polskie centrum bizarro

„Mors Certa, Hora Incerta” by Patryk Bogusz

In Opowiadania on Maj 11, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWitajcie! Dzisiaj mamy dla Was opowiadanie Patryka Bogusza pod tytułem Mors Certa, Hora Incerta. Tekst ciekawy, choć umiarkowanie bizarrystyczny według wyśrubowanych standardów pokręconości Paskuda. Cóż jednak z tego? Dobra lektura, to dobra lektura. Koniec, kropka. A i Wam i nam przyda się odrobina odpoczynku od co bardziej drastycznych pomysłów. Do których oczywiście wrócimy za chwilę.

Tymczasem: przyjemnego czytania! I pamiętajcie: mors certa, hora incerta. Co zostanie udowodnione poniżej.

h

Mors Certa, Hora Incerta by Patryk Bogusz

h

Viktorię poznałem na Warszawskim dworcu. Była mroźna grudniowa noc. Siedziała sama na jednym z peronów. Trzęsła się tak, że nie mogła trafić igłą w żyłę. Zrobiło mi się jej żal, więc podszedłem do niej i zaoferowałem pomoc. Wlepiła we mnie niebieskie oczy i stwierdziła: „Byłoby kurewsko miło z twojej strony”.

Wziąłem od niej strzykawkę, przytrzymałem jej lewe przedramię i wprowadziłem delikatnie igłę w żyłę. Powoli naciskałem tłok i towar znikał w niej.

Wtedy uśmiechnęła się do mnie po raz pierwszy. Miała uśmiech jak hollywoodzka gwiazda.

„Dziękuję ci, mój dworcowy książę.”

Chciałem się przedstawić i zaprosić ją na kawę z automatu, ale na peron wbiegło akurat dwóch policjantów z pałami w rękach krzycząc: „Pieprzone ćpuny!”.

Dziewczyna zerwała się do ucieczki, ale heroina już działała. Zdołała zrobić kilka kroków i przewróciła się. Policjanci byli coraz bliżej.

Zacząłem biec wprost na nich z bojowym okrzykiem na ustach: „Dawajcie skurwysyny!”.

Posłuchali mnie – bo dali. Dostałem gazem po oczach i niezliczoną ilość pał.

Leżałem zwinięty w kłębek i myślałem tylko o tym, czy jeszcze kiedyś spotkam tę szczupłą dziewczynę o różowych włosach.

W końcu przestali mnie bić. Obaj z trudem ledwo łapali oddech. Kazali mi wypierdalać z dworca i poszli sobie.

Wstałem i przetarłem rękawem twarz z krwi. Upadając przygryzłem lekko dolną wargę. Nic poważnego. Oprócz tego miałem wybity kciuk u prawej dłoni, ale szybko go nastawiłem.

„Hej mój książę” – usłyszałem za sobą jej seksowny, troszkę zachrypnięty głos. Odwróciłem się. Stała na schodach i czekała na mnie.

Podszedłem do niej, kulejąc na lewą nogę. Widocznie na nią spadło kilka uderzeń więcej. Podała mi rękę powitanie: „Cześć, jestem Viktoria, a ty uratowałeś mi dupę i jestem ci bardzo wdzięczna.”

„Xavery jestem, miło mi cię poznać” – przedstawiłem się, posyłając jej najlepszy uśmiech, jaki potrafiłem z siebie wydobyć. „Pójdziemy coś zjeść?” – zaproponowałem. „Ja już jadłam, ale chętnie ci potowarzyszę” – usłyszałem w odpowiedzi.

Trzy godziny później wylądowaliśmy u mnie. Nie protestowała, kiedy zsunąłem z niej wytarte jeansy i rajstopy. Wsadziłem w nią język. Smakowała jak brzoskwinka. „Nie przerywaj, książę” – dyszała, a ja nie miałem takiego zamiaru. Spijałem jej soki jak piwo na kacu.

Gryzłem jej piersi, szarpałem za włosy, a nawet wymierzałem klapsy. Już dawno nie miałem w sobie tyle energii.

Przez dwa dni prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Nie było na to czasu. Oglądaliśmy porno i rżnęliśmy się. Ona ćpała – ja piłem. Raz próbowałem prochów, ale to nie moja bajka.

„Kiedy wciskam towar w bata, to tak jakby ktoś wcisnął we mnie tuzin kutasów i każdy z nich podrażniał moje G” – mówiła.

Nie dziwne, że jej się podobało – ja tam nigdy nie chciałem, żeby ktoś we mnie wpychał kutasa – więc to nie była zabawa dla mnie.

Trzeciego wieczoru nastąpił przełom. Odpoczywaliśmy w łóżku po numerku. W telewizji leciała Tila Tequila obrabiająca trzy fujary naraz. Byłem szczęśliwym posiadaczem wszystkich edycji dvd z Tilą.

– Mogę o coś spytać? – Ta nieśmiałość była raczej u niej dziwna.

– Jasne, wal – odparłem.

– Przez te dni ani razu nie zapytałeś mnie czy jestem zdrowa.

– Zdrowa?

– No, czy nie mam AIDS, hiva, czy jeszcze innego gówna. W końcu jestem ćpunką i poznałeś mnie na dworcu…

– Ty też mnie o to nie pytałaś.

– Nie jesteś ćpunem ani pedałem…

– Co nie znaczy, ze nie dmuchałem innych ćpunek przed tobą.

– A robiłeś to?

– Nie.

– To dlaczego mnie nie zapytałeś? Albo czemu nie używasz gumek?

– Nie lubię ich.

– Ja też nie. – Roześmiała się.

– To jesteś zdrowa? – spytałem.

– Tak. Regularnie się badam. I nie daję dupy za towar. Kilka razy zdarzyło mi się zrobić dilerowi loda.

– To okej.

– Uwierzyłeś mi?

– No.

– Jezu, książę jestem narkomanką, nie można wierzyć ćpunom w ani jedno słowo. Co jest z tobą nie tak?!

Wtedy postanowiłem, że będę z nią szczery.

– Chodź, coś ci pokażę – złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą do kuchni. Wyciągnąłem z szafki kuchennej japoński nóż do sushi.

Docisnąłem jego ostrze do tętnicy szyjnej i powoli, ale mocno przeciągnąłem ostrze po skórze.

Viktoria nie krzyczała. Nic nie mówiła. Stała i obserwowała w milczeniu jak podrzynam sobie gardło. Przeszły mnie ciary. Czułem, że fiut mi się skurczył jak wtedy, kiedy spacerowałem po oblodzonej Wiśle i lód zarwał się pode mną.

Tętnica wypluła z siebie gejzer krwi, który wylądował na twarzy i piersiach mojej ślicznotki.

Nie wykonała żadnego ruchu. Wsadziłem sobie palce w ranę i rozszerzyłem ją, posyłając pięknej „podwójny uśmiech”.

Upadła z krzykiem na kolana.

– Nie martw się, nic mi nie będzie – wyjąłem paluchy z rany i pogłaskałem ją po włosach.

Zrobiła siku. Nic się nie stało – mam w kuchni terakotę. Łatwe do zmycia. Krew powoli przestawała lecieć. Zaczął się proces naprawczy. Zacisnąłem chwyt na jej włosach i siłą uniosłem jej głowę do góry.

Z jej ślicznych oczu płynęły łzy. – Patrz – mówiłem – nic mi nie jest.

Rana po chwili zabliźniła się.

– Jjjjaajak to??… – nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła. Wcale się nie dziwię. Ja też nie mogłem.

Dowiedziałem się o tym miesiąc wcześniej. Powiesiłem się o dwudziestej drugiej. Strzelił mi kark, nafajdałem w spodnie. O dwudziestej drugiej trzydzieści robiłem sobie kolację, bo przez te całe wieszanie cholernie zgłodniałem. Kark nawet mnie nie bolał. Wtedy odkryłem, że nie mogę się zabić. Potem próbowałem podcięcia żył, suszarki w kąpieli, wspomnianego chodzenia po lodzie, wyskoczenia z pociągu, strzału w głowę – wszystko na nic. Bóg musiał mnie znienawidzić.

Pomogłem jej zrobić „strzał” i zmyć krew z ciała. Było jej trochę głupio, że się zsikała, ale uspokoiłem ją historią o moim wypróżnieniu w czasie wieszania.

– To znaczy, że gdy mnie poznałeś chciałeś się zabić? – dźwięk suszarki prawie zagłuszył pytanie. Dobrze, że kupiłem nową suszarkę. Patrzyłem jak podrzuca włosy przy suszeniu i delikatnie kręci tyłeczkiem. Była cudowna.

– W sumie tak. Poszedłem na dworzec w nocy licząc, że może mnie napadną i zginę. Potem, gdy cię zobaczyłem, to już co innego. Miałem jeszcze pomysł, żeby zrobić sobie złoty strzał z twojego towaru, ale stwierdziłem, że chcę cię najpierw poznać.

– Dlatego tak dzielnie ruszyłeś na tamtych psiarskich?

– Nie, to nie tak. W tamtym momencie nie zdążyłem pomyśleć o mojej super mocy, he he, to był impuls.

– Impuls powiadasz? – Wyłączyła suszarkę i podeszła do mnie. Siedziałem na krawędzi wanny, a ona zaczęła ocierać się cipką o moją klatę.

– Impuls – potwierdziłem.

Osunęła się i wzięła go do ust, drażniąc przy tym palcami moje jajka.

Gdy to piszę jest połowa lutego. Zima trwa dalej. Viktorii już ze mną nie ma. Przedawkowała tydzień temu.

To była miła dziewczyna. Przez te kilka tygodni znów czułem, że żyję. Niestety, odkąd jej nie ma, znów nie chcę tu być. Popijam starego dobrego Jacka i spisuję to na wszelki wypadek, gdyby w końcu udało mi się doprowadzić do samozniszczenia.

Nie poddam się. Od jutra będę próbował dalej. Do samego końca mojego lub tego świata.

Reklamy
  1. „Non omnis moriar” – ewentualnie wcale 🙂 fajne, fajne…

  2. Zrobiło mi się jej żal, więc podszedłem do niej i zaoferowałem pomoc. Wlepiła we mnie niebieskie oczy i stwierdziła: „Byłoby kurewsko miło z twojej strony”. Wziąłem od niej strzykawkę, przytrzymałem jej lewe przedramię i wprowadziłem delikatnie igłę w żyłę. Powoli naciskałem tłok i towar znikał w niej. – jej, niej, mnie, twojej, niej, jej, niej, a jakbym zacytował nieco dłuższy fragment, tych jejniejów byłoby kolejne kilo.

    Ani mnie to wzruszyło, rozśmieszyło, wkurzyło, czy cokolwiek yło. Warsztatowo też bez szału, żeby nie być dosadnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: