polskie centrum bizarro

„Osiedlowe Crime Story” by Juliusz Wojciechowicz

In Opowiadania on Sierpień 30, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWakacje to czas podróży w różne ciekawe i dynamiczne miejsca. Ostatnio w modzie jest Irak i Afganistan, choć jak zwykle interesująco dzieje się także gdzieś w Afryce. Na szczęście, stara dobra Europa również może poszczycić się pewną dozą atrakcyjności. Prawdę mówiąc (tak dla odmiany), pierwsze lepsze osiedle upakowane blokami, przystankami autobusowymi i brudnymi piaskownicami może być obozem survivalu i polem gorącej bitwy jednocześnie. Bywa, że na osiedlach dzieją się rozmaite crime stories. Dzisiaj, dzięki Juliuszowi Wojciechowiczowi możecie poznać jedną z takich opowieści.

W imieniu Jego Pomroczności Paskuda zapraszamy Was do poznania wesołej czeredki mieszkańców pewnego osiedla. Spieczony, Lornetkowa, Kleszczowy i inni już czekają, aby Was porządnie zabawić. Przygoda czeka parę linijek niżej. Dużo trupów i dobry humor inside.

Miłej lektury!

h

Osiedlowe Crime Story by Juliusz Wojciechowicz

h

Wypadam z półcienia klatki schodowej, wprost w objęcia Kleszczowego. Łeb ma – wypisz wymaluj – jak kowadło, ponoć porodem kleszczowym ukształtowany, bełkotliwą mowę i trochę wolno myśli. Odpowiada mi „Dzień dobry” z typowym dla niego opóźnieniem, gdy już kilkadziesiąt metrów dalej mijam Analnego, prowadzającego się iście po lordowsku ze swoim prawie rasowym jamnikiem; pies zdaje się nieco niedomagać na tylne łapy i niemal wlecze je za sobą, komicznie kręcąc zadkiem.

Analny mieszka nade mną, vis-a-vis Kleszczowego. Niby mieszkania posiadają takie same, ale Kleszczowy to niechluj pełną gębą, za to Analny – picuś glancuś, blokowy mister Monk. Nawet ten jego jamnik wygląda jak od miary przycięty. Kot Kleszczowego natomiast przysiaduje całymi dniami w oknie, nie wiedzieć czemu do połowy zakopany w doniczce, i czeka cierpliwie na codzienną porcję kaszanki. Lornetkowa jak zwykle „półzwisa” z balkonu na drugim piętrze z gracją kawałka słoniny, próbując podejrzeć co porabia Naukowy, tradycyjnie przyklejony do klawiatury komputera, w największe nawet upały szczelnie zawekowany w kawalerce, w bloku naprzeciwko.

Naukowy nigdy z domu nie wychodzi. Dwa razy w tygodniu przywożą mu z Leclerca zakupy zamawiane przez internet. Na drzwiach od lat wysprejowane „jebać kumatego” widocznie mu nie przeszkadza. Lornetkowa, do wózka przykuta, całymi dniami na balkonie przesiaduje. Ach, ale było śmiechu, kiedy jeszcze całkiem zdrowa zleciała z balkonu, śledząc wzrokiem Ospowatego, co gazety reklamowe roznosi. Ospowaty, jak w dziewięćdziesiątym drugim fuchę złapał przy roznoszeniu ulotek, tak do dziś nagina, wiecznie przygięty ogromną torbą. Listonoszem był za komuny, z pracy haniebnie zwolniony, kiedy nie zważając na zmianę ustroju nadal podkradał końcówki rent i emerytur. To Haczykowata go wsypała. Nie tyle z poczucia krzywdy, co raczej braku zainteresowania Ospowatego jej namolnymi zalotami i kokieterią. Ale kto o zdrowym postrzeganiu kobiecej urody tknąłby Haczykowatą? Ślepowaty, tak Ślepowaty, nie krył pożądania względem Haczykowatej. Być może w trójwymiarowym pryzmacie jego grubych jak dno słoika goglach wyglądała zjawiskowo. Być może jej monstrualny kinol o kształcie kotwicy nie przypominał wielorybniczego harpuna po tuningu, a brwi breżniewki zdawały się rzadsze. To wiedział jednak tylko Ślepowaty.

Ślepowaty trzymał sztamę z niejakim Spieczonym, dopóki nie wyszło na jaw, że ów posuwa mu siostrę. Warzywna z wdziękiem wora kartofli, które sprzedawała na pobliski targu rozchylała nogi przed każdym, dosłownie każdym, zwłaszcza przed Spieczonym, królem miejscowej budki, szumnie „Grillbarem” zwanej. Ze Spieczonego był kawał chłopa, wyglądem adekwatny do mięsno-smażalnej aury, otaczającej go na co dzień. Ponoć kiedyś poślizgnął się podczas przygotowywania zestawu „Mięsny luj z frytkami” i zamiast rzeczonej porcji frytek wsadził całe ramię do kuwety z wrzącym olejem. Teraz dumnie obnosi się ze średnio wypieczoną kończyną, nie wiedzieć czemu działającą jak afrodyzjak na lokalne kobietki. Warzywna zaś, targana niezdrowym popędem, odstawiła ogórki-zaspokajacze i karcianych lowelasów, by całkowicie oddać się Spieczonego mięsnej sztuce o niemal końskim rozmiarze. Smutni chodzili Rybny i Lombardowy, Ruski i Pierdzielowy, czterech brydżowych companieros. Rybny woń śledzi za sobą ciągnął, przewrotnie w przetwórni „Szprot” przy taśmie pracując. Lombardowy już wszystko instytucji lombardu o nazwie „Złoty Ząbek„ oddał, wliczając w to dwa trzonowce, owym szlachetnym kruszcem wypełnione. Ruski budziki poradzieckie żenił, z chińską konkurencją notorycznie przegrywając, a Pierdzielowy bezrobotnym będąc, swojego małego fiacika godzinami dopieszczał, w furię wpadając na słowa „kaszlak”, „pierdziel”, „gierkowski wypierdek” pod adresem autka kierowanych.

Ileż to razy panowie o Warzywną w brydża grywali. Wymagająca była. Jedynie szlemik bez atu otwierał drogę do miłosnych igraszek, za szlem w kolorze kier oddawała się bez pamięci wygranemu duetowi. Ale teraz? Nic z tego. Spieczony zgarniał pulę bez wysiłku, na mrugnięcie, o brydżu nie mając pojęcia.

Wtedy zaczęło się psuć na osiedlu.

Zasadziła się pewnego razu brydżowa czwórca na Spieczonego, gdy ten wieczorową porą do domu wracał, obowiązki swe ogórkowe względem Warzywnej spełniwszy. Plan mieli doskonały, zrodzony w umysłach rują pochłoniętych i nabrzmiałym do granic nabiale.

Pierdzielowy miał za zadanie pokrowiec z fiacika, niczym worek, na głowę Spieczonego zarzucić, Lombardowy lagą drewnianą przyłożyć, Ruski zwłoki poćwiartować, Rybny zutylizować – po trosze do rybnej papki na taśmę w przetwórni „Szprot” dorzucając.

Plan nie do końca wypalił. Pierdzielowy w pokrowiec się zaplątał, laga chybiła; Ruski ćwiartować już nie miał co. Rybny za to utylizować musiał wszystkich. W ferworze walki wytłukli się nawzajem. No może nie do końca wszyscy. Spieczony zręcznie napastników połamał, miażdżąc im na koniec czaszki ciosami Fleischwolfa* made in Germany, którego akurat od Warzywnej pożyczył. Jego samego emocje zabiły. Na zawał zszedł, nim Rybnego dopadł. Rybny sytuacją zmuszony, zręcznie wszystkich poćwiartował, Pierdzielowym kaszlakiem do firmy zawiózł, przemielił i w puszkach pochował.

Aferę Warzywna odkryła, gdy przypadkiem puszkę śledziową otworzyła, jako zakąskę do wódeczki, którą raczyła się żałobnie, jak na słomianą wdowę przystało. Los chciał, że po smaku sztukę mięsa znajomą, jakże często w ustach jej goszczącą, rozpoznała. Dalej na spytki wzięła Rybnego, który snuł się jak smród po gaciach, co chwilę pod nosem „Bez atu, zostałem bez atu” mruczał. Gorzkie łzy popłynęły, wyśpiewał wszystko jak księdzu na spowiedzi. Zbawienne katharsis umysłu z gwałtowną śmiercią Rybnego się zbiegło, gdy nóż do obierania kartofli głowę od ciała niemal oddzielił, wprawną dłonią Warzywnej prowadzony. Spoczął więc Rybny w worku kartoflanym, w magazynku straganu Warzywnej, która czym prędzej wyżalić się komuś musiała. A komu, jak nie bratu?

Ślepowaty wysłuchał jej słów z uwagą, po czym Warzywną wojskowym pasem udusił, wyczytawszy uprzednio w kwartalniku „Znachor” o cudownych właściwościach smalcu z ladacznicy-morderczyni wytopionego, ponoć wzrok ociemniałym przywracającego. Pół wanny tłuszczu wytopić zdążył i już do smarowania się zabierał, gdy w drzwiach do mieszkania ujrzał Haczykowatą, zaniepokojoną nietypowym smrodem. Ta w mig w sytuacji zorientowana, jak nie zdzieli Ślepowatego w czerep wałkiem do ciasta, wciąż mąką umorusanym. Okulary w miejsce oczu się wprasowały, mózgowa galareta uszami wypływała na podłogę, a Ślepowaty pierwszy raz w życiu Wielki Wóz zobaczył, zanim zszedł na dobre. Wtedy Ospowaty z torbą ulotkami wypchaną, znienacka w drzwiach się pojawił, za łeb Haczykowatą chwycił i tak długo zanurzony w wannie pełnej smalcu trzymał, aż nos niekształtny ostatnią bańkę powietrza wypuścił. Uradowany, że denuncjatorkę w końcu ukarał, mieszkanie z kosztowności splądrował i zamknąwszy miejsce zbrodni na cztery spusty, chyłkiem oddalić się zamierzał. Gdy klatkę schodową dyskretnie przemierzał, na Lornetkową nadział się niespodziewanie, która to hałasem zwabiona na wózku przez drzwi się wytoczyła i kaprawymi ślepiami co nieco wypatrzyła, uszami plotek chciwymi co nieco usłyszała.

Ugadać się trzeba jakoś było, łupem podzielić, na zgodę herbatą przepić… kretem do rur posłodzoną, o czym boleśnie i ostatecznie Ospowaty się wnet przekonał. Niedługo myślała nad swym szczęściem Lornetkowa. Balkon przyzywał, obserwowania przymus maniakalny kusił. W samą porę na taras się wturlała, by ujrzeć widok niecodzienny. Naukowy mieszkanie opuścił, po raz pierwszy od lat na ulicy stał, w słońce patrzył, oczy mrużąc od światła odzwyczajone. W ręku gruby plik kartek trzymał; powieść, pracę naukową? Któż to wie, co tam latami w zaciszu domowym pisał. Lornetkowa patrzy, nie wierzy, kręci pokrętłami, przybliża, wyostrza obraz. Twarz Naukowego grymas wykrzywia, kącik ust prawy do dołu ściąga, oczami nieszczęśnik wywraca, w końcu pada jak gromem rażony. Lornetkowa dobrze wie, że to udar, „Ostry dyżur” na tefałenie oglądała. Wychyla się, ile tylko może, szarpie, podciąga, by agonię z bliska uchwycić; wspina na barierkę, już prawie stoi. Wózek do tyłu leci, siłą naporu pchnięty, Lornetkowa równowagę traci i bach przez barierkę głową w dół pikuje.

A ja? Ja wracam tymczasem z zakupów, uboższy o „luj burgera” od Spieczonego, kartofle od Warzywnej, mijam samotnego fiacika rdzą się pokrywającego, pozbawionego opiekuńczej ręki Pierdzielowego. Patrzę w puste okno Naukowego, gdzie nadal zdaje się tkwić utrwalony w próżni cień pochylonej nad laptopem sylwetki. Zerkam na balkon – bocianie gniazdo przez obserwatora opuszczone, nie widzę brydżowych zmagań przy parkowym stoliczku do szachów. Ulotki roznosi znowu listonosz. Analnego ponoć zamknęli w psychiatryku, kiedy odkryli powód niedomagania jamnika. Oprócz nerwicy natręctw, pedanterią w czystości się objawiającej, zoofilem Analny się okazał.

Wpadam z powrotem w objęcia klatki schodowej, znowu zderzam się z Kleszczowym; ciągnie na smyczy jamnika po Analnym, po raz kolejny odpowiada mi „Dzień dobry”, tym razem refleksem się wykazując. Słyszę go, gdy wchodzę do swojego mieszkania piętro wyżej. Smród wytapianych skwarków jest nieco złowieszczy, choć swojski. Cicho coś dzisiaj, spokojnie jak w grobie. Nawet doniczkowy kot nie śpiewa kocich arii. Ciekawe, jak dogaduje się teraz z jamnikiem?

Przez drzwi słyszę rumor dobiegający ze schodów. Mam nadzieję, że to nie Kleszczowy, spadający trzy piętra w dół. Nie chcę zostać sam.

*Fleischwolf – (z niem.) ręczna maszynka do mięsa.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: