polskie centrum bizarro

„Człowiek o złotych wąsach” by Norbert Góra

In Opowiadania on 13 sierpnia, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKażda, nawet najmniejsza mieścina ma jakąś swoją legendę. Jakiegoś ducha czy potwora, który za obecnych lub przeszłych bardzo czasów zatruwał życie jej mieszkańców. A to Chupacabra rozszarpywała Bogu ducha winne krowy, to znów potwór z Loch Ness straszył turystów, albo kosmici porywali spacerujących po lesie grzybiarzy.

I zawsze, lub przeważnie zawsze, a najczęściej niekiedy, a jeszcze częściej wcale, znajdował się ktoś, kto bestię zatłukł. Jakiś taki – o – Szewczyk Dratewka. Niepozorny, wychudzony, pomiatany, obśmiewany i dlatego maksymalnie zmobilizowany, by się światu pokazać i poczwarę pokonać.

No tak, ale smok to smok. Wyzwanie porównywalne z wyciśnięciem pryszcza zalegającego na dupie. Co innego człowiek o złotych wąsach. Tu skala trudności wzrasta nieporównywalnie, a każdy podejmujący wyzwanie staje się stolcem, który musi dotrzeć do odbytu przez jelita pacjenta ze skrętem kiszek. Rzecz praktycznie niemożliwa. Właśnie – praktycznie. Można próbować w teorii. Co z takich prób wynika? O tym przeczytacie dalej, w tekście Norberta Góry. W imieniu Paskuda, zapraszamy.

h

Człowiek o złotych wąsach

h

Sól, okolice Biłgoraja…

 

Długie, błękitne połacie nieba prześwitujące zza stalowoszarych chmur rozwijały swoje kojące dusze oblicza nad Punktem Z.

Chociaż był środek lata i słońce winno smażyć czoła, plecy i torsy mieszkańców, wszystko wskazywało na to, że wkrótce nadejdą największe ulewy.

Wiosna stanął przed starymi, odrapanymi drzwiami do Punktu Z. Ludzie nazywali to miejsce też Świetlicą albo, najzwyczajniej w świecie, Gospodą.

Ktokolwiek używał ostatniej nazwy, ten nie miał pojęcia, co się dzieje wewnątrz pomieszczenia, emanującego dziwnym, przeszywającym chłodem.

Wiosna na chwilę zapomniał, dlaczego wszyscy nazywają ten lokal Punktem Z. Po chwili, jakby rażony piorunem, krzyknął i sobie przypomniał.

Miało to miejsce cztery lata temu, gdy jeden z mieszkańców Soli wyjawił podróżnemu, przebywającemu wewnątrz, co oznacza skrót „Z”. Był to Włodek – siwobrody mężczyzna, ubrany w zszarzałe, rozciągnięte łachmany, przypominające takie, jakie nosili średniowieczni giermkowie.

Włodek – zwany Łysogłowym Gawędziarzem, albo też Rozwiązłym Językiem – siedział wtedy przy ciemnym, mahoniowym stole, na podrapanym, drewnianym krzesełku.

W pewnym momencie noga od krzesła pękła i uderzył głową o blat, łamiąc go na pół. Szkoda, że matka natura nie obdarzyła ludzi nieśmiertelnością. Zapewne legenda o Włodku potrafiącym rozpłatać głową stół  zostałaby przekazana kolejnym pokoleniom bardziej wyraziście, gdyby tylko Łysogłowy Gawędziarz żył.

Niestety rozstał się z ziemskim padołem, z tym grubym, różnokolorowym sznurem, który tak mocno ściskał. Los nie przewidział dla ludzi stalowych łbów.

Tajemniczy podróżnik, widząc to wszystko, dostał zawału serca i padł bez ruchu na drewnianą podłogę, przy okazji rozwalając głową kilka starych, spróchniałych desek.

Wiosna oprzytomniał i wydał z siebie głośne westchnienie. Podrapał się po łysiejącej głowie, na której pozostało już niewiele czarnych kosmków.

Targane lekkimi powiewami wiatru, wyginały się na wszystkie strony świata. Nie mógł oderwać wzroku od drzwi do Punktu Z.

Przyglądał się dziwacznym nacięciom, jakby wykonanym nożem. Zwrócił uwagę na granatowe graffiti u dołu.

Jego szaroniebieskie oczy patrzyły zdumione na napis:

                                   „ŚMIERĆ AIDS, HIV I SARS.

                                   OTO NADJEŻDŻA WARS

Wiosna się uśmiechnął, chociaż była to reakcja mimowolna. Był jednym z produktów dwudziestego pierwszego wieku.

Tagi na ścianach, byleby napisać, przeżyć, przepić wszystkich i zaliczyć, co trzeba. Dla śmiechu, nie dla chwały.

Ktokolwiek stworzył to „arcydzieło”, musiał być jednym ze znajomych Wiosny.

Otrząsnął się po raz kolejny, w dalszym ciągu nie mogąc otworzyć drzwi wejściowych. Poczuł się głupio, stojąc przed nimi i rozmyślając nad sprawami, na które nie ma żadnego wpływu.

– Chciałbym wyeliminować wszystkich idiotów, którzy kalają ciężką pracę stolarzy takim „czymś” – pomyślał, zerkając ponownie na graffiti i zaśmiał się – dzieło sztuki bezmózgiej.

Wyciągnął rękę i popchnął drzwi. W twarz uderzyła go fala szarego dymu papierosowego, powoli zadomawiającego się w jego nozdrzach.

Kaszlnął i zamknął oczy, a potem znowu je otworzył. Atmosfera wewnątrz była radosna

i gwarna. Ludzie dokazywali, machali rękami i delikatnie trykali kuflami, wypełnionymi,

co najmniej do połowy, złocistymi trunkami, pokrytymi białą pianą.

– Lato, lato! – krzyknął głos z prawej strony i Wiosna się obejrzał. Domyślił się, że ktoś go woła. Był to nie kto inny, jak Franca – oszpecony mocnym, czerwonym trądzikiem na twarzy znajomy Wiosny – ubrany w czarną skórę i stare, wytarte spodnie dżinsowe w kolorze granatowym. Siedział przy stole sam i popijał piwo. Wyglądał okropnie.

Nie tylko dlatego, że miał kiłę. Był człowiekiem wyjątkowo niegodziwym, znanym w Soli krętaczem. Chociaż ludzie używali znacznie bardziej wulgarnych określeń, wszyscy zgodzili się co do jednego. Kto jak kto, ale Franca – za kilka złotych pieniążków – mógłby tańczyć kankana na palącym się stosie i zamiast okropnego „auć!”, krzyczałby radosne „hej!”.

– Co tam, Lato? – zapytał, poprawiając swoje okulary przeciwsłoneczne.

– Przestań tak do mnie mówić, cholera! – wykrzyknął Wiosna, odsuwając się od niego.

– No co jest, Lato? Nie natrafiłeś na pogodynkę? Mamy chyba jesień, więc co z tobą? Gdzie twoja pora? – pytał, rzężąc ze śmiechu.

– Dobrze wiesz jak się nazywam, Franca. Poza tym, jest środek lata, ale nie za ciepło – odburknął Wiosna.

– Umów się z pogodynką i przedstaw jej aktualne informacje, bo inaczej zrobię ci z tyłka jesień średniowiecza – zagroził mu palcem Franca, ale Wiosna parsknął tylko śmiechem.

– Pogodynka to nie Pan Bóg, człowieku. Chcą przepowiadać opady na 14 dni do przodu, ale nawet na jutro nie potrafią dokładnie określić, czy będzie słońce – skwitował krótko Wiosna i opuścił głowę.

Franca przechylił kufel, opróżnił do dna i trzymając za rączkę, trzasnął nim o blat stołu. Po pomieszczeniu rozległ się głośny, jednorazowy stukot. Wydał z siebie głośne westchnienie, przetarł ręką twarz i wciągnął powietrze nosem.

– Pożyczysz mi dwa złote? – zapytał Franca, kierując swój wzrok, ukryty za okularami przeciwsłonecznymi, na Wiosnę.

– Chyba żartujesz. Wisisz mi już dychę – powiedział Wiosna z grobową miną, a mężczyzna machnął ręką i znowu westchnął. Obaj zamilkli.

Niezręczną ciszę przerwał donośny krzyk u progu.

Natychmiast odwrócili się w tamtą stronę.

W drzwiach stał Zenon Młócisz – sołtys. Miał czerwony, orli nos, podkrążone oczy

i pojedyncze, rozwichrzone, szare kosmki włosów na głowie..

Ubrany był w bordowy, bawełniany sweter i ciemne, dzianinowe spodnie. Jego pięści były zaciśnięte, jakby lada moment szykował się do walki na ringu. Oczy straciły dawny połysk. Nienaturalnie rozszerzone źrenice nie mówiły za wiele stałym bywalcom tego lokalu, ale doświadczony psycholog – bez żadnego problemu – zdołałby odnaleźć ukryty w ich głębi strach, jak gdyby był to mikroskopijny ludzik, przechadzający się po nerwie odwodzącym.

– Panie Zenonie, co się stało? – zapytał jakiś głos z głębi Punktu Z.

– Widziałem coś niesamowitego – powiedział, trzęsąc się i przytrzymując progu.

– Co takiego?

– Jeden człowiek. Człowiek o… złotych wąsach – sołtys zaniemówił i przełknął ślinę.

Podszedł do pierwszego stolika po lewej, wyciągnął rękę i chwycił czyjś kufel piwa, po czym duszkiem opróżnił go prawie do dna.

Mężczyzna w szarej kurtce miał zamiar wstać i strzelić mu prawego sierpowego za kradzież alkoholu, ale jego interlokutor klepnął porozumiewawczo dłonią w stolik i szepnął mu.

– Spokojnie, postawię ci kolejkę, daj spokój.

Sołtys głośno westchnął i oparł się o blat.

– Widziałem dzisiaj Człowieka o Złotych Wąsach – zaczął niepewnie, obserwując reakcje wszystkich osób, zgromadzonych w Punkcie Z. – Wyglądał prawie jak pomnik. Miał połyskujące wąsiska i taki morderczy, złowrogi wzrok. Boże…jak sobie teraz przypomnę – kontynuował, ale po chwili znowu zaniemógł i opuścił głowę.

– Sołtysie…czy ty, aby nie pomyliłeś kogoś z własną żoną? – zapytał jakiś głąb z głębi Punktu Z., po czym rozległy się śmiechy.

– Uważacie, że kłamię? Uważacie, że wypiłem pół litra i bredzę? – Zenon rozglądał się po pomieszczeniu, ale odgłosy dzikiego śmiechu nie ustawały.

– Ja kiedyś widziałem włochatą, czteronożną istotę, która przemknęła niedaleko mojego ganku i koszmarnie wyła. Wie sołtys, co to było? Mój pies zaplątał się w chaszcze i skamlał, żeby go uwolnić – stwierdził ten sam głos, po czym Punkt Z. znowu wypełnił się odgłosami rechotania i żwawego śmiechu.

– Przecież widziałem… – wyszeptał sołtys i opadł na jedyne wolne krzesło, gdy usłyszał nadchodzące zza jego pleców kroki.

W drzwiach stanął niewysoki, korpulentny mężczyzna. Miał na sobie połyskującą, matową pelerynę w kolorze intensywnej czerni, a także ciemnoszary, bawełniany pulower w kratkę.

Jego wąskie, sztruksowe spodnie w kolorze czekolady falowały nieznacznie.

Rozglądał się po Punkcie Z. piwnymi oczyma.

Wiosna, Franca, Młócisz i pozostali bywalcy tego miejsca patrzyli na tajemniczego gościa

z podziwem.

Nie było wątpliwości, że sołtys mówił prawdę. Wyglądał tak, jak mim, odgrywający rolę nieruchomego pomnika i dorabiający sobie do swojej, skromnej doli.

Blada, wychudzona i podłużna twarz. Podkrążone oczy i…złoty, najprawdziwszy złoty wąs.

– Matko święta. Sołtys mówił prawdę – powiedział jakiś głos z wnętrza Punktu Z., a wszyscy zamarli, w oczekiwaniu na następny ruch nieznajomego.

– Mówią na mnie Groźny – rzucił krótko złotowąsy mężczyzna.

– Groźny? Daj pan spokój. Groźniejszy jest mój tyłek, wystawiony przed publikę – stwierdził machinalnie Franca, a wszyscy, jak jeden mąż, zanieśli się śmiechem i podnieśli swoje kufle, wykrzykując wiwaty na jego cześć.

– Nie wiem co gorsze. Widzieć pana szpetną mordę, czy jeszcze gorszą dupę. Też mi wybór – skwitował złotowąsy, a ludzie śmiali się do rozpuku.

– Powiedział człowiek, który nazywa siebie Groźnym – stwierdził lakonicznie Franca

i podniósł obie ręce do góry – Och, naprawdę. Niech mnie pan przypadkiem nie zabije kalibrem swoich żartów.

Groźny chwycił palcami złoty wąs i zaczął go odrywać od ciała.

Ludzie, z otwartymi ustami, patrzyli na ten niecodzienny festiwal doznań.

Gdy mężczyzna skończył, schował wąsy do kieszeni spodni, a z miejsca, w którym miał zarost, wysunęły się czarne, wijące się macki.

Dwie pierwsze dopadły Francę i oplotły się wokół jego gardła.

Bywalcy Punktu Z. rozproszyli się po lokalu, ciskając pustymi kuflami po piwie w stronę nieznajomego. Każdy chybił. Macki, niczym najlepsi koszykarze ligi amerykańskiej, wychwytywały szkła i miażdżyły je, nie raniąc jednocześnie siebie.

Wiosna, który wcześniej zdążył odskoczyć od jednej z czarnych macek, zauważył, że mężczyzna stepuje.

Im szybciej to robił, tym macki coraz bardziej się wyginały i zyskiwały na sile.

– Zatańczymy? – zapytał, mierząc wzrokiem Groźnego.

– Co mi tam. Z chęcią – rzucił krótko i wyciągnął rękę do Wiosny, wobec czego odwzajemnił ten gest i obaj zaczęli stepować.

Wiosna musiał mieć tą pewność, że intensywność stepowania ma związek z mocą macek. Nie mylił się.

Zastanawiało go jednak, jak to możliwe, że nieznajomy w ogóle się nie męczy. Stepował na najwyższych obrotach.

PUK-PUK-PUK. PUK-PUK-PUK. PUK-PUK-PUK.

Wiosna wpadł na pewien pomysł, ale odwlekał go w czasie, bojąc się, że nie wypali. Macki dusiły resztę bywalców Punktu Z.

Zenon Młócisz padł na drewniane deski i rozwarł ramiona, jakby już lada moment miał powitać Jego Jedynego.

– Teraz albo nigdy – pomyślał Wiosna i podskoczył, a następnie runął ostro stopami na nogi nieznajomego.

Złotowąsy wrzasnął, po czym potknął się i upadł.

TRACH!

Niefortunnie macki oplotły go tak mocno, że nie zdołał już wstać. Kilka minut szarpał się z nimi, próbując nabrać powietrza, ale na darmo.

Siny, zamknął oczy. Macki przez krótką chwilę wiły się jeszcze, ale później opadły bez życia, przykrywając twarz nieznajomego.

– Tak się tańczy, dziwaku – rzucił krótko Wiosna i uśmiechnął się.

Zdał sobie sprawę, że jako jedyny przetrwał Spotkanie Trzeciego Stopnia z Człowiekiem

o Złotych Wąsach.

Franca leżał pod stołem – bynajmniej nie pijany. Ciała Młócisza i reszty bywalców Punktu Z. były porozrzucane po podłodze, stolikach i krzesłach.

Wiosna westchnął.

– Kolejna dziwna sytuacja w Soli – pomyślał, po czym stwierdził na głos. – Najwyższa pora się przeprowadzić.

h
h
  1. Taki dziwny zew Cthulhu 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: