polskie centrum bizarro

„Ja, orzech” by Marcin Rojek

In Opowiadania on Sierpień 16, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtOrzech jaki jest, każdy widzi. Może być laskowy, włoski, kokosowy, a nawet męski, jeżeli przyjmujemy terminologię angielską (chociaż wyrażenie „kopa w orzechy” też się gdzieś słyszało, a przynajmniej Paskud słyszał, bo on w nasłuchu bryluje).  Ale stać się orzechem? Przegibana sprawa. Niby skorupka twarda, ale co może orzech?

Ten strumień nie jest przypadkowy. Autor dzisiejszego tekstu odkręcił bowiem kurek z którego popłynęła taka rzeka, że nie wiadomo gdzie się chować. Podobnie: nie wiadomo, komu od niego gorzej na zdrowiu psychicznym się zrobi – nam, autorowi, czytelnikom, polskim elitom politycznym? A może hipsterom?

No właśnie, nie ma co gdybać, zapowiadamy jak Szatan przykazał – Marcin Rojek, nowy tekst, ale będący narracją ciągłą rozpoczętą znamienitym (choć mało, jak to ująć, skoordynowanym) opowiadaniem o inwazji hipsterów. O, TU ono jest. Narracja ta ma szansę na kolejne ciągi (dalsze i bliższe), więc bójcie się, a na razie: do lektury!

h

Ja, orzech

h

Spałem jak małe dziecko. To znaczy, że przepłakałem całą noc, zesrałem się i posikałem.

Pysznie. Tylko zapach coś nie, he he. Trudno. Psiknie się ze dwa razy muchozolem i jakoś dam radę wyżyć.

Poszedłem do kibla, żeby się przewinąć. Nowa pielucha, świeża jak twarz topielca, oblepia moje zasrane pośladki. Kurwa, zapomniałem się umyć! Wchodzę jeszcze raz do miski i czekam na deszcz. Chmury same się nie odkręcą.

Dziesięć godzin później wychodzę z sedesu. Jestem w miarę czysty. Nowa pielucha tuli moją dupę jak najbardziej lubieżna kochanka. Jakby miała palce, to pewno wsadziłaby mi je do odbytu.

Jest siedemnasta. Czas na śniadanie. Może udałoby mi się je zjeść, gdybym miał jakieś jedzenie w domu. No bo z mięsa, to tylko zwłoki żony w korytarzu. –

Zwłoki. Co, kurwa?

Tak, tak, Łotsonie, klasyczny przypadek przemocy domowej.

Ale jakie, kurwa, zwłoki?

No, zimne zapewne, Łotsonie.

Ale dlaczego?

Bo są martwe, Łotsonie.

Ale moment, zaraz, co?

Czy jesteś Łotsonie może debilem?

Kto to jest, kurwa, Łotson i dlaczego zabił moją żonę?

Biedny idiota skryty przed światem w płaszczu własnej głupoty. Ty jesteś Łotsonem, ja jestem Łotsonem, my jesteśmy Łotsonami. Dziękuję za uwagę, czytało odbicie z lustra.

Dla pewności wyjebałem mu z bańki.

No, odbiciu znaczy, a może Łotsonowi. Skutkiem tego ja mam na czole pizdę, a oni się śmieją.

Co zrobię ze zwłokami? Ciałem, truchłem, pustą skorupą, z której życie dawno uciekło?

Mogę je zjeść.

Tak, to jest dobry pomysł.

Twarzy już nie ma, więc odgryzienie nosa odpada. Szkoda, kurcze.

Zjadam pierś. Najpierw jedną, później drugą. Hm, kto by pomyślał, że moja ślubna smakuje jak kurczak i krwawi jak świnia. Ciało martwe od tego czasu powinno dawno dostać odleżyn i skumulować krew w dolnych swych częściach. A tu pach, ja ugryzłem, a krew się leje. Więc żuję. Coś czerwonego kapie mi po brodzie. Zimne trochę. Trudno. Mały głód pokonany. Wyjebałem tego żółtego pojeba w dupsko czterdzieści razy, a na koniec wyrzuciłem przez okno. Oj, wrzeszczał jak zarzynany goblin. Skąd to wiem? Czy kiedyś słyszałem coś takiego? Nie, po prostu mam wyobraźnię bujną jak włosy łonowe starej kurwy.

Najadłem się.

Czas ratować świat.

Ale przed czym?

A przed wszystkim, co mi się pod rękę nawinie.

Wychodzę z domostwa. Ostrożnie rozglądam się, czy w okolicy nie ma żadnych hipsterów. Czysto. Naciągam na pysk maskę gazową i rzucam się pędem pod najbliższy samochód.

Pisk hamulców, krzyk kobiety, dziecka i wiewiórki.

Wiewiórki. Nie, tylko nie to. Proszę, wszystko, byle nie wiewiórka.

Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee.

Czego mordę drzesz? Wiesz, ile „e” użyłeś?

Co, nie mam pojęcia.

Sześćdziesiąt dwa.

Dlaczego mi to mówisz?

Bo durny jesteś?

Aha. Zapomniałem.

Na czym stanęliśmy?

Na martwych wiewiórkach.

Co nas teraz czeka?

Obawiam się, że wspomnienia.

Muszę?

Musisz.

Musimy.

Ja pier….

Wir wspomnień wyskakuje po mnie jak dzikie tornado pełne rekinów. Coś chwyta mnie za ramię i unosi z prądem. Robi się ciemno i zimno. Członki kurczą mi się drastycznie. Wszystkie trzy. Ręce i nogi też. Czaszka trzeszczy jak babcia na dyskotece, mózg wylewa się przez uszy. Przybijam piątkę z Rolandem i lecę dalej.

Nadchodzi czas wspomnień. Masz chipsy? Szkoda, ja też nie.

Jedziemy.

Dom rodzinny. Ojciec pijak, bez charakteru i siły przebicia. Matka z nieodłącznym wałkiem, otyła jak maciora, wielbicielka martyrologii narodu litewskiego, za nic mająca regionalną przynależność do naszej wioski. Brat numer jeden, zwany Drugim i brat numer dwa, zwany Pierwszym, dwa z trzech trojaczków (podobno ostatniego zjedli jak był mały), interesujący się jedynie aktualizacjami na redtubie. PS. Jak się nazywa zjawisko, w którym dwaj bracia nawzajem walą sobie konia? Jest jeszcze siostra. Nie, ona nikomu konia nie wali, jeszcze by sobie paznokcie zniszczyła.

I ja. Przebrany za orzecha. Laskowego albo włoskiego. Spytajcie Łotsona, on będzie wiedział.

Atmosfera wyjątkowo ciężka. Chyba mam problemy z oddychaniem. Może przez ten durny strój. Nie wiem. Nikt się nie odzywa. Jemy jakiś posiłek. Kura bodajże. Widelce szurają po talerzach, ziarenka ryżu staczają się na podłogę w obawie o życie.

Ojciec nagle wstaje. Nic nie mówi, upewnia się, że wszyscy na niego patrzą. Dopiero po jakimś czasie odzywa się niechętnie. Jakby słowa sprawiały mu ból.

– Czas iść.

Słychać płacz. Brzmi dziwnie znajomo. No tak, to mój. Nie chcę nigdzie iść. Chcę zostać, zdjąć z siebie to durne przebranie i pójść spać. Chyba jednak nie mam wyjścia. Patrzę w puste oczy rodziny, która najwyraźniej mnie nie kocha. Oddali mnie zupełnie bez walki. Wcisnęli w zębatki wielkiej maszyny, której przeznaczenia nikt nie zna. Kręci się siłą własnego rozpędu, od początku świata, tylko po to, żeby ludzie składali jej krwawe ofiary.

Mam dopiero osiem lat. Wiem, że moje życie jest nic niewarte, ale chciałbym je zatrzymać.

Nie mówią nic. Wszyscy gapią się w okna, udając, że nie słyszą jak wołam do nich. Ojciec bierze mnie pod pachę i wychodzimy.

Idziemy do lasu. Błądzimy krętymi ścieżkami. Gałęzie szarpią mój kostium. Jest gorąco.

– Dlaczego to robisz?

Ojciec nie odpowiada. Łapie mnie, kiedy próbuję uciec. Dla pewności wali po ryju, żebym się zamknął. Milknę i daję się nieść. Chlipię cicho pod nosem. Co innego mi zostało?

Jesteśmy na miejscu.

Znów ta cisza. Patrzę w oczy mojego taty. Są jakby puste.

Nagle jestem sam. Ten skurwiel, który mnie tu przyniósł, zniknął. Zdaje mi się, że widziałem jak jego plecy śmigają między drzewami. Mam podstawy przypuszczać, że towarzyszyła im także reszta ciała.

Wtedy przyszedł potwór. Z daleka było słychać jego ociężałe kroki. Widziałem jak przechylają się drzewa, kiedy kładzie na nich swe ogromne łapska.

Schowałem się za leżącym drzewem. Przeklinałem w duchu, że nie mam przy sobie marchewki, coby nią stwora oszukać. Siedzę cicho i wstrzymuję oddech.

Poczwara jest tuż koło mnie. Stoi dosłownie nad moją kryjówką i zapewne się rozgląda.

Powinienem być przerażony. A może jestem, i to tak bardzo, że mój mały mózg pękł na pół i już nic nie czuję? A może umarłem? Muszę się uszczypnąć. Tylko w co? Całe ciało mam skryte pod tym durnym orzechem. Wystaje mi tylko twarz. Bez zastanowienia wciskam sobie kciuk w lewe oko.

Myliłem się. Żyję, mam się całkiem dobrze i jestem totalnie przerażony. Z jednej strony dobrze wiem, że wszystko okej. Z drugiej chujnia z grzybnią. Wrzeszczę jak opętany, właśnie pozbawiłem się oka, a potwór złapał mnie za głowę i cisnął w powietrze.

Kiedyś marzyłem o lataniu, żeby być jak ptak. W tej chwili byłbym zadowolony będąc kiwi i czując grunt pod pazurkami.

Rozbijam się o jakąś skałę i głową w dół pędzę ku podłożu.

Strój zamortyzował upadek. Żyję. Uff.

Stoję oko w oczy z potworem. Już wiem czemu dano mi takie wyczesane wdzianko. Naprzeciw mnie stoi największa wiewiórka, jaką kiedykolwiek widziałem. Ma prawie trzy metry wysokości, do tego ogon dwa razy dłuższy od ciała, ręce jak ruska baba ciągnąca pług i zęby wyglądające jak tępe tasaki.

– Orzech – wysyczał i rzucił się na mnie.

Ja też się rzucam. Do ucieczki. Na marne, dopada mnie po trzech sekundach i uniosła do góry. Z zastraszającą prędkością zbliżam się do wnętrza jej paszczy. Śmierdzi jak w rzeźni.

Chyba pogodziłem się ze śmiercią. Stoi zresztą tam, pod drzewem. Macha do mnie kościstą dłonią. Zaczynam widzieć w tym sens. Mieszkaliśmy w środku lasu. Nie wolno było do niego wchodzić. Czasem tylko ktoś, przebrany za orzecha, szedł tam i nigdy nie wracał. Tym razem padło na mnie. Smutne. Ale przynajmniej, dzięki mojemu poświęceniu, moja wioska będzie miała zapewniony spokój. Te małe, tchórzliwe skurwysyny dały mnie zabić, żeby móc w spokoju siedzieć na dupach i żreć żarcie dla kotów. Jebane jebańce.

– Stop! – Ryczę tak głośno, że wiewiór się zatrzymuję. Mogłem dotknąć jego zębisk, tak byłem blisko. Mogłem, ale nie chciałem, wiwat wolna wola.

– Słuchaj, zeżresz mnie i co wtedy?

Stwór głaszcze się po brzuchu a na jego gębę wpełza wyraz samozadowolenia.

– Rozumiem, ale na jak długo ci wystarczę?

Potwór pochmurnieje. Rozkłada ręce szeroko na boki, skutkiem czego trzaska mną o drzewo.

Upuszcza mnie przerażony. Podnosi po chwili, stawia na nogi i otrzepuje durne przebranie z pyłu i liści.

– Dlaczego więc nie pójdziesz do wioski i nie zjesz ilu ludzi chcesz? – Piękne uczucie, ta nienawiść. Tak słodko wlewa się do serca i mózgu. Jest jak przejrzysta tafla jeziora, przez którą widać wszystko. Kto mnie kocha, a kto zasłużył jedynie na męki po wsze czasy za bycie zdradzieckim pomiotem szatana i Sasetki.

Stwór jeszcze bardziej pochmurnieje i z kieszeni wszytej w brzuch wyciąga pomięty świstek papieru. Podaje mi go. Okazuje się, że to umowa spisana wiele lat temu, która zakazuje mu wchodzenia do wioski, ale jednocześnie zobowiązuje mieszkańców do składania mu krwawych danin. Młodych chłopców, przebranych za orzechy, żeby było wiadomo, że to od nich. No kurwa, co za debil mógł coś takiego wymyślić? Co za chory umysł!? Zresztą, nieważne.

Oczy potwora robią się wielkie jak okna w kościele, kiedy patrzy na moje dłonie drące umowę na małe strzępy.

– Nie ma? – pyta zdziwiony wiewiór. – Co tera?

– Teraz, mój drogi potworze, możesz iść sobie do wioski i zeżreć kogo chcesz. Nawet wszystkich. Mało tego, idę z tobą i ci pomogę. Tylko zdejmij ze mnie ten durny strój.

Trzy sekundy później stoję nago w lesie. Za towarzysza mam gigantyczną wiewiórkę mutanta i idziemy razem zabić wszystkich, którzy nas oszukali. Niech no wpadnę do domu. A to się rodzina zdziwi jak mnie zobaczy. Zajebię ich bez krzty litości. Mogą błagać, krzyczeć i grozić. Wszystkich zapierdolę tępym tasakiem, który teraz ciąży mi w dłoni. Futrzasty kolega zgubił wczoraj jeden ząb i zamiast oddać go do zębowej wróżce, podarował mnie.

To była piękna masakra. Przez miesiąc nie mogłem domyć się z krwi.

Koniec wspomnień.

Leżę pod samochodem. Zgnieciona noga, pęknięty brzuch. Czy to moje flaki wylewają się na ulicę? Próbuję kawałek jelita cienkiego. Tak, to moje, smakuje wątróbką.

Oczy zamykają mi się, a świat robi się coraz bardziej ciemny. Wyciągam dłoń do leżącej obok wiewiórki. Małe, futerkowe stworzenie też umiera. Dotykam palcami jej pazurków i czuję, że odpływam.

– Obola ma? – pyta zgrzybiały dziad. – Bo jak nie, to nie biorę na łódkę.

Zimno, ciemno, do domu daleko.

Patrzę na świecący w ciemność neon. Napis na nim głosi „Witamy w Chadesie. Wejście jeden Obol. Opłatę pobiera Charon”.

Dobra, kurwa, co teraz?

h
Reklamy
  1. tak posranego tekstu już dawno na NL nie było. 🙂 I jak tu teraz wsiąść w samochód – ponoć jazda pod wpływem środków odurzających jest zabroniona 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: