polskie centrum bizarro

„Długo oczekiwana rewolucja w kinie porno” by Karol Ketzer

In Fragmenty książek, Książka on Kwiecień 19, 2013 at 6:00 am

czereśniePaskud z rosnącym zdumieniem zauważa, że na polskim rynku pojawia się coraz więcej książek albo należących do nurtu bizarro, albo w jakiś sposób do niego nawiązujących. Dziś Jego bystre oko wypatrzyło dla Was debiutancki zbiór opowiadań Karola Ketzera, Czereśnie prosto z drzewa. Ketzer bez bicia przyznaje się do nadużywania nikotyny i napojów energetycznych, czym – jak wiadomo – zasilana jest większość twórców naszego ukochanego gatunku. O nadużywaniu innych rzeczy, które podlegają ewentualnym nadużyciom jeszcze nie wiemy, ale sprawę badamy.

A z okazji wczorajszej premiery wspomnianej książki, Karol postanowił zaprezentować niedobroliterkowym czytelnikom pochodzące z tego właśnie zbioru opowiadanie. Nieco kafkowskie, nieco pornograficzne, czyli bizarryczne jak się patrzy!

h

Długo oczekiwana rewolucja w kinie porno by Karole Ketzer

h

Krzysztof ucieka. Jedzie pociągiem osobowym. Jedyne, o czym może myśleć, to zrobić sobie dobrze w kiblu. Jest lato. Rozgrzane do białości blaszane więzienie. Pot spły­wa po dupie. Kwiaty kwitną na polach. Słońce zatacza chwiejne okręgi w oknach mijanych domów.

Krzysztof patrzy na brunetkę siedzącą naprzeciwko. Jej biust faluje. Jej szyja błyszczy. Brunetka czyta coś. Coś o Picassie. Już prawie nie pamięta, dokąd jedzie i po co. Upał odebrał jej zmysły.

– Ma pan może chusteczkę? – pyta Krzysztofa.

– Proszę – odpowiada ospałym głosem.

Brunetka ociera pot z czoła. Powoli przełyka ślinę. Jej usta są suche i popękane. Jej oczy puste. W prawej ręce trzyma książkę. Lewą dłoń kładzie na brzuchu i stopniowo opuszcza ją coraz niżej. Były chłopak kie­dyś strzelił jej z palca w podobnym pociągu. Od dawna nie miała mężczyzny. Już ponad dwa miesiące nie czu­ła w sobie porządnego kawałka mięsa. Pociąg zaczyna trząść, co podnieca ją jeszcze bardziej. Już prawie wsuwa dłoń pod żółtą spódniczkę. Już prawie zaczyna rytmicz­nie masować, mruczeć i nerwowo oddychać przez nos. Jest zbyt tłoczno. Na dodatek ten, który podał jej chu­steczkę, gapi się jakoś dziwnie. Brunetka coraz bardziej ma ochotę zrobić to w kiblu.

Krzysztof od samego początku stara się uspokoić myśli. Patrzy na grubą raszplę siedzącą przy drzwiach. Wizualizuje jej ohydną nagość, niestety, nawet to nie przynosi skutku. Obserwuje dwie zakonnice na drugim końcu przedziału. Myśli o Matce Boskiej i jest jeszcze gorzej. Krzysztof zaczyna wariować. Napięcie zbliża się do masy krytycznej. Przed najbliższym kiblem dwóch żuli pyta konduktora: „Ile jeszcze do Malborka?”. Trzeci jest w środku. Pali papierosa. Nawet jemu wnętrze wydaje się odrażające. Brunetka jest w tym czasie mie­szanką piżma i potu. Jest czymś więcej niż zwykłą brunetką w pociągu. Krzysztof widział w pociągach już wiele brunetek, ale ta zdecydowanie wyróżnia się z tłumu. Krzysztof zakochał się.

Ależ oczywiście, że się zakochał. Jego pamięć pełna jest historii o kobietach spotykanych w pociągach i auto­busach. Przypowieści o tym, jak dwoje nieznajomych na początku ludzi, dzieląc metafizykę podróży, zbliża się do siebie najbardziej, jak tylko można. Miłość od pierw­szego wejrzenia do pierwszego wytrysku. Pamięć bru­netki stanowi dziwna plątanina kubistów, galerii handlo­wych, sesji egzaminacyjnych oraz zbyt skomplikowanych drinków. Od pół godziny jest na tej samej stronie. Mrowienie między nogami nie pozwala się skupić. Zapach jej wilgoci coraz wyraźniej unosi się w powietrzu.

Krzysztof spogląda nerwowo w stronę drzwi. Tuż za nimi czeka kibel obiecany. Oaza samogwałtu. Spust ostateczny. Zakrywa twarz dłońmi. Wstrzymuje oddech i zaciska zęby. Wreszcie wstaje. Idzie to zrobić.

Przed kiblem kolejka. Matka z synkiem, wystraszo­ny student i staruszka. W tym czasie brunetka rozkłada na brzuchu książkę i wpycha pod nią lewą rękę. Rwący potok adrenaliny natychmiast tętni do krwi. Krzysz­tof czeka. Nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Mat­ka i gówniarz są w środku. Ciekawe, ile czasu minie, zanim podetrze mu dupkę. Brunetka zaciska zęby, żeby nie krzyczeć. Odrzuca książkę. Nerwowo wstaje i idzie do kibla. Staje tuż za Krzysztofem, dysząc nieregularnie.

Matka z synkiem wychodzą. Przestraszony student wślizguje się do środka. Już tylko chwila. Chwila wyczeki­wania i Krzysztof będzie mógł pozbyć się całego napięcia. Jest tak nabrzmiały, że wystarczy mu dosłownie minuta. Dosłownie chwila. Dobra pamięciówka i już. Głów­ną rolę zagra brunetka. Brunetka, która za jego plecami zdejmuje właśnie ze środkowego palca spory pierścio­nek i chowa go do torebki. Student kończy siku. Student wychodzi. Kibel zajmuje staruszka. Jeszcze kilka minut. Tylko stara zrobi, co ma do zrobienia, a potem do dzieła. Krzysztof trzyma kciuk za paskiem. Nie może się docze­kać. Puka w drzwi, żeby pośpieszyć miłą, starszą panią.

W tym samym momencie maszynista zauważa, że ktoś leży na torach, i natychmiast zaciąga hamulec. Siła bezwładności wywraca wszystko do góry nogami. Krzysztof uderza głową o poręcz. Brunetka leci w stronę drzwi po drugiej stronie korytarza. Staruszka wypada z kibla. Pociąg zwalnia. Przy tej prędkości droga hamowania wynosi ponad dwa kilometry.

Bezradny maszynista z przerażeniem obserwuje, jak lokomotywa wciąż posuwa się naprzód. Samobójczyni to młoda kobieta. Jest naga. Leży spokojnie na plecach, zwrócona głową w stronę jazdy pociągu. W ustach ma posmak malin. Sutki na jej kształtnych piersiach sterczą na baczność. Rozchyla nogi jak do „misjonarza”. Pociąg niczym wielki fallus zbliża się do jej łona.

Krzysztof jest zamroczony. Brunetka dosłownie wczoł­guje się do kibla. Zatrzaskuje drzwi. Zaczyna to robić. Bardzo gwałtownie. Na granicy bólu.

Pociąg dokonuje gwałtu wszechczasów.

Krzysztof odzyskuje świadomość i próbuje wstać.

Brunetka wraca na miejsce. Kontynuuje lekturę.

Pół godziny później zjawia się policja. Sierżant Stasz­czyk nie widział jeszcze trupa oprócz papieża (tak, był wtedy w Rzymie) oraz zwłok swojej babci.

Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę nie może oderwać wzroku od nagiego, zmasakrowanego ciała. Nawet taka śmierć nie dała rady zmyć z twarzy samo­bójczyni lubieżnego uśmiechu.

– Rozbieraj się – to pierwsze, co mówi do żony po powrocie do domu. – Rozbieraj się, kurwa – powtarza, chociaż nie robili tego od miesięcy.

* * *

Krzysztof ucieka i do samego końca będzie miał nadzie­ję, że uda mu się uciec. Krzysztof musi uciekać. Musi uciekać z mrowiska. Musi uciekać z miejsca, gdzie każ­dy krzyk brzmi znajomo. Musi uciekać z Wrzeszcza. Lubił tu mieszkać. Lubił nawet w lato. Lubił, kiedy pierdoleni turyści wciąż zaczepiali go na ulicy, pytając, gdzie jest dworzec SKM. Lubił smród kebabów. Lubił wysypiska śmieci, jakie tubylcza ludność urządza sobie na chodnikach. Bez względu na wszystko ostatnie tygodnie były ostatnimi tygodniami Krzysztofa tutaj.

Już raz uciekł. Uciekł z Torunia. Uciekł z Torunia przed nią. Miał nawet jeszcze jeden niezapłacony mandat, który dostali pod pomnikiem Kopernika. Lubili robić to w dziw­nych miejscach. W windzie co najmniej raz w tygodniu. W śmietniku zazwyczaj co drugą środę. Krzysztof długo nie zgadzał się na pomnik. W tamtych czasach na pomni­ ki zwykł raczej rzygać. W końcu przekonała go, a dwieście złotych za nieobyczajne zachowanie potwierdziło teorię na temat przeznaczenia monumentów. Krzysztofowi było z nią dobrze. Było mu z nią w sam raz. Jak znalazł. Już nie musiał szukać. Niestety podstawową treść zawsze stano­wił perfekcjonizm. Z tego powodu kilka tygodni później posunął przypadkową studentkę czegoś tam. Tym razem robił to i wymiotował na pomnik jednocześnie. Zdradzał ją coraz częściej.

Zdradzał ją codziennie. Potem uciekł. Teraz też ucieka.

W powstałym kontekście, niesamowitą chwilą była z pewnością ta, w której samochód marki Seat, hamujący przed Krzysztofem, kiedy ten, zamarły w bezruchu, był w stanie skupić się jedynie na twarzy kobiety siedzącej na miej­scu obok kierowcy, zaczął zbliżać się do niego z zawrotną prędkością. Przechodził przez ulicę bardzo smutny i bar­dzo zamyślony. Od czasu do czasu był kimś, kto tęskni. Kimś, kto wspomina. Kimś, kto spaceruje samotnie, smu­cąc się, myśląc, tęskniąc i wspominając. Coraz rzadziej.

Krzysztof stoi. Srebrny seat wciąż hamuje. Wszystko trwa ułamki sekund, jednak czas jak zwykle dylatuje. Jak zwykle czas się zmienia. Krzysztof nieruchomieje. Kierow­cą jest przystojny brunet, którego wodę po goleniu czuć w promieniu dwustu metrów. Pasażerka to całkiem niezła blondynka. W tym momencie jest przerażona, ale jesz­cze przed chwilą patrzyła na swoje odbicie w lusterku, myśląc, że całkiem niezła z niej dupa. Była całkiem nie­złą dupą, więc wszystko było na swoim miejscu, dopóki na przejściu nie pojawił się Krzysztof. Krzysztof wtargnął, dekonstruując, przerażając i wybijając z rytmu.

Seat po brawurowym manewrze mija Krzysztofa i za trzymuje się tuż obok. Ze środka wyskakuje kierowca.

– Nic panu nie jest? – krzyczy. Krzyczy też inne rzeczy. Rzeczy, które zazwyczaj krzyczą kierowcy, którzy przed chwilą prawie przejechali przechodnia. Przechodnia takiego jak Krzysztof.

– Paula – mówi Krzysztof.

– Słucham? Proszę pana? Proszę pana! – kierowca szarpie Krzysztofem celem wyrwania go z dziwnego, niepokojącego letargu.

– Paulina Bluskaj – mówi bardzo cicho, wskazując palcem na siedzącą w srebrnym seacie blondynkę. – Paulina Bluskaj! – powtarza, tym razem krzycząc. Wyrywa się kierowcy i zaczyna biec przed siebie tak szybko, jak tylko potrafi.

Dopiero kilka godzin później zrozumie, że przecież to nie była ona. Dopiero kilka godzin później, paląc pall malla. Kiedy jego były współlokator wejdzie nagle do ciasnego pokoju Krzysztofa w białym pseudowieżowcu przypominającym szpital, który góruje dyskretnie nad tą czę­ścią Wrzeszcza. Dopiero kiedy jego były współlokator wejdzie, wprowadzając ze sobą do środka jakieś dwie gówniary. Dopiero wtedy Krzysztof poczuje się bezpiecznie. Były współlokator Krzysztofa weźmie tę po prawej, ponieważ jest ciemniejsza, ma brązowe oczy. Były współ­ lokator Krzysztofa to lubi – taki już jest. Krzysztof weź­mie tę po lewej, ponieważ jest socjaldemokratą.

* * *

Krzysztof ucieka. Ktoś rzucił się pod pociąg, ale wszystko pozbierali i można jechać dalej. Brunetka zrobiła sobie dobrze, a Krzysztof nie. Policja przyjechała. Potem odje­chała, to znaczy oni odjechali. Oni odjechali – policjan­ci. Zawsze mówi się: policja to, policja tamto. Przecież to ludzie. Nawet oni.

Brunetka siedzi wciąż naprzeciwko. Czyta dużo spo­kojniej. Strużka krwi czeka. Pociąg smakuje metalicznie. Ogłuszony żul wykrzykuje:

– Ile jeszcze do Malborka?

* * *

Gówniara byłego współlokatora budzi się pierwsza. Dzwoni do gówniary, która w innym pokoju leży obok Krzysztofa. Polifoniczny, wyjątkowo dobrze dobrany dzwonek wypełnia swym dźwiękiem przestrzeń. Później wracają razem do siebie. Jest już rano. Nadpobudliwi studenci grają w piłkę. Straszny dom straszy. Wiatr wie­je. Mewy drą mordy. W tym momencie jeszcze wszystko pasuje, współgra, harmonizuje, wynika w sposób iteracyjny wprost z poprzedniego. W tym momencie wszyst­ko toczy się spokojnie i po kolei, nie wzbudzając podej­rzeń. Wczorajsze zdarzenie na przejściu dla pieszych pod­świadomie odchodzi w niebyt.

Krzysztof za chwilę pójdzie do sklepu po papierosy. Potem zapali jednego i będzie stał przed sklepem. Taki już jest. Stoi przed sklepem i pali.

Niespodziewanie wszystko przestaje być jak trzeba. Ze sklepu wychodzi kobieta. Krzysztof zauważa ją. Obser­wacja należy do dokładnych.

– Paulina! Wiedziałem, że to ty – reaguje natych­miast, patrząc na nią wzrokiem, za który człowiek idzie w kaftan, a mili panowie w białych fartuchach wprost nie mogą się doczekać, żeby zrobić mu jakiś porządny zastrzyk. Kobieta spogląda na niego zaspanym wzrokiem, z wyrzutem za przerwanie epickiej wyprawy po dwie zupki chińskie (smak: kaczka), którymi zamierza wykar­mić siebie oraz miłość swojego życia – Karola (który czeka na nią w tym samym pseudowieżowcu. Nie może się doczekać).

– Co? – pyta spokojnie dziewczyna, a potem mija go z obojętnością spotykaną rzadko nawet w tych stronach.

„Co jest?” – myśli Krzysztof, wyraźnie zaniepokojony dziwnym zbiegiem okoliczności. Kolejnym zbiegiem okoliczności, które to kolejne zbiegi okoliczności mają wyraźne właściwości niepokojące Krzysztofa.

Tego samego dnia pomyli się w podobny sposób jesz­cze kilkukrotnie. Jeszcze kilkukrotnie weźmie spotyka­ne ­przypadkowo kobiety za Paulinę Bluskaj. Wszystko powtórzy­ się także nazajutrz w pizzeriach, aptekach, ba­rach, stacjach benzynowych oraz galeriach handlowych.

Trzeciego dnia (Chrystus zmartwychwstał) Krzysztof boi się wyjść z pokoju. Boi się nawet spojrzeć przez okno. Boi się otworzyć oczy. Pomóc może tylko były współlokator Krzysztofa – Paweł.

Krzysztof dzwoni do Pawła.

– Możesz mi kupić coś do jedzenia i pół litra? – pyta. W jego głosie bez trudu wyczuwa się nutę paniki.

– A co, jesteś chory? Co ci jest? – Paweł jest zanie­pokojony.

– Tak, nie mogę wychodzić – odpowiada Krzysztof. Paweł wie, że Krzysztof kłamie. Zjawia się w jego pokoju dość szybko. Krzysztof milczy jak grób. Nie zdra­dza nic. Nic nie opowiada. Jest blady. Nieobecny. Oczy mu szarzeją. Język się plącze. Skóra cierpnie.

Paweł wychodzi. „Może rzeczywiście jest chory?” – myśli, idąc do skle­pu po rzeczy dla Krzysztofa. Mija go niezła ruda. Ma na sobie zieloną spódniczkę i czarną marynarkę. Paweł ogląda się za nią. Zawsze się ogląda. Jest typem skru­pulatnego widza.

Dwadzieścia minut później wraca z zakupami. Krzysztof wpatruje się w ścianę. Jedzenie zostawia na później. Pije od razu.

* * *

Krzysztof przypomina sobie wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni. Przypomina sobie zwłaszcza to, co zobaczył kilkanaście godzin temu. Przed chwilą wyje­chali z Malborka. Pijany żul wysiadł. Brunetka śpi. Śni o pogrążonym we mgle lesie. Ucieka przez ten las. Goni ją wataha wilków. Brunetka ma koszmar. Budzi się nagle. Otwiera szeroko oczy. Robi głęboki wdech i wstrzymuje powietrze. Po chwili odzyskuje świadomość. Spogląda na Krzysztofa. W pociągu jest coraz goręcej.

* * *

Mijają dwa lub trzy dni, a stan Krzysztofa nie polep­sza się, co coraz bardziej niepokoi Pawła. Postanawia pomóc przyjacielowi, który na jego oczach pogrąża się w niezrozumiałej dla niego demencji. Metodyka Pawła jest w podobnych przypadkach raczej prosta. Imprezy i dupki – te dwie rzeczy uważa za niezawodne lekarstwo na większość chorób cywilizacyjnych, dręczących nas niestety w tych szalonych czasach. Krzysztof na począt­ku nie chce słyszeć o wychodzeniu z pokoju. Paweł przynosi jednak litra. Ten argument jak zwykle okazuje się nieodrzucalny.

Idą więc do klubu. Klub należy do tanich. Klub bez przesadnej ambicji. Z tandetnym wystrojem, okropną muzyką, tanią wódką oraz mnóstwem dziewczyn, które akurat „wyszły gdzieś wieczorem”. Nie podam jego nazwy, ale ci, którzy chociaż raz w nim byli, wiedzą dokładnie, że chodzi właśnie o ten. W ciągu weekendu Krzysztof ma w sumie trzy, a Paweł cztery. Potem jeszcze we wtorek Krzysztof dzwoni do starej znajomej i odnawiają znajomość (kilkukrotnie). W czwartek Paweł znowu przyprowadza gówniary (rówieśniczki Krzysztofa, jednak ten uważa się za starszego, niż jest).

Trzeba zaznaczyć, że w tym mieście 50% kobiet to ukryte wariatki, 45% to jawne wariatki, a 5% stanowią członkinie ortodoksyjnych stowarzyszeń katolickich. Nie­ mniej jednak niektóre wariatki są po prostu pijane. Rano wstydliwie i po cichu zwijają się do domu (domu waria­tek). Są też typy wariatek romantyczek („bo pójście z nieznajomym do łóżka po imprezie to nie puszczenie się, tylko krótki romans”). Niektóre po prostu pierdolą się jak w Modzie na sukces – na tych zawsze można polegać.

Krzysztof powoli odzyskuje siły psychiczne i nawet czasem wychodzi w dzień do miasta.

Nadchodzi następny weekend. Wygląda identycznie jak poprzedni. Cały następny tydzień również. Paweł jest już trochę zmęczony. „Trzeba zorganizować coś dużego, a potem trochę odpocząć” – myśli, po czym bierze do ręki telefon komórkowy. Kilka godzin później o „czymś dużym” na szóstym piętrze białego pseudowie­żowca wie już każdy. Jest piątkowy wieczór. Impreza ma odbyć się nazajutrz. W pokoju Krzysztofa siedzi bardzo ładna szatynka. Popija wino.

– Wiesz, ostatnio tak myślałam, że chciałabym mieć kiedyś dzieci, tak wiesz, za kilka lat.

– No pewnie, ja też – odpowiada Krzysztof dla pod­ trzymania rozmowy.

Robią to prawie całą noc, a potem zasypiają ze zmę­czenia.

Ta sobota należy do upalnych sobót. Żar leje się z nie­ba przez cały dzień. Wieczór jest duszny. Powietrze lepi się do rąk. Chodniki pocą się. Krzysztof wraca z wódką do siebie. Nazwy ulic zaczynają się rymować. Pieniądze powoli się kończą, a są niestety niezbędne. Lepsza stówa w garści niż anioł stróż na dachu – wiadomo.

Dociera w końcu na miejsce. Rzeka wódki płynie. Morze wódki faluje. Niebo wódki błękitnieje.

– Zobacz, ile towaru – mówi rozentuzjazmowany Paweł. – Zobacz, zobacz – powtarza, oczy mu się świę­cą, ślina cieknie.

Towaru rzeczywiście jest dużo. Ubrane wyjątkowo skąpo, oddychające szybko przez duchotę, z minuty na minutę coraz bardziej pijane. Uśmiechają się. W su­kienkach. W spódniczkach mini. W podkoszulkach. Krzysztof trzyma peta w ustach i patrzy na to raczej obojętnie. Jest zmęczony, tak samo jak Paweł. Zmęczony po­ ostatnich dwóch tygodniach. Zmęczony po wczoraj. Pozo­stali patrzą już dużo mniej obojętnie. Patrzą, dopóki jesz­cze są w stanie patrzeć. Jest to towarzystwo, które nie utrzymuje tego stanu przesadnie długo. Niektórzy biorą te, które są już gotowe, do kibla na małego lodzika albo coś więcej. Niektórzy po prostu piją. Nie potrzebują kobiet. Potrzebują wzruszeń. Dlatego tylko piją. Krzysztof się nudzi. Jak na ironię właśnie dzisiaj żadna mu się nie podoba. Chce upić się szybko i wrócić do pokoju. Zasnąć. Zasnąć sam.

Ktoś na niego macha. Ktoś go woła.

– Cześć, Krzysztof, cześć, chodź piętro niżej spokojnie pogadać – mówi ktoś. Jest spocony i pijany. Ma na sobie koszulkę z trupią czaszką.

Krzysztof poznaje tego kogoś. Znali się kiedyś i nawet sporo razem wypili, więc zgadza się. Schodzą piętro niżej. Rozmawiają. Rozmawiają o tym, co u nich, o innych ludziach, z którymi kiedyś pili, i o tym, że od tamtej pory właściwie nie wydarzyło się nic istotnego, o czym moż­na by porozmawiać. Piją coś przyniesionego przez kole­gę Krzysztofa. Spirytus zmieszany z tajemniczym składnikiem. Krzysztof nie chce wiedzieć z czym.

Do okna podchodzą trzy dziewczyny. Palą cienkie miętowe papierosy. Palą jak na filmach. Rozmawiają o czymś, ale Krzysztof nie słucha. Na początku nawet się nie odwraca. Nie chce ich widzieć. Chce, żeby sobie poszły. W końcu zauważa w szybie odbicie jednej z nich. Widać, że także patrzy w okno. Patrzy w okno, spogląda­jąc w ten sposób prosto w oczy Krzysztofa. To uczucie, kiedy zerkasz w lustro i spotykasz się tam z kimś wzrokiem. To bardzo dziwne, jednak trzeba przyznać, że spotkanie się wzrokiem z czyimś odbiciem w szybie działa podobnie. Krzysztof odwraca się. Rzeczywiście patrzy na niego. Jest w tym patrzeniu coś innego. Coś dośrod­kowego. Krzysztof czuje to spojrzenie w brzuchu. Czuje je w klatce piersiowej. Przez tę krótką chwilę Krzysztof jest niewolnikiem tego spojrzenia.

– Masz, twoja kolej – mówi kolega, podając flaszkę, i tym samym wyrywa go z dziwnego półsnu. Dziewczyna także odwraca głowę. Jej koleżanki kończą palić.

– No dobra, wracamy na górę – mówi jedna z nich, więc wracają.

– My też może powoli wracajmy – mówi Krzysztof dziesięć minut później, kiedy flaszka dobiega smutnego końca.

Po powrocie próbuje odnaleźć dziewczynę, ale nie może, mimo wielkich starań. Znajduje za to jedną z jej koleżanek.

– Ty, gdzie jest ta twoja koleżanka w czarnej sukien­ce? – pyta.

Niestety pytanie trafia już w pustkę, a odpo­wiedzią jest niezrozumiały bełkot. Pyta o nią Pawła, dokładnie opisując (czarna sukienka, czarne włosy, dość blada, jak dobra Słowianka, długie nogi, długa szyja, małe, kształtne piersi, niebieskie oczy).

– Nie wiem, nie widziałem takiej, ale po co jej szukasz, skoro mówisz, że ma małe cycki? – nie dowierza Paweł. Paweł nigdy nie zrozumie do końca koncepcji przewa­gi kształtu nad wielkością wyznawanej przez Krzysztofa.

Wciąż nie może jej znaleźć. Towarzystwo jest już porządnie pijane. Zaczyna się wyrzucanie różnych rzeczy przez okno, rzyganie na podłogę i efektowne zgo­ny na schodach. Krzysztof musi zapalić. Wyjmuje z kie­szeni paczkę. Paczka jest pusta. „No ja pierdolę” – myśli sobie. Myśli sobie i postanawia pójść do swojego pokoju, gdzie trzyma jeszcze kilka paczek z ruską akcyzą. Krzysztof mieszka trzy piętra niżej. Zejdzie, a potem znowu będzie musiał tutaj wchodzić. Ta wizja wydaje się go przygnębiać. Nie ma jednak nic silniejszego niż nałóg, więc schodzi.

Przed drzwiami jego pokoju siedzi dziewczyna w czarnej sukience. Siedzi i czeka.

„Co ona tu robi? Skąd wiedziała, gdzie mieszkam?” – pomyślałby zapewne Krzysztof. Pomyślałby, gdyby jego myśli nie wypełniało szczelnie to samo spojrzenie, które zafundowała mu przed chwilą. Otwiera więc bez sło­wa pokój. Obydwoje wchodzą do środka. Jest ciemno. Krzysztof włącza światło, jednak z nieznanych mu przy­ czyn światło nie działa (o ile światło może nie działać, to światło nie działa).

– Tylko załóż kondona – mówi dziewczyna. To jedyna fraza, jaką wymienią między sobą.

Dosłownie za chwilę dziewczyna zamknie drzwi, popchnie Krzysztofa na łóżko i zacznie się rozbierać.

Cięcie.

Krzysztof nie ma pojęcia, co się dzieje. Nie do końca wie, gdzie jest. Tak jakby przez jakiś czas był gdzieś indziej. Gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nie da się dojść ani dojechać. Stara się sobie przypomnieć, ale ostatnie kilka­naście (kilkadziesiąt? kilkaset?) minut gdzieś przepadło.

Pamięta tylko, jak wchodzili do pokoju, a potem cał­kowity fade out. Wciąż jest ciemno. Przez okno sączy się kwarcowa poświata miasta i wydobywa kawałek pokoju z mroku.

Dziewczyna wstaje z łóżka. Ubiera się. Krzysztof chce coś powiedzieć. Na przykład: „Dlaczego już idziesz? Co się stało?”. Chce coś powiedzieć, ale głos grzęźnie w gardle. Nie może wykrztusić choć słowa. Dziewczyna patrzy na niego. Patrzy na niego i nagle jej postać sta­je się dziwnie mroczna. Jej postać staje się upiorna. Jej sukienka i włosy czarniejsze niż najczarniejsza czerń, jaką można sobie wyobrazić. Chłód wypełnia szczelnie pokój. Jest środek lata, a przy każdym histerycznym oddechu Krzysztofa z ust wydobywa się para.

Dziewczyna wydaje się nie oddychać. Patrzy na nią tępo, z coraz większym przerażeniem. Próbuje krzyczeć, ale nie może. Próbuje się ruszyć, ale jest sparaliżowany. Zjawa wyciąga przed siebie rękę. Jest sina jak u trupa. Wyciąga przed siebie siną rękę i kiwa palcem na Krzysz­tofa, w którego piersi serce wali już jak oszalałe. Cienie zaczynają pełznąć po ścianach w kierunku łóżka. Są jak węże. Czarne mamby wchodzą mu do oczu. Traci przy­tomność.

* * *

Pociąg zatrzymuje się. Sporo osób wysiada. Nie wsia­da prawie nikt. Brunetka patrzy na Krzysztofa. Wyda­ je się jej jakiś dziwny. Wydaje się przerażający. Brunet­ka zmienia miejsce. Krzysztof zostaje sam. Nie ma poję­cia, co to za stacja, ale na pewno już kiedyś tutaj był. Jest niesłychanie senny. Walczy ze snem. Bardzo trud­no z nim walczyć w upał, w pociągu, podczas dłużącej się podróży. Podczas dłużącej się ucieczki.

Jest spragniony. Chyba boli go głowa. Chyba boli go wszystko, jednak boli jakoś tak nierealnie. Tak jakby bolało kogoś innego. Tak jakby on sam był tutaj na niby.

* * *

Z krzykiem, zlany zimnym potem, budzi się nagle. Jest trzecia nad ranem. Impreza u góry trwa nadal. Dziewczyny nie ma. Światło jest zapalone.

„Ja pierdolę, co za sen” – myśli Krzysztof. Ociera pot z czoła. Wstaje z łóżka. Ubiera się i wraca na górę.

– Gdzieś ty był? – krzyczy Paweł.

– Byłem w pokoju po fajki – odpowiada, wciąż zdezo­rientowany.

Większość uczestników imprezy przeszła w stan ago­nalny. Na szczęście są tacy, którzy zdążyli już przetrzeźwieć i piją od nowa. Jest jeszcze duszniej niż ­przedtem. Najmniejszego wiaterku. Najmniejszej bryzy. Wrzeszcz osią­ga temperaturę wrzenia, a trzeba wiedzieć, że Wrzeszcz, kiedy wrze, potwornie wrzeszczy.

– Znalazłem tę niunię, o którą pytałeś. Chodź, zaprowadzę cię – mówi wyraźnie dumny z siebie Paweł.

Po chwili są w czyimś pokoju, Krzysztof nie wie, czyj to pokój. Nikt nie wie, czyj to pokój. Zapewne jego głównego lokatora i tak nie ma wśród zgromadzonych. W środku siedzi kilka dziewczyn, nie zna ich. Siedzi też ona. Patrzy na nią przez chwilę niepewnie. Patrzy ze strachem, któ­ry stara się ukryć.

„Śniło mi się. Przecież to mi się śniło” – myśli. Myśli tętnią mu w głowie.

– Co tam? – pyta.

W tej chwili nic lepszego nie przychodzi mu do głowy. Ona rozmawia z innymi. Traktuje Krzysztofa jak powietrze, a ten wciąż stoi i patrzy. W końcu zerka na niego kątem oka. Wstaje. Podchodzi do Krzysztofa. Patrzy mu w oczy.

– Było całkiem nieźle, no nie? – mówi, uśmiechając się w specyficzny sposób. Z czystym sumieniem można uznać ten uśmiech za diabelski. Potem wychodzi z pokoju. Znika.

– No, miałeś rację, że niezła – zauważa chwilę potem Paweł. – Szkoda, że sobie poszła – dodaje.

Krzysztof wraca do pokoju. Panuje tam dziwny nie­pokój. Wyjmuje z lodówki flaszkę. Wypija całą na dwa łyki. Mimo to Krzysztof tej nocy nie zaśnie. Mimo to tej nocy nie zmruży oka.

Rano przyjdzie Paweł. Przyjdzie Paweł i widząc jego prze­krwione oczy oraz drżące dłonie, wyciągnie go na świeże powietrze. Uzna, że to zwykła delirka.

Zjawia się około dziesiątej. Spacerują tuż za białym pseu­dowieżowcem. Spacerują, rozmawiając i paląc. Krzysztof dużo pali, jednak wyjątkowo mało się odzywa.

Nietrudno natknąć się tutaj na pozostałości wczoraj­szych wyczynów. Istnieje grupa ludzi, których skłonność do defenestracji jest nieodparta, a talent w tej ­dziedzinie nieograniczony. Butelki, śmieci, telewizor, szafka. Krzysztof idzie przez pobojowisko beznamiętnie. Jest zmę­czony. Zauważa jakiś przedmiot wystający z pobliskich zarośli.

– Co to jest? – pyta Pawła, wskazując palcem.

– Chuj wie – odpowiada tamten, dając wyraz swoje­mu zmieszaniu.

Zarośla są daleko od okien pseudowieżowca. Nikt nie dałby rady dorzucić aż tutaj. Krzysztof podchodzi bliżej i odgarnia krzaki. Odgarnia i patrzy. Patrzy i widzi. Leży tam kosa. Jest zardzewiała, a jej trzon nieco spróchniały i pokryty mchem, tak jakby leżała tutaj już dość dłu­go. Krzysztof nie rozumie, skąd mogła się wziąć. Paweł także nie rozumie. Milczą. Bo co niby można powie­dzieć w takiej chwili? Jak skomentować? Jakie wnioski wyciągnąć? Obydwaj rozumieją na szczęście, że dziel­nica, w której przyszło im żyć, to dzielnica dziwnych przedmiotów w dziwnych miejscach, więc porzucają tę kwestię wręcz odruchowo.

Przebijający się na pierwszy plan ból głowy i pieczenie oczu dominują nad świadomością Krzysztofa. Krzysztof ma dosyć. Ma dosyć swoich zwidów. Zrzuca je na małą ilość snu oraz dużo picia.

Paweł wraca do pokoju. Krzysztof chce jeszcze przejść się do sklepu.

Jest dość rześki poranek. Słońce jeszcze nie zdążyło rozgrzać wszystkiego do białości. Idzie do sklepu. Ma wrażenie, że ktoś go obserwuje. Ogląda się za siebie. W oddali widzi kogoś ubranego jakby na czarno. Ma wrażenie, że to kobieta. Próbuje skupić wzrok na postaci, lecz ona deformuje się w porannym świetle i znika.

– Dobra, koniec chlania – mówi sam do siebie, rezy­gnując z wycieczki do sklepu. Wraca do pokoju. Zasypia.

Budzi się około piętnastej. Teraz pójście do sklepu jest już sprawą kluczową. Leniwie zwleka się z łóżka. Słońce w zenicie. Jeszcze goręcej niż wczoraj. Powietrze faluje nad jezdnią, tworząc pustynne miraże oaz. Krzysztof idzie. Trzyma w ustach papierosa. Chce go podpalić. Zapalniczka wyślizguje mu się z rąk. Schyla się, żeby ją podnieść. Podnosi. Nagle przed nim pojawia się dziew­czyna w czarnej sukience. Uśmiecha się złowieszczo. Przesuwa palcem po szyi tak, jak podrzyna się gardło.

Zwid trwa kilka sekund. Krzysztof zdążył tylko krzyknąć, odskoczyć krok do tyłu i po dziewczynie nie ma śladu. Przechodnie oglądają się za nim. „Jakiś ćpun pewnie” – myśli jeden z nich. „Co się dzieje z tym mia­stem…” – żali się sam sobie inny.

Krzysztof rozgląda się dookoła. W sklepie pot zalewa mu oczy. Kupuje co trzeba, płaci, wychodzi. Idzie szybkim krokiem. Dużo szybszym niż zazwyczaj. Zauważa dziewczynę w czarnej sukience po drugiej stronie ulicy. Idzie równolegle do niego i śmieje się do rozpuku. Krzysz­tof rzuca siatkę z zakupami. Biegnie co sił do pokoju. W pokoju wyjmuje z szafy torbę. Wyjmuje z szafy tor­bę i wrzuca do niej to, co wpadnie mu w ręce. Wybiega z pseudowieżowca. Biegnie na dworzec. Krzysztof jesz­cze nigdy nie przebiegł podobnej odległości. Kupując bilet, jest tak zdyszany, że tłusta kasjerka na począt­ku nie może zrozumieć ani słowa. Bierze bilet. Biegnie na peron. Na peronie siedzi skulony. Trzyma głowę między kolanami i próbuje uspokoić oddech. Kiedy pociąg nadjeżdża, ogarnia go złudny substytut ulgi.

* * *

Pociąg zatrzymuje się po raz kolejny. Krzysztof czuje się dobrze. Czuje się przyjemnie. Przyjemnie coraz dalej. Praktycznie śpi. Rozpływa się.

Wsiada sporo osób.

– Krzysztof! Krzysztof, to ty? – pyta ktoś, kto przed chwilą się dosiadł.

Krzysztof otwiera jedno oko, patrzy. Otwiera drugie. Nie wierzy własnym oczom. Przecież pomylił się w ten sposób już tyle razy. Zamyka oczy.

– Krzysztof, o Boże! Co ci jest? – pyta z przerażeniem Paulina Bluskaj.

Strużka krwi spływa po jego skroni i łączy się ze struż­ką, która wypływa z lewego ucha.

Krzysztof uciekł.

Advertisements
  1. Prosto, elokwentnie, miejscami poetycko; zakręcone jak przystało. Mnie pasuje. 🙂

  2. Trochę kafkowskie, trochę bizarrowskie 😉

  3. Zakręcone i bardzo duszne 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: