polskie centrum bizarro

Dzień dziecka nie dla dzieci

In Akcje Literackie, Grafika, Opowiadania on Czerwiec 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKiedyś wszyscy byliśmy dziećmi… No, może poza Paskudem, który od razu urodził się taki jaki jest – okropny, straszny… ups! To znaczy strasznie, okropnie wręcz fajny. Dziś – kultywując niedobroliterkową tradycję (patrz zeszły rok) – przygotowaliśmy dla was tradycyjny zestaw literackich cymesów, związanych z adresatami pierwszoczerwcowego święta.

A będzie to zestaw niebagatelny (także objętościowo) i niebanalny, bo zebraliśmy nowe dziełka od dobrze znanych literkowych działaczy i poruszają one wiele dziwacznych (a przez to ciekawych) tematów. Trudne relacje pociech z rodzicami, szokujące wyczyny małych łobuzów, zwichrowane wersje znanych bajek, mroczne zdarzenia, inne wymiary, a na koniec nawet prawdziwa rewolucja się znajdzie! Swoje dniodzieckowe impresje przedstawią wam Darek Kuchniak, Marcin Rojek, Paulina Kuchta, Juliusz Wojciechowicz, Rafał M. Skrobot, Artur Kuchta, Grzesiek Gajek oraz Andrzej Biedroń. Zwróćcie też koniecznie uwagę na ilustracje, które przygotował nowy współpracownik literek o tajemniczym pseudonimie Zetbiks (lub Zbx Szafirsky). I ogólnie – mamy nadzieję, że ubawicie się jak (trochę stuknięte) dzieci!

h

dzie? dziecka

Darek Kuchniak

Inwentaryzacja

h

Poruszałem się właśnie za pośrednictwem komunikacji miejskiej z punktu A do punktu C. Na jednym z przystanków do klimatyzowanego wnętrza autobusu wszedł chłopiec z małą jodełką na głowie. Choć była połowa lipca, drzewko przyozdobiono na świąteczną modłę. Nie brakowało nawet malutkich prezentów. Gdyby nie to drzewko, „młodzian” niczym specjalnym by się nie wyróżniał. Mały, chudy blondas – typowy uczeń podstawówki, ubrany w markowe ciuchy za „krwawicę” rodziców, którymi najpewniej gardził.

– Po co ci ten wiecheć? – zapytałem.

– To przepustka do wiecznego szczęścia – odparł piskliwym głosikiem.

– Możesz jaśniej?

– Kilka miesięcy temu udało mi się skonstruować urządzenie, dzięki któremu mogę przemieszczać się do równoległych wymiarów. W jednym z nich istnieje zwyczaj dawania prezentów przez cały rok. Z jednym wszakże warunkiem: obdarowany musi posiadać stosowne drzewko na potylicy. Zrobiłem więc co trzeba i jadę odebrać, to co mi się należy.

– Autobusem? – spytałem ironicznie i zacząłem się głośno śmiać.

Nagle poczułem jak dupa marszczy mi się ze strachu. Jakaś tajemnicza siła kazała mi spojrzeć w okno. Moje miasto i współpasażerowie zniknęli, a autobus stał na ogromnym placu, na którym piętrzyły się sterty zabawek, słodyczy, gier video – czyli tego wszystkiego, czego pragnie statystyczny dzieciak. Aż mnie otrzepało na ten widok.

– Częstuj się – zaproponował chłopak z wyrazem triumfu na twarzy.

– Domagam się natychmiastowego powrotu do mojego miasta! – zażądałem. –  Jechałem na bardzo ważne spotkanie w sprawie pracy. Nie stać mnie na bycie bezrobotnym.

Chłopiec popatrzył na mnie z politowaniem.

– Nadal nic nie rozumiesz. Zostaniesz tu na zawsze. Nie ma więc potrzeby, abyś płaszczył się przed jakimś dupkiem na rozmowie kwalifikacyjnej.

– Co ty bredzisz ? – wykrzyknąłem zrozpaczony.

– Jesteśmy w jednym z nielicznych wymiarów, które powstały dzięki aktywności ziemskich dzieci. To miejsce istnieje dzięki ogromnej energii tkwiącej w rozczarowaniu. To ostatnie towarzyszyło każdemu niespełnionemu marzeniu dziatwy. Czy był to nietrafiony prezent urodzinowy, czy też nagła konstatacja, że Święty Mikołaj jednak nie istnieje. To wszystko kumulowało się przez setki lat i wreszcie znalazło ujście w tym wymiarze.

– Tylko co ja mam z tym wszystkim wspólnego? – spytałem, kopiąc ze złością pięknie opakowany karton o niewiadomej zawartości.

– Jako jedyny z pasażerów dostrzegłeś jodełkę na mojej głowie. A to może znaczyć tylko jedno: musisz tu zostać i administrować całym tym majątkiem, aby nie wpadł w powołane ręce. Na razie musisz radzić sobie sam, ale już wkrótce przyślę ci pomocników.

Pewnie to jakaś magia tego miejsca, ale straciłem zupełnie ochotę na powrót na Ziemie. Poczułem, że jestem nareszcie potrzebny. I nie będę się zmuszał do podjęcia kolejnej beznadziejnej pracy tylko dlatego, że niezapłacone rachunki ciągle na mnie dybią.

Postanowiłem zwiedzić moje królestwo. Co prawda mój dotychczasowy towarzysz gdzieś zniknął, ale dobrze wiedziałem, co mam robić. Sięgnąłem po czystą kartkę papieru i zacząłem inwentaryzację. Czeka mnie naprawdę dużo roboty. Już niedługo pierwsze niegrzeczne dzieci przybędą po prezenty.

h

Marcin Rojek

Czerwony kapturek

h

Leśna cisza wypełniona jest dźwiękami, jednak ludzie tak się naburmuszyli, że nie są w stanie ich usłyszeć. To, co wydaje się nam statyczne i martwe, pełne jest życia, którego nie zauważamy…

Wchodzący właśnie do lasu krasnolud nie zaprzątał sobie głowy takimi myślami. Szedł raźno do przodu, każdym krokiem ciężkich buciorów rujnując pozorną ciszę. Zarzucił na ramię ukochany topór, z którym nigdy się nie rozstawał, naciągnął na twarz czerwony kaptur i rzucił ostatnie smutne spojrzenie na zostającą w tyle polanę. Las przed nim, trzeba wam wiedzieć, był mroczny, zimny i obcy, dla każdego kto się w nim nie urodził, w nim nie żył i w nim nie miał zamiaru umrzeć, a nasz krasnolud do żadnej z tych kategorii nie należał, toteż broda zadrżała mu ze strachu. Chociaż zazwyczaj nie bał się niczego, dziś strach jego słusznym był, gdyż wieśniacy mówili o grasującym w lesie potworze, który kobiety mordował i krowy gwałcił. Nie muszę chyba dodawać, że głupia była to bestia, niebezpieczna jednak bardzo. Tak więc krasnolud nasz… Choć imię jego być może teraz chodzi wam po głowie, wszak dla całej historii jest ono mniej ważne, niż kolor jego onucy, więc niech pozostanie tajemnicą. Wracając do konkretów, krasnolud nasz szedł w miarę cicho, czyli dla mieszkańców lasu był jak kataklizm i słyszeli go z wielu metrów. Usłyszała go też bestia. A na zębatej jej paszczęce, która śmierdziała również okropnie, zagościł uśmiech potworny. Dobrze, że stwór lustra przed sobą nie miał, albowiem oznaczałoby to koniec jego niechybny, co byłoby równoznaczne z historii tej końcem, czego chyba nie chcemy.

Ruszył morderca i gwałciciel ku swej kolejnej potencjalnej ofierze, nadzieję w swym małym mózgu mając, że to może krowa bezpańska, bo chętkę miał dziś okropną na chędożenie jakieś. Biegł szybko, okolicę jak własną kieszeń znając, choć kieszeni ogólnie rzecz biorąc nie miał on nigdy, jednak dla takiego szczegółu powiedzeń naszych zmieniać nie będziemy. Zwierzęta leśne schodziły mu z drogi, bojąc się o życia swe nędzne. Krasnolud, gdyby wiedział co go czeka, też niechybnie uciekłby tam, gdzie chmiel rośnie. On jednak, nieświadomy zagrożenia, brnął coraz dalej pod dach z gałęzi ze ścianami z pni, gdzie światła jest mało, a krasnoludów jeszcze mniej. Nie słyszał jak bestia zbliża się bezszelestnie i wlepia w niego swe szare ślepia. Stwór tymczasem, patrząc na niego, zastanawiał się, czymże jest ten dziwny pokurcz, który po jego lesie z siekierą chodzi. Musicie bowiem wiedzieć, że pierwszy raz widział krasnoluda. Na człowieka był za mały, krowy też nie przypominał, nic innego nie interesowało go za bardzo, bo ani się najeść ani pochędożyć. Dziś jednak, gdy patrzył na tego stworka w czerwonym kapturze i z siwą brodą, w mózgu jego połączenie jakieś nerwowe wytworzyło się czy też pękło, mniejsza o to, ale myśl powstała, że ludzie też dupę mają i można z niej skorzystać, a jako, że ten ktoś dziwny człowieka przypomina, to trzeba mu portki zdjąć i między nogi zajrzeć, po czym ewentualnie chuci swej ulżyć. Po głębokim wdechu do swych płuc dwupłatowych, na dróżkę przed krasnoluda wyskoczył. A ten szybko cofnął się o krok i topora dobył. Na twarz jego grymas strachu wypełzł, albowiem naprzeciw niego stał właśnie wilk. Nie był to jednak typowy wilk, który owce pożera i od wideł rolników ginie, a maszkara okropną hybrydą bogom i ludziom nieprzyjemną będącą. Wilk ten na dwóch nogach stał na ludzkie podobieństwo, mową władał i posiadał kciuk przeciwstawny. Zwany był mężowilkiem lub wilkołkiem, z wierzeń pogańskich chyba do rzeczywistości przywołanym.

– Kimże jesteś, dziwny osobniku w czerwonym kapturze? – spytała bestia.

– Dla ciebie Pan Czerwony Kaptur, pokrako – odrzekł sucho krasnolud przez zaciśnięte (nie ze strachu, ale przez skurcz jakiś na obliczu wykwitły) zęby.

– Dobrze, dobrze, Panie Czerwony Kapturze, niech się pan nie unosi, ja tak tylko chciałem pogadać, bo wie pan tu się mało kto zapuszcza i nudno tu bardzo. Do drzew gadał nie będę, bo mi na mózg padnie, a pan jest tu mimo wszystko jakąś atrakcją – mówiąc o atrakcjach lustrował lubieżnie tyłek krasnoluda. – Gdzież to idziemy?

– Do babci na ciasteczka, a poza tym trzeba jej broni trochę dostarczyć, bo czasy robią się niepewne – stwierdził krasnolud, łżąc jak tylko umiał najlepiej.

– Do babci pan powiada – mruknął wilk. – Może pomóc, może zaprowadzić?

– Nie dziękuję, dam sobie radę, nie potrzebuję twej pomocy, możesz spokojnie iść sobie swoją drogą. Mną się nie przejmuj, nic a nic.

– Nie, daj spokój, pomogę ci, to będzie dla mnie przyjemność. – Tu zgiął się w ukłonie, zaś krasnolud niewiele myśląc trzasnął go tępą stroną topora po łbie. Wilk zawył okrutnie, aż poleciały liście z drzew, i padł jak długi na pysk.

Krasnolud dotknął bestię butem, nie poruszała się. Myślał, że nie żyje, więc spokojny już na duchu poszedł dalej. Dumny był z siebie, gdyż las od potwora uwolnił. Nie mógł biedak wiedzieć, że mijał się z prawdą o mil morskich całe setki.

Gdy buty jego, żelazem okute, zaprowadziły go kilometry od tego miejsca, bestia powstała. Co mądrzejsi z was domyślili się, że wilk przytomność jedynie od ciosu stracił. Tym, co się nie domyślili, inną wersję tej opowieści polecam, tam się nic domyślać nie trzeba.

Bestia tymczasem z bólem okropnym borykać się musiała, gdyż krasnoludzki topór choć tępą stroną w makówkę jego futrzaną uderzył, to szkód w niej narobił niemałych. Wysiłkiem mózgu ostatnim przypomniał stwór sobie, że krasnolud coś o przodkach swych w tym lesie żyjących prawił, więc popędził czym prędzej ku chatce małej, w której dziadek stary mieszkał, mało co ruchliwym będąc, język jednak miał wciąż żywy i cięty. Na widok bestyji tak okropnymi bluzgami rzucał, że wilk uszy kulił, ogon niemal w dupę schował i uciekał do swej pieczary. Dziś jednakże chuć jego tak ogromna już nagromadziła się, że za wszelka cenę krasnoluda chciał odnaleźć. Nie wiedział biedny, że tamten związku żadnego z dziadkiem owym nie posiadał, a o babci łgał haniebnie. Po chwilach kilku i jeszcze dwóch dla pewności, do chatki starego dotarł i jak piorun wpadł do środka. Dziadek na jego widok przekleństwami rzucać zaczął okropnie, aż się wilk przestraszył, jednak napięcie jego rozrodcze odezwało się ponownie i do pozostania go nakłoniło. Rozmowy tych dwóch dziwadeł cytował nie będę, gdyż brzmiała ona w oryginale jak wrzaski zarzynanego goblina, udekorowane paniami lekkich obyczajów, chorobami zakaźnymi i stosunkami płciowymi pod wieloma nazwami. Streszczę pokrótce, że dziadek, o krasnoluda zapytany, wyparł się z owym więzów rodzinnych i kazał wilkowi rozmnażać się samemu, choć może kształt słów jego inny był trochę, jednak dla dobra uszu waszych niech taki pozostanie. Wilk nie uwierzył oczywiście, wściekł się okropnie, rzucił się na biednego dziadka i już miał go na strzępy rozerwać, gdy zobaczył, że stary również rzyć posiada, wątłą co prawda i pomarszczoną, ale jak powszechnie wiadomo dupa dupie nierówna, a w środku lasu wybrzydzać nie wolno. Bestyja raz kolejny ujście swej chuci i głupocie zarazem dając, wychędożyła biednego dziadka, który do samego końca nie wiedział co się dzieje i raz tylko zakrzyknął, nie wiem czy z bólu czy z szoku, bo przyczyn innych boję się domyślać nawet ja.

Traf chciał, że w momencie krzyku krasnolud blisko chatki przechodził i słyszał wszystko. Zaaferowało go to bardzo, toteż trasę swą zmienił, paraboli lekkiej nabierając, i do chatki wszedł. Widok zastał tam normalny nawet, gdyż dziadek po dziadkowemu na posłaniu swym leżał, aczkolwiek dziwnym lekko będąc. Krasnolud nie wiedział, że to bogom niemiłe i dziadkowi pewnie też, chociaż kto tam wie starego pryka, z wilkiem jego obcowanie to piętno na nim wywarło. Oczy jego wylazły z wgłębień swych, po medycznemu oczodołami zwanymi, ale kto by się tam na medycynie znał. Uszy barwy karminowej w fiolet intensywny wpadającej nabrały, na policzki wypieki dziwne wypełzły. Zęby zaś wskutek skurczów twarzy wydawały się większe, a że nie było ich wszystkich, ponieważ czas swoje żniwo wśród uzębienia zebrał, to widok ten straszniejszy jeszcze się wydawał niż paszcza wilcza, która choć większa i groźniejsza, to jest kompletna i zdrowa.

– Dziadku, co ci jest? – spytał krasnolud. Stary nic nie odpowiedział, zagdakał tylko na kury podobieństwo.

– Czemu masz takie wielkie oczy i uszy takie jakieś jaskrawe? – powtórzył krasnolud, by pytanie mocniej zaakcentować.

Dziadek spojrzał na niego, a oczy jego wyglądały jakby odliczanie do ich eksplozji już ku końcowi rychłemu zbliżać się miało. Usta jego cudem jakimś poruszać się zaczęły i skutek nawet to poruszanie przyniosło, gdyż słowa spomiędzy warg wypłynęły niczym… darujmy sobie to porównanie, dla dobra waszych żołądków.

– Wyjmij… – dziadek płakał niemalże a słowa jego aż bólem emanowały – go… ze… mnie…

Na te słowa wilk wyszedł. Najpierw z, a później zza dziadka, naprzeciw krasnoluda stając. Na twarzy starego pojawiła się ulga jakiej w życiu chyba nie czuł.

Druga już konfrontacja tych dwóch właśnie się zaczynała. Z jednej strony mamy schowanego pod czerwony kaptur krasnoluda z toporem, z drugiej mężowilka, bestyję okropną, uzbrojonego jedynie w przyrodzenie swobodnie zwisające pomiędzy nogami.

– Nie broń się – powiedział wilk, głos jego był jakby rozmarzony. Po wychędożeniu biednego dziadka nabrał chętki jeszcze więcej i na inne figle, toteż w te słowa do krasnoluda uderza – pocałuje cie tam, gdzie cie nikt jeszcze nie pocałował – i z pomiędzy zębów jęzor swój wysunął, po czym pomachał nim znacząco.

– Chyba w topór – rzucił krasnolud i już brał zamach, by ciosem jednym żywot bestyji marny zakończyć. Wilk jednak dzięki podnieceniu swemu skrzydeł jakby dostał i sunący ku niemu topór w dłoń złapał. Przysunął ostrze do twarzy i polizał, kalecząc sobie język. Kilka kropel krwi na toporze zostało. Krasnolud, broni swej pozbawiony, oczy w słup postawił. Próbował ucieczki, już ku drzwiom biegł, jednak z potworem wygrać nie mógł. Ten jednym susem zasłonił mu drogę ku wolności i biednego za kark złapał, aż mu się kaptur zsunął. Wilka, mówiąc szczerze, facjata krasnoluda owłosiona mało co interesowała. I tak nie miał zamiaru jej oglądać. Już brał się do ściągania biednemu spodni, kiedy drzwi trzasnęły i stanęła w nich tajemnicza postać. Przestała ona być tajemnicza, kiedy to wszyscy trzej wyszli z szoku i otworzyli oczy. Długie uszy owego kogoś niechybnie wskazywały na to, że jest to elf, łuk na plecach i strój dodawały, że pewnie to jakiś leśnik albo inny cudak tego typu. Rzucił na całą tę sytuację zdziwione spojrzenie. Mówiąc o tej sytuacji mam na myśli wilka, który trzyma w łapach krasnoluda bez spodni a w kącie słychać wzbijający się pod niebiosa lament jakiegoś dziadka o jego bolącej dupie traktujący. Przez kilka sekund stał tak, nie mając bladego pojęcia co się dzieje, kiedy to sytuacja lekko się zmieniła. Otóż wilk wypuścił krasnoluda, który popisując się niebywałym jak dla niego refleksem zdążył założyć spodnie nim spadł na ziemię. Bestyja tymczasem swe ślepia wbiła w elfa i zmienić celu patrzenia nie miała zamiaru. Podążając za instynktem, zapomniała o swych poprzednich ofiarach, w sumie o niedoszłych też, no i rzuciła się na elfa. Długouch miał jednak tę nad nim przewagę, że stał w drzwiach i szybko zaczął uciekać, na złamanie karku biegnąc przez porośnięty drzewami las. Jaki las nie jest porośnięty drzewami zapytacie pewnie, nie wiem, ten akurat był. Przez kilka długich minut dało się słyszeć krzyki obu biegaczy, pomimo jednak ich doniosłości skutek gonitwy był dla obecnych w chacie nieznany.

Krasnolud odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się. Na toporze jego była krew bestyji, będzie miał się czym chwalić przed kolegami. Założył na głowę swój czerwony kaptur i raźnym krokiem wymaszerował z chatki. Nigdy więcej nie widział owego dziadka, którego zostawił. Nie mógł więc wiedzieć, że stary, jak to często w bajkach bywa, żył jeszcze bardzo długo, ale, o czym w bajkach nie donoszą już, dupa bolała go do końca jego marnych dni.

Co z wilkiem, spytacie pewnie, no cóż, bladego pojęcia nie mam, jednak skoro ludzie wciąż boją się do owego lasu zapuszczać, to musi w nim być coś, co owego strachu źródłem jest. Możecie iść i sprawdzić, w takim przypadku zalecałbym na tyłek swój baczną uwagę zwracać. Licho wie w czym teraz maszkara gustuje.

h

FENIX

Feniks

h

Paulina Kuchta

Więzy rodzinne

h

– Marcin, co ty, do cholery, znowu robisz? Natychmiast zostaw tatusia, łobuzie!

– Ja tylko zacieśniam więzy z ojcem.

– Ale w ten sposób?

– No, a co? Ojciec, to jak, czujesz się dobrze skrępowany? Możesz się ruszyć? Nie odpowiada, może jest głuchy…

– Głupku! – przerwała mu matka. – Ma knebel na ustach. Rozwiąż go, to ci powie.

– Julka, a ty czemu beczysz w kącie? – Tym razem zwróciła się do córki.

– Ja też chcę się pobawić z tatusiem! A on go związał. – Mała wyciągnęła rączkę, wskazując brata.

– Juluś, co ja ci mówiłam? Wiesz dobrze, że nieładnie pokazywać palcem. Będziecie dalej grzecznie bawić się z tatusiem?

– Taaak!

– Tatusiu, uczeszę cię! – piszczała podekscytowana Julka, podbiegając do ojca.

– No to bawcie się ładnie. Ja idę na zakupy.

Matka, wychodząc, jeszcze zawołała z przedpokoju:

– A co chcielibyście dostać na dzień dziecka?

– Nowego tatusia! – odpowiedziały chórem.

h

Juliusz Wojciechowicz

Angry Dads

h

Rysiek nie panuje nad emocjami. Z płonącymi purpurą policzkami wypluwa najnowsze wieści wprost w rozdziawione gęby kolegów.

– Słyszeliście, co dostanę na urodziny?

– Niby skąd? – dziwi się Marcin, przeczesując dłonią rudą grzywkę opadającą niezdarnie na  piegowate czoło.

– Przecież nie jestem jasnowidzem – obrusza się Grzesiek, klepiąc się po pokaźnym brzuchu, wypchanym świeżo pochłoniętymi frytkami z majonezem.

– Mówię wam, bomba! Od czasów pierwszej komunii nie zrobili mi takiej frajdy! – Rysiek z trudem łapie powietrze, wciąż zdyszany kilkusetmetrowym sprintem.

– Oj, tak, twoją komunię miałeś ekstra! – Grzesiek delektuje się wspomnieniami. Brylował wtedy wśród ich wesołej trójki umiejętnościami w prowadzeniu quada.

– Tak, tak – wtóruje mu Marcin, któremu udało się wygrać pamiętne zawody w rozjeżdżaniu prosiaków na czas.

Organizatorzy festynu wypuścili chyba ze setkę różowych kwiczołów na ogrodzone pole, gdzie szczęśliwi chłopcy przez dwie godziny uganiali się za nimi na swoich spalinowych potworach, próbując na różne sposoby rozjeżdżać kolejne sztuki. A wszystko dzięki hojności rodziców Ryśka, którym uśmiech zadowolenia na twarzy syna wynagradzał każdą inwestycję. Teraz jednak, na dwunaste urodziny swej wychuchanej latorośli, postanowili dać z siebie wszystko. Zafundować mu prawdziwy Dzień Dziecka.

Inspiracją był dla nich telewizyjny show o nazwie Angry Dads. Ostatnimi czasy ten program nie schodził wręcz z ust obywateli. Oto bowiem rząd wreszcie stanął na wysokości zadania i znalazł sposób na pozbywanie się społecznych śmieci – tatuśków pedofili, dręczycieli rodzin, pijackich niebieskich ptaków, którzy spłodziwszy potomstwo nie chcieli bądź nie potrafili się o nie należycie zatroszczyć. Na wzór niegdyś słynnej gry komputerowej Angry Birds odtwarzano wymyślne budowle, instalacje architektoniczne lub po prostu udostępniano budynki przeznaczone do rozbiórki, by przy aprobacie żądnych sprawiedliwości tłumów unicestwiać je rękoma siedzących za sterami komputerów dzieci. W roli pocisków, czasem wprost kul burzących, występowali wyrodni ojcowie, skazani prawomocnymi wyrokami niezawisłych sądów.

Dzień Dziecka był znakomitą okazją dla tak wyszukanej rozrywki. Ofiary mogły teraz własnoręcznie wymierzać sprawiedliwość swoim oprawcom, ku uciesze i zadowoleniu gawiedzi.

– Ale jak to? Prywatny pokaz na naszym szkolnym boisku? Twój osobisty dzień dziecka? – Grzesiek nie może wyjść z podziwu. – Jak oni to załatwili?

– Przecież to musiało kosztować fortunę! – Twarz Marcina wyraża bałwochwalczy wręcz podziw. Nie może uwierzyć, że rodzice Ryśka zdołali zorganizować lokalne igrzyska. To niewątpliwie wymagało nie tyle zasobnego konta, co poważnych znajomości na najwyższych szczeblach władzy. Zwłaszcza, że takie imprezy odbywały się jedynie w Międzynarodowy Dzień Dziecka, zaś prawo do zasiadania za sterami wyrzutni przysługiwało jedynie starannie wyselekcjonowanym ofiarom przemocy domowej.

– Oni naprawdę muszą cię bardzo kochać – mamrocze przejęty Grzesiek. – Piętnaście żywych pocisków, tylko dla nas… To niewiarygodne!

Słońce pręży się dumnie w południowym apogeum, gdy chłopcy zasiadają do konsoli usianej kolorowymi przyciskami, dżojstikami, pokrętłami. Sam burmistrz zajmuje miejsce w vipowskiej loży, tuż obok wzruszonego dyrektora szkoły i rozanielonych rodziców Ryśka. Na środku boiska wznosi się wymyślna konstrukcja, kształtem przypominająca miniaturowy wieżowiec mieszkalny. Zadbano o wszelkie szczegóły, łącznie z zewnętrzną elewacją i kompletem szyb w maciupkich oknach. Precyzyjnie skonstruowana budowla, wielkością dorównująca przeciętnemu, dwupiętrowemu domkowi jednorodzinnemu, czeka cierpliwie na atak leniwie rozłożonej katapulty, wyglądem przypominającej gigantyczną procę. Zręcznie ukryte przewody biegną od maszyny zagłady do pulpitu sterowniczego, za którym siedzą już rozentuzjazmowani chłopcy. Olbrzymi telebim odzwierciedla emocje malujące się na twarzach młokosów z dokładnością technologii HD.

– Rysiek, Rysiek, Rysiek! – Okrzyki zachęty dobywają się z gardeł wygłodniałej wrażeń publiczności.

Ekipa techniczna wywleka, a właściwie wytacza pierwszy pocisk. Spętany mężczyzna z zakneblowanymi ustami, wymyślnie uformowany za pomocą więzów i marynarskich węzłów w kształt niemal doskonale okrągły, zostaje usadowiony w wyrzutni.

– Strzelaj, strzelaj!– zachęca tłum.

Rysiek naciska czerwony przycisk. Z nadmiaru emocji zapomina wziąć poprawkę na siłę wiatru i odległość. Mężczyznę wynosi w górę na kilka metrów. Po chwili opada na murawę z głuchym plaśnięciem. Buuuu, buuu – ryczy niezadowolony tłum. Jakimś cudem więzy puszczają i mężczyzna, ciągnąc za sobą połamane nogi, pełznie przed siebie w panicznym, instynktownym odruchu ucieczki. Jeszcze raz, jeszcze raz – skanduje tłuszcza – strzelać flakiem, nie darować, strzelać flakiem…

Techniczni bez trudu doganiają uciekiniera i nadają mu na powrót pożądany kształt kuli.

Drugi strzał jest udany. Tym razem pocisk sięga celu i z gracją rozbryzguje się na kawałki, tłukąc przy okazji kilka szyb w dolnej kondygnacji.

– Dawać bomby, dawać bomby! – Podniecenie udziela się już wszystkim. Na telebimie pokazuje się twarz matki Ryśka. Łzy wzruszenia żłobią tunele w grubej warstwie pudru pokrywającego jej policzki. – To mój syn, moje dziecko! – Próbuje przekrzyczeć radosną wrzawę.

– Chłopaki, musicie mi pomóc z „czteropakiem” – zwraca się do kolegów Rysiek. – Grzesiek, ty odpalasz ładunki nad celem… i nie spartacz, mamy tylko jedną próbę. Marcin, ustaw kąt wyrzutni – rozkazuje jak w amoku. Czuje się doskonale w roli dyrygenta.

– Taaa jeeest, szefie! – chórem meldują koledzy.

Czteropak wylatuje w przestrzeń. Cztery ludzkie pociski, oklejone ładunkami wybuchowymi, szybują ku celowi pod doskonale obliczonym kątem. Grzesiek inicjuje wybuch we właściwym momencie. Budowlę prawie roznosi na strzępy, nienaruszone zostają praktycznie tylko jej dolne partie.

– Kręgle, kręgle! – skanduje rozochocony tłum.

Z katapulty wylatuje dziesięć postaci przytwierdzonych do wózków inwalidzkich. Zręcznie wyprowadzony przez Ryśka strzał, przy wsparciu odpalonych przez Marcina rakietnic, obraca miniwieżowiec w ruinę.

Jest na co popatrzeć, jest co podziwiać. Multimedialny operator imprezy potrafi ukazać wszystko we właściwym świetle. Rozpędzone wózki suną po murawie wzorową tyralierą, siłą rozpędu wyrywając kępki boiskowej trawy i wtedy – cudowna „stopklatka” na telebimie, gdy odpalają przymocowane do wózków rakiety, przyspieszenie obrazu, kiedy rydwany zagłady nabierają zabójczej prędkości; wreszcie nieziemsko detaliczne slow motion – zbliżenie na poetycko wykrzywione strachem twarze jeźdźców apokalipsy, zderzenie z celem w mikroskopijnie rzetelnej rozdzielczości, moment eksplozji uchwycony na poziomie pikseli. W końcu grzyb wybuchu, zasysającego wszystko dookoła, oddaje z powrotem w eter przemieloną na pył materię.

Nadpalone ludzkie szczątki lądują wprost w objęcia zachwyconej publiczności. Brawa, wiwaty, owacje na stojąco.

Wypuszczone z trybun dzieciaki, uzbrojone w noże, młotki i kije bejsbolowe, dobijają ostatnich bohaterów dzisiejszego Angry Dads w wersji lokalnej. Rysiek z kolegami odbierają gratulacje od burmistrza i ekipy technicznej.

Na wielkim ekranie, zaraz po licznych powtórkach wyczynów strzelniczych solenizanta i spółki, pojawia się lista nazwisk straconych mężczyzn oraz ich przewinień.

Witold Ciota – kąpał pięcioletnią córkę nago… Zygmunt Piesek – podcierał pupę trzyletniemu synowi… Zenon Bromski – upił się na oczach przedszkolaków…

Rysiek nie czyta  napisów. Wpatruje się w jaśniejące wzruszeniem twarze rodziców.

– Zobaczysz, co ci zafundujemy na osiemnastkę – szepcze tajemniczo mama. – Synku, jestem z ciebie taka dumna!

h

Rafał M. Skrobot

Krzyś Kłamczuch

h

omnis homo mendax

h

Z Krzysia to był kłamczuch, oj był. Ludzie, szczególnie ciocia Lolitka, powtarzali ze zgrozą: „Mój Boże, jak ten Krzyś kłamie. Taki mały, a kłamie jak z nut”. Swoją drogą wypowiedzi te zdawały się co najmniej idiotyczne, bo po pierwsze – mało kto potrafi czytać z nut oprócz zawodowych muzyków, a i to nie zawsze; po drugie–  znaczyłoby to, że antykłamanie rośnie wraz z wiekiem, a nie trzeba chyba udowadniać, że tak nie jest, oj nie (patrz: artyści, politycy i inni). Nie zmienia to jednak faktu, że podczas całego swojego sześcioletniego życia Krzyś nie skalał swych dziecinnych usteczek prawdą, oj, nie skalał. Nawet na podwórku, gdy z innymi dziećmi bawił się w Indian, dostawał indiańskie imię Ten, Co Kłamie lub Wódz Na Odwrót.

Mama Krzysia zdążyła się przyzwyczaić i wiedziała, że jak Krzyś mówi „tak”, należy to rozumieć jako „nie” i na odwrót. Nie zaniedbywała się jednak w załamywaniu rąk i prawieniu gorzkich wymówek, bo przecież to należy do obowiązków każdej mamy (patrz: „Poradnik każdej Mamy” Petro Wyrda). Tata Krzysia zazwyczaj cały dzień czytał gazetę albo oglądał Strażnika Texasu i nic nie mówił, bo po ośmiu latach małżeństwa z mamą przestał mówić w ogóle. Oj, przestał.

Przy śniadaniu mama pyta więc Krzysia:

– Zjadłeś bułeczkę z szyneczką?

– Nie – odpowiada Krzyś i mama już wie, że zjadł bułeczkę z szyneczką, a nie schował do szuflady z nożami.

Mama w nieskończoność czytała mu wierszyk „Kłamczucha” i ten o tym smarku, co niby miał wrzucić list do skrzynki, a to wszystko okazało się głupawą i poniżającą intrygą jego ciotki, ale Krzyś po latach wysłuchiwania tego samego nauczył się wyłączać i siedział po prostu, kiwał głową i myślał o migdałach w dowolnym kolorze.

– Zrozumiałeś, Krzysiu? – pytała mama po żmudnej lekturze, a Krzyś odpowiadał – Nie – i mama cieszyła się, że chociaż zrozumiał, i może… pewnego dnia…

Niespodziewanie, tuż po siódmych urodzinach, przypuszczalnie na skutek oddziaływania silnego pola magnetycznego emitowanego przez telewizor (patrz: tata, Strażnik Texasu) w mózgu Krzysia udrożniło się połączenie nerwowe połączone z ośrodkiem prawdy, natomiast połączenie nerwowe połączone z ośrodkiem kłamstwa zostało zatkane jakimś wolnym rodnikiem.

I przy śniadaniu mama pyta Krzysia:

– Zjadłeś bułeczkę z szyneczką?

– Tak – odpowiada Krzyś.

Mama zagląda więc do szuflady z nożami a tam same noże, duże i małe.

– Gdzie jest bułeczka z szyneczką, Krzysiu? – spytała surowo mama. – Dopóki nie zjesz śniadania, nie puszczę cię do szkoły.

Krzyś popatrzył wtedy na mamę poważnymi oczami, z których aż kapała prawda, i powiedział z powagą:

– Mamusiu, coś mi się w mózgu odwyrtnęło i ja już nie kłamię, bo nie mogę. Prawdę mówię, nie pierdolę.

Mama przeraziła się nie na żarty słowami „odwyrtnęło”, „pierdolę”, ale głównie słowem „mózg” i w te pędy zabrała Krzysia do lekarza, aby ten zbadał krzysiową głowę. Lekarz, doktor Bździkiewicz, zbadał jego mózg na wszelkie możliwe sposoby, z otwarciem czaszki włącznie, i jego diagnoza potwierdziła słowa Krzysia:

– Szanowna pani, w mózgu pani synka zaszły pewne zmiany. Otóż… (patrz wyżej).

Mama popłakała się ze szczęścia, Krzyś popłakał się z bólu głowy. Tata nie płakał, bo wszystko miał w dupie.

– Cóż za prawdomówne dziecko – mówili od tej pory ludzie, szczególnie ciocia Lolitka. – W kwestii prawdomówności można na nim polegać jak na Zawiszy (najemny zabójca z dawnych czasów, władający bronią białą, a ubierający się na czarno; najnowsze badania antropologów nie wykluczają cech negroidalnych).

A Krzyś? Krzyś nie kalał teraz swych dziecinnych usteczek kłamstwem. Lecz zaczęło narastać w nim zdumienie, gdyż jego nowa przypadłość tylko mnożyła przykrości. Obrażanie się na niego stało się normą, obrażenia fizyczne (guzy, rany cięte i inne) utartym schematem, a utrata przyjaciół rosła wprost proporcjonalnie do pozyskiwania wrogów. W Krzysiu wzbierała gorycz, gdyż zaczął rozumieć coś, co wcale nie było zabawne.

I przy śniadaniu mama pyta Krzysia:

– Zjadłeś bułeczkę z szyneczką?

– Tak – odpowiada Krzyś ponuro.

– Bardzo ładnie. – Mama pokiwała z zadowoleniem głową. – Odprowadzę cię więc do szkoły. Tylko nie mów znowu pani od polskiego, że jest głupią krową, bo obniżą ci sprawowanie.

– Ale to prawda – powiedział Krzyś.

Mama chrząknęła.

– Idziemy. – Pociągnęła Krzysia za rękę tak mocno, że o mało mu jej nie wyrwała.

Krzyś rozgniewał się nie na żarty i warknął:

– Bułeczka była stara a szyneczka smakowała jak połączenie psiego żarcia z mortadelą. A ty śmierdzisz potem.

I mama sprawiła Krzysiowi lanie batogiem (wg zaleceń „Poradnika każdej Mamy” Petro Wyrda).

Wtedy Krzyś zamilkł. Żadne prośby, groźby ani próby przekupstwa nie zmusiły go do wypowiedzenia ani jednego, najmniejszego z najmniejszych, słówka.

– Pani syn zidiociał – stwierdził doktor Bździkiewicz, obrażony, że Krzyś nie chce z nim rozmawiać ani brać udziału w testach wymagających użycia aparatu mowy.

Krzysia przeniesiono do Szkoły Dla Głupków Nierokujących. Wwreszcie poczuł się bezpieczny. Coraz częściej oglądał z tatą Strażnika Texasu. Ku przerażeniu mamy między tatą a Krzysiem rosła specyficzna więź, objawiająca się przesyłaniem porozumiewawczych uśmieszków.

Krzyś myślał: „Jedenaście lat jakoś zleci. Na osiemnastkę zafunduję sobie w Ameryce operację mózgu. Doprowadzą mój mózg do poprzedniego stanu i wtedy będę mógł zostać artystą, politykiem, czy kim tam będę chciał. Nie będę śmieciem, bo tak chce moja głupia matka i jeszcze głupsza ciotka Lolitka.”

A morał z tej powiastki taki: tak, tak, moi drodzy, oj tak, tak.

h

Artur Kuchta

Kara

h

Dziewczynka była szczęśliwa. Dostała prezent o którym od dawna marzyła. Najlepszą, najbardziej popularną i najmodniejszą lalkę. Czy wspominałem już, że była szczęśliwa? Lalka płacze, sika, woła jeść, można jej zmieniać pieluchy. Robi to wszystko, co prawdziwe dziecko! Dlatego budziła w dziewczynce taką fascynację.

Lilka nie dawała sobie rady. Próbowała dosłownie wszystkiego! Daremnie. Ta wstrętna lalka dalej płakała. Chociaż właściwym określeniem byłoby: darła się wniebogłosy. Nie pomagało przewijanie, karmienie, czułe słówka. Ten bachor za nic nie chciał się uspokoić. Lilka nie wytrzymała. Rzuciła lalką o ścianę, wkładając w to całą siłę obecną w kruchym, dziecinnym ciele. Miała dopiero pięć lat i nikt nie spodziewałby się po niej takiego rzutu. W przyszłości będzie mogła pewnie uprawiać jakiś sport wymagający mocnego wymachu ramion. Może tenis? Kto wie. Teraz jednak całą jej uwagę skupiła leżąca na ziemi lala. To na niej wyładowała swoją furię i gniew, skacząc po niej raz po raz. Miażdżyła ją swoimi bucikami, aż zabawka symulująca żywe dziecko przestała płakać. Jeszcze tylko chwilę słyszała ciche łkanie, dobywające się z głośniczka zamontowanego wewnątrz najnowszego prezentu ojca.

Wkrótce i to ucichło. Lilka stała, patrząc na to, co zostało z jej pięknej lalki. Wstrętny bachor! Teraz ma za swoje – pomyślała. Była zadowolona z siebie. Zastanawiała się tylko jak wytłumaczy się tacie. Jak opowie mu o tym, że zniszczyła prezent o którym marzyła od dawna. Już od paru tygodni męczyła go o tę lalkę. Miały ją wszystkie koleżanki Lilki, więc ona nie mogła być gorsza. Teraz jednak lalka leżała połamana i w niczym nie przypominała tej, którą dziś rano wyciągnęła z pięknie ozdobionego pudełka.

Już wiem – pomyślała dziewczynka. W jej głowie zrodził się niecny plan. Wymyśliła już jak uzasadnić stan w jakim znajdowała się zabawka. Powiem, że potknęłam się w progu. Tak! A wtedy ona wysunęła się z kocyka i upadła.

Lilka wiedziała już, co powie ojcu, gdy ten zmęczony wróci wieczorem z pracy. Po raz drugi tego dnia była z siebie dumna. Cholernie dumna…

h

kpt Zbig - W pogoni za bia?ym królikiem

Kapitan Zbig – W pogoni za białym królikiem

h

Grzegorz Gajek

Dłoń na szyi

h

Pierwsze zdanie niniejszego tekstu dedykuję Markowi Grzywaczowi:P

h

Chciałbym wam opowiedzieć o tym, jak umarłem.

Nie martwcie się, to będzie krótka historyjka. Bez morałów i pouczeń. Moje życie nie było szczególnie ciekawe.

Mimo to, dwa słowa wstępu…

Pracowałem w policji. Byłem komisarzem. Ludziom często wydaje się, że to bardzo wysoki stopień, ale tak nie jest. Raczej gdzieś pośrodku drabiny. Nieważne.

Moja śmierć ma związek z pewnym dilerem…

Hehe, wiedziałem, że te wielokropki was zainteresują. Diler, diler, diler… A zatem mafia, pościgi, jakaś akcja, która miała być prosta, ale potem wszystko się spierdoliło?

A gówno tam. Gość był zwykłą mendą społeczną. Ot, łebek, który handlował prochami.

Kiedy się poznaliśmy, nie żył. Konkretnie rzecz biorąc, wisiał jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią, przywiązany kawałkiem sznurka do drążka do podciągania. Dziwiliśmy się, że w ogóle udało mu się zejść z tego świata w takich okolicznościach, lecz cóż.

Rzecz jasna, z początku sprawa wyglądała intersująco. W przypadku takich ludzi pytanie „a może ktoś mu pomógł?” nasuwa się samoistnie. Ale nie. Ledwo zaczęliśmy grzebać, a tu już, proszę, dochodzenie zamknięte. Notka samobójcza, sms do dziewczyny (koncze ze soba soko nigdy cie nie kohalem), świadkowie potwierdzający, że w interesującym nas czasie delikwenta nikt nie odwiedzał, brak fizycznych śladów walki czy szamotaniny, uzależnienie, duża dawka narkotyków we krwi… Czyściutko.

Zresztą był to, jak czasem mówią, „zgon pożyteczny dla społeczeństwa”.

Niemniej coś w tym wszystkim nie dawało mi spokoju.

Gdy przeszukiwaliśmy mieszkanie tego facia znaleźliśmy kompa, a na kompie spory zapas dziecięcego porno. Przez kilka dni nachodziłem naczelnika, aby pociągnąć temat. We łbie zaczęły mi się wykluwać pomysły, że może nasz wisielec był powiązany z jakąś szajką handlującą dziećmi, zmuszającą je do prostytucji itede. Jednak nikt tego gówna nie chciał tknąć. Co dziwne, bo takie gówno strasznie śmierdzi. Normalnie zaraz się robi szum.

Poza tym jeszcze coś przyssało mi się jak kleszcz do mózgu. Nieboszczyk miał na szyi wisior, jakby talizman. Była to taka mała rączka. Wiecie jak wyglądają zasuszone główki zbierane przez łowców głów? No, to ona wyglądała tak samo. Tyle tylko, że była ręką, a nie głową.

Przyznaję się bez bicia, że czytam dwie książki rocznie. Jedną, gdy jadę na urlop nad morze, drugą, gdy wracam. W pociągach można się zesrać z nudów. Tak czy siak, jak już czytam, to raczej rzeczy bliskie sercu: Grisham, Koontz, takie tam.

No więc moje niezdrowe przyzwyczajenie w końcu przyniosło zgniły owoc (bardzo poetycko, co nie?). Postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce.

Na początek wykradłem z magazynu z dowodami wisior wisielca. Zabrałem go domu. Nie wiem po kiego. Może wyobrażałem sobie, że zacznę go pokazywać po rozmaitych melinach, szukając kogoś, kto będzie coś kojarzył. Może marzyło mi się, że wykorzystam jakieś znajomości (jakąś miłą panią technik, hehe), żeby po cichu przeprowadzić testy kryminalistyczne. Cholera wie, po prawdzie to sterczącym paluchem tego zasuszonego paskudztwa nie bardzo mógłbym sobie nawet pogrzebać w dupie. Nie żebym chciał. To tylko taka retorta figuryczna.

Tamtej nocy poszedłem spać, nawet nie przypuszczając, że już się nie obudzę.

Okej, to zdanie brzmi bardzo dramatycznie, ale technicznie rzecz biorąc jest nieprawdziwe.

Obudziłem się. Coś jakby pająk wpełzło mi pod koszulkę i przebierając ohydnymi odnóżami biegło w górę po brzuchu. Poderwałem się z krzykiem. Zacząłem się otrząsać. Rozerwałem t-shirt. To coś spadło na ziemię.

Mój pierwszy odruch był taki, żeby jak panienka wskoczyć na krzesło i krzyczeć. Oczywiście nie mogłem sobie na nic takiego pozwolić. Na litość Boską, byłem gliną. Wyciskałem sześćdziesiąt pięć na klacie. No dobra, parę lat temu, ale sześćdziesiąt pięć to dużo, nie? Co, wyciskasz więcej? Pierdolisz! Zresztą to teraz nieważne, sześćdziesiąt pięć to wystarczająco dużo, żeby nie wskakiwać na krzesło i nie piszczeć jak panienka. Tak właśnie pomyślałem. I to mnie zgubiło.

Pająkopodobne coś podbiegło do mnie i wpełzło w nogawkę dresu, w którym spałem. Szybko wspinało się do góry. Znów zacząłem się otrząsać. Próbowałem zatłuc gadzinę, ale nie zwracała uwagi na uderzenia. Straciłem równowagę. Runąłem na podłogę.

Poczułem suchy dotyk odnóży w pobliżu krocza. Boże, tylko nie jaja, pomyślałem.

Ale to coś nie było zainteresowana rodowymi skarbami.

Wylazło ze spodni na brzuch i tym razem nie dało się zrzucić. Skoczyło mi prosto do gardła. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzałem, była mała dziecięca rączka.

Zasuszona dłoń zacisnęła mi się na szyi.

I cóż, kurde, umarłem.

h

Andrzej Biedroń

Dzień sądu

h

– Wreszcie nadszedł ten dzień! – wyszeptał rozentuzjazmowany Włodek. – Dziś pokażemy naszym oprawcom, jak odwdzięcza się ciemiężony lud…

– Poczekaj – przerwał mu Lew, szczupły brunet. – Masz na myśli…

– Tak! Rewolucja! Przejmiemy władzę i odzyskamy, co nasze! Mój starszy braciszek wszystko mi wytłumaczył. Prawdziwa rewolucja musi rozpocząć się od najniższej społecznej warstwy. A kto jest najniżej, jeśli nie my?

– Niemowlaki – wtrącił się Feliks.

Józek załamał ręce.

– Wiem, że to dla was trudne do zrozumienia, ale tak po prostu musimy zrobić. Aleksander mi wszystko wyjaśnił. Tylko w ten sposób możemy obalić rząd dorosłych! Gdy inne przedszkola dowiedzą się o rewolucji w „Leśnym Gaju”, od razu wezmą z nas przykład!

– Ale Włodku – zaczął Lew. – Czy naprawdę musimy robić rewolucję, bo nie chcemy leżakować? Może wystarczy poprosić, czy coś.

Zapadła niezręczna cisza.

– Lewku, po czyjej ty jesteś stronie? Serio chcesz, by Feliks przekonał cię do powrotu do nas? Widziałeś, co zrobił z lalkami tej dziwaczki, Róży?

– Nie, nie, przepraszam! – Lew przełknął nerwowo ślinę. – Przegońmy ich wszystkich – dodał ściszonym głosem.

– Każdy wie, że rewolucja jest niezbędna – kontynuował Włodek. – I nie chodzi tu tylko o leżenie na komendę. Pamiętacie jak ta zołza-przedszkolanka zabrała mi cukierki, które dostałem od mamy? Miała je oddać po obiedzie i co? Nigdy już ich nie zobaczyłem!

– Pewnie zjadła, dziwka jedna – mruknął Feliks wojowniczo.

– Na pewno! A ty, Lwie – rzucił w stronę chudzielca  – pamiętasz, jak zabrały ci twoją gazetę z gołymi paniami? Od razu widać, cenzura informacji jak nic!

– Nie chciały, bym się rozwijał – stwierdził po chwili zadumy zagadnięty.

– A ty, Józku? – Włodek zwrócił się do stojącego w kącie milczka. – Dlaczego musisz stać na uboczu? Tylko dlatego, że uderzyłeś tę kapitalistkę, Marysię? Dosadnie wyraziłeś swoje zdanie o niej, ale…

Józek wbił wzrok w podłogę.

– Tak czy siak, towarzysze przedszkolnej niedoli, podjąłem pewne kroki, by przygotować nas do walki. – Włodek rozpiął trzymany u nóg tornister. Zebrani wokół niego chłopcy zajrzeli do środka.

– O rany – wyrwało się Feliksowi. – To… broń?

– Dokładnie. Cztery sztuki nowiutkich sztuk. Prosto z odpustu – powiedział z zadowoleniem Włodzimierz. – Znajomy Cygan mi kupił.

– Cygan? – zapytał ze strachem Lew.

– Spokojnie, jego też załatwimy. Później. Najpierw obalmy rząd burżuazji i uwolnijmy naszych przyjaciół spod władzy dorosłych!

– Za Karola! – krzyknęli wszyscy, oprócz milczącego jak zwykle Józefa.

Każdy przedszkolak wziął do ręki broń.

– Ostrożnie – ostrzegł Włodek. – Są naładowane. To prawdziwe plastikowe kulki, więc obchodźcie się z nimi ostrożnie.

– Łał… ostra amunicja. – Towarzysze broni jęknęli z zachwytu.

Józek pokręcił głową, po czym wyszeptał coś Lwu do ucha.

– Ten pistolet jest za ciężki dla Józka, chce inny – oznajmił brunet poważnie.

– Nie ma czasu – uciął wszelkie rozmowy przywódca. – Nadszedł nasz dzień. Dzisiaj, pierwszego czerwca, to dzieci przejmują władzę! – wykrzyknął.

Wtem, gdzieś nad głowami rewolucjonistów, rozległ się głos:

– Chłopcy, bawcie się grzecznie! Włodek, znowu zachęcasz kolegów do jakichś niegrzecznych zabaw? Natychmiast przestań, bo inaczej…

– Cała władza w ręce ludu! – zawył Włodzimierz, kierując w stronę przedszkolanki pistolet. Towarzysze ruszyli w jego ślady.

– Co to ma znaczyć? Skąd to macie? Oddajcie natychmiast, zanim zrobicie sobie krzywdę.

– Najpierw niech pani odda cukierki! – zawołał Feliks.

– I gazety edukacyjne – dodał Lew.

– Dosyć tego. Zaraz zadzwonię do waszych…

BAM!!!

Ciało martwej kobiety osunęło się na ziemię. Po sali rozniósł się zapach prochu. Zaskoczeni chłopcy rozejrzeli się wokoło. Dostrzegli dymiący pistolet w chybotliwej dłoni Józka.

– Lewolucja wymaga ofial – wyseplenił strzelec.

h

Guardians of Freedom

Guardians of Freedom

h
Advertisements
  1. grafika palce lizać. tekstów jeszcze nie polizałem.

  2. grafy świetne, zwłaszcza „na tropie królika” i „freedom guardians” 🙂 Tekściory też git.
    Dzidzia dostała plezent, dzidzia ziadowolona, dzidzia psieśtać bić mame i bawić głową kotka. :)…

  3. Dzidzia zadowolona da tacie w zyć 😉

  4. Grafiki znakomite. Z tekstów chcę zdecydowanie wyróżnić Krzysia Kłamczucha.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: