polskie centrum bizarro

„Kierowca” by Paweł Milczarek

In Opowiadania on Czerwiec 17, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKierowcy tirów to mają dobrze. Dymają panienki w przydrożnych barach, zarabiają krocie, a na trasie nikt im nie wyskoczy. No bo jaki głupiec odważy się zajechać drogę rozpędzonej kupie stali ważącej przynajmniej kilkanaście ton?

No, ale czasami nie jest tak różowo, jak się niektórym wydaje. Zwłaszcza, kiedy do beztroskiego życia takiego kowboja szos wmiesza się zazdrosna żona, chroniczna depresja, a sporządzoną z tych składników zupę los doprawi szczyptą mocy nieczystych.

O takiej właśnie wybuchowej miksturze pisze Paweł Milczarek. Siądźcie więc wygodnie w fotelu, pewnie chwyćcie kierownicę i dobrze zapnijcie pasy, bo będzie trzęsło. I to mocno!

h

Kierowca

h

Kierowca Tira. Ciekawa praca. Otwarte okno z wystawioną na zewnątrz dłonią, w której dymi papieros, czerwony Marlboro. Z głośnika dobiegają dźwięki „Higway to Hell”, a ty, z trzydniowym zarostem, wiatrem we włosach i czapką z logo ZZ Top pokazujesz fucka innym użytkownikom ruchu. Słoneczko przygrzewa, rozmywając drogę przed tobą. Czujesz, jak ciężarówka sunie po szosie, wzbudzając respekt i szacunek. Cholera, masz przecież tira, cały świat może ci naskoczyć!

Chyba, że jesteś zmęczonym życiem czterdziestoletnim rozwodnikiem, w dodatku z nie wykrytą jeszcze chroniczną depresją.

Marek kiedyś lubił swoją robotę. Ten wiatr we włosach, ten powszechny respekt. Czuł się wolny! Na każdym postoju zaliczał po kilka lasek jednej nocy. Te przydrożne też, firma nieźle mu płaciła. Chlał na umór, nierzadko wszczynając w knajpach burdy, których w saloonie nie powstydziłby się nawet John Wayne. Jego szefostwo miało kontakty w kręgach zbliżonych do władz, więc niczym nie musiał się przejmować, tym bardziej, że zawsze jakimś cudem wszystkie towary dowoził na czas. Pił, palił, dymał i jeszcze mu za to kasę dawali. Kurna, marzenie każdego dorosłego samca…

Wszystko szło pięknie, do czasu, aż informacje o ekscesach dotarły do jego żony. Byli razem dwadzieścia lat, mieli trójkę dzieci, a Marek zdradzał ją z przy każdej możliwej okazji. Obrączkę, jak na przykładnego gnoja przystało, zawsze zdejmował. Laskom mówił, że „nigdy nie da się udupić żadnej szmacianej wywłoce”. Może i by nie wpadł, gdyby nie to, że pewnej kolejnej obfitującej w uniesienia nocy poskąpił kochance kasy. Ta się wkurzyła, zadzwoniła do jego żony i pojechała po Mareczku lepiej niż niegdyś robiła to pani Kazia Szczuka. Żonka, po pierwszym hektolitrze wylanych łez i setkach powtórzeń „Kurwa, to nie może być prawda…” postanowiła do męża przyjechać. Zastała go w hotelu z – a to ci nowość – kolejną zdzirą. Nic nawet nie mówiła. Popatrzyła chwilę na kochanków, po czym podeszła do nich i zdzieliła Marka pięścią w mordę. Następnie wbiła mu ostry jak szpilka obcas między żebra. Uśmiechnęła się złowieszczo i obiecała zwijającemu się z bólu mężczyźnie, że już niedługo spotkają się w sądzie, na sprawie rozwodowej. Chwilę później spokojnym krokiem opuściła pomieszczenie.

Sam rozwód jeszcze można by przeżyć. Głupia pizda, nie potrafiła zrozumieć że prawdziwy facet ma swoje potrzeby. Jeszcze będzie się za nim czołgać i błagać o możliwość powrotu.

Gorzej z kasą. Sędzina, stare próchno po pięćdziesiątce, które nigdy męskiego falusa na oczy nie widziało nie mogła orzec inaczej, jak tylko o wyłącznej winie Marka. Po tak niefortunnym wyroku wizja kolejnych lat życia mlekiem i krwią głupich nastolatek płynących trochę się rozmywała. Dobra, całkowicie zanikła, powiedzmy szczerze. Odszkodowanie, wysokie alimenty i dom dla żony mocno uderzyły Marka po kieszeni. Jedynym plusem całej sytuacji było to, że utracił opiekę nad swoimi dziećmi. No, chociaż nie będzie musiał bachorów niańczyć. Laski nie lubią bachorów.

Od rozwodu z żoną minęły dwa miesiące. Z racji tego, iż Marek wszystkie swoje brudy prał publicznie, narażając na szwank dobre imię firmy, jego pozycja zawodowa drastycznie spadła. Teraz pensji, po odliczeniu nakazanych przez sąd opłat, ledwo starczało mu na jedzenie. Od pięciu tygodni nie ruchał, co naprawdę tragicznie odbijało się na jego psychice, podobnie jak fakt, że od siedmiu tygodni nie pił alkoholu ani nie palił fajek. Najśmieszniejsze jest to, że on cały czas pociskał kawałki o naturalnych męskich potrzebach. Uzależnienie? Gdzie tam, kurna, jakie uzależnienie!

Teraz właśnie jechał swoją ciężarówką, ozdobioną w malunki skąpo ubranych pań na dziwnych psychodelicznych tłach i zastanawiał się nad swoim życiem. Pierwszy raz, to jest od urodzenia, naprawdę zaczął myśleć. O żonie, kochankach, dzieciach, pracy. Mimo iż jego mózg, od momentu zarejestrowania przez receptory bólowe długiego czerwonego obcasa, stopniowo odmawiał produkcji myśli innych niż te najmroczniejsze. Marek naprawdę chciał się w tamtym momencie skupić. Znaleźć rozwiązanie. Tylko że w znajdywaniu rozwiązań nigdy nie był dobry, co już sugestywnie w podstawówce podkreślała babka od matmy.

W końcu, po paru godzinach jazdy, zobaczył po prawej stronie drogi malutki pensjonat z knajpą. Próba przemyślenia swojego życia, tego, jaką był mendą i kutafonem niczego nie dała więc postanowił się tu zatrzymać. Może jakieś laski będą chętne chociaż possać za darmo.

Lokal nosił nazwę „Rzym”. W środku, przy barze, stała starsza kobieta, wycierająca mokre kufle. Kurna, na takich stanowiskach powinno umieszczać się młode dupy jakieś, a nie takie pomarszczone kreatury.

– Dobry. – powiedział Marek. – Chciałbym wynająć w tej dziurze pokój na jedną noc.

Barmanka nawet na niego nie spojrzała, tylko dalej wycierała kufle.

– Dwie dychy, płatne z góry – odezwała się.

– Pazerne świnie – mruknął Marek, ale podał kobiecie banknot.

– Proszę, oto klucz – sięgnęła pod ladę. – Ma pan czas do jutra do dwunastej. I proszę się umyć, śmierdzi pan jak worek zgniłych kartofli.

Fakt. Nawet na mydło nie było go teraz stać, ale to nie powód, żeby rzucać takimi tekstami.

– Ja pani nie wypominam tuszy jak u mamuta w ciąży – odparował i poszedł na górę.

Dostał pokój o numerze trzysta trzy. Wszedł do środka, rzucił na łóżko swoją jedną jedyną poszarpaną walizkę i usiadł na krześle. Nawet nie miał siły się rozpakować.

Nagle usłyszał jakieś szmery dochodzące z łazienki. Z początku myślał, że to szczury może, wszak budynek nie wyglądał na zadbany. Zdziwił się mocno, gdy w drzwiach stanął młody chłopak w stroju wojskowego pilota.

Marek przez chwilę wpatrywał się w gościa ze zdziwieniem.

– Pan miał tu poprzednio pokój? – zapytał w końcu. – To proszę stąd spierdalać, bo chyba za bardzo pan przedłużył pobyt.

– Ach nie, nie – odparł nieznajomy. – Ja tu mieszkam już dość długi okres czasu. Właściwie odkąd mnie zestrzelili podczas drugiej wojny światowej.

Marek nie wiedział, co odpowiedzieć. Kolesiowi chyba padło na mózg, i to dokładnie.

– Spokojnie, zaraz zadzwonimy po odpowiednie służby – powiedział ostrożnie. – Pewnie już cię szukają z kaftanem.

Chłopak roześmiał się.

– Pan mi nie wierzy. Proszę otworzyć szufladę z półki pod telewizorem. No, dalej.

Marek zaśmiał się sarkastycznie, ale wykonał polecenie. W środku znalazł rewolwer. Brytyjski Enfield no.2, produkowany od 1932 roku.

– No i po co mi to? – zapytał.

– Żeby się zastrzelić – uzyskał spokojną odpowiedź.

Marek przeraził się. Ten pensjonat to jakiś dom wariatów.

– Nie, to nie jest dom wariatów – powiedział chłopiec. – Kasy nie masz, żona puściła cię z torbami, a dupy nawet nie chcą na ciebie patrzeć. Na dodatek masz depresję, o której nie wiesz.

Marek spojrzał na niego wybałuszonymi oczami. Skąd on kurna tyle wiedział?! Prorok jebany jakiś, czy inny fakir.

– Odejdź ode mnie – powiedział. – Kropnę cię z tego rewolweru, ani nie zdążysz zaprotestować.

Chłopiec znowu się roześmiał.

– Ty chyba nie wiesz, z kim masz do czynienia – stwierdził i ściągnął buty oraz spodnie.

– Ale… – Marek, ujrzawszy przed sobą ciemne, owłosione nogi i kopyta aż zaniemówił. – Czy ja naprawdę kurna gadam z…

– Tak – odparł chłopiec. – I teraz, po raz pierwszy w twoim parszywym, nic nie znaczącym życiu pozwolę ci się zastanowić.

Jednakże Marek wiedział, że tu już nie ma się nad czym zastanawiać. Przegrał wszystko.

– Masz rację – powiedział chłopiec. – A dzięki mnie teraz naprawdę posmakujesz rzeczy pięknych, uwierz mi.

Marek spojrzał tępym wzrokiem na rewolwer.

– Dzięki. Mam szczęście, że na ciebie trafiłem – wymamrotał, poczym przyłożył broń do skroni i nacisnął spust.

Kula przeszyła mu łeb na wylot, a z ogromnej dziury bryzgnęło na ścianę mnóstwo gęstej krwi. Ohydna rana prezentowała się cokolwiek niesmacznie, tak że gdyby ktoś postronny to obserwował, najpewniej zwróciłby wczorajszy obiad z kolacją.

Chłopak postał jeszcze chwilę nad ciałem mężczyzny, poczym z uśmiechem na ustach zszedł na dół, do barmanki.

– I co? – spytała kobieta. – Padł?

– Tak – odparł chłopiec. – Nasz pan na pewno ucieszy się z kolejnej zdobyczy.

Nagle w jego kieszeni zadzwonił telefon.

– Aha… Dziękuję. Oczywiście.

Chłopiec otworzył okno koło drzwi wejściowych i spojrzał w górę, gdzie od dobrych kilku godzin świecił już księżyc.

– Panie Twardowski! – krzyknął. – Zaraz będzie pan miał nowego kompana!

h
h
Advertisements
  1. Moralitet pełną gębą… z panem Kopytko w tle. 😉

  2. Fajno się czyta 😀

  3. Dobre, pozytywnie zakręcone 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: