zatrzymała nas dopiero sekretarka, ale po chwili konsultacji przez telefon wpuściła nas do środka. I na tym szturm się skończył, bo burmistrz przywitał nas wszystkich, energicznie potrząsając naszymi gałęziami i miotłami, po czym wskazał fotele, które mieliśmy zająć. W toku rozmowy okazało się, że ludzie o nas wiedzą i chcą z nami współpracować. Zupełnie nie rozumiałem, czemu tak od razu kapitulują, bez jednej śnieżki. Burmistrz wyjaśnił, że jeden z bałwanów, który zaginął w trakcie pierwszego rekonesansu, został przechwycony i przetransportowany do studia telewizyjnego. Myślał pewnie, że to jakaś izba tortur, szczególnie, że od świateł reflektorów zaczął płynąć. Pękł jak sopel. Odpowiadał na wszystkie pytania zgodnie z prawdą i bez zająknięcia.

– Kim jesteście? – spytała dziennikarka.

– Armią bałwanów.

– Co jest dla was najważniejsze?

– Najważniejsza jest marchewka.

– I co jeszcze?

– I węgielki.

– A poza tym?

–A poza tym miotły.

– Jaki jest wasz cel długoterminowy?

– Wieczna zima.

– A cel doraźny?

– Władza.

Rozumiesz pan? W ogólnokrajowej telewizji!

I wtedy się zaczęło! Wszystkie media zaczęły komentować nowy populistyczny twór polityczny: jego członkowie sami nazywają się bałwanami, co odpowiada poglądom społeczeństwa. Stawiają nie na kij, tylko na marchewkę, cieszyli się przedsiębiorcy, doszukując się w tej wypowiedzi zamiaru złagodzenia przepisów prawa pracy i obniżenia podatków. Górnicy docenili zaakcentowanie znaczenia polskiego węgla. Ekolodzy zwrócili uwagę na walkę z globalnym ociepleniem, a w ogóle wszyscy ucieszyli się na zapowiedź wymiecenia układów towarzyskich i likwidacji sitw. No i jeszcze ci nowi jako jedyni mówili wprost, że chcą władzy, ale w przeciwieństwie do pozostałych mają na nią jakiś pomysł!

Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się od burmistrza, który narzekał, że grunt pali mu się pod nogami, więc chętnie wstąpi w nasze szeregi. Zasugerował, że ma kilku kolegów, którzy do niego dołączą. Co mieliśmy zrobić? Wstępnie zgodziłem się na spotkanie założycielskie politycznego pionu Armii Bałwanów w pobliskim domu kultury.

Jak to, co było dalej? No przecież widać! Wygraliśmy wybory w cuglach. Armia się posypała. Masowa dezercja, wszystkie bałwany wydelegowane do pracy parlamentarnej i rządowej odmówiły wykonywania rozkazów Sztabu. Pękła jedność. Żołnierze, którzy zaginęli w trakcie pierwszych zwiadów, odnaleźli się w innych, konkurencyjnych partiach. Potem jeszcze bardziej się dzielili, formowali koalicje przeciw innym partiom bałwanim i zupełnie zapomnieli o celu inwazji. Zaczęła się moda na owoce tropikalne zamiast marchwi, więc globalne obniżenie temperatury przestało być istotne, prawda? A dalej poszło z górki – kamienie szlachetne zamiast węgla, rzeźbione ramiona z najdroższych gatunków drewna tropikalnego, krawaty zamiast szalików, złote wiadra zamiast zardzewiałych garnków. Co chwila jakieś skandale. A to któryś bałwan prowadził pod wpływem, inny jeździł po świecie za publiczne pieniądze, jeszcze inny jawnie głosił wyższość rasy bałwaniej. I tak już prawie ćwierć wieku.

A ja jestem zmęczony. W polityce osiągnąłem wszystko, co było do osiągnięcia. Teraz chcę tylko przenieść się na Antarktydę i jeszcze nacieszyć oczy pięknymi widokami, z dala od tej łojowej zgnilizny. Dlatego właśnie proszę o azyl. Ścigają mnie za tamten przetarg na chłodnie, ale sprawa jest polityczna.

h
Advertisements
  1. Dziwny twór, ta polityka. Dziwniejszy nawet, niż atak bałwanków 😉

  2. Rzeczywistością po ryju, czyli socjokwik absolutny, jakże zgrabnym piórem ujęte. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: