polskie centrum bizarro

„Beznaturnik” by Zeter Zelke

In Opowiadania on Sierpień 27, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZemsta to poważna sprawa. Od wielu lat obserwujemy na ekranach lub czytamy w książkach o tym, jak mszczą się różne indywidua. A to samuraj ma ochotę wrazić katanę w tyłek dziada, który zabił mu pana. A to kowboj rusza z koltami i mrożącym krew w żyłach spojrzeniem przymrużonych oczu na bandziorów, którzy skrzywdzili niewinnych. Albo gliniarz żegna się z regulaminem i litością, by odpłacić się typom, którzy uszkodzili mu członków rodziny/partnera.

Nie da się ukryć, że w popkulturze wszyscy się mszczą. Nawet Paskud pała żądzą zemsty na Normalnej Literaturze (co ona mu zrobiła, to Szatan jeden wie).

A co, gdy mszczą się istoty mniej ludzkie? Na to pytanie odpowie, jak zwykle w unikalnym stylu, Zeter Zelke. Oferując przy okazji niezwykły zwrot akcji.

h

Beznaturnik

h

Nie mógł wybrać piękniejszego dnia. Kiedy nie ma nic do stracenia, do końca świata pozostaje tylko kilkanaście godzin, a jedyną rzeczą, na której zależy jest zemsta, dzień jej nadejścia zawsze będzie piękny – choćby wiało, lało i przejmowało chłodem. Lecz to wczesne popołudnie było iście urocze. Ciepłe, letnie, w sam raz na wyrównanie wieloletniego rachunku. Potem Dziobek spokojnie dokona ptasiego żywota, choć wszystko wskazywało na to, że jego ostatnie chwile będą raczej gwałtowne.

Przysiadł na dębowej gałęzi, jak przed wielu laty, gdy młodość rozpierała jego kawcze serce. Dawno go tutaj nie było, ale okolica wcale się nie zmieniła. On zaś się postarzał; nie tak już lotny, nie tak lekki ani zwinny. Szaro-czarne pióra błyszczały w słońcu czystością, jednak między nimi zdążyły się pojawić pasemka znamionujące wiek. Zerknął w stronę posesji Rosołków. Dom był schludny, jednorodzinny, z kwitnącym ogrodem oraz sztucznym stawem, otoczony niewysokim murem z jasnego piaskowca. Ptaszysko westchnęło. Minęło tyle lat…

Wtedy zachwiał się na rachitycznych nóżkach, pociemniało mu przed oczami. Rozwarł dziób, chwytając powietrze. Próbował opanować nerwy, uspokoić bijące serce. Świadomość ostateczności przywiała nieszczęsne wspomnienie sprzed kilku dni.

Był wieczór, świeżo po deszczu, powietrze pachniało rosą. Dziobek wyciągał z rozmiękłego gruntu wyjątkowo opasłą dżdżownicę. Stawiała nadspodziewany opór, gdy wtem spadł na nich cień czarniejszy od nocy. Siła uderzenia oderwała Dziobka od ziemi. Kawka przez chwilę szamotał się nie wiadomo z kim, nie wiadomo po co. Zaraz potem napastnik padł bez życia. Podskakiwał moment, jakby ktoś przetrącił mu kark, wydał ostatni wrzask, ostatnie tchnienie, po czym znieruchomiał ze śliną obficie wypływającą z rozwartego pyszczka. Jeden z okolicznych nietoperzy, których Dziobek nigdy nie zdążył dobrze poznać: Pafnucy, Hugacy albo Trzporek – umarł.

Ptaszysko pozbierało się z ziemi, kryjąc pod skrzydłem dwa draśnięcia; małe, lecz fatalne. Dokuśtykał do umykającej dżdżownicy i rozpoczął milczącą ucztę, czując piekący ból w boku. Ból, który obwieszczał koniec. Metodycznie dziobał wijące się ciało, usiłując nie myśleć o jutrze, o pojutrze, o przyszłości. Gdy przełknął ostatni kęs, księżyc – jasny i okrągły – wisiał wysoko na czystym niebie. Dziobek pogodził się z losem. I wiedział jak wykorzysta te kilka dni.

Teraz spoglądał na domostwo Rosołków, poszukując jednego elementu w sielankowym krajobrazie: pręgowanego, białorudego skurczybyka o imieniu Filips. Gdy widzieli się cztery lata temu, zasmarkany futrzak zapolował na niego, wyrywając mu z ogona najpiękniejsze pióro. Dziobek był wtedy młody, dumny i pyszny, głównie dlatego, że trwał okres godowy. Bez tego pióra – co za wstyd wśród samiczek! Kawka do tej pory chował urazę i postanowił zafundować wrednemu czworonogowi szybszą wyprawę w zaświaty.

– Dziobas, kopę lat! – Wyrwał go z zamyślenia mruczący, miękki głos.

Ptak podskoczył, wykręcił głowę i spojrzał lewym okiem prosto w jadowicie zielone, figlarne ślepia Filipsa. Kocisko podeszło go jak pierwszaka. Czy było z nim aż tak źle? Choroba posuwała się tak szybko?

Filips usiał na gałęzi, zawinął ogon wokół łapek i spojrzał z jakimś zamyśleniem na dom swoich opiekunów. Dziobek zerkał na wroga lewym okiem, zbyt zaintrygowany ciepłym przyjęciem.

– Wyczuwam, że niewiele pozostało ci czasu, przyjacielu – ciągnął kot. – Pewnie rad byłbyś przekazać mi swoją niedolę, lecz zanim cokolwiek uczynisz, racz mnie wysłuchać.

– Zazwyczaj nie wyłaziłeś poza obręb gospodarstwa. Najpierw atakowałeś, potem gadałeś.

– Wiele się zmieniło. – Filips rozsiadł się wygodniej na gałęzi. Mówił dalej, błądząc wzrokiem po kwitnącym ogrodzie. – Doprawdy, chyba nie myślałeś o tym poważnie! To, co zaszło między nami, to były jeno wygłupy.

Kawka kleknął dziobem w wyrazie sprzeciwu, został jednak zignorowany.

– Trzy lata temu pojawił się tu zgoła inny potwór. – Filips przeniósł na Dziobka intensywne spojrzenie. Ptak mimowolnie przekrzywił z zainteresowaniem łepek. – Już zdążył nieodwracalnie skrzywdzić wielu moich i twoich pobratymców. To prawdziwy sadysta, morderca bez żadnych skrupułów.

– Gorszy od ciebie? – ironizował Dziobek.

– Bez porównania gorszy. Podczas naszych małych konfrontacji mogłem przetrącić ci kark jakieś kilkanaście razy. Nie zrobiłem tego. Nasze zabawy mnie cieszyły, choć, jak widzę, ty odbierałeś je inaczej. – Kocur uśmiechnął się lekko, odsłaniając koniuszki siekaczy. – Lecz stracone jest każde żywe stworzenie, jakie wpadnie w ręce bestii, która mieszka u Rosołków. Nawet Nana… – Zawahał się. – Pamiętasz Nanę?

– Wierne psisko pana Rosołka. Zawsze była dla mnie dobra.

– Taaa… – mruknął Filips. – Ta jej wierność niemal doprowadziła ją do zguby. Potworny maluch prawie spalił ją żywcem. Na szczęście była w pobliżu pani Rosołek. Od tamtego momentu Nana niemal wcale nie wychodzi z budy, a pan Rosołek, jakby czytał psu w myślach, zabezpieczył jej teren solidnym ogrodzeniem.

– Maluch? – Dziobek kleknął, wytężając prawe oko w poszukiwaniu nowego domownika.

– Dzieciak z wpadki. Rosołkowie wcale nie byli szczęśliwi, gdy się o nim dowiedzieli. – Filips wyprężył grzbiet i ziewnął. – Widzisz, nigdy nie chcieli mieć dzieci. Pragnęli domu z ogrodem, psa, kota i siebie nawzajem. Potem pojawił się on. Rosołkowie starali się jak mogli. Ja i Nana próbowaliśmy nie przeszkadzać, ale gdy chłopakowi wybił roczek, już wiedzieliśmy, że wykluwa się w nim Beznaturnik.

– Aura? – Dziobek zadygotał.

– Czarna jak noc. Czarniejsza od twojej, przyjacielu.

– Moja jest taka tylko dlatego, że niebawem pożegnam się z życiem.

– Ludzie nie widzą aury, lecz ją wyczuwają. Piotruś dokazuje, niszczy, nie szanuje rodziców i nie chowa się z okrucieństwem wobec nas. Przeczuwają, że tkwi w nim pustka. Dziobek, dobrze wiesz, że Beznaturnik nigdy się nie nasyci. Zanim osiągnie magiczną dla ludzi liczbę wiosen, zrujnuje mały świat.

– Aha. – Dziobek się zamyślił.

– Tam jest!

Filips wskazał łapą miejsce przy stawie, gdzie pojawił się chłopczyk w dżinsowych ogrodniczkach. W rękach trzymał żółte grabki i pomarańczowe wiaderko. Spoglądał w taflę wody ze złośliwym błyskiem w oku. Pod wodą coś zawrzało. Kawka nie mógł tego dojrzeć, ale wychwycił w kilku miejscach elektryzującą, jasną biel – cokolwiek żyło w sztucznym stawie, promieniowało przerażeniem. Wokół chłopca kłębiła się brudnoszara poświata z wyraźnymi, czarnymi wstęgami dymu. Dziobek zadrżał. Nigdy nie widział Beznaturnika.

– Może to jakaś śmiertelna choroba – zgadywał.

– Fizycznie jest zdrowy jak rydz. Tak po prostu wygląda jego natura. A raczej jej brak. To dziecko jest jedną, wielką pustką. Czarną dziurą, która będzie wchłaniać życie, dopóki ktoś jej…

– Wiem. – Dziobek zachwiał się na nogach. Uzmysłowił sobie jak podła, jak mikra była jego motywacja. Czy warto marnować ostatnie chwile, by mścić się na kocie, który wtedy zachowywał się równie bezmyślnie jak on?

– Niebawem odejdziesz, stary przyjacielu – mruczał Filips, jakby czytając w duszy schorowanego ptaszyska. – Lecz zanim wyruszysz w podróż, mógłbyś uczynić lepszym świat, który zostawisz w tyle. Mógłbyś zabrać ze sobą jednego ludzkiego potwora. Uradowałbyś tym nie tylko mnie, lecz starą Nanę i, wierzaj mi, obydwoje Rosołków.

Kawka wtem zorientował się, że nabiera sił. To Filips przysunął ciepły bok do skrzydła, pod którym skrywał zakażoną ranę. Kot mruczał. Wibracja wlewała w ptaka życie, otuchę i siłę.

– Czas się kurczy – kleknął Dziobek, obserwując krążące wokół stawu kłębowisko nicości w ludzkiej skórze. – Nie będę w stanie długo utrzymać tej wściekłości w ryzach. – Kawka przymknął powieki. Choroba już zaczynała jazgotać pod jego czaszką. – Musisz mi ułatwić zadanie, pchlarzu.

– Wystawię ci go jak na tacy. – Filips zeskoczył miękko z drzewa.

Zerknął raz jeszcze na ptaka. Dziobek zanotował w tym spojrzeniu wiele troski. Kocia aura była złota. Piękne kolory nadziei i wdzięczności, których nie sposób podrobić. Kawka zebrał się w sobie, koncentrując szare oko na Beznaturniku. Wściekłość wzbierała, szaleństwo i strach grały o lepsze z opanowaniem. Dziobek wzbił się po raz ostatni w powietrze, dopóki jeszcze miał nad sobą kontrolę.

Beznaturnik rzucił grabiami w przemykającego kota, następnie pognał za nim, przebierając krótkimi nóżkami. Oplatająca go ciemność formowała macki, sięgające chciwie ku Filipsowi. Dziobek widział plecy nicości i runął z nieba wprost na nie. Z chwilą, w której uderzył – polała się ludzka krew, trzasnęły kości czaszki – w powietrze wzniósł się bolesny wrzask, a śmiertelna choroba zmieniła nosiciela.

Dziobek odszedł tego dnia, lecz kraina, którą pozostawił w tyle, wkrótce miała stać się nieco lepszym miejscem.

h
Reklamy
  1. Oj, lubię takie „bajki”. Świetny pomysł, ładnie podany.

  2. Niektóre teksty powinny być opatrzone klauzulą w stylu „przed czytaniem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy tekst niewłaściwie odczytany może zagrażać Twojemu zdrowiu psychicznemu”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: