polskie centrum bizarro

13ego w piątek urodziła pięć kociątek czyli temat-rzeka

In Akcje Literackie, Opowiadania on Wrzesień 13, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtTrochę wody upłynęło w Styxie, odkąd zaprezentowaliśmy (nie)szanownym wyznawcom Paskuda tematyczną aktualizację. Bijemy się w poniekąd bujne piersi i wracamy oto na one koleiny zbiorem mniej i bardziej porypanych tekstów nawiązujących do ikony pecha, jakim jest piątek 13-ego. Który to meganiefart jeśli ktoś jeszcze nie zauważył wypada właśnie dziś… Czas włożyć czapki z pomponami i natrzeć się rozpuszczonym sadłem rosomaka. Czemu? W sumie nie wiemy, ale coś musi na tę 13-tkę działać.

Gwoli kronikarskiej dokładności informujemy, że dziś do grona (nie)szczęśliwych autorów trafili: Paulina Kuchta, Sylwia Błach, Darek Kuchniak, Marcin Rojek, Grzegorz Gajek i Kazimierz Kyrcz Jr.

Ratuj się kto może!

h

Niebieski to pragnienie, żółty to gniew

by Paulina Kuchta

h

Klub Niefikcyjnych Zabójców

Mam na imię Jason i jestem seryjnym mordercą. Zabijanie jest piękne, nie chcę z tym kończyć.

Dziękujemy, Jason… Za szczerość. A teraz Freddy opowie nam o swoich problemach ze snem.

Jestem Freddy Kruger i kocham dzieci….

Nie no, znowu dał głos temu pedofilowi. Wyłączam się, lepiej opowiem wam o sobie.

Pewnie chcecie wiedzieć jak to się zaczęło. Całkiem zwyczajnie. Zajebali mi matkę. Dokładnie rzecz biorąc, jedna taka upitoliła jej łeb u samej szyi i potem poszło z górki. W sumie jestem babie wdzięczny, bo pewnie byłbym maminsynkiem, a teraz jestem celebrytą. Kręci się o mnie filmy, powstało ich już więcej niż mam palców u lewej ręki. Dostałem nawet na fejsie propozycję zagrania w amatorskim porno. To o czymś świadczy, prawda? Gdy się dowiedzieli, jak ja to widzę, więcej się nie odezwali. Chyba jednak nie chodziło o snuff.

h

***

h

Mój psychiatra próbuje mnie z tego wyciągnąć. Przepisał mi dwa leki, których nazw nie pamiętam. Niebieską tabletkę mam zażyć, gdy nachodzi mnie pragnienie zabijania, a żółtą, by łagodzić napady agresji. Kiedy jest naprawdę źle, mam łyknąć szybko obydwie naraz. Zdarza mi się to coraz częściej, jesień nie nastraja mnie optymistycznie do życia. Przypomina o śmierci i przemijaniu. Stąd pomysł uczęszczania do Klubu Niefikcyjnych Zabójców. Podsunął mi go doktor Green, świetny fachowiec, jeden z lepszych w branży. Ale za pieniądze z filmów stać mnie na najlepszych. No i siedzę teraz,  słucham tych pierdół.

Freddy, w szałowym sweterku, na który mam ochotę rzygnąć, opowiada o tym, jak lubi straszyć dzieci. Jasne, straszyć… Taaa, wierzymy ci, Freddy. Dalej mamy Michaela, który nie lubi Halloween, robi się wtedy strasznie agresywny. A, i jeszcze Leatherface, który nawet podczas spotkań nie rozstaje się ze swoją piłą mechaniczną. Uważam, że przesadza, bo nawet ja zostawiam w szatni płaszcz i maczetę. A nuż kiedyś to gówno samo mu się włączy i potnie nas wszystkich.

Skończyli, teraz moja kolej.

Mam na imię Jason i jestem seryjnym mordercą. Nie chcę z tym skończyć – powtarzam tę samą formułkę za każdym razem. Równie dobrze mógłbym ją nagrać i odtwarzać. Pod maską nie będą widzieć, że nie poruszam ustami. Szkoda słów dla takiej bandy idiotów.

h

***

h

Gdy wyszedłem ze spotkania, w szatni czekała na mnie cholernie niemiła niespodzianka. Coś, co kompletnie wytrąciło mnie z równowagi. Szatniarz pomylił płaszcze i w moim wyszedł jakiś studenciak. Moja maczeta, z którą wiąże się tyle pięknych wspomnień, powędrowała w brudne, obce łapska. W tej sytuacji nawet łyknięcie całej fiolki tabletek nie pomoże. To siedzi we mnie zbyt głęboko, by jakakolwiek terapia mogła załatwić problem. Wiedziałem już, że dalej będę zabijać. Za bardzo to kocham, by przestać. Źle tylko znoszę tak długie przerwy. Szkoda, że piątek trzynastego wypada tak rzadko. A maczeta? No cóż, jest jak kobieta. Zawsze znajdziesz sobie nową.

h

O mężczyźnie, który żył nadzieją

by Sylwia Błach

h

Zawsze byłem przesądny. Dlatego czekałem na ten dzień z niecierpliwością godną wkurzonego pustelnika. Takiego, który ma dość monotonii wybranego stylu życia, ale brakuje mu możliwości, by cokolwiek zmienić. Piątek trzynastego! Dziś moja egzystencja ulegnie zmianie!

Może pęknie rura sąsiada i zaleje nasze mieszkanie? Odejdę, gdy łóżko najpierw przemieni się w jednoosobową szalupę ratunkową, a potem utonie w oceanie kanalizacji. Cicho i we śnie.

Czy może na blok spadnie samolot? Budynek runie, krew ofiar zaleje mi twarz. Krzyk i pożoga! Siła wybuchu odrzuci rozczłonkowane ciała. Dłoń damy, dzierżącej pilnik w momencie katastrofy, rozetnie czyjąś tętnicę, a głowa młodzieńca zastąpi piłkę dzieciakom na Orliku. Swąd spalenizny wymiesza się ze smrodem pobliskiego kebaba.

Mijają godziny.

Jaki tu spokój la la la, nic się nie dzieje la la la la, nikt się nie pali tralala… A ja wciąż wierzę.

Losie! Niech ktoś rzuci kości, a piszczel wskaże koniec! Fortuno! Zakręć swym kołem, pozwól, by szaleńczy bieg po okręgu zakończył się na Armageddonie!

Może Bóg, złośliwy okrutnik, szykuje coś specjalnego na koniec? Z jaskiń wyjdą krwawe jednorożce, a fortepiany zaczną spadać z nieba jak w niemych komediach? Ziemia się rozstąpi, a z głębin mroku rozbrzmi Highway to Hell? W ostatniej chwili, w przebłysku szaleńczego zapomnienia, ujrzę małe skrzaty, paradujące z płonącymi pochodniami? Wykrzywione złością twarze będą śniły się w śnie wiecznym wszystkim ich ofiarom. Do końca, do nieskończoności! Piękna kapłanka, dama z kości słoniowej – Królowa Śmierć jest na wyciągnięcie ręki…

…ręki, której nie mogę unieść. Wybija północ, a ja zaczynam liczyć dni do kolejnego piątku trzynastego. Może wtedy uwolnię się od sparaliżowanej powłoki cielesnej? Bo w cuda nie wierzę – bliscy nie zrozumieją, że nie chcę żyć jak warzywo, że mimo diagnozy „śpiączka” wciąż zachowałem świadomość czasu. Wierzę tylko w Pecha. Czekam więc z nadzieją, od lat. Co innego mi zostało?

h

PrzeSądy

by Kazimierz Kyrcz Jr.

h

Jerzy zawsze wypijał cztery piwa przed snem. A kiedy to nie wystarczało, wypijał piąte. Albo i szóste… Siódme na ogół zawsze załatwiało sprawę.

I jak tu nie wierzyć w szczęśliwą siódemkę?

Co innego trzynastka – ta akurat okazała się zdecydowanie pechowa.

Otóż, któregoś piątku browary tak dobrze mu wchodziły, że zanim się spostrzegł, wypił ich tuzin. Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie poprzestać na tej liczbie, ale uznał, że jest zbyt poważną personą, by wierzyć w przesądy. Otworzył więc trzynastą puszkę.

Efekt?

Kawałek zawleczki złamał się i trafił go w oko.

A morał?

Chuja! Morału nie ma.

Tylko kac.

h

Klątwa

by Darek Kuchniak

h

Pewien Apacz kochał wszelkie przypadki. Najbardziej jednak wołacz, ponieważ tylko on został obdarowany przez polską gramatykę wykrzyknikiem. I dlatego też Indianin zapytał postawnego mężczyznę, ubranego w biały płaszcz z czerwonym krzyżem:

– Co słychać, Jakubie?

Ostatni mistrz Zakonu Templariuszy stał na stosie, ustawionym na cyplu obmywanej przez wody Sekwany wyspy Cite, tuż obok Katedry Notre Dame. Ogień był na tyle duży, że zaczął „mile łechtać” jego stopy. Spojrzał więc gniewnie na wojownika i napluł mu w twarz. Publiczność, zgromadzona na dziedzińcu świątyni, przyjęła to z entuzjazmem.

Pewien Apacz nie przejął się tym zbytnio i przedefilował przez plac na oczach tłumu, w stronę podwyższenia, na którym stał tron Filipa IV Pięknego. Przez nikogo nie niepokojony, stanął przed królewskim obliczem.

– Jest sprawa – zagadnął do monarchy. – Mam do sprzedania działkę budowlaną w bardzo dobrym punkcie, ale kupujący jest przesądny i boi się, że jeżeli kupi trzynaście hektarów i do tego jutro, czyli w piątek, to biznes mu nie wypali. A ja zarezerwowałem już bilet na rejs luksusowym wycieczkowcem. I nie zamierzam stracić okazji na dobrą zabawę.

– A czego konkretnie oczekujesz ode mnie?

– Jak powszechnie wiadomo, Jakub de Molay został aresztowany trzynastego października, roku pańskiego 1307. I do tego w piątek. Od tego czasu ów dzień tygodnia w połączeniu z tą właśnie liczbą uchodzi za pechowy. Życzę sobie, aby to się zmieniło.

– Niby jak? – zapytał wyraźnie zaskoczony Filip.

– Wystarczy zmienić datę w stosownych dokumentach.

– Zmuszasz mnie do fałszerstwa?

 – Nie, tylko grzecznie proszę. Bo inaczej dam ci w ryja. Przy wszystkich!

Filip spojrzał na Indianina z przerażeniem i szepnął coś swojemu sekretarzowi.

– Załatwione. Możesz wracać do siebie.

– Zostanę jeszcze chwilę. Chcę usłyszeć, jak Jakub de Molay cię przeklina. Słyszałem, że całkiem sprawnie mu poszło. Zupełnie przypadkowo wziąłem ze sobą sprzęt nagrywający – odparł Pewien Apacz i wyciągnął dyktafon.

Jednak nie wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami wojownika. Po powrocie do własnych czasów szybko przekonał się, że liczba trzynaście jest nadal feralna. Biznes, który miał mu przynieść krociowe zyski, okazał się kompletną klapą. Wiedziony przeczuciem, Indianin poprosił eksperta od anatem i tym podobnych o wysłuchanie nagrania z miejsca egzekucji templariusza.

Ów zrobił to w skupieniu, podumał i uśmiechnął od ucha do ucha.

– Musiałeś bardzo zaszkodzić panu de Molay.

– Niemożliwe. Praktycznie go nie znałem.

– To ciekawe, ponieważ ostatni fragment klątwy zadedykował wyłącznie tobie. Nie masz szans na zrobienie fortuny. Z materiału dowodowego wynika, że została ci tylko kariera w polskim bizarro fiction.

Po wyjściu fachowca Pewien Apacz pogrążył się w rozmyślaniach. Nie należał bowiem do osób, które dają szybko za wygraną. Indianin wziął kartkę papieru oraz długopis i sporządził szczegółowy bilans swego żywota. I wtedy przyszło mu do głowy, że dola książkowego idola nie jest wcale zła.

Kiedy opowiadał mi to wszystko w zaciszu mego gabinetu, nie wiedziałem, co z tym fantem począć. Nie czułem się jeszcze na siłach, żeby otwarcie czerpać z nieprzebranych zasobów jego przygód. Na szczęście Pewien Apacz zaproponował stosunkowo proste rozwiązanie problemu. Ot, podrzucił mi kilka niewinnych historyjek ze swej młodości. Dzięki temu powstało opowiadanie Przygody Pewnego Apacza.

Od tej pory moja współpraca z Indianinem przebiega wzorowo. On podrzuca mi tematy, a ja zgarniam gruby szmal.

h

Kiedy Piątkowi palma odbija

by Marcin Rojek

h

Piątek był spoko gościem.

Zazwyczaj.

Lubiany przez ludzi i inne Dni, przychodził zawsze po niecierpliwym Czwartku i wywoływał uśmiechy na zmęczonych twarzach. Często chodził pod rękę z Sobotą, czasem nawet z Niedzielą, kiedy jej poprzedniczka znikała gdzieś w oparach alkoholu. Wciąż uśmiechnięty, lekko mrużył oczy, spoglądając ku kolejnym przygodom.

Zazwyczaj.

W domu Dni zawsze panował porządek. Regularnie otwierały się sektory poszczególnych miesięcy, Dni zajmowały miejsca w pokojach na dany tydzień i robiły swoje. Taki Poniedziałek, na przykład, schodził pomiędzy ludzi, gdy tylko minął czas Niedzieli, przeganiał ją bezlitośnie i zabierał nadzieję każdemu, kogo spotkał na swojej drodze.

Ład i porządek. Ojciec Czas nie pozwoliłby na nic innego.

Zazwyczaj.

Gdy, wraz z nastaniem nowego miesiąca, pierwsza miejsce zajmowała Niedziela, wszyscy byli bardzo nerwowi, choć cały tydzień mijał spokojnie i nic strasznego się nie działo. Piątek śmiał się w głos i wykpiwał tych wierzących w zabobony.

Wtedy nadchodził drugi tydzień i zamiast śmiechu, częściej dało się słyszeć płacz. Piątek wprowadzał się do pokoju numer trzynaście i zachodziła w nim straszna zmiana. Robił się podły i okrutny. Nie śmiał się już do innych, ale z nich. Patrzył  z zadowoleniem jak wpadają w zastawione pułapki, gubią klucze, telefony i drogę do domu, zapominają o czym mieli pamiętać i głośno przeklinają jego imię.

Nikt nie wiedział, dlaczego trzynastka tak działała na osobowość Piątku. Kiedyś tylko Ojciec Czas opowiedział swoim dzieciom o pokoju numer trzynaście i okropnej śmierci, która miała w nim miejsce. Podobno świadkiem wszystkiego było małe dziecko, ale nawet Czas nie pamiętał, czy to właśnie Piątek.

Nadszedł ten tydzień. Dni z przerażeniem patrzyły, jak Piątek wchodzi do pokoju numer trzynaście i zatrzaskuje za sobą drzwi. Nikt nie wiedział, jak okrutne żarty zgotuje im tym razem. Wszyscy się bali. Słusznie. Ponieważ Piątek szykował coś wielkiego. Zmęczyły go już drobne złośliwości i proste psikusy. Ukrytym przejściem przedostał się do pokoju dwudziestego dziewiątego lutego. Ten od trzech lat stał pusty, czekając na rok przestępny. Tam właśnie Piątek ukrył swój największy skarb. Przyniesiony kiedyś z Ziemi, w tajemnicy przed wszystkimi. Ojciec Czas wściekłby się, gdyby wiedział, że w jego domu znalazł się pistolet.

Piątek z uwielbieniem wpatrywał się w broń. Dzięki niej mógł tak wiele zrobić. Plan, już obmyślony, obrastał w jego głowie otoczką geniuszu.

Był jeszcze Czwartek. Trzeba tylko poczekać aż się skończy, żeby wszystko się dopełniło. Tego dnia, trzynastego września, Piątek pokaże swe prawdziwe oblicze. Wejdzie uzbrojony do reszty pokojów i po kolei zastrzeli wszystkie znajdujące się w nich Dni. Oszczędzi jedynie Poniedziałek. Dzięki temu pozbawi świat nadziei. No i może Sobotę z Niedzielą. Dwie zastraszone dziewczyny zrobią wiele, żeby nie dostać kulki w łeb. Piątek przygotował się na niemal pewną interwencję Ojca Czasu. Dla niego miał cały magazynek. Jeśli to by się nie udało – wszak Czas to kawał twardego kutasa – postanowił utopić go w krwi pomordowanych Dni. Kara iście biblijna. Sam Bóg byłby z niego dumny, gdyby oczywiście istniał.

Jeszcze tylko pięć minut i Piątek rozpocznie swoją zemstę. Broń czekała nabita już od kilku godzin.

Cztery minuty.

Drżenie całego ciała nie pozwalało utrzymać prostej pozycji.

Trzy minuty.

Chodził po pokoju w kółko, nie mogąc wytrzymać z podniecenia.

Dwie minuty.

Stał przy drzwiach, bawiąc się klamką.

Minuta.

Wyszedł. Nie dał rady. Trzymał pistolet w obu rękach, tak mu się trzęsły.

Wybiła północ. Echo ogromnego zegara rozniosło się po Domu Dni. Zmęczony Czwartek wracał do swojego pokoju. Nie zdziwił się, widząc wychodzący na korytarz Piątek. Zdziwił się dopiero, gdy w jego dłoniach dostrzegł ogromny pistolet.

Piątek wymierzył prosto w twarz Czwartku.

Potknął się. Jedna noga próbowała nastąpić na drugą, równowaga uleciała gdzieś, przerażona własną nieudolnością. Ręce, rozrzucone szeroko, próbowały ją złapać. Prawa, w której została broń, uderzyła o futrynę. Pistolet wystrzelił. Mózg Piątku rozprysł się po ścianie. Ciało upadło na dywan, by już nigdy z niego nie wstać.

Czwartek stał, zbyt zszokowany, żeby się poruszyć. Dopiero po kilku minutach, kiedy dotarł do niego sens ostatnich wydarzeń, uśmiechnął się i wszedł do pokoju. Odkręcając wodę pod prysznicem pomyślał, że sprawiedliwości nareszcie stało się zadość.

h

Niesamowita przygoda

na zamku Balliard-Wilcombe

by Grzegorz Gajek

h

Przez lata próbowałem zapomnieć o niezwykłych wydarzeniach, które miały miejsce 13 września 2013 roku. Nie chcę pamiętać… A jednak umysł ludzki ma tę dziwną właściwość, że ważne i miłe wspomnienia zrzuca niczym zeschłe liście, a rzeczy przykre, groteskowe i absurdalnie odrażające trzymają się go uporczywie nawet wówczas, gdy szadź, przychodząca wraz z jesienią żywota, pokryje już głowę.

To, co mnie spotkało, jest tak dziwne, że nie sposób uwierzyć. Posłuchajcie.

Tamtego roku podróżowałem po Europie, zbierając materiały do książki o nawiedzonych zamkach. Złośliwy los zagnał mnie do Balliard-Wilcombe w hrabstwie Devonu, w Anglii. Według lokalnego podania, 13 marca 1637 roku, w piątek, baron Gustave Olof Balliard-Wilcombe został niesłusznie stracony za zbrodnie popełnione przez jego brata, Gustave’a Olafa Balliard-Wilcombe. Od tego czasu w każdy piątek trzynastego, dokładnie o północy, nawiedza swoje dawne włości, aby siać grozę w sercach śmiertelników.

Jak łatwo się domyślić, w zamku, przerobionym w czasach nowożytnych na wygodny hotel, wylądowałem w czwartek 12 września. Wynająłem pokój i, z pewną antologią wyjątkowo pokręconych opowiadań w dłoni, czekałem, aż zegar… To znaczy, aż budzik w komórce oddzwoni dwunastą.

Gdy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki melodii Don’t Fear the Reaper, zgasły światła, a za oknem huknął grzmot. Zygzakowata błyskawica przecięła chmurne niebo. Doprawdy, sam odgłos wibrującego telefonu i rzucana przez niego błękitna poświata wystarczyłyby, aby przerazić mnie niemal na śmierć. Tymczasem, jakby tego było mało, na krawędzi mojego łóżka pojawiła się przerażająca postać.

Na dłuższą chwilę ogarnęła mnie niewyobrażalna, kosmiczna groza.

Potem jednak uświadomiłem sobie, że coś się nie zgadza.

– Momencik – powiedziałem. – Kurde bilans, nie przestawiłem zegarka! Przecież według angielskiego czasu powinieneś się zjawić godzinę temu.

– Przepraszam – bąknął przybysz. – Nie chciałem, abyś poczuł się zdezorientowany. Północ to właściwie pojęcie względne, a ja staram się robić co w mojej mocy, aby goście byli zadowoleni.

– Zadowoleni? Przez te pioruny i gasnące światła o mało nie posrałem się w gacie!

– Myślałem, że tego właśnie chcesz… To znaczy, nie dokładnie tego całego srania. No wiesz, fe. Ale groza i tak dalej… Zresztą, tak po prawdzie, to nie miałem nic wspólnego z gasnącymi światłami. Przypuszczam, że spalił się bezpiecznik. O, widzisz! Pan Jones niezawodny jak zwykle!

Faktycznie, kiedy wypowiadał te słowa, lampka nocna ponownie rozbłysła. Na jakieś trzydzieści sekund, bo potem coś pyknęło i znów zapanowała ciemność.

– Kurde! – mruknąłem.

– Co chcesz, piątek trzynastego. Musi, że teraz żarówka się przepaliła.

Prawdopodobnie miał rację, ale postanowiłem tego nie sprawdzać. W krótkim przebłysku jasności kolejna nieprawidłowość rzuciła mi się w oczy. Sięgnąłem po komórkę i poświeciłem na ducha, aby się upewnić.

– Czy nie powinieneś wyglądać trochę bardziej, no… Rozumiesz, trudno to nazwać ciuchami z epoki. Poza tym wydaje mi się, że twoja głowa… Nie obraź się, ale chyba trochę zbyt mocno trzyma się na karku.

– Ach, ty pewnie myślisz, że jestem ten cały Balliard-Wilcombe?

– A nie?

– Nie, skądże. Nazywam się Paul. Paul Blythe.

– Ale jesteś duchem nawiedzającym zamek, prawda?

– Tak, tak, jak najbardziej. Od 1968 roku.

– Od… Coś mi się tu nie zgadza.

– Wciąż masz na myśli legendę o dwóch braciach, z których jeden został niesłusznie skazany na śmierć, prawda? To ściema. Staremu sukinsynowi prawdopodobnie i tak się należało. Przypuszczam, że handlował niewolnikami, gwałcił chłopki i mordował Francuzów, jak cała ówczesna śmietanka towarzyska. Nie, nie, ja tu jestem z powodu klątwy. Ten hotel został zbudowany na starym indiańskim cmentarzu.

Paul dramatycznie zawiesił głos. Z grzeczności odczekałem kilka sekund, zanim zapytałem:

– Na indiańskim cmentarzu w samym środku Anglii?

– Ech, to dłuższa historia. Posłuchaj. Razem z kilkoma znajomymi chcieliśmy sprawdzić, ile jest prawdy w legendzie o duchu zamku. Wtedy jeszcze nie było tu hotelu, tylko gołe mury, więc wkradliśmy się, rozpaliliśmy ognisko i… Okej, po prawdzie to przed dziesiątą byliśmy już całkiem upaleni i nie wątpię, że o północy zobaczylibyśmy ze dwa tuziny truposzy. Ale jakoś tak się złożyło, że w ówczesnym stanie uszczęśliwienia trochę co innego chodziło nam po głowach. Razem z Jenny wymknęliśmy się na wieżę. Chciałem ją pocałować, ale mi nie pozwoliła. Zamiast tego klęknęła przede mną i rozpięła mi spodnie. No, wiedziałem, co zaraz nastąpi, to zamknąłem oczy, rozluźniłem się nieco, odchyliłem do tyłu…

– I spadłeś z wieży? – domyśliłem się. – Chryste, to chyba najgłupszy…

– Ej, próbuję tu opowiedzieć historię! – Paul wydawał się nieco zirytowany moją uwagą. – Jak nie chcesz słuchać, to nie ma sprawy, pójdę do kogoś innego.

Uniosłem ręce w pokojowym geście.

– Spoko! Spoko! Bez urazy.

Pokręcił nosem, ale potem wrócił do opowieści:

– Tak, masz rację, spadłem. Kawałek muru, o który się oparłem, jak na złość się ukruszył. Straciłem równowagę i zleciałem. Ale nic mi się nie stało. No, złamałem sobie palec, ale to kilkadziesiąt stóp, więc można powiedzieć, że i tak nieźle na tym wyszedłem. Nie mam pojęcia, jakim cudem. Łapałem się chyba jakiegoś powoju. Poza tym byłem zgandziały, więc może to… Mój wujek Charlie, straszny pijak, wlazł kiedyś pod ciężarówkę i tylko rozdarł sobie spodnie w kroku.

– Okej – przerwałem. – Skoro przeżyłeś, to dlaczego teraz straszysz?

– Zaraz do tego dojdę. Moi znajomi nie byli świadomi, że coś się ze mną stało. Jak się później dowiedziałem, Jenny myślała, że po prostu postanowiłem odlecieć, więc poszła obciągnąć Luke’owi. Inny człowiek zainteresował się moim losem. Jose Joao Valenzuela, turysta z Peru, który akurat również szedł do zamku, bo chciał zobaczyć słynnego ducha. Podbiegł do mnie. Zaczął badać. Nie chciał uwierzyć, że jestem cały, tylko palec mnie boli. Uparł się, że zabierze mnie do pobliskiej wioski. Broniłem się przez jakiś czas, ale bardzo przekonująco opisywał możliwe obrażenia wewnętrzne i w końcu pozwoliłem się odprowadzić. Zeszliśmy ze wzgórza. Na drodze zobaczyłem zbliżający się samochód. Jose Joao Valenzuela trochę mnie już drażnił, to odepchnąłem go, żeby złapać stopa. Wtedy straciłem równowagę.

Paul ponownie zawiesił głos.

– Czyli… Właściwie powinieneś straszyć przy drodze do wioski? – zapytałem.

– Nie, nie. Samochód skręcił w ostatniej chwili, a ja odtoczyłem się na drugi pas. Biedny Jose Joao Valenzuela nie miał tyle szczęścia. Rzucił się, żeby mnie ratować. Prosto pod koła. Kierowca zwiał z miejsca wypadku. A ja zostałem z trupem. Nie bardzo wiedziałem, co robić, więc wziąłem go na plecy i zaniosłem z powrotem do zamku. Mark spytał mnie, kim jest mój nowy przyjaciel. Powiedziałem, że to Jose Joao Valenzuela. Wtedy Jenny zaproponowała, że może mu zrobić loda. Ale Jenny, powiedziałem, on jest martwy. Miłość nie zna podziałów, odpowiedziała. Mark podszedł do sprawy bardziej racjonalnie i stwierdził, że powinniśmy go pochować i odprawić rytuał ku czci Matki Ziemi, przez którą Jose Joao Valenzuala zostanie z powrotem przyjęty na łono Kosmosu. Luke spytał Jenny, czy on nie mógłby skorzystać z jej propozycji, skoro Jose Joao Valenzuela będzie zajęty. Zgodziła się. Wraz z Markiem zakopaliśmy ciało. A że biedny Jose Joao Valenzuela był półkrwi Indianinem, to powstał tu indiański cmentarz. I tak ta historia się skończyła.

– Zaraz, ale przecież wcale nie zginąłeś!

– Spokojnie, już dochodzę do tej części. Tak skończyła się historia naszej wizyty w zamku Balliard-Wilcombe w piątek 13 kwietnia 1967. W czerwcu tego samego roku zaczęto budować hotel. Prace ukończono w rekordowym tempie. W piątek 13 grudnia 1968 przyjechałem tutaj znów z Jenny. To była nasza podróż poślubna. Podróżował też z nami Luke. W każdym razie zamierzaliśmy spędzić noc poślubną w tradycyjny sposób. Luke zasugerował, że mógłby nas wesprzeć i nie widzieliśmy przeciwwskazań. To było trochę jak powtórka z przeszłości. Mieszkaliśmy na wieży, stanąłem przed otwartym oknem, Jenny klęknęła i rozpięła mi rozporek. I wiesz, co wtedy zrobił ten skurwysyn?

– Luke?

Paul zmieszał się.

– Luke? Czemu on przyszedł ci do głowy? Oczywiście, że nie Luke.

– Więc kto?

– Jose Joao Valenzuela. No przecież! Bezczelnie pojawił się w naszym pokoju.

– Zobaczyłeś go, przestraszyłeś się, cofnąłeś odruchowo i po raz kolejny spadłeś z wieży tylko tym razem mniej fortunnie. Mam rację?

– Gdzie tam! Dupek pojawił się za moimi plecami. Nawet nie wiedziałem, że tam jest. Za to Jenny cholernie się wystraszyła. W panice zacisnęła szczęki. A że tym razem zaszła nieco dalej niż poprzednio… Cóż, wykrwawiłem się na miejscu.

– Osz kurde bilans…

– Prawda? Pamiętaj, kolego, nieważne, co ci będą wmawiać, seks oralny to zło. No, miło było pogadać, ale pora na mnie. Wpadnij jeszcze kiedyś. Następny piątek trzynastego będzie jakoś jakby w lutym, czy coś takiego.

To powiedziawszy zniknął, a ja pozostałem tam, w pustym, ciemnym pokoju, przepełniony kosmiczną grozą, jaką wzbudziła ostatnia przestroga tej umęczonej duszy.

h

KONIEC

h

Grzegorz Gajek, dnia 24.08. A.D. 2013, o godz. 13:13:13

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: