polskie centrum bizarro

„Drań” by ZG

In Opowiadania, Różne, różniste on Sierpień 23, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDobra, zazwyczaj na niedobrych literkach gościmy odważnych autorów. W sensie, że podpisywać się pod tymi bzdurami? Trochę powagi, ludzie. Potem was obłożą ekskomuniką czy odwiozą w kaftaniku do takiego fajnego miejsca, gdzie ściany gumowe i pokryte rozmazanym… Stop. No, odważni są ci nasi autorzy – my sami się zastanawiamy jak musieliśmy być pijani, kiedy postanowiliśmy firmować ten projekt.

Dziś uczynimy wyjątek – autorka ukrywająca się pod niezbyt łatwym do odcyfrowania pseudonimem ZG raczy nas rodzajową scenką rodem z dalekiej Hameryki. Doświadczony życiowo czytelnik może jednak bez bólu zęba wyobrazić sobie, że rzeczona sytuacja zaszła w miodem i innymi alkoholami płynącym kraju nad Wisłą… Nie wierzycie? Przekonajcie się sami!

h

Drań

h

Czerwony Mustang Shelby GT pędził po rozgrzanym asfalcie. Licznik wskazywał 200 km/h. Z głośników właśnie popłynęła piosenka Don’t Let Me Be Misunderstood w wersji Santa Esmeralda. Kobieca dłoń wyposażona w zestaw szkarłatnych, niemal półtoracalowych paznokci przekręciła regulator do oporu.

– Cause I’m just a soul whose intentions are good, oh Lord, Please don’t let me misunderstooood ! – zawodziła właścicielka czerwonych szponów, co chwilę dociskając pedał gazu nogą obutą w znoszonego, kowbojskiego buta. Śliczne, długie, blond loki opadały na plecy kobiety spod skórzanego kapelusza. Króciutko obcięty t-shirt z napisem Trick or fucking treat? częściowo zasłaniał sporych rozmiarów biust. Dżinsowa mini co chwilę niebezpiecznie podjeżdżała ku górze opalonych ud.

– I love my baby to deaaaath! – Tym razem zawodząc Dani California z RHCP, Betty Davies odpaliła papierosa i głęboko się zaciągnęła. W bagażniku Mustanga coś gwałtownie załomotało.

– Zamknij mordę, ty tam z tyłu! Próbuję się odprężyć! – uciszyła wrzaskiem sprawcę hałasu, czterdziestosześcioletniego Raya Morrisona, rozebranego do rosołu, związanego i zatrzaśniętego w bagażniku samochodu.

Sam był sobie winien, cholerny sukinsyn! – pomyślała Betty i znów się zaciągnęła. Jeśli były na tym świecie rzeczy, których nienawidziła, byli to faceci w typie Raya Morrisona, bijący swoje córki. Betty zjechała na pobocze. Znajdowali się na kompletnym pustkowiu. Słońce znajdowało się właśnie w zenicie. Z głośników płynęło Down In The Mexico Coastersów. Betty odchyliła głowę do tyłu w miękkim fotelu mustanga i odetchnęła głęboko, zamykając oczy. Trwała tak przez parę chwil, po raz kolejny analizując sobie w myślach plan działania. Wyprostowała się i wyciągnęła ze schowka butelkę tequili. Pociągnęła spory łyk, wysiadła z samochodu z butelką i papierosem w jednej dłoni, drugą otworzyła bagażnik. Ray Morrison z pewnością błagałby o litość, gdyby nie miał własnych gaci wciśniętych głęboko w gardło. Cóż, pomyślała Betty, przynajmniej nie będzie musiał słuchać swojego parszywego głosu w ostatnich chwilach przed śmiercią. Z pewnym trudem wytaszczyła kościste ciało Morrisona z bagażnika, razem z solidną łopatą, prostym krzyżem zbitym z dwóch desek oraz składanym, reżyserskim krzesełkiem. Upiła kolejny haust tequilli i rozstawiła krzesełko. Następnie pochyliła się nad związanym i rzekła:

– Rayu Morrisonie. Teraz cię rozwiążę. Następnie weźmiesz w swoje obleśne łapska łopatę i zaczniesz kopać dół długi i głęboki na dwa metry, a szeroki na jeden. Możesz próbować uciekać, ale ostrzegam Cię, że każdą taką próbę zakończysz z kulką we łbie. Toteż radziłabym ci zaprzyjaźnić się z łopatą.

Niewyraźne bełkoty dobyły się zza gaci Morrisona. Betty, rozwiązując drania, uśmiechała się i patrzyła mu w szeroko rozwarte oczy. Cieszyła się, ponieważ nie widziała w nich nic poza strachem, który dawał jej siłę. Rozwiązawszy mężczyznę, rozsiadła się na krzesełku i odpaliła kolejnego papierosa. W drugiej ręce trzymała rewolwer, wycelowany wprost w nieforemną głowę Morrisona, który kopiąc dół, co jakiś czas wydawał z siebie żałosne jęki, wzbudzające w Betty głęboki niesmak. Patrząc na pracującego i zmaltretowanego mężczyznę, widziała jedynie wieloletniego oprawcę żony, Annie Morrison, i jedynej córki Liberty. Gdy, nie mogąc już znieść męża sadysty, pani Morrison popełniła samobójstwo, Liberty uciekła od ojca, zmieniła imię i nazwisko. Aby jakoś utrzymać się przy życiu, musiała zostać prostytutką, szlifującą bruki zasyfionych przedmieść wielkich miast i pobocza autostrad, żywiąc się tym, co znalazła przy drodze. Była wielokrotnie poniżana, pogardzano nią niemal codziennie, ale była wolna, wolna jak ptak szybujący pod niebem. Nie musiała już żyć w nieustannym lęku. W chwilach największego cierpienia, rozkoszowała się myślą o zemście na ojcu, sprawcy swoich cierpień. Z ponurych rozmyślań wyrwał Betty kolejny jęk Morrisona. Przeciągnęła się i wstała z krzesełka. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Dół, kopany przez jej więźnia miał wymiary zbliżone do pożądanych. Betty odczuła zadowolenie, patrząc na spalone słońcem i oblepione piaskiem, krwią i kurzem plecy Morrisona.

– Na ziemię! – poleciła. Morrison pokręcił głową a w jego oczach zaszkliły się łzy.

– Na ziemię, kurwa! – powtórzyła stanowczo Betty. Morrison szlochając odwrócił się twarzą do piachu. Jego łzy, pot i krew wsiąkały w piasek. Betty usiadła na jego plecach okrakiem, aby związać mu dłonie.

– Widzisz Morrison, za wszystkie grzechy trzeba kiedyś zapłacić. Myślałeś, że jak założysz nową rodzinkę i zaczniesz jeździć co niedzielę do kościoła wypolerowanym mercem, to winy zostaną ci odpuszczone i pójdziesz do nieba? Nie, Rayu Morrisonie. Ta autostrada do nieba zjeżdża pod ziemię. Po świecie chodzili, a właściwie wciąż chodzą ludzie, którzy pamiętają jak gasiłeś papierosy na stopach małej Liberty. Ona też wciąż pamięta. Nie pamięta uroczego tatusia czytającego na dobranoc. Pamięta ból. Mam nadzieję, że też go zapamiętasz.

Betty obróciła się by skrępować nogi Morrisona, jednak przedtem zaciągnęła się ostatni raz i z satysfakcją zgasiła papierosa na plecach mężczyzny. Ray zawył jak ranione zwierzę.

– I tak masz spore szczęście, Morrison. Gdyby Liberty była okrutna, przywiązała by cię do krzesła i zrywała po kolei wszystkie dwadzieścia paznokci. Potem obcięłaby ci to, dzięki czemu śmiesz nazywać się mężczyzną, gnoju, a jeszcze później przypalałaby ci twarz cygarem i polewała rany octem na zmianę z Jackiem Danielsem. Jednak Liberty nie jest taka jak ty. Pozwoli ci umrzeć od razu… No, prawie od razu.

Betty ściągnęła jednego buta i zeszła z Morrisona. Podstawiła mu przed oczy drobną stopę poznaczoną wieloma krągłymi bliznami po oparzeniach.

– Poznajesz? – zapytała zjadliwie i ubrała buta. Przyglądała się ostrym noskom kowbojek przez dłuższą chwilę, po czym wymierzyła w nos Morrisona kopniaka z pełnego zamachu. Usłyszała nieprzyjemne chrupnięcie, a czub kowbojki pokrył się lepką krwią. Mężczyzna zawył z bólu.

– Gdybym pozwoliła ci żyć, płaciłbyś za czyszczenie tych butów, skurwysynu. Ale szczęście się do ciebie uśmiechnęło i zginiesz. Dziękuj swojemu obłudnemu Bogu, Rayu Morrisonie. Twoje parszywe życie dobiegło równie parszywego końca. Arrivederci, hasta la vista, adios, au revoir. W imię nienawiści, pogardy i zemsty świętej. Amen.

Przetoczyła ciało na brzeg dziury, pomagając sobie kolejnymi kopniakami. Ostatni z nich zrzucił Raya Morrisona do dołu. Usłyszała głuche tąpnięcie, jakby ktoś rzucił workiem ziemniaków. Betty stanęła na brzegu dziury i oparła się o trzonek łopaty, wpatrując się w wytrzeszczone oczy Morrisona, który, na nieszczęście, upadł na plecy. Stała tak przez chwilę, patrząc na wykrzywioną grymasem bólu znienawidzoną mordę i kościste, brudne członki.

– No, dosyć tego dobrego – rzekła Betty, chwytając łopatę i zrzuciła pierwszy ładunek ziemi na ciało Morrisona. Znów zawył, głośniej i przenikliwiej, jak potępieniec, wiedzący co go czeka. Świeża, czysta ziemia, pachnąca życiem i wilgocią, zasypywała okrucieństwo, zasypywała ból i pamięć małej Libby, zasypywała linę, na której powiesiła się Annie Morrison. Praca z łopatą była ciężka, ale dawała cudowną satysfakcję i ukojenie. W końcu Betty przyklepała świeżą glebę i uformowała z niej mały kopczyk, w który zatknęła przygotowany krzyż. Parę razy uderzyła mocno łopatą o jego czubek, by solidnie wbić go w ziemię. Skończywszy, oparła się o krucyfiks i zapaliła. Dym uspokoił ją, ale przywrócił na chwilę znienawidzoną trzeźwość myślenia, więc upiła spory łyk tequili, by ją zabić. Słońce gładziło ostatnimi promieniami jej policzki. Zmrużyła niebieskie oczy, dając się pieścić przyjemnemu ciepłu. Lubiła obserwować tę powolną przemianę dnia w noc, mozolne gaśnięcie kolorów, stygnięcie parującej ziemi, ogarniający ją delikatny chłód zmierzchu. Gdy ostatni promień słońca skrył się za horyzontem, dopiła tequilę do końca i splunęła z pogardą na świeżą ziemię. Odchodząc w stronę mustanga, rzuciła butelką w krzyż. Szkło rozbiło się na miliard błyszczących kawałeczków.

– Żegnaj, tatusiu – wyszeptała Betty, naciskając pedał gazu. Wypełniona dolarami Morrisona walizka podskoczyła na tylnych siedzeniach. W oczach jego córki błyszczały łzy.

h
Advertisements
  1. Ale z Was cudne dranie! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: