polskie centrum bizarro

„Lawina!” by Marek Grzywacz

In Akcje Literackie, Opowiadania on Maj 30, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtMam dziś święto kościelne, ale pewna część populacji, ta wiekowo najniższa, czeka już z niecierpliwością na inne święto. Tak, tak, początek nowego miesiąca, czerwcem zwanego, to dla nich gratka. Ach, dzieci…

Właśnie, z czym się wiąże ich dzień? Z tonami zabawek wpadającymi w pazerne rączki naszych pociech. Tak, one i dzieci to nierozłączny temat. A gdyby ta obfitość zabawek została wykorzystana w niecny sposób ?

O Dniu Dziecka, o zabawkach, o pewnym niedobrym człowieku i jego wielkiej ucieczce opowie wam Marek Grzywacz. Ale zaraz… data to raczej nie ta. Spokojna głowa. Szykujcie się – Lawina! to zwiastun tego, co czeka was 1 czerwca. Będzie się działo.

h

Lawina!

h

Stoję przy oknie, spokojny, choć wiem, że pierwsze promienie słońca zmienią wszystko. Spóźnia się, w zeszłym roku zaczęło się wcześniej. Nie ma we mnie nadziei – jeżeli już, to spóźnienie oznacza tylko, że moja czujność wystawiana jest na próbę. Jestem gotowy, więc mam to głęboko w poważaniu.

Odrywam wzrok od cichych przedmieść za szybą. Przechodzę przez pokój, w sumie bez powodu, błąkam się po domu. W końcu trafiam do łazienki. Powiesiłem tam kiedyś ogromne lustro, jedna z moich eks lubiła się przeglądać godzinami i, czasem, patrzeć na siebie podczas obsługiwania mnie. Chyba podobało jej się, że wygląda jak dziwka, robiła sobie groteskowy, ostry makijaż zahaczający o rejony drag queen, zakładała bieliznę, którą da się nabyć jedynie w sex shopach. Mi to nie przeszkadzało, a ona cieszyła się, że traktuję ją adekwatnie. Dopiero potem zorientowała się, że wszystkie kobiety tak traktuję – wtedy szybko ewakuowała się z mojego życia.

Nie jestem dobrym człowiekiem. Z tym też nie miałem nigdy problemu.

Lustro pokazuje, że starzeję się, ale to ignoruję, ważne, że mięśnie, które napinam jak na pokaz, są na miejscu i gotowe do pracy. Nie sflaczałem. Prowadzę się zdrowo. Patrzę na swoje odbicie, z góry do dołu, z dołu do góry, i wiem, że z roku na rok robię się w tym coraz lepszy. Prezentuję się jakbym miał zaraz wystartować w maratonie, brak tylko numeru startowego na koszulce. Nachylam się, sprawdzam jeszcze raz sznurówki. Gdyby się rozwiązały, czekałaby mnie śmierć. Poprawiam też pasek na brzuchu, do którego przytwierdziłem kilka bidonów – nie za dużo, dodatkowe ciężary też mogą zabić, muszę być lekki, bardzo lekki.

Uśmiecham się. Motywacja to klucz do zwycięstwa, czytało się to i owo w magazynach dla ludzi sukcesu.

– Nie możesz przegrać, skurwielu – mówię. – Nigdy w życiu nie przegrałeś.

Wracam do salonu… i nagle do moich uszu dociera zwiastun.

Narastający pomruk, coraz głośniejszy, coraz bardziej złowieszczy.

Nadchodzi.

Ruszam z kopyta. Biegiem do drzwi, jeśli zostanę w środku o minutę za długo, umrę. Nie zamykam ich za sobą, to bez znaczenia. Pokonuję odległość od frontu do bramy, tę już wcześniej zostawiłem otwartą. Wydostaję się na główną ulicę siedliska nadzianych debili.

Horyzontu nie widać. Ciemna fala rośnie, jakby chciała zawłaszczyć całą przestrzeń nieba. Jest ogromna. Tytaniczna. Największa. Zasypie wszystko, nie zatrzyma jej nic.

Chyba, że zdoła mnie pożreć.

Mam jeszcze kilka sekund. Nie boję się, pokazuję to buńczucznie, nie ruszam od razu. Przyglądam się nadchodzącemu żywiołowi. Nasłuchuję, pomruk zmienia się w ogłuszający rumor.

Odwracam się, zbieram energię…

…gotowy, start!!!

Biegnę, tylko bieg się liczy, staram się nie pamiętać, że tuż za mną miliardy dziecięcych zabawek spadają na okolicę, miażdżąc ją. Muszę dotrzeć do drogi szybkiego ruchu, idealnej, prostej jak strzała. Inaczej lawina mnie dogoni.

h

***

h

Dzień jest piękny, choć teoretycznie lato dopiero ma przyjść. Słońce praży, a to dla mnie zła wiadomość. Pot zalewa mi oczy, gorąco odbiera siły. Kiedyś samo to zmusiłoby mnie, bym się zatrzymał. Nie lubię się męczyć, zawsze ustawiałem sobie życie tak, że inni męczyli się za mnie. Ale walka mnie zmieniła. I biegnę dalej. Muszę walczyć. Choćby z przekory.

Kiedy wpadam na most, który zaprowadzi mnie do pustego miasta, nie wytrzymuję i zerkam za siebie, nie zwalniając. Zabawki zalewają lasy, łąki, pola, drogi, wioski. Ich niesamowita masa zrównuje świat z ziemią, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Wszystkie – od najmniejszego gumowego dinozaura, z tych, co kiedyś w kioskach na pęczki sprzedawali; do najogromniejszego pluszowego zwierzaka, większego niż niejeden szkrab – łakną mojej krwi.

Obracam głowę, na powrót skupiam wzrok na tym, co przede mną.

Po chwili znajduję się już w aglomeracji. Porzucone samochody utrudniają nieco zadanie, każdy moment, który marnuję na slalom między nimi lub przeskakiwanie na chodnik, daje przewagę lawinie. Pędzę ulicami bez przechodniów, oglądają mnie tylko puste okna bloków, mrugają do mnie światła, zmieniając się bez celu z zielonego na czerwone.

– Szybciej, idioto, szybciej! – motywuję się, nie na głos, bo odzywanie się zabiera cenny oddech, wybija z rytmu. – Kurwa, szybciej! Nie daj mu satysfakcji!

Za drugim czy trzecim razem wybrałem miasto, sądząc, że lawina straci impet w gąszczu budowli. Po części miałem rację – zabawki nieznacznie hamowały, rozsypywały się na boki, część niezwykłej energii marnowała się na przewracanie drapaczy chmur. Gdyby było to naturalne zjawisko, może zadziałałoby. Lecz tych wszystkich gówienek, kupowanych dzieciakom, żeby zaspokoić ich konsumpcyjne żądze, jest po prostu za dużo. Kiedy przykryją miasto, kiedy zniknie po nim ślad, ruszą dalej, wciąż tuż za mną.

Drobiazgi, które wypadły z czoła lawiny w kontakcie z zabudową, wystrzeliły w górę i teraz spadają na mnie jak meteoryty.

Po lewej plastikowy wóz strażacki wbija się w dach taksówki. Przede mną uderza w jezdnię konik na biegunach, kończąc żywot jako połamane drewno. Klocki Lego, kawałki puzzli i inne drobinki są jak deszcz, bolesny, raniący skórę.

Prawie przegrywam, gdy potykam się o resoraka. Moja wina. Obserwując otoczenie, by uniknąć bombardowania, przegapiłem samochodzik zdradziecko toczący się po ulicy. Lecę do przodu, odruchem odbijam się dłonią od ziemi, zostawiając na asfalcie pasma naskórka. Zachowuję równowagę, jakimś cudem, znów nabieram pędu, ale straciłem cenne minuty.

Ciśnięta jak pocisk kołyska obala latarnię za mną. Spoglądam przez ramię, widzę, jak ciężki słup zgniata autobus. Kołyska… darujcie, to nawet nie zabawka.

Skręcam na trasę wyjazdową, choć chwilę będę musiał biec pod górę, wspinając się na wiadukt. Lecz dalej jest autostrada, to logiczny wybór.

– Kolana wyżej! Buty mają jak najrzadziej dotykać podłoża! – pouczam się w myślach głosem mojego ojca. Miał nadzieję, że zrobi ze mnie atletę. Szkoda, że prostak gnije w ziemi, ciekawe, czy byłby ze mnie dumny? – Oddychaj równo. Oczyść głowę, liczy się tylko wynik, biegnij jak opętany, gnojku!

Wydaję mi się, że przez łoskot lawiny krwawię z uszu.

h

***

h

Niekończąca się nić autostrady jednak ma koniec, przebiegam obok budek, opuszczonych aut nadal czekających w kolejce do uiszczenia opłaty. Czuję napór powietrza na plecy, jęzor bestii sięga po mnie.

Pędzę nieznanymi drogami, zaczyna robić się ciemno, ale nie ma to znaczenia, czas zniknął. To, co poza szarością drogi i zielenią pobocza przed moimi oczyma też nie istnieje. Jestem tylko ja – wcielony ruch i ból. Czuję się tak, jakbym naderwał każdy mięsień w moim ciele, cierpienie wykracza poza wszelkie normy. Jest gorzej niż w zeszłym roku, gorzej niż dwa lata temu. Prawdopodobnie biegnę już tylko dzięki sile woli. Na szczęście tę mam wyćwiczoną. I wredną, przede wszystkim, upartą z czystej złośliwości.

Wyrzucam za siebie ostatni bidon. Kropla nic nie zmieniła, wnętrze ust mam suche jak sto Sahar, przełyk, to brzmi śmiesznie, zdrętwiały. Wypociłem większość wody, a skoro się z niej w większej części składam, to co zostało?

Zwalniam.

Wpierw myślałem, że zmyliła mnie monotonia, ale zwalniam.

Ryk lawiny brzmi jak radosny rechot. Wie, że tym razem wygra.

Zrywam się, nie bacząc na nic, choć zaraz się zwyczajnie przewrócę.

– Niedoczekanie!!! – Łamię zasady i wrzeszczę aż do braku tchu.

h

***

h

Muskają kostki, dotykają prawie zdartych butów, uderzają w plecy. Pluszowe łapki, plastikowe dłonie, wszelkie rodzaje kończyn, a także martwe twarze, zabawki zawsze mają martwe twarze, zaklęte od początku w jedną, sztuczną minę.

Pochłania mnie lawina. Może to lepiej. Ile razy zdołałbym to powtórzyć? Im częściej walczysz, tym większa szansa, że przegrasz.

Postanawiam upaść.

Gdy grunt się zbliża, zamykam oczy.

Otwieram je parę minut później.

Unoszę się na rękach, choć długo nie wytrzymam. Przede mną jest ogrodzenie. Metalowy płot, którego od wieków nikt nie odmalowywał. Za nim czarne sylwetki drzew. Dalej majaczy zjeżdżalnia, huśtawki, bramki boiska i wreszcie ponury budynek, ledwo co oświetlony.

Wiem gdzie jestem. Meta zawsze ta sama. Dom dziecka w jakimś nieistotnym miasteczku. Noc ciepła. Świat wrócił, czas wrócił i pewnie kilka minut dzieli mnie od północy.

Podźwigam się, chwieję się na nogach, ale chcę zachować godność.

Wygrałem. Kolejny raz pokonałem klątwę. Prześcignąłem lawinę, nie wchłonęła mnie i nie zaniosła ku zepsutej rzeczywistości, w której poświęcałbym własne pieniądze, własne emocje i własne szczęście temu niewyskrobkowi.

Patrzę zafascynowany na góry przedmiotów, które byłyby spełnieniem marzeń każdego dziecka. Sięgam dłonią ku wysuniętej kupce zabawek, która prawie mnie doścignęła. Podnoszę jedną. Trafia na prawdziwego bohatera, figurka dzierży w dłoniach wielgachny karabin i nosi zbroję kosmicznego wojownika.

Uśmiecham się do niego.

Jednym ruchem urywam mu plastikowy łeb. Ciskam nim w stronę zapadających się, znikających zwałów przegranych śmieci.

Czuję na sobie czyjeś spojrzenie.

Odwracam się powoli. Radość przypominająca furię pozwala panować nad bólem. Macham na powitanie mojemu nemezis.

Urósł. Ile on może mieć teraz lat, sześć, osiem? Gubię rachubę. Jego włosy są jeszcze bardziej moje, rysy twarzy też podobne, choć ma w sobie coś z eleganckiej kruchości matki. Krótkie nóżki nie dotykają ziemi, gnojek lewituje jak gdyby nigdy nic. Jego oczy płoną.

Jest i gwardia przyboczna. Dogorywający pluszak, królik z urwanym uchem, unosi się po lewej stronie. Szmaciany pajacyk, połatany i pozszywany, po prawej. Zabawki też mają ślepia demonów.

To była dobra dziewczyna, piękna i posłuszna, ale nieprzyzwoicie durna. Kazałem jej brać tabletki, wiedziała, że po pijaku lubię jechać bez gumy, a mimo to zapominała. A może robiła to specjalnie? Wiele razy o tym myślałem – czy dzięki brzuchowi chciała ocalić związek? Przedłużając mój genotyp próbowała przedłużyć coś, co zaczynało mnie nudzić? To się przeliczyła. Zabiła się kilka dni po porodzie, pewnie z żalu. Albo pokapowała się, że przypadkiem wydaliła z siebie monstrum. Mówiłem, że powinna usunąć.

Mój syn uśmiecha się zza płotu. Bardzo niedziecięco.

Pokazuję mu środkowy palec. Niech się nauczy, niech wie, że zło zawsze zwycięża.

– Znowu przegrałeś! – krzyczę. – Tatuś to lepszy zawodnik niż każda lawina! Nie złamiesz mnie. Nigdy cię nie przygarnę, pierdolony odmieńcu, jesteś skazany na parszywe życie!

Opada na ziemię. Wybiła północ. Traci moc, choć ten ironiczny uśmieszek nie znika. Odchodzi w stronę gmaszyska, gdzie będzie gnił z innymi odrzutami do osiemnastki. Bo kto adoptuje takie coś?

Gdy znika mi z oczu, poddaję się nieludzkiemu zmęczeniu. Kładę się na trawie i czekam na podwózkę, którą załatwiłem wcześniej. Pora wracać do domu. Zasłużyłem na odpoczynek.

I kieliszek czegoś na specjalne okazje.

Muszę wypić za kolejny przeżyty pierwszy czerwca.

h
Advertisements
  1. Świetny kawałek… na „dzień ojca” 🙂 A co najważniejsze: coś więcej niż zwyczajny bizarro-wygłup, do tego zgrabnie napisany.

  2. I właśnie dla takich tekstów warto odwiedzać tego typu portale. Choćby czekało się całe miesiące na coś naprawdę wartościowego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: