polskie centrum bizarro

„Urban Jungle” by Agata Piątkowska

In Opowiadania on Maj 13, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPowszechnie utarło się, że płeć nadobna myli epikę z liryką, wplatając kwiatki, bławatki i inne wianki w każdy bez mała tekst. Nie jest to prawdą, bynajmniej. Nowa na niedobroliterkowych łamach autorka, Agata Piątkowska udowadnia dobitnie swoim, że i niewiasty potrafią bizarrować tak, że opada szczęka. Między innymi szczęka.

Urban Jungle” można postrzegać w kategorii czystej rozrywki, Paskud upiera się jednak, by nie umniejszać jego uniwersalnej wymowy, czyli… no cóż; ostrzeżenia przed samotnym hasaniem po zakazanych okolicach. Gotowi? Przetrzyjcie zaparowane szkła kontaktowe i do czytania marsz!

Jak zwykle: niedobrej lektury!

h

Urban Jungle by Agata Piątkowska

h

Kucnąłem, ocierając się ramieniem o jeden z worków na śmieci. Chropawy szelest plastiku wytrącił mnie z równowagi. Odsunąłem się, starając się ograniczyć ilość gwałtownych ruchów. Podpierając się na kolanie, pochyliłem głowę nisko, by nie wystawała ponad stosem pudeł. Między kartonami dojrzałem szczelinę, przez którą mogłem spokojnie obserwować.

Rozejrzałem się. Otaczały mnie rozdeptane puszki po piwie, pomięte strony gazet i zmiażdżone na plamę pomidory, których jakiś wyjątkowo ograniczony leń nie miał zamiaru wrzucić do śmietnika. Ów śmietnik znajdował się za moimi plecami, zionąc na mnie mroczną czeluścią nieoświetlonego wnętrza, ukrytego za niedomkniętą bramą. Normalnie wejście do piekła. Dobrze, że nie było wiatru, bo skrzypienie nienaoliwionych zawiasów mogłoby mnie zdradzić. Jedynie zapach pozostawiał wiele do życzenia, jednak już dawno zdążyłem się przyzwyczaić.

Noc okazała się przyjemna. Idealna na spacery. Jak wspomniałem, nie wiało, więc nie martwiłem się o przeziębienie. Moja koszula zbyt wiele przeszła, by ochronić mnie przed zimnem. I śmierdziała nie gorzej niż sam śmietnik. To dobrze – idealnie wkomponowałem się w otoczenie.

Usłyszawszy jakiś dźwięk, oderwałem się od rozważań. Moje zmysły skoncentrowały się na ulicy przede mną.

Na początku były tylko odgłosy. Rozlegały się gdzieś daleko, więc obawiałem się, że lada moment zamilkną. Chwilę tak trwałem w napięciu, modląc się do wszystkiego, co mogłoby mi pomóc. Ale nic się nie zmieniło. Stukot trwał i trwał, stawał się coraz głośniejszy. Oprócz tego słyszałem niezrozumiały bełkot. Ktoś zbliżał się, mówiąc.

Znieruchomiałem niczym słup soli. Moje ciało stało się napiętym łukiem, gotowym niespodziewanie wystrzelić. Zazwyczaj w takich sytuacjach doznawałem uczucia niepokoju, gubiłem się w myślach. Teraz jednak mój umysł był chłodny. Widocznie przyzwyczaiłem się i nauczyłem radzić ze stresem. Ten wewnętrzny spokój bardzo mnie ucieszył.

Spojrzałem przez szczelinę. Ślepia latarni oświetlały ulicę miękkim, pomarańczowym blaskiem, ale wjazd do śmietnika znajdował się w pustce między dwoma źródłami światła. Taki spory obręb ciemności wydawał się ryzykowny, szczególnie o tej porze. Mnie bardzo to pasowało – światła wystarczyło tyle, bym wszystko widział, a sam pozostawałem niewidzialny.

Nocny marek, jak się okazało, dalej zmierzał w moim kierunku. Swoim niskim barytonem opowiadał o czymś przez telefon. Sądząc po słowach i rozbawionym tonie chwalił się właśnie, z jakiej to niezłej zabawy wraca. Zmęczony, rozkojarzony, pewnie też podpity. Wydawał się idealnie wręcz bezbronny i nieświadomy niebezpieczeństw tego świata.

Pełna gotowość. Szybkie zerknięcie w stronę mojej nogi. Włócznia leżała tam, gdzie ją zostawiłem. Wziąłem ją do ręki. Drewniany koniec schładzał dłoń.

Obok leżała cegła. Wszystko przygotowane.

Przeniosłem ciężar ciała na drugą nogę, kiedy zacząłem odczuwać skurcze. Zapewne te igiełki pod skórą nie pozwoliłyby mi działać, ale buchająca we mnie adrenalina uodparniała mnie na wszelki ból.

Kroki zdawały się uderzać w rytm mojego serca. Stuk, stuk, stuk. Bum, bum, bum. Coraz głośniej i głośniej. Mój obiad w mokasynach zmierzał wprost w moje ramiona.

Kiedy wyłonił się w szczelinie, wyskoczyłem niczym diabeł z pudełka.

Jakże głupi miał wyraz twarzy – mieszankę szoku i zakłopotania – ujrzawszy takiego obszarpańca jak ja, włochatego i ciskającego dzidą. Ta mina pozostała mu nawet, gdy grot przebił na wylot jego śledzionę, pozbawiając go równowagi. Zanim doszło do wrzasków, z gracją olimpijczyka przeskoczyłem pudła i zadałem cios cegłówką prosto w potylicę. Facet zemdlał, wykrwawił się i nadal wykrzywiał usta, jakby pragnąc powiedzieć: „A cóż pan wyprawia?”. Jakże kretyńsko tak umierać.

Ślad krwi ciągnął się za nami aż do mojej kryjówki. Ostatnio niczym troll sypiałem pod mostem. Tam czekał amatorsko przygotowany ruszt – wielkie, drewniane pudło z otworem i wykradziona ze złomowiska kratownica. Nie ma to jak nocne grillowanie. Na jakiś czas nie będę głodny.

Gdy było po wszystkim, wyrzuciłem sprzęt do rzeki, tak samo jak ubrania kolesia. Garnitur od Hugo Bossa, porządne mokasyny, na nadgarstku zegarek za osiem tysięcy. Przypomniały mi się stare, dobre czasy, kiedy nie potrafiłem zliczyć zer na swoim koncie. Nie winię już nikogo za intrygi, przez które zbankrutowałem i wylądowałem na ulicy. Gdy drapieżnicy zostają pozbawieni jednego źródła utrzymania, muszą szukać innego. W końcu w miejskiej dżungli liczy się przetrwanie, nie?

h
Advertisements
  1. Jest epika, odrobina w niej liryzmu i niewątpliwie szczypta dramatu 🙂
    Tylko dlaczego, bohaterem jest facet? Oj, jak miło by było, gdyby włochatym obszarpańcem okazała się ostatecznie eteryczna blondynka 😉

  2. No tak, każda akcja rodzi reakcję. Nic nie wisi w próżni. Jako lekko mizantropiczna dusza, przyklaskuję idei.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: