polskie centrum bizarro

„Gracze” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Lipiec 23, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtGrono stałych bizarrowców przyklejonych do umazanego posoką i szaleństwem tronu Wielkiego Paskuda nieustannie się powiększa. Z pewnością kojarzycie, Drodzy Czytelnicy, podwójne „zet” w puli niedobroliterkowych weteranów. Zeter Zelke, o nim (czy też o kimkolwiek kto kryje się pod tym pseudonimem) bowiem mówimy, pojawił się już tutaj parokrotnie.

A dzisiaj będzie ten kolejny raz. W imieniu autora, własnym i ojczyzny zapraszamy do lektury Graczy. Nie jest to typowe dla świata bizarro opowiadanie. Właściwie to można to ująć precyzyjniej: jest bardzo nietypowe. Tak jakby mało bizarrowe. Ale przecież nie samymi wygłupami się żyje, no nie?

Zatem: miłej lektury i nie zapomnijcie się przeżegnać – póki czas!

h

Gracze

h

Chłód nocy wkradał się do niewielkiego pokoju przez otarte okno. Pląsający w kaganku, samotny płomień rzucał ruchome półcienie na najbliższe regały pełne książek i starych rękopisów, na czerwony dywan w białe wzory, na ściany obite bogatymi tkaninami. W tym książkowym raju kryła się fajansowa donica, w niej zaś drobnolistna roślina z mnóstwem płożących się łodyg. Pnącza gromadziły się przy najbliższej ścianie i rozchodziły we wszystkich kierunkach, pokrywając jej powierzchnię żywą siecią.

Przy stole w pobliżu okna siedział starszy mężczyzna. Obejmował głowę dłońmi, ukrywając twarz w cieniu między swoimi łokciami. Za jego plecami dyskretnie przesuwał się jakiś człowiek. Wreszcie posiwiały senior w purpurowej rewerendzie wyłonił się z ciemności, połyskując złotym krzyżem na piersi. Podszedł do stołu, postawił na nim dwa kielichy wypełnione winem, domknął okno, po czym usiadł naprzeciw gościa. W pokoju zrobiło się cicho jak makiem zasiał.

– Albercie – zaczął duchowny, spoglądając z troską na przyjaciela. – Jakeś sobie życzył, oto jestem, gotów ciebie wysłuchać, choćby zaraz. Przeto przełam się, bracie, zażyj wina i rzeknij, co masz mi do wyjawienia.

– Ojciec przecież słyszał – szepnął tamten, zaciskając palce na włosach, jakby każda z trudem wypowiedziana głoska była dla niego osobną torturą.

Ojciec Konstanty wyprostował się na krześle i oszacował Alberta spojrzeniem szarych oczu.

– Doszły mnie słuchy, że dawno temu na dworze waszym jakoweś nieszczęście zaszło.

Albert drgnął, podniósł głowę; przez moment nie przestawał patrzeć na biskupa.

– Tak. Potom właśnie tu przybył. Żyłem z mą wiedzą dobrych kilka lat, a teraz przez nią od zmysłów odchodzę. Szukałem wszędzie! Szukałem, lecz nigdzie nie mogłem znaleźć! Pragnąłem zetrzeć z ziemi ten proch diabelski. Przysięgałem pomścić Felicję i Bogusza.

Konstanty zamyślił się, a gdy z Alberta opadły emocje, zapytał:

– Czegóż więc ode mnie żądasz?

– Niczego nie żądam, ojcze wielebny. Błagam jeno o wysłuchanie. Może pośród tak wielu uczonych ksiąg dasz mi w swojej mądrości chociaż pojęcie o tym, co spotkało mych najmilszych krewnych.

Tu głos mu się załamał i załkał jak dziecię. Konstanty po ojcowsku położył mu dłoń na głowie.

– A więc szukasz u mnie wiedzy. Opowiedz mi tedy wszystko, jeśli ma ci to przynieść ulgę. Potem wspólnie pomyślimy, jak zaradzić zmartwieniu.

– Pierwej musisz, ojcze, dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Wiesz żem, kupcem będąc, rzadko we dworze bywał, ale rodzinę mą ponad wszystko inne miłowałem.

– Nikt ci temu nie zaprzeczy – przyznał duchowny.

– Wędrowałem od miasta do miasta, przepłynąłem w bród wód rozmaitych, przetarłem szlaki, które próżno by zliczać. A jednak! Gnała mię do domu tęsknota, gnało rozrzewnienie. Chwilami tak mocno ściskało za serce, iż dłużej nie szło mu się opierać. Przychodził czas, kiedy pragnąłem porzucić wszystko jak leżało. Pozostawiałem wtedy cenności pod zaufaną opieką i, jakby na skrzydłach wiatru niesiony, leciałem ku wielkopolskiej ziemi. – Albert przerwał, sięgnął drżącą dłonią po kielich, uniósł do ust i przechylił. Mimowolnie zwilżył jeszcze wargi językiem, pomyślał o czymś i kontynuował: – Lecz w pierwszej kolejności to do nich szedłem: do mej siostrzenicy oraz do Bogusza. Serce we mnie rosło, kiedym patrzał na tych dwoje. Świadkowałem temu, jak dorastali. Obserwowałem, jak radowali się sobą. Może z uwagi na mą podróżniczą dolę, było to dla mnie tym cenniejsze.

– Opowiedz mi o nich coś więcej, jeśli zdołasz.

Na sędziwej twarzy Alberta rozlał się błogi uśmiech. Tak wisząc między rzeczywistością a wspomnieniami, odparł:

– Felicja szczebiotała jak to dziewczę ucieszne, co powoli poznaje uroki życia. Pamiętam: raz dwórka królewska, daleka krewna Felicji, Agnieszka, podarowała jej harfę złocistą, zdobioną w archanielskie główki. Odtąd wygrywała mi hymny na powitanie, ciągała po ogrodach i wypytywała o dalekie kraje, o spotykanych ludzi. Tak to gotowało się w niej życie, tak to kipiała ciekawość niespożyta, a takie biło od niej wesele, że na samo wspomnienie…

– A ów Bogusz? – przerwał Konstanty, widząc że przyjacielowi zbiera się na nowe łzy.

– Był to syn sołtysa, prawa ręka młynarza, silny i bystry chłopak, a tak wesół, że zauroczył przecież i mnie. Nie było lepszej partii dla Felicji, a przynajmniej ja takiej znać nie chciałem. Choć sołtys Kędzian mógł mu zapewnić dostatek, o jakim wielu nawet nie śniło, Bogusz nigdy nie zgnuśniał, wręcz przeciwnie. Pędził co dzień do młyna, by pomagać w robocie; także w kuźnicy często go widziano, u kołodzieja, u cieśli, u skórnika nawet. Własnoręcznie wiele robót za sołtysią czeladź wykonywał, tak że czasem służba lepiej miała od samego Kędziana. Widziałem ja już przyszłość tych dwoje i cała podskakiwała we mnie dusza, jakem ich nieraz przyłapywał przy jednej kądzieli, bo i przed niewieścimi roboty Bogusz się nie wzdrygał, a mógłby nawet i garnki lepić, byleby tylko przy swojej Felicji.

– I jak to się odmieniło?

– A owszem, odmieniło się całkowicie. Trzeba ojcu wiedzieć, że wyjechałem potem na czas dłuższy ku ziemi frankońskiej, gdzie znaleźliśmy popyt niesłychany. Kiedy poszedł ostatni skład materiałów, zapragnąłem na stałe już wrócić do domu, by tam czekać spokojnej starości. Przez rozmaite wypadki mój powrót dłużył się w nieskończoność. Wreszcie przybyłem do uśpionego dworu ciemną, zimową nocą, drżąc z niecierpliwości. W jednym tylko oknie światełko się tliło. Był tam niewielki pokoik tkacki, gdzie Felicja zwykła przesiadywać i za prządkę robić. I kiedym tam wstąpił z ziąbu i zawiei, kiedym wszedł w jasny strumień ciepłego płomienia, spojrzały na mnie oczy szklane i okropne. Choć’em próbował, nie mogłem w nich dojrzeć znajomej wesołości, ku której tak parłem. Czerniała w nich istna otchłań bez dna, tak beznadziejna jak nieprzebyta. Między Bogiem a prawdą, ojcze, zdało mi się, żem przez moment patrzał w oczy samej śmierci. Drobna twarzyczka, choć tak znajoma, była zarazem tak bardzo obca: pobladła, zwiędła, zasnuta cieniem. Przez skórę przeczuwałem, że stało się coś złego, coś, co przekreśliło wszystkie me nadzieje, tę szczęśliwą wizję przyszłości. Wtem, posłyszawszy moje kroki, zjawiła się w pokoju ma serdeczna kuzynka, Aniela. Felicja wciąż milczała i patrzała tym odległym spojrzeniem, jakby mnie nigdy nie znała, aż nie mogłem go dłużej ścierpieć. Takem został przejęty, tak wstrząśnięty, iż Aniela zaraz do izby kuchennej mię wzięła, wiedząc przecie, że nie zasnę i męczyć się będę, nie poznawszy prawdy, nieważne jak okropnej. Zaparzyła ziół, zagotowała rosołu, bowiem zamieć za oknem wyła, a jam dopiero przecie co z niej przywędrował. Pozamykała drzwi, abyśmy innym domownikom snu nie zakłócali i przy kaganku opowiedziała mi rzecz tak niepojętą, że przez pierwszych dni kilka dać wiary nie mogłem. Gotów byłem sądzić, że w domu wszyscy powariowali, że dali się okpić, nabrać na historię zmyśloną, na żart wszeteczny i w najgorszym guście. Ale kiedym tak przysłuchiwał się nocami dochodzącym z pokoju Felicji łkaniom, powoli opór we mnie tajał. Otwarłem się wreszcie na tę straszliwą prawdę, przyjmując że ten świat boży diabli częściej od anielich przemierzają.

To słysząc, duchowny wciągnął głośniej nosem powietrze. Albert zreflektował się, spokorniał.

– Wielkie zaprawdę to muszą być rzeczy, skoro ty, którego znam dobrze, o bluźnierstwo się ocierasz.

– W rozpaczy trudno obrać właściwą drogę, ojcze.

– Prawdę rzeczesz, tedy widzę wyraźnie, że pomocy ci trzeba. Mów, proszę, dalej. Co się okazało?

– Z tego, co zdradziła mi Aniela i z tego, czegom dowiedział się od innych, mogłem sobie mniej więcej poukładać w głowie. Felicja bowiem, którą zbłąkaną z zamieci wydobył kmieć przechodni, przez kilka dni, choć przerażona, mówiła do rzeczy. Opowiadała ponoć szybko i ze szczegółami historie tak okropne, że mało kto chciał im wierzyć. Pierwszy gotów był na to ów plebejusz, prosta i dobra chłopina. Współczuł jej szczerze, a kiedym zjawił się w jego skromnej izbie, by z ust mu dobyć garść wieści i mnie swojego współczucia nie skąpił.

– I tyś uwierzył w słowa siostrzenicy? Nieważne, jak obco dla ciebie brzmiały?

– Rzekłem uczciwie, ojcze, żem początkowo wzdrygał się przed nimi.

– Cóż cię tedy przekonało? – Konstanty uważniej spojrzał na druha.

Albert wygiął się na krześle, sięgnął do kieszeni, a co z niej wydobył, postawił na stole. Konstanty przyjrzał się tym osobliwym dowodom prawdy, nie skrywając zdumienia. Były to bowiem trzy figury szachowe, wyrżnięte z najczystszego kryształu. Duchowny podniósł jedną do oczu. Piękny, przeźroczysty skoczek, bardzo dokładnie wymodelowany, na załamaniach krawędzi połyskiwał złotem. Konstanty odłożył go z powrotem, obok wieży i gońca. Upił łyk z kielicha.

– Znalazłem to w miejscu, o którym mówiła Felicja – wyjaśnił Albert. – Zanim popadła w obłęd całkowity.

– Co te figury mają do rzeczy?

Albert nachylił się nad stołem. Biskup mimowolnie uczynił to samo.

– To, co zamierzam ojcu powiedzieć może zabrzmieć niebywale. Byłem zmuszon dochodzić do tego samotnie i gdybym wszystko w tej historii pojmował, nie byłoby mnie tutaj. Że Felicja mówiła prawdę, mam pewność. Jedyny szkopuł w tym, że nie można odtworzyć, jak było dokładnie. Z tej przyczyny schowam na bok wszystkie moje domysły i powiem tylko o tym, co Felicja zdążyła przekazać plebejuszowi, rodzinie, a po krótkim indagowaniu i mnie. Było to zaraz przed tym, nim na amen zamilkła, by nawet już nie łkać po nocach, tylko w milczeniu patrzeć przed siebie, jakby na tym ziemskim padole ciałem tylko była…

Felicja i Bogusz byli małżeństwem już od siedmiu miesięcy, kiedy w początkach stycznia na ich dwór zajechał posłaniec z wesołą nowiną. Jakiś czas temu oddali chorującą na pięty babkę pod opiekę medyka, mieszkającego w pobliskim mieście. Medyk informował, że babka wracała do zdrowia i chciałaby resztę kuracji odbyć w domu. Bogusz, jak zwykle uczynny, gotów był skoczyć natychmiast na wóz i jechać. Podróż nie była długa – zwykle zajmowała dwa stajania, jednak zimą stawała się żmudna i trudna, głównie ze względu na nierówne drogi oraz dzicz szukającą żeru. Felicja, wpatrzona w męża jak w obraz, uparła się, by towarzyszyć mu do miasta. Bogusz protestował, bardziej z zasady niż ze szczerego przekonania; jemu także nie było w smak rozstanie z połowicą. Nie nacieszonych sobą małżonków trudno było od siebie oderwać i wolno wątpić, czy ktokolwiek z rodziny w ogóle próbował.

Następnego dnia o świcie zaprzęgli wóz w parę koni, umościli wygodne legowisko dla babki, okryli się należycie przed mrozem i tak ruszyli do miasta. Podążali znaną im drogą, niemal niewidoczną pod roziskrzonym przykryciem śniegu. Podróż przebiegała gładko, aż do nadejścia wieczora, kiedy to jeden z koni potknął się na trakcie. Naraz wszędobylskie: spokój i ciszę zmącił ścinający krew w żyłach kwik. Koń padł na ziemię jak podcięty, rzucając na boki łbem, chrapiąc, rżąc. Nieszczęsny kasztan złamał nogę, wpadłszy w ukryty pod śniegiem ubytek na trakcie. Kość przebiła ciało na wylot. Złamanie było zbyt poważne, by mogli ocalić zwierzę; w ich mocy pozostało jedynie prędko skrócić jego cierpienie.

W ten sposób stracili zaprzęg. Jeden koń nie był w stanie ciągnąć powozu przez śnieżne zaspy. Wieczór miał wkrótce ustąpić nocy i ona była głównym powodem ich trosk. Za dnia, z jednym zwierzęciem, mając do miasta bliżej niż dalej, dotarliby do medyka bez większych przeszkód, lecz o zmierzchu sprawy wyglądały zgoła inaczej. Pospieszając, póki widno, zabrali z powozu wszystkie niezbędności, oporządzili wierzchowca, za czym podążyli dalej w nadziei, że osiągną cel przed pełnią nocy.

Świat już zalały egipskie ciemności, a oni wciąż jechali wedle zagajnika. Jednolity sosnowo-świerkowy mur obwarowywał ich szlak po obu bokach, pozwalając przeć tylko na wprost. Boguszowi wtem zdało się, że gdzieś przed nimi błysnęły świeczkami dwie pary oczu. Przeczuwając w nich wilki, spowolnił konia, za czym sięgnął po kuszę, którą uprzednio na wszelki wypadek przygotował do strzału. Jakież było jego zdziwienie, gdy miast warczenia bestii do ich uszu dotarł śmiech dzieci. Na drodze bawiły się dwie dziewczynki, przebiegały ją wszerz i chowały się przed sobą nawzajem między drzewami. Jak tylko dostrzegły, że ktoś się zbliża, struchlały, umilkły i rozbiegły się na boki.

Felicję w pierwszym odruchu zdjęła trwoga i współczucie. Sądziła, że natknęli się na zagubione sieroty, które – jak to czasem czynią bezbronne dzieci – w beztroskiej zabawie przeganiały lęk przed nieznanym. Wyszła więc ku nim, a ośmieliwszy ciepłym słowem, zapytała kim były i skąd przybyły. Po chwili wahania dziewczynki wyszły z ukrycia, a były do siebie podobne jak dwie krople wody. Jedna, nie mówiąc ani słowa, wyciągnęła ramię w bok, wskazując palcem świerkowe rzędy.

W istocie, na tle ciemnego nieba wyraźnie odznaczała się siwa wstęga dymu, znamionująca bliskość ludzkich sadyb. Pierwszy ucieszył się Bogusz, ufał bowiem, że znajdą tam gospodę, gdzie nie poskąpią im schronienia. Dzieci tymczasem zdążyły się zorientować, że od obcych nic złego im nie grozi. Rozpogodziły się i chętnie przystały na to, by zaprowadzić ich do miejsca, skąd przyszły. Felicja na darmo próbowała dowiedzieć się o gospodarzach czegoś więcej. Dziewczynki tylko uśmiechały się wdzięcznie, wiodąc ich coraz głębiej w las.

Niebawem wyszli na rozległą polanę, zewsząd okoloną drzewami. Po środku stało rozległe założenie, dziwaczne i do niczego niepodobne. Niby dwór, a jednak w konstrukcji i w stylu tyleż obcy, co intrygujący. Brama wejściowa wychodziła bezpośrednio z lasu i nie trzymała żadnej symetrii, zupełnie jakby ktoś wyjął z przejścia metalową futrynę i niedbale wbił ją w ziemię. Dalej, tam i ówdzie, w krótko ostrzyżonej trawie stały szklane latarenki, oświetlając ciepłym blaskiem soczystą zieleń. Ktoś zadał sobie wiele trudu, by tak doszczętnie odśnieżyć podwórze, które przez to wchodziło w ostry kontrast ze ścianą ubielonych sosen oraz świerków. W istocie, odnosiło się wrażenie, że podczas gdy naokoło panowała zima, w tym miejscu wiecznie królowała wiosna. W powietrzu unosił się duszny zapach maciejek oraz bzu. Były tu studnie, most nad szemrzącym strumykiem, były stodoły zamiast gontu przykryte mchem, a także kilka drewnianych domków niewiadomego przeznaczenia, pozbawionych drzwi i okien. Było też coś na kształt placu zabaw, gdzie obok huśtawek i wind leżało pełno kolorowych klocków, do złudzenia przypominających wyolbrzymione kości do gry. Tu i tam kilka fontann w kształcie końskich łbów ustawicznie biło kryształowo-czystą wodą. Było kilka altan otoczonych malwami oraz kilka miniaturowych ogrodów, obwarowanych bądź to drewnianym płotkiem, bądź niskim, kamiennym murem. Do wszystkich tych miejsc wiodły zadbane alejki, wyłożone kostką w biało-czerwoną szachownicę. I jeśli to już wielce dziwiło, nie miało porównania z rezydencją samą w sobie.

Składało się na nią potężne gmaszysko wzniesione z ciosanego, polnego kamienia, w niektórych miejscach porośniętego dziką trawą. W czterech rogach twierdzy stały krępe, krzywe wieżyce – każda zwieńczona koroną krenelaża. Okna były przeszklone, zdobione witrażami, lecz kolorowe szybki nie układały się w żaden konkretny wzór. Bodaj właśnie te okna stanowiły najdziwniejszą cechę domu, rzadko które bowiem wbudowano według tradycyjnego pojęcia – normalnie. Były poprzechylane, odkształcone, zdeformowane; jedne stały niżej, inne wyżej. W kilku słowach: próżno tu było szukać harmonii. Wrażenia dopełniała pstrokacizna, która wylewała się z murów gmaszyska za sprawą kolorowych mozaik. Mozaiki układały się w wielobarwne i czarno-białe szachownice: wędrowały wzdłuż gzymsów, okalały framugi, formowały spiralne wzory wszędzie tam, gdzie znalazły więcej wolnej przestrzeni. Zdawały się obiegać całą rezydencję i obejmować ją fantastycznymi splotami odkształconych ramion.

Dziewczynki wpuściły ich do środka, każąc rozgościć się przy stole w poczekalni, same zaś pomknęły gdzieś w górę schodami. Poczekalnia była przestronna, pachnąca cynamonem, czysta, zadbana i bogato wyposażona. Znać żyła tutaj wcale majętna rodzina. W odległym kącie miło trzaskał ogień w kominku, nad kominkiem wisiał wybór rozmaitych broni, na ścianach obijanych złotogłowiem wdzięczyły się obrazy, rzeźby, świeczniki oraz podniszczone herby. Pod sufitem podwieszono pełno kwiatów w wiklinowych koszykach, a zielone sploty łodyg, których źródła darmo było szukać, rozrastały się swobodnie wzdłuż i wszerz sklepienia oraz ścian. W rogach połyskiwały cudnej urody wazony, na stołach i w kredensach lśniły przepiękne pucharki, zastawa, dzwonki i orientalne zabawki.

Gospodarze nie dali na siebie długo czekać i w chwilę później zjawili się na dole. Bogusz wyjaśnił w kilku zdaniach, jakim sposobem tutaj dotarli. Tamci, wysłuchawszy go cierpliwie, zapewnili o swojej życzliwości i obiecali przenocować. Felicji gospodarze przypadli do serca, a dom pomimo dziwactwa – a może właśnie dzięki niemu – wydawał się fascynujący. Gospodyni Andromeda, jakby czytając jej w myślach, zaproponowała, by następnego dnia – o ile taka będzie ich wola – czuli się wolni na własną rękę zwiedzić co ciekawsze zakątki. Gospodarz Mateusz był człowiekiem pogodnego ducha i niezmierzonej ciekawości. Między innymi z tej przyczyny, ale też przez zwykłą uprzejmość, zaproponował podróżnym wspólne wieczerzanie, by nawiązać bliższą znajomość.

Przy tej okazji wyjaśniło się, że dla dzieci nie było nowiną bawić się po zmroku przy drodze. Jak mówili, w pobliżu dworu nie mogło ich spotkać nic złego, przed laty bowiem ich przodkom w nieznany dziś sposób udało się oswoić okoliczną dzicz. Na pytania, dlaczego dom taki dziwny i na odludziu, odrzekli raptem, że ród ich mieszkał tu od dawna i jakoś nikomu przenosiny nie przyszły do głowy. Mieli tutaj wszystkiego pod dostatkiem, a w razie potrzeby niedaleko do miasta. Co zaś dotyczyło domu, był taki z woli protoplasty rodu, który ponoć wybijał się nad innych ekscentrycznością, za co zresztą przyszło mu srogo zapłacić. Dłużej za języki gospodarze ciągnąć się nie dali.

Krótko przed zakończeniem wieczerzy, kiedy małżonkowie zmęczeni przygodami dnia zbierali się złożyć głowy do snu, Mateusz zaproponował Boguszowi partię w królewską grę. Tłumaczył, że rzadko miewał gości, a przeto sposobności do zażywania swojego ulubionego rodzaju rozrywki. Bogusz, chcąc choćby w ten sposób zadośćuczynić dobrodziejom, bez wahania zgłosił swoją gotowość. Wobec tego Andromeda postawiła przed nimi szachownicę, której uroda zaćmiewała wszystko inne, co do tej pory widzieli. Była wyrżnięta z górskiego kryształu i tylko ciemne pola mieniły się rubinem. Całość oprawiono w złotą ramę, bogato zdobioną drogimi kamieniami. Także figury oraz pionki – kształtne i duże – w niczym nie ustępowały szachownicy: „białe” kryształowe, „czarne” rubinowe, przy czym te pierwsze na brzegach okalała srebrzysta blaszka, drugie zaś złota.

Felicja z Andromedą zasiadły po przeciwnych stronach stołu, by lepiej przyglądać się rozgrywce. Zanim rozpoczęli partię, Mateusz stwierdził, że szkoda by było nie urozmaicić rozgrywki, ot choćby stawiając na szalę coś o minimalnej wartości. Zapytał przeto czy Bogusz w razie przegranej zgodzi się dla uciechy gospodarzy pobyć w ich domostwie dłużej. Także do Felicji zwrócił się ze specjalną prośbą, czy w razie niefartu małżonka, zgodzi się podarować mu na miłą pamiątkę coś od siebie. Oni, sadząc że są im to winni, przystali na taki układ; za czym gra się rozpoczęła.

Grali długo i zażarcie, a Felicji w pewnej chwili zdało się, że od tej gry zależało coś więcej. Czasem patrzyła na twarz Andromedy i odnosiła wrażenie, jakby sama gospodyni zmagała się z nią w jakiś nieuchwytny sposób. Nie pojmowała zasady na jakiej opierał się osobliwy niepokój, który nawiedzał ją zawsze wtedy, gdy Bogusz znajdował się w defensywie i ta niewypowiedziana ulga, kiedy był bliski wygranej. Już się wydawało, że ostatni ruch będzie należał do niego, kiedy Mateusz na moment przed poddaniem króla, znalazł dla siebie ratunek i chwilę później zamatował kryształowego króla. Andromeda uśmiechnęła się skromnie, Mateusz – wielce rad z wygranej – podziękował za grę i zwolnił gości do sypialni, przypominając rubasznie o zobowiązaniu.

Udostępnili im pokój bogaty i duży, utrzymany w heraldycznych barwach. Ściany były obite ciemną czerwienią, na której w pas i na ukos szły złociste romby. Firany trzymały barwę królewskiej purpury, baldachimy upstrzono fioletowo-żółtymi polami. Całe obrusy wyhaftowano w klejnoty herbowe, za które ród przybrał wszystkie karciane kolory. Sama pościel zdominowana przez roślinne wzory, zachwycała wielością odcieni zieleni. Także tutaj – nie wiedzieć skąd – po sklepieniu pięły się elastyczne łodygi, wypuszczając z rzadka pędy, zakończone purpurowym lub niebieskim kwiatem. Z zewnątrz, przez lekko uchylone okno, dochodził szmer wody i cykanie świerszczy.

Chociaż mieli spocząć w wielkim luksusie, noc dla Felicji była stracona. Powiadają niektórzy, że sen ma to do się, iż otwiera te oczy w głębi umysłu, które widzą i rozumieją więcej niż te, którymi na co dzień patrzymy na świat. Cokolwiek Felicja dzięki nim ujrzała, grunt, że przed świtaniem zerwała się z krzykiem na ustach i sercem walącym w piersi jak młotem. Kiedy spostrzegła, że męża obok nie było, zadrżała. Skoczyła na równe nogi, przywdziała odziewek i ruszyła na dół, szukać jego obecności. Wtem, gdzieś od polany, doszedł ją luby śmiech Bogusza. Odetchnęła z ulgą; przypomniała sobie, że wszak gospodyni proponowała im zwiedzanie dworu. Uspokoiła się, przyjmując że mąż, wstawszy wcześniej, teraz właśnie zażywał przechadzki.

Wtedy podbiegła do niej jedna z dziewczynek, pociągnęła za skraj sukienki i powiodła za sobą prosto do stołu, przy którym wczoraj wieczerzali. Stała na nim duża, porcelanowa waza, a uchodził z niej aromat tak słodki, że próżno się było dalej opierać; zważywszy, że druga bliźniaczka już była przy wazie, nalewała strawy do talerza i zapraszała do siebie zachęcającym uśmiechem. Felicja istotnie poczuła głód, zasiadła więc z dziećmi do śniadania. Zdziwiła się, że miała jeść sama: dziewczynki obsiadły ją z dwóch stron i tylko obserwowały w milczeniu z ukrytą nadzieją w błyszczących oczach. Nieco rozbawiona, Felicja nabrała śmiało gęstej, karmazynowej zawiesiny i posmakowała. Zupa była przednia.

Chcąc sprawdzić reakcję dziewcząt, odwróciła się do jednej, gdy słowa uwięzły jej w gardle. Dzieci siedziały nadal, jak dawniej, lecz na ich twarzach zaszła nagła zmiana. Dziewczynki pobladły, ich buzie zasnuł cień. Wykrzywiały usta w złośliwych uśmiechach, marszcząc noski i obnażając białe ząbki. Zaniepokojona tak całkowitą odmianą, Felicja poczuła jakby już nie ludzie, a coś groźnego, coś obcego oskrzydliło ją po bokach. Zerwała się z miejsca i zaczęła cofać, śledzona przez parę błyszczących podstępem oczu. Dziewczynki jednak nie ruszały się z miejsc; tylko ich małe, złośliwe główki obracały się w ślad za nią.

Stawiała tak w tył krok za krokiem, aż dzieci znikły jej z pola widzenia. Dotarła do izby kuchennej, a co tam zobaczyła, wypowiedzieć się nie da. Na ogniu, przy ścianie stał ogromy kocioł, w którym bulgotała karmazynowa zupa. Bezpośrednio nad kotłem, z rozpostartymi ramionami zakutymi w podwieszone u sufitu kajdany, wisiał korpus z martwą głową żałośnie zwieszoną na piersiach. Felicji wystarczył ułamek sekundy, by rozpoznać w skatowanym nieszczęśniku Bogusza. Krew odpłynęła jej z twarzy, ręce wpadły w drżenie, głos utknął w gardle, nogi odmówiły posłuszeństwa. Otrzeźwił ją dopiero odległy trzask drzwi oraz czyjeś wolno zbliżające się kroki. Rozgorączkowana, wybiegła z domu, pędząc na oślep, gdzie nogi poniosą. Minęła gospodynię, która nieopodal spokojnie doglądała kwiatów w ogrodzie. Minęła Mateusza, który jedynie spojrzał za nią przez ramię i posłał jej oko, jakby chciał zakpić: ” Mam chociaż nadzieję, że smakowało!”

Felicja, tym bardziej przerażona, że nikt nie próbował jej zatrzymać, na widok swojego konia pisnęła z radości i z wkradającego się w jej umysł szaleństwa. Dosiadła go, za czym pomknęła precz na złamanie karku, prosto w śnieżnobiały las…

– Bóg jeden wie, jak długo to dziewczę, zagubione i zziębnięte, błąkało się po lasach, opłakując swój los, opłakując okropną śmierć męża. Niechybnie zamarzłaby gdzieś po drodze, gdyby nie pojawił się kmieć dobry, który przypadkiem natknął się na nią podczas powrotnej wędrówki do domu. Przywiódł ją po kilku dniach do dworu, a co było dalej, rzekłem ojcu wcześniej.

– I powiadasz, żeś potem przybył w tamto miejsce? – Konstanty przyłożył palec do ust, spoglądając na trzy stojące przed nim figury.

– Polanę odnalazłem, a na niej to. – Albert wskazał gestem znalezisko. – Czy trzeba więcej dowodów na to, że gdzieś tam wrota samych piekieł się otwarły?

– Słowem, żadnego gmachu, żadnej zabudowy?

Albert spojrzał na niego z wyrzutem.

– Ojciec nie sądzi, żem zmysły postradał!

– Sądzę, że dość już się nasłuchałem. – Duchowny wstał od stołu. – Rzekłeś dziś wiele dziwnych rzeczy, mój synu, przeto pozwolisz mi nad tym pomyśleć. Nie trwóż się jednak, bo masz moje słowo, że bez pomocy cię nie ostawię.

– Więc cóż teraz ojciec mi radzi?

– Udaj się na dół do konfesjonału i zaczekaj tam na mnie. Przed snem spowiedzi ci udzielę, boś dziś kilkakrotnie przeciw wierze bluźnił. Potem zobaczymy, co da się zrobić.

Albert wstał posłusznie i wolnym krokiem opuścił pokój. Przez dłuższą chwilę Konstanty stał w półcieniu, pogrążony w głębokiej zadumie. Wreszcie podszedł do światła, podniósł kaganek, zabrał trzy kryształowe figury i ruszył niespiesznie na koniec pokoju. Wtem wszystkie cienie ożyły i – tańcząc po ścianach, pełznąc po półkach – podążyły w ślad za nim. Konstanty zatrzymał się przy najdalszym regale, gdzie obok okna stał wysoki pulpit. Na jednej z półek, pod jedną z książek, leżał ukryty żelazny klucz. Biskup ujął go między palcami i przekręcił w skrytce u grubej nogi pulpitu. Drzwiczki otwarły się bezgłośnie, ukazując swoje wnętrze.

Na dnie spoczywała kryształowa szachownica okuta po bokach złotem, upstrzona drogocennymi kamieniami, mieniącymi się wszystkimi barwami tęczy. Na jej powierzchni leżały w bezładzie kryształowe oraz rubinowe pionki i figury. Konstanty dorzucił do nich trzy dodatkowe, za czym zamknął drzwiczki i schował klucz pod księgą. Ruszył potem na dół, gdzie strapiony przyjaciel czekał jego pomocy.

Reklamy
  1. A, to ładne jest, literackie pełną gębą, stylem klasycznym popełnione, opowiedziane z wdziękiem, jakim drzewiej historyje krótkie, acz treściwe snuć się zwykło. Dla mnie bomba,

  2. azaliż fekaliów tudzież poddanych erekcyji członków czytelnik nie doświadczy. i jak tu żyć?

  3. Wsie fekalistyczne intrygi zużyte zostały na poczet pewnej mikołajkowej aktualizacji w tym zacnym, Paskudowym dominium. Ale właśniem niedawno popełniła inne, literackie obrzydlistwo, nawiązujące do tego, co nie dołem z tyłu, a górą z przodu wylata. Tylko Paskud jeszcze musi stwierdzić, czy dość aby dostatecznie szpetne. Co zaś do erekcyji…lepszym ode mnie te tematy ostawiam ;).

  4. trudno się oprzeć wrażeniu, że fekalia w dobie równouprawnienia są tym, co łączy płcie. mogę się mylić, ale facetowi łatwiej o erekcję. czekam więc na kolejny tekst.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: