polskie centrum bizarro

„Karma” by Szymon Miklewski

In Opowiadania on Maj 22, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Wszyscy doskonale wiemy co to jest „karma” – i wbrew temu, co Paskud podpowiada nam z offu, wcale nie chodzi o żarcie. Także o żarcie dla psów. Nie, Panie Paskud, dla zmutowanych jajorodnych nogogłaszczek z Marsa też nie… zresztą, skąd pomysł, że takie coś w ogóle istnieje na Marsie? Na Uranie to owszem, ale Mars? Dobra, do rzeczy. Skoro wszyscy wiemy, że karma to przeznaczenie – lub jak podpowiada podochocony Paskud: żarcie dla losu – to jesteśmy w pozycji doskonałej, aby sobie o karmie poczytać.

Przypadek – czytaj: los – chciał, że akurat mamy coś odpowiedniego w tym temacie. Sprawcą szorta pod tytułem Karma jest Szymon Miklewski. A o tym, że krótko nie musi oznaczać mało, można przekonać się poniżej. Po

niżej.

Niżej.

Jeszcze niżej.

h

Karma by Szymon Miklewski

h

Barbara siedziała na chwiejącym się krzesełku i czekała aż gospodyni zaparzy herbatę. Kuchnia, w której się znajdowali, upodobniła się do właścicielki, bądź właścicielka do kuchni, w każdym razie obie były brudne, stare i zapleśniałe. Staruszka postawiła dwie szklanki z gorącym napojem na stole i usiadła.

– Przyniosłaś? – zapytała.

– Tak – odparła Barbara trwożnie i otworzyła torebkę. Wyjęła z niej pukiel włosów związany nitką i wręczyła staruszce.

Kobieta powąchała go, polizała, w końcu mruknęła pod nosem:

– Opowiedz.

– Co mam…? – zaczęła Barbara, ale szybko zrozumiała polecenie. – Domyśliłam się, gdy…

*

Domyśliłam, się, gdy zaczął regularnie zostawać dłużej po pracy. Dzwonił godzinę przed wyjściem, że nazbierało mu się zaległości i nie może dłużej tego odkładać. Problem tkwi w tym, że Rysio, mój mąż, nigdy nie zostawia niczego na ostatnią chwilę. Wszystko robi od razu nawet wtedy, gdy końcowe terminy są dość odległe. Znam go na tyle, by to wiedzieć, piętnaście lat małżeństwa ma swoje prawa. Dochodziły do tego sprawy łóżkowe. Najzwyczajniej w świecie przestał mnie dotykać.

Na początku oszukiwałam siebie, chciałam mu wierzyć. Pomagały opowieści o żmudnej harówce z mnóstwem technicznych szczegółów. Z czasem jednak zostawał coraz częściej, zdarzało się, że codziennie. Wtedy już byłam pewna.

Gdy oznajmił, że wyjeżdża w delegację, postanowiłam go śledzić. W drodze na dworzec zabrał ze sobą jakąś młodą cizię. Blondyna, krótka spódniczka, bluzka z dekoltem, nie zdziwiłabym się, gdyby była zwykłą dziwką.

Nie traciłam głowy. Gdy zadzwonił, aby oznajmić, że dotarł na miejsce, zapytałam go, kto jest z nim w delegacji. Stwierdził, że dwóch kolegów z biura. Resztkami sił pożegnałam się, odłożyłam słuchawkę i dopiero wtedy się rozpłakałam.

Gdy wrócił, nie dałam nic po sobie poznać. Następnego dnia, na godzinę przed jego wyjściem, pojawiłam się w knajpce po przeciwnej stronie biura, w którym pracował. Miałam ze sobą komórkę, lecz nie zadzwonił, że zostaje dłużej. Dotarłam do domu tuż przed jego powrotem. Następnego dnia powtórzyłam operację. Znów nic. Trzeciego dnia w końcu zadzwonił poinformować mnie, że przez delegację zawalił terminy. Gdy wyszedł z pracy godzinę później, poszłam za nim. Zniknął w tym samym budynku, spod którego odebrał tę sukę.

Któregoś dnia Tereska, koleżanka od zakupów, powiedziała mi, że pomogła jej pani uwieść swojego dekoratora wnętrz pomimo tego, że był gejem. Biedna kretynka, zaraził ją wirusem HIV. Nieistotne, w każdym razie zadzwoniłam do pani.

*

– Jakie jest życzenie? – zapytała staruszka, siorbiąc herbatę.

Barbara zamierzała poprosić, by Rysio wrócił do niej. Opowiadając jednak, doszła do wniosku, że targa nią inne pragnienie.

– Chciałabym, żeby ją zabił – szepnęła – żeby zabił sukę, którą kocha. Niech jej powie, że zdrada jest złem. Może przy odrobinie szczęścia zamkną go w pudle.

– Trzydzieści złotych – odparła wiedźma, wyciągając dłoń. – Na dobrą flaszkę.

Barbara wyłuskała z portfela należną kwotę i podała staruszce. Ta splunęła na pukiel, podeszła do gara z wrzącym płynem, wrzuciła włosy i zamieszała.

– Teraz pani idzie – wymamrotała wiedźma. – Syn panią odprowadzi, to szemrana kamienica. Marko!

W progu kuchni pojawił się młody, przystojny młodzieniec. Staruszka poprosiła go, żeby odprowadził gościa. Ten nonszalancko użyczył Barbarze ramienia i zaprowadził na podwórko. Przy samochodzie kobieta wpadła w histerię, zaczęła płakać. Marko szepnął jej kilka uspokajających słów i przytulił serdecznie.

– Ty kurwo! – wrzasnął ktoś za jej plecami.

Odwróciła się i ku swojemu zdziwieniu zobaczyła Rysia. Szedł ku nim wściekły.

– Kochanie?

– Ty kurwo! To ja ci od miesięcy szykuję Afrykę na rocznicę ślubu, biorę nadgodziny, kłamię o delegacjach, żebyś tylko miała niespodziankę, a ty mi się tak odwdzięczasz? – podszedł i uderzył ją w twarz. – Bujam się z jakimiś nawiedzonymi organizatorkami imprez, nie dosypiam, a ty tu z jakimś chłystkiem!

Marko wszedł pomiędzy skłóconą parę, chciał coś powiedzieć. Rysio wyjął z kieszeni kuchenny nóż do ziemniaków i bez skrupułów wbił go w gardło młodzieńca. Odepchnął chłopaka na bok i zajął się własną małżonką.

– Źle, że mnie zdradziłaś, ty kurwo! – Wrzeszczał, dźgając Barbarę gdzie popadnie.

Gdy dosłownie nie było już miejsca, w które rozgoryczony mąż mógłby wbić zakrwawione ostrze, z oddali dało się słyszeć wycie syren policyjnych. Z okna na pierwszym piętrze spoglądała zapłakana staruszka z komórką w dłoni.

Reklamy
  1. Świetny tekst, robi naprawdę piorunujące wrażenie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: