polskie centrum bizarro

„Jeff” by Bartosz Orlewski

In Opowiadania on Maj 2, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKowboje to mają przerąbane. Przede wszystkim tacy westernowi, co to mniej krowy wypasają, a więcej z Coltów naparzają. Bo jak nie jakieś wędrówki po pustkowiach, gdzie szakale, skorpiony i inne tałatajstwa czekają na tani posiłek, to do saloonu wpadnie banda gringos z wielką ochotą do wymiany uprzejmości za pomocą pocisków i śrutu. Jak szeryf się nie przyczepi i nie wlepi mandatu za zbyt szybką jazdę albo Indianie akurat nie kwapią się do skalpowania, to urocza prostytutka podczas nocy zasłużonych igraszek sprzeda rewolwerowcowi weneryka gratis. Ech, życie na Dzikim Zachodzie to nie przelewki.

A co powiedzieć ma pan w Stetsonie, którego prześladują nagłe fluktuacje rzeczywistości, postacie mogące nie pochodzić z tego świata, a nawet, hmm, komplikacje płciowe?

Na to pytanie odpowie nam Bartosz Orlewski, który znów zawędrował na bezdroża pełne typów spod ciemnej gwiazdy, którym przytrafiają się przygody zgoła dziwne. Zatem – na koń, czyli czytać, bo warto, naprawdę warto spotkać niejakiego Jeffa.

h

Jeff

h

Zwłoki leżały tam, gdzie zostawił je wczoraj. Na głównej ulicy. Twarzą do ziemi. Pokryte warstwą pyłu. Okupowane przez robactwo. Cuchnęły. Spoglądał na nie przez dłuższą chwilę. Potem wypluł słomkę. Wyjął z kieszeni brudną chustkę. Zdjął kapelusz, przetarł czoło i skronie. Przetłuszczone włosy przeczesał dłonią. Wsunął do ust papierosa i ruszył do burdelu.

Mimo wczesnej pory powietrze było gorące jak oddech Szatana. Zapach potu mieszał się z odorem rozkładu. Piach chrzęścił pod butami. Budynki straszyły cmentarną ciszą. Nad ruinami kościoła krążyły sępy.

Jim uwiązał wierzchowca przed wejściem, w cieniu rzucanym przez dziurawe zadaszenie, i wszedł do środka. Gdy przekroczył próg, wygrzebał z torby srebrną zapalniczkę i zapalił. Ostatni, pomyślał z żalem i skręcił za bar. Zakurzona butelka whisky wylądowała na popękanym kontuarze. Obok spoczęły trzy brudne szklanki. Z ostatniej usunął pajęczynę i martwego pająka, poplamioną szmatą wytarł pozostałe. Potem napełnił złotawym trunkiem. I opróżnił. Zaciągnął się papierosem, wypuścił dym i powtórzył całą procedurę. W końcu na dnie butelki zostało tylko kilka kropel.

Sępy wylądowały na ulicy, obok gnijącego ciała. Jim poczuł burczenie w brzuchu. Westchnął i wszedł na zaplecze, gdzie mieściła się kuchnia, a raczej jej nędzne resztki, skrojone na miarę pożeranego przez pustynię miasteczka. Przeglądał zapleśniałą zawartość leżącej na podłodze szafki, gdy ktoś dwukrotnie strzelił z rewolweru. Jim przywarł do ściany, wyciągnął z olstra Colta Peacemaker. Następnie zbliżył się do drzwi i wyjrzał zza framugi. Po przeciwnej stronie sali, kołysząc się na szeroko rozstawionych nogach, stał Henry Pulavsky. Koń leżał na prawym boku, targany przedśmiertnymi spazmami. Henry wycelował i strzelił ponownie. Pocisk wbił się w ścianę tuż obok głowy Jima. Mężczyzna skoczył za bar, uderzając plecami w półkę, na której stały puste butelki. Zabrzęczało pękające szkło. Napastnik zaszurał nogami i pociągnął za spust. Kurek uderzył w pustą komorę.

Raz. Drugi. Trzeci.

Zrobiło się cicho. Brzęczały muchy. Skrzypiały deski. Wiatr hulał na ulicy.

Jim wyprostował się i wymierzył. Starannie, bez pośpiechu. Henry gapił się na bezużyteczny rewolwer. Nie oddychał. Był przecież martwy. Mimo to rozchylił usta, wypluł kłębiące się na języku robaki i…

…nie zdążył nic powiedzieć. Kula trafiła go w czoło, wyszła z drugiej strony, zabierając ze sobą rozorany mózg. Jim odciągnął kurek, skierował lufę na podrygujące zwłoki.

– Jest coraz gorzej – mruknął.

Było.

Burdel przechodził przemianę. Poprzewracane stoły i krzesła wracały na swoje miejsce. Za barem znów wisiało okazałe lustro. Ze ścian sterczały poroża i zwierzęce czaszki. Na półkach tłoczyły się pełne butelki i błyszczały starannie wypolerowane szklanki. Zapach tytoniu i perfum drażnił nozdrza. Wnętrza odzyskiwały dawny sznyt.

Jim przełknął ślinę, obszedł trupa, pchnął wahadłowe drzwi i wycelował Colta w mężczyznę, który stał na zewnątrz, otoczony przez znieruchomiałe w piachu sępy. Ptaki wyglądały na martwe. Przybysz wręcz przeciwnie. W ciemnogranatowym garniturze, białej koszuli i czarnym meloniku przypominał grabarza, ale przypięta do klapy odznaka wskazywała na inny fach.

Jim spojrzał pytająco. Tamten milczał. Brzęczały muchy. Wiatr świstał w ruinach kościoła. Budynki po przeciwnej stronie ulicy powoli znikały w ziemi, jakby ni stąd ni zowąd utworzyło się pod nimi bagnisko. To nie dla mnie, pomyślał rewolwerowiec. Zamknął oczy. Poczuł, że zapada się w ciemność. Spodziewał się kulki. Ale nikt nie strzelił.  Świat czekał cierpliwie na skraju zaciśniętych powiek. W odróżnieniu od Jima miał przed sobą wieczność.

– Przepraszam – odezwał się w końcu nieznajomy.

Jim otworzył oczy. Zapytał:

– Za co?

– Za to wszystko. – Mężczyzna zatoczył ręką krąg. Wskazał odmłodniały burdel, znikającą w przepastnej jamie wieżę kościoła i końskie truchło uwiązane za uzdę do barierki.

– Ciekawe – odparł Jim. – Przyjechałem do tej dziury wczoraj. Znalazłem burdel, wewnątrz butelki z whisky i całkiem znośny pokój na piętrze. Potem pojawił się ten głupek, Henry Pulavsky. Powiedział, że przyszedł piechotą, bo coś zżarło mu konia na pustyni. Nie potrafił jednak powiedzieć co to było. Nalałem mu whisky, odwdzięczył się cygarem, które cuchnęło, jakby zeszczał się na nie szakal. Ale dobre chęci też się liczą, prawda? Wypił, ja zapaliłem. Zaczęliśmy rozmawiać. W pewnej chwili zapytał, jak się nazywam. Odpowiedziałem. I wtedy naszą miłą pogawędkę trafił jasny szlag. Nie uwierzył mi, sukinsyn. Powiedział, że skoro jestem podobny do Jima Millera, to pewnie jestem pieprzonym Jimem Millerem. Olałbym jego słowa, gdyby nie to, że facet oznajmił, iż zamierza mnie zabić. Wyszliśmy na zewnątrz. Sięgnął po broń. Swoją wyciągnąłem szybciej. Dupek dostał to, na co zasłużył. Spojrzałem w niebo. Słońce  stało wysoko, ale cienie rzucane przez budynki…. za długie…. wskazywały na późniejszą porę. Przeklęte miejsce, uznałem i postanowiłem przenocować za miastem. Przeczucie? Nie wiem. W każdym razie zasnąłem pod gołym niebem, przy ognisku, a obudziłem się tutaj, w stajni. Mój koń biegał po ulicy. Sępy żerowały na zwłokach Henry’ego. Potem zwłoki ożyły, zastrzeliły mojego konia, próbowały zastrzelić mnie. Ale znów okazałem się lepszy. Resztę widziałeś, prawda?

Nieznajomy pokiwał głową. A może łbem? Jim nie miał pewności.

– Za konia również przepraszam. To było… niezamierzone. Moja obecność bywa kłopotliwa.

– Wyobrażam sobie – odrzekł Jim. – Jesteś przecież marshalem. Masz jakieś imię?

– Jeff.

– A nazwisko?

– Możemy je pominąć.

– Zabawne. Właśnie przyznałem się do dwukrotnego zabicia tej samej osoby. Masz zamiar coś z tym zrobić?

– Szczerze? Nic a nic. Działałeś, jak to mówicie, w samoobronie. Poza tym Henry’ego zabiłeś tylko za pierwszym razem. Za drugim rozwaliłeś anomalię.

– Ano….co?

– Nie myśl o tym. Czuj się…. – mężczyzna szukał przez chwilę odpowiedniego słowa – …rozgrzeszony.

– Dzięki, ale nie powiedziałem, że to zabójstwo zaciążyło na moim sumieniu.

– Racja. Nie powiedziałeś.

Jim potrząsnął rewolwerem.

– Przypomnij mi, Jeff, co cię tutaj sprowadziło.

– Zawsze jesteś taki bezpośredni?

– Tylko wobec osób, których życie zależy od mojego palca spuście.

Śladem kościoła podążyły pozostałe budynki. Wszystkie, z wyjątkiem burdelu, zniknęły pod ziemią. Z głębi jamy wydobyło się coś w rodzaju beknięcia. Jeff zerknął przez ramię, strzepnął pył z marynarki i zakaszlał. A może zaryczał? Jim nie był pewien. Zacisnął mocniej palce na kolbie i powiedział:

– Szukasz mężczyzny, który w Darkwater zastrzelił szeryfa, jego dwóch zastępców, a wielebnemu Keith’owi uciął jaja i rzucił psom na pożarcie? Mężczyzny, który podpalił tamtejszy ratusz i wypatroszył bebechy największemu hodowcy bydła? Drania odpowiedzialnego za śmierć barmana w Karmazynowym Pantofelku i niedźwiedzi orgazm żony burmistrza?

– To ostatnie też jest karalne? –  zdziwił się Jeff.

– Nie wiem. Dogodziłem kobiecie jak nikt przede mną. Aż ledwo mogła chodzić następnego dnia.

– Gratuluję. Przyjechałeś do Darkwater i… zastrzeliłeś szeryfa, dwóch deputowanych, uciąłeś jaja wielebnemu, potem zabiłeś krowiego barona, barmana w burdelu i wydupczyłeś żonę burmistrza tak, że ryczała jak niedźwiedź? W międzyczasie, pomiędzy kolejnymi zabójstwami, podpaliłeś ratusz. I wszystkie te zacne rzeczy zrobiłeś w ciągu jednego dnia?

– Chyba tak.

Jim zamrugał powiekami. Przełknął ślinę. I zatęsknił za ciepłem whisky wypełniającym zbawczym strumieniem gardło, przełyk i żołądek.

– Nie wiem – dodał.

Marshal ściągnął melonik i podrapał się po głowie. A może po grzebieniu kostnym?

– Przepraszam.

– Za co tym razem?

– Za twoją gadatliwość. I za to, że nie wiesz, dlaczego jesteś ścigany przez ochotników z Darkwater. Niestety. Moja obecność bywa kłopotliwa. Jej skutki nieprzewidywalne, a nawet katastrofalne. Jeszcze kilka dni i będzie po wszystkim.

– Naprawdę? A jeśli zastrzelę cię teraz, świat wróci do normy szybciej?

Jeff wyjął z kieszeni kamizelki zegarek na łańcuszku, otworzył wieczko i przyjrzał się tarczy.

– Nie. Moje zwłoki na to nie pozwolą.

– Cholera!

Jim wsunął rewolwer do olstra.

– Poczekaj – mruknął i wszedł do burdelu.

Wrócił po chwili z otwartą butelką i dwiema szklankami. Marshal nałożył melonik i zamknął zegarek. Sięgnął po szklankę, zamoczył usta, łyknął. Wznieśli toast. Wypili. Stróż prawa podziękował po pierwszej kolejce.

– To dla mnie nowość – wyjaśnił.

– Rozumiem. Więcej zostanie dla mnie.

Jim wyrzucił szklankę, pociągnął z butelki. Beknął, otarł usta i rzekł:

– Byłeś w Darkwater.

– Mieszkańcy ciężko to przeżyli. Pewnie do teraz usuwają szkody.

–  Kogo tam szukałeś, Jeff?

– Złodziei. Trzech mężczyzn i kobiety. Ukradli coś, co należy do mnie. Mój skarb, można rzec.

– Chyba nie chcę wiedzieć co to jest.

– Masz rację. Nie chcesz.

– Odejdziesz, jeśli to znajdziesz?

– Niezwłocznie.

– W takim razie…. powodzenia!

– Słucham?

– Ja zostaję, Jeff. Należy mi się jakaś rekompensata. To ty narozrabiałeś.

– Rekompensata?

– Usłyszałem to słowo z ust pewnego  prawnika.

– Zanim go zastrzeliłeś?

– Zgadnij.

Jim rozłożył ręce w pojednawczym geście i wycofał się do burdelu. Marshal został sam. Przez moment stał skołowany. Potem przekrzywił głowę albo łeb. Zmrużył stalowe ślepia albo niebieskie oczy. Wyszczerzył niedomyte zęby albo kły godne paszczy tygrysa.

– Dobrze – powiedział.

Odwrócił się na pięcie i zaczął biec. Po dwudziestu metrach rozłożył ramiona albo skrzydła. Po kolejnych dziesięciu podskoczył albo wzbił się w powietrze.

Nawet świat, cierpliwy drań, nie potrafił rozstrzygnąć serii jeffowych dysjunkcji, irytujących jak swędzenie wywołane grzybicą.

Tymczasem w burdelu…

…Jim stał przy barze, w towarzystwie roznegliżowanych pań, roztaczających dookoła swych zimnych ciał srebrzystą poświatę, a biały jak śnieg barman nalewał do kufla piwo, nucąc pod nosem rzewną melodię. Przemiana przybytku dobiegła końca. Swojskie przyśpiewki, picie, palenie, gra w karty i rżnięcie w pokoju na piętrze zyskały ektoplazmatyczną głębię.

h

***

h

Po całej nocy tańców, pijaństwa i smagania długim Johnem zimnych jak lód cipek, Jim zapadł w głęboki sen człowieka, który nigdy nie kłopotał się przestrzeganiem Dziesięciu Przykazań. Obudził się w samo południe, na łóżku przesiąkniętym chłodnym aromatem śmierci, smrodem niemytego od wielu dni ciała i duszącą wonią wypoconego alkoholu. Dziewczyny powiedziały „Dość”, chociaż przed spotkaniem z arktycznym ziąbem wieczności doświadczyły gorszych zapachów. Suzie i Beth wyszorowały niemrawo protestującego Jima w balii gorącej wody. Karen i Jane wyprały, wysuszyły i wyprasowały jego rzeczy, natomiast Olivia dopilnowała, aby bezimienny barman przygotował smaczny obiad. Przed posiłkiem zmówiono modlitwę. Dziewczęta podziękowały Stwórcy za drugą szansę i udany wieczór. Potem wzniosły toast za nowy zapach i wygląd Jima.

Mężczyzna wątpił, żeby Bóg maczał palce w niespodziewanym wskrzeszeniu burdelu i jego dzielnych pracownic. Było to raczej zasługą Jeffa, który – czego by o nim nie mówić – nie zachowywał się jak wszechmocny specjalista od bon motów w rodzaju „Jam Jest, Który Jest”. Po prostu nie panował nad oddziaływaniem swojej natury na rzeczywistość.

Z powodu radosnej atmosfery Jim postanowił nie wyprowadzać uroczych towarzyszek z błędu. Pił, jadł i żartował, poruszając tematy, które ważyły nie więcej niż słaniający się z głodu kurczak. Na deser podano kawę i kruche ciasto. Potem barman zabrał się za sprzątanie, a dziewczyny usiadły w kręgu i zaczęły wspominać dawne dzieje. Eter wypełniły opowieści o trudnym dzieciństwie i podłych facetach, których długa lista obejmowała ojców, braci, wujków, chłopaków z sąsiedztwa oraz klientów. Jim palił, słuchał, kiwał ze współczuciem głową i rzucał uwagi w rodzaju „Należało się sukinsynowi”, ale zasadniczo milczał. Dopóki dziewczęta nie uznały, że przyszła kolej na niego. Wtedy odchrząknął, zgasił papierosa i zaczął mówić o swoich problemach z mężczyznami, przede wszystkim ze stróżami prawa, łowcami nagród i szukającymi rozgłosu rewolwerowcami. Wszyscy chcieli go zabić. Za co? Nie był pewien. Może za udział w Wojnie Hrabstwa Lincoln po stronie Regulatorów? Za zastrzelenie w Las Vegas dwóch krewkich kowbojów? Za napad na pociąg w Arizonie? Za rozróbę w Darkwater? Miał mętlik głowie. Przestał ufać swoim wspomnieniom. Dziewczyny próbowały go pocieszyć. Daremnie.

– Głowa do góry, skarbie – powiedziała Suzie. – Nie jest tak źle. Nas wszyscy faceci chcą zerżnąć, a ciebie tylko zabić.

Jim rozryczał się jak dziecko ukąszone przez grzechotnika

– Przepraszam – wymamrotał i pobiegł na piętro.

– Przesadziłaś – stwierdziła Olivia, patrząc z wyrzutem na koleżankę. – Chodźcie, pomożemy Jimowi zapomnieć o facetach dybiących na jego życie.

Pomogły. Tej nocy nie poszły jednak na łatwiznę i nie dopuściły do swoich cipek ust zapłakanego rewolwerowca. Wybrały inny sposób. Wymagający wyobraźni, bystrego oka i zręcznych palców.

A także niemałej śmiałości i garści ektoplazmy.

Jim po raz pierwszy od wielu dni obudził się bez bólu głowy. Kiedy uniósł powieki, nie zobaczył drewnianego sufitu. Zamiast miękkiego łóżka czuł pod plecami kamieniste podłoże. Usiadł i rozmasował skronie. Potem ponownie otworzył oczy. Nic się nie zmieniło. Po lewej stronie widział pasmo niewysokich gór. Po prawej rozrzucone na przestrzeni wielu mil skupiska ogromnych głazów. Na jednym z nich siedział Jeff. Pomachał Jimowi i zeskoczył na ziemię.

– Potrzebuję twojej pomocy – rzekł.

– Ty… – wycedził Jim. – Co zrobiłeś z dziewczynami?

– Nic. Czekają na ciebie w burdelu. Powiedziałem im, że wrócisz przed zachodem słońca.

Rewolwerowiec podrapał się po tyłku i splunął. Dręczyło go niejasne przeczucie, że przeoczył coś ważnego.

– Czego chcesz?

– Odnalazłem złodziei.

– Tak? Gdzie oni są?

– Tam.

U podnóża pobliskiego wzgórza znajdowało się wejście do kopalni. W ciemnym portalu znikały przysypane piachem szyny. Obok stał zardzewiały wózek.

– Niech zgadnę – Jim potarł nieogolony policzek – chcesz, żebym tam zszedł i odzyskał twój skarb?

– W rzeczy samej.

– Dlaczego sam tego nie zrobisz?

– Ponieważ się nie zmieszczę.

– Mierzysz najwyżej sześć stóp. Wystarczy, że się schylisz.

Jeff wykrzywił usta w uśmiechu.

– Spójrz na mój cień – powiedział.

Jim podszedł bliżej. Zmrużył powieki, uniósł brwi. Potem spojrzał w niebo, na Słońce, szybko odwrócił wzrok i wdrapał się na głaz, z którego niedawno zeskoczył marshal. Cholera, pomyślał, gapiąc się na ogromną plamę czerni pozbawioną ludzkich kształtów.

– Jest za duży jak na tę porę dnia.

– I nie należy do człowieka.

– Faktycznie, nie zmieścisz się.

Jim zszedł na dół, westchnął.

– Miło, że się zgodziłeś – powiedział Jeff. Rzucił mu pod nogi tobołek oraz pas z rewolwerami i nożem. – Przebierz się.

Wtedy Jim przypomniał sobie wczorajszy wieczór. Popatrzył na swoje dłonie, brzuch i nogi. Palce u rąk miał pomalowane na czerwono. Tors opinała frywolna sukienka z dużym dekoltem, odsłaniającym kręcone włosy. Na nogach błyszczały ciemne pończochy. Brakowało tylko odpowiednich butów. I makijażu. Dotknął ust. Rozmazał szminkę. Smakowała truskawkami. I wolnością, jak powiedziała Karen. Nie wiedział, co miała na myśli, ale zabrzmiało to nieźle. Jak wyborcze hasło. Kochane dziewczyny. Wstąpił do ich klubu. I czuł się z tym całkiem dobrze.

Cień rzucany przez Jeffa zaczął rosnąć. Wkrótce pokrył całe wzgórze. Jim podniósł rzeczy i zniknął za głazem.

– Wydaje mi się, że przez kilka godzin byłem kobietą – powiedział, zsuwając z ramion sukienkę.

– Przepraszam. Moja obecność chrzani waszą fizykę. I biologię chyba też. Niedługo będzie po wszystkim.

– Nie narzekam, Jeff. Podobało mi się. Nie dość, że miałem cycki i cipkę, to jeszcze w zawrotnie krótkim czasie przeżyłem życie Karen, Olivii, Suzie, Beth i Jane. I wyszedłem z tego niemożliwego doświadczenia wewnętrznie bogatszy. Wręcz narodzony na nowo. Jak jakiś cholerny neofita.

– Patrzysz teraz na wszystko inaczej?

– Żebyś wiedział! I wiesz co?

– Co?

– Zmiana perspektywy sprawiła, że mam ochotę na coś bardzo złego.

– Na co?

– Chcę zabić kilku facetów.

– Tu i teraz?

– Może być w kopalni. Zastanę tam jakichś dupków?

– Trzech.

– Świetnie.

Jim zapiął pas z bronią, naciągnął buty i nałożył kapelusz.

– Czego jeszcze mogę spodziewać się na dole?

Jeff otworzył kopertowy zegarek.

– Tego – rzekł,  po czym opowiedział Jimowi historię naszpikowaną dysjunkcjami przyprawiającymi o ból głowy. Pod koniec opowieści rewolwerowiec zobaczył siebie, stojącego w rozkroku na dachu pędzącego wagonu. Pociąg jakimś cudem zjechał z jednego toru na dwa inne i w ten sposób, przepołowiony wzdłuż składu, zakończył opartą na szynach i węglu egzystencję. Ból w kroku powalił Jima na ziemię. Wizja pękła jak mydlana bańka. Rywalizujące ze sobą alternatywne wątki, pisane stalą, ogniem, krwią i magią, przemieniły się w złociste krople i uleciały ku Słońcu. Opowieść  o  pościgu przez światy dobiegła końca.

– To wszystko.

– Mogłeś mnie uprzedzić, że będzie bolało.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj – odparł Jim, biorąc od niego lampę oliwną. – I nie życz mi powodzenia.

Odwrócił się i pomaszerował w stronę wejścia do kopalni. Po stu metrach, za skrzyżowaniem, zagracony korytarz nieznacznie opadał. Rozkołysany krąg światła wyławiał z dusznych ciemności drewniane dźwigary i belki podtrzymujące strop. Zniszczone pajęczyny świadczyły o tym, że ktoś niedawno tędy przechodził. Potwierdzały to ślady stóp odciśnięte w piachu zalegającym wzdłuż szyn. Jim szedł wolno, bacząc, aby nie skręcić nogi. Słychać było miarowe skapywanie wody i osuwające się co pewien czas kamyczki. Wkrótce jego oddech zaczął parować. Mężczyzna żałował, że zamiast wysłużonych kalesonów ma pod spodniami fikuśne pończochy, należące prawdopodobnie do Suzie. Kochana dziewczyna, pomyślał i przystanął. Był pewien, że usłyszał coś nienaturalnego. Uniósł wyżej lampę i zmrużył powieki. Tor urywał się w miejscu, w którym kopalniany korytarz przechodził płynnie w tunel o zaokrąglonych, gładkich ścianach, pożyłkowanych fosforyzującą zielenią.

Cholera, zaklął w myślach Jim. Zdmuchnął płomień i wszedł do wypełnionego zielonkawym światłem tunelu. Zgodnie ze słowami Jeffa, mógł spodziewać się najgorszego.

Po trzech zakrętach i dwóch rozwidleniach dotarł do sali, której pochylone ku sobie ściany, pokryte węzłowatymi zgrubieniami, pulsowały w rytmie bębnienia rozbrzmiewającego w ciemnościach pod stropem. Pośrodku, u podnóża schodkowej piramidy otoczonej pierścieniem rozedrganego powietrza, trzech mężczyzn klęczało przed kobietą w czerwieni, wznosząc dłonie ku jej obnażonym piersiom. Wokół nabrzmiałych sutków wirowały spiralne tatuaże. Kobieta – oczy zamknięte, zęby i dziąsła obnażone w ekstazie – pochyliła się ku potężnemu blondynowi z brodą zaplecioną w warkoczyki i nacięła jego pierś nożem. Mężczyzna, mimo obficie krwawiącej rany, wdrapał się na pierwszy poziom piramidy.

Wracają do domu, pomyślał Jim, wyjął rewolwer, niezawodnego Colta Peacemaker, wymierzył, odciągnął kurek i…

…najpierw zastrzelił brodacza. Potem wpakował kulkę w plecy rosłego karła klęczącego obok wbitego w ziemię topora. Następnie posłał do piachu chudego jegomościa w szpiczastym kapeluszu z szerokim rondem. Celując do kobiety, zrozumiał, że popełnił błąd, nie zabiwszy jej na początku. Nieznajoma uniosła powieki i zakreśliła prawą dłonią znak, dzięki któremu…

…rzeczywistość zafalowała jak sukienka tancerki podczas występu – powiedział Jim, trzymając się za obolałe ramię. – Tamci mężczyźni, chociaż ich zastrzeliłem, powstali i  pobiegli w moją stronę tak żwawo jakby tuż za ich plecami płonęła preria. Strzeliłem trzy razy. Tym razem mierzyłem w głowę. Padli na dobre. Ale kobieta… zaczęła się zmieniać. W jednej chwili była ogromnym pająkiem, w innej wielkim kotem, takim, jakiego widziałem kiedyś na obrazku w pewnej książce, w kolejnej pędziła do mnie na wilczych łapach. Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. Stałem zdjęty strachem. Z rozdziawioną gębą. I czekałem. Mimo wszystko czekałem. Na odpowiedni moment. Tak jak powiedziałeś. Kiedy była blisko na tyle, że poczułem na twarzy jej cuchnący oddech wymieszany z wonią potu i ostrych perfum, wyciągnąłem drugi rewolwer, ten od ciebie, i strzeliłem prosto między pajęcze albo kocie albo wilcze ślepia. Cholera wie!

– I co wtedy się wydarzyło?

– Wpadła w moje ramiona. Martwa jak kamień. Bębnienie ustało, ściany zamarły. Odgarnąłem kosmyk rudych włosów z jej sinej twarzy, zajrzałem w zmatowiałe oczy i…

– …uciekłeś.

– Pognałem jakby sam diabeł chciał dobrać się mojego tyłka.

– Znakomicie. Skarb?

– Proszę.

Marshal odebrał drewniane pudełeczko. Przejechał palcem albo szponem po wieku. Drżąc z podniecenia, zajrzał do środka, a jego twarz zalał karmazynowy blask maleńkiego klejnotu. Spod ludzkich rysów wyłonił się na moment gadzi pysk.

– Dziękuję, Jim – powiedział Jeff. – Nie tylko ja. Cała moja rodzina jest ci bardzo wdzięczna.

– Rodzina?

Mężczyzna zamachał pudełeczkiem.

– Rodzina – powtórzył. – Zasłużyłeś na nagrodę.

– To prawda. Zasłużyłem.

– Czego chcesz?

– Jednej rzeczy. No, może dwóch. Ok, trzech. Burdelu, dziewczyn i…

– …alkoholu?

– Nie, damskich pogaduszek przy kawie i cieście.

– Naprawdę?

– Dzięki nim czuję się bardziej ludzki.

– Zatem do burdelu!

h

***

h

Przed budynkiem przetoczyła się kula splątanych krzewów. Świst wiatru zmącił ciszę. Zaskrzypiały otwarte na oścież okiennice. Drzwi odskoczyły od framugi, zadźwięczały ostrogi, grudka śliny i tytoniu wylądowała w piachu. Palce zabębniły o kolbę rewolweru.

Na ganek wyszło sześciu mężczyzn. Najstarszy z nich, siwowłosy, o orlim nosie i wyniosłym spojrzeniu, uśmiechnął się ponuro do Jima. To on nosił ostrogi, długi płaszcz i opierał dłoń na kolbie. John Price, niegdyś Strażnik Teksasu, obecnie, od kilku lat, szeryf miasteczka Darkwater. Pozostali byli zwykłymi ochotnikami, zaprzysiężonymi na czas pościgu. Nerwowo ściskali rewolwery i strzelby. Nie spuszczali wzroku ze stojącego przed burdelem rewolwerowca.

– Joseph Powell przesyła pozdrowienia – powiedział Price.

Jim wyszczerzył zęby w pogardliwym uśmiechu. I splunął.

– Wyznaczył nagrodę za twoją głowę, Jim – kontynuował szeryf. – Bardzo wysoką. Za żywego albo martwego.

– Nie zrobiłem niczego złego, Price. Dobrze o tym wiesz.

– To prawda. Jedynie wydymałeś Alice tak, że jej niedźwiedzi ryk było słychać w całym miasteczku.

– Sama mnie o to poprosiła. Nie mogłem odmówić. Skrzywdziłbym ją, gdybym powiedział „Nie”. Wszyscy wiedzą, jaki jest Powell. To potwór i impotent. Alice zasługuje na kogoś lepszego.

– Mogłeś zabrać ją ze sobą. Uniknęłaby lania.

Jim poczuł ucisk w dołku. Zacisnął pięści.

– Ale nie zabrałeś. I wiesz co? Tak naprawdę nie różnisz się zanadto od Powella. Też jesteś dupkiem, chłopcze.

– Skoro z ciebie taki świętoszek, Price, dlaczego nie wsadziłeś burmistrza do aresztu?

– Ponieważ spośród nas trzech jestem największym dupkiem – zaśmiał się szeryf. – Zapytaj moją córkę. Przy okazji. Ładne masz tutaj stadko. Dziewczyny błyszczą jak gwiazdy. Dwóch naszych upatrzyło sobie Karen. Poszła z nimi na górę. To ostre chłopaki, więc…

Price zawiesił głos w oczekiwaniu na reakcję Jima.

Sześciu, pomyślał rewolwerowiec. Palce na spustach. Nerwy napięte jak postronki. Nie dam rady…

Spojrzał w górę. Po spadzistym dachu przesunął się ogromny cień, wkrótce padł na mężczyzn stojących na ganku. Zadarli głowy. Jeff, machając błoniastymi skrzydłami, mrugnął do Jima i przejechał pazurem po pokrytej łuskami szyi. Szeryf Price pobladł. Ktoś inny krzyknął i rzucił się do ucieczki. Jim nie zwlekał. Wyszarpnął z olstra broń, odciągając jednocześnie do oporu kurek, wycelował w uciekającego i… stwierdził, że tamten porusza się nienaturalnie wolno, jakby powietrze stawiało mocniejszy niż zwykle opór. Ruchy pozostałych również były spowolnione. Jedynie Jim i Jeff poruszali się w normalnym tempie.

Sześć kul. Sześć strzałów. Sześć trupów.

Jim wpadł do burdelu, strzelił z drugiego rewolweru do mężczyzny pilnującego dziewczyn i, zanim tamten zdążył wylądować na podłodze, wbiegł na schody. Z pokoju, w którym trzymano Karen, wyłonił się facet w rozpiętych kalesonach. Kula przebiła na wylot jego gardło i utkwiła we framudze. Rewolwerowiec wpadł do środka, wbił lufę w usta kolejnego napastnika i pociągnął za spust. Resztki mózgu bryznęły na ścianę.

Karen wstała z łóżka, podeszła do zwłok i splunęła na nie siarczyście.

– Dziękuję – powiedziała. Skóra na jej szyi nosiła ślady palców. Pod lewym okiem kwitł siniak.

Jim skinął głową i zszedł do baru. Bezimienny barman napełnił bez słowa trzy kieliszki. Chwilę później rewolwerowiec otarł usta i wyszedł na zewnątrz. Dziewczyny przeszukiwały ciała zabitych. Jeff klęczał nad martwym szeryfem. Znów był w ludzkiej postaci.

– Dziękuję – odezwał się Jim.

– Nie ma sprawy. Teraz jesteśmy kwita.

– To prawda. Zostaniesz? Zamierzam ugotować dziewczynom specjał mojej mamy. Starczy dla wszystkich.

– Mną się nie kłopocz. Zjem tych tutaj. Potem wrócę do domu.

– Nie wiedziałem, że jadasz ludzi.

– Stare nawyki umierają z trudem.

– Wiem coś na ten temat – odparł Jim, myśląc o tym, jak podle potraktował Alice.

Kiedy nadszedł wieczór, po szeryfie i jego ludziach ostały się jedynie dokładnie obgryzione kości. Jeff beknął, poklepał się po brzuchu i zajrzał przez okno do burdelu. Dziewczyny siedziały na ustawionych w kręgu krzesłach, słuchając opowieści Jima.

– Teraz znacie moją historię. I rozumiecie, dlaczego zamierzam wrócić do Darkwater. Burmistrz zasłużył na kulkę. Alice na lepsze życie.

Karen, Olivia, Beth i Jane wymieniły spojrzenia gorejące od emocji. Suzie stanęła za barem i wyciągnęła spod lady strzelbę.

– Możesz na nas liczyć – powiedziała, udając, że mierzy z broni.

– Na mnie też – wtrącił milczący dotychczas barman, po czym zasiadł przy pianinie i zagrał skoczną melodię.

W drogę, pomyślał Jeff i spojrzał tęsknie na księżyc w pełni, tak bardzo przypominający ten z jego rodzinnych stron.

Potem odszedł. Albo odleciał. Albo…

Tak czy inaczej, zanim zniknął, wymruczał przeprosiny.

h

***

h

Następnego dnia, gdy świtało, Jim siedział na ganku, z petem w ustach i łzami na policzkach. Preria rozciągająca się wokół zrujnowanego burdelu zdawała się nie mieć końca. Wewnątrz, wśród przegniłych stołów i krzeseł, bulgotała ogromna kałuża ektoplazmy – białej substancji, z której co pewien czas wyłaniały się kobiece twarze. Wszystko szlag trafił, pomyślał i zapłakał nad swoim losem. Po raz pierwszy w życiu odczuwał irytujący brak sensu. Bezcelowość wszelkich działań. Obojętność wszechświata i inne tego typu egzystencjalne bolączki charakterystyczne dla osób, które wstąpiły do klubu najbardziej samotnych ludzi pogranicza.

Palił i płakał, ubrany w zjedzoną przez mole sukienkę i podarte pończochy.

Koło południa, pogrążony w smutku, usłyszał znajomy odgłos. Zbawczy dźwięk odciąganego kurka. Potem poczuł chłód stali na skroni. Zerknął w bok. Znad lufy spoglądały żądne zemsty oczy.

– Cześć – powiedział Henry Pulavsky.

h
Reklamy
  1. Cholernie zgrabnie posrana historyjka, świetnie napisana, humorem o jak najbardziej pożądanym odcieniu czerni podszyta.

  2. Był pewien, że usłyszał coś nienaturalnego – w normalnym opowiadaniu nie zwróciłbym na to zdanie uwagi. Tutaj aż parsknąłem ze śmiechu.
    plecy rosłego karła – hehehe
    jakby sam diabeł chciał dobrać się mojego tyłka – zgubione „do”
    Resztki mózgu bryznęły na ścianę – a czemu resztki, a nie po prostu mózg, albo fragmenty mózgu? Chyba że koleś miał od początku w głowie jedynie jego resztki 🙂

    No, wreszcie soczysty jak befsztyk kawał solidnej literatury. Prawdziwy rarytas. Aż muszę poczytać inne twoje opowiadania.

  3. Dzięki. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: