polskie centrum bizarro

„Ekspoldujące głowy” by Norbert Góra

In Opowiadania, Różne, różniste on Wrzesień 21, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtSzpitale w naszym pięknym kraju – do czego chyba nie musimy nikogo przekonywać – nie należą do szczególnie miłych przybytków. Na wakacje z pewnością się nie nadają… Na leczenie tym bardziej. Dlatego, jako autorytety i głosy (de)generacji, generalnie odradzamy chorowanie – może prócz chorób psychicznych, ale w tym temacie nie jesteśmy obiektywni, hłe hłe.

Szpital Powiatowy w Kozienicach nie stanowi tu wyjątku, o czym nasi szanowni czytelnicy mogą przekonać się choćby za sprawą tekstu Norberta Góry. Podobno w zmaganiach z państwową służbą zdrowia wiedza bywa przydatna, tym bardziej więc zachęcamy do lektury (bonus – tytuł miło kojarzy się z zawsze zdrowym i kultowym dziełem Scanners). Nigdy nie wiadomo, co się człowiekowi przyda…

h

Eksplodujące Głowy

h

Szpital Powiatowy, Kozienice…

Doktor Krzesimir Kormoran był jedynym lekarzem, który został w szpitalu na noc. Siedział w swoim pomieszczeniu służbowym i kiwał głową nad parą, wydobywającą się z czerwonego, porcelanowego kubka z kawą. Wdychał ten aromat i zachwycał się nim, jakby to był nowy zapach perfum marki Chanel. Nie wiedział czy to jeszcze numer pięć, czy już sześć albo siedem.

W pokoju panował półcień. Łuna wokół księżyca wpadała przez okno, delikatnie oświetlając oparcie krzesła, na którym doktor siedział. Mały, drewniany stoliczek o wyżłobionych kantach delikatnie kolebał się z powodu krótszej nogi. Doktor Kormoran zmuszony był podstawić pod nią klin.

Cicho wzdychając, cały czas patrzył na porcelanowy kubek i wydobywającą się z niego parę, gdy usłyszał hałas. Wrzasnął przerażony i zleciał z krzesła, uderzając łokciami w sztuczną, zieloną wykładzinę. Przy upadku wyglądał niczym bezwładna kukiełka, której ktoś podciął sznurki. Ręce leciały na ziemię szybko, a reszta ciała powoli. Jakby był murowaną wieżą z poważnymi błędami konstrukcyjnymi.

Podniósł się z wykładziny i spojrzał swoimi szarymi, zmęczonymi oczyma na okno.

Z drugiej strony, po szybie ześlizgiwał się w dół czarny jak noc kruk.

Doktor Kormoran przełknął ślinę. Doskonale wiedział, że to zapowiedź złych wydarzeń.

– Akurat na mojej zmianie – warknął do siebie, poprawiając swój śnieżnobiały fartuch, spod którego wystawały czarne, sztruksowe spodnie.

Nocą dzieją się różne, dziwne rzeczy, a Krzesimira Kormorana – jak mało kogo – los uwielbiał pakować w kłopoty. Ostatnimi czasy, nieomalże codziennie, przytrafiało mu się coś złego. Gdy wydał z siebie niekulturalny odgłos beknięcia, popsuł się telewizor. W stołówce, z powodu swojej wagi, połamał nogi aż dwóch krzeseł. Kormoran poklepał się po brzuchu.

Powiedzieć o nim „słodki cherubinek” to tak, jakby nazwać zad konia Marylin Monroe. Jak diabeł wody święconej, tak on nienawidził jednego słowa – dieta. Nie dbał o siebie. Nic, a nic. Pochłaniał nieopisane, ogromne ilości wysokokalorycznego jedzenia, zgodnie ze swoją maksymą:

Pij, jedz i wciąż posilaj się, bo w niebie

anioł – dietetyk będzie pilnował cię

Czyż nie po to przychodzimy na ten świat, żeby zapijać piwem golonkę, hamburgera, czy befsztyka? Życie o bananie i suchej bułce było same w sobie piekłem.

Kormoran ziewnął i przeciągnął się, wydając z siebie cichy pomruk. Podrapał się po otłuszczonym podbródku, niechlujnie zarośniętym. Przyjrzał się ptasim oczom – wytrzeszczonym i złowrogim. Przełknął ponownie ślinę. Machnął ręką i z powrotem skierował się do stolika, z zamiarem spoczęcia na krześle, gdy noga nie wytrzymała ciężaru Kormorana i pękła. Doktor upadł na ziemię po raz drugi. Wydał z siebie dźwięk, bliski naturalnemu odgłosowi świni. Kolejne krzesło do wymiany.

– Psia mać! – wycedził przez zęby, odsuwając krzesło na bok, bliżej drzwi wyjściowych.

Chwycił za porcelanowy kubek i duszkiem wypił całą jego zawartość, po czym głęboko westchnął.

Zaczął zastanawiać się nad tym, jakie jeszcze rewelacje czekają go dzisiejszej nocy. Rozprostował fartuch i poprawił zmierzwione, czarne włosy z szerokimi pasami siwizny. Miał okrągłą, otłuszczoną twarz. Nie wiadomo, gdzie kończyła się u niego szyja, a gdzie zaczynała klatka piersiowa.

Postukał o wykładzinę czarnymi półbutami i ponownie zerknął na okno. Ku jego największemu zdziwieniu, ptak zniknął.

– Ciekawe co było w tej kawie – pomyślał, zerkając na dno porcelanowego kubka.

Po chwili usłyszał skrzypnięcie zawiasów otwieranych drzwi. Znowu wrzasnął przerażony.

W progu stała pielęgniarka Matylda. Miała długie, falowane, rude włosy i piegowatą, kwadratową twarz. Na nosie okulary w grubej, czarnej oprawce. Wystawały jej pierwsze dwa zęby, co było cechą charakterystyczną u koni. Doktor Kormoran, chociaż na swój sposób współczuł pielęgniarce, miał niezłą frajdę za każdym razem, jak informowała go o jakimś nagłym wypadku. Wyobrażał sobie wtedy rżącego rumaka, który wciąga nozdrzami powietrze.

Matylda miała na sobie biały uniform pielęgniarski, wiszący na niej jak na drewnianym wieszaku. Krzesimir czasami zastanawiał się, co ją odróżnia od przeciętnego mężczyzny. Chyba jedynie długość włosów i zadziorny charakter.

– Coś się stało, doktorze? – zapytała go zdziwiona, aż okulary obsunęły się jej na kraniec nosa.

– Ależ skąd. Wchodzi sobie pani do mnie, do gabinetu i łupie w te cholerne drzwi, jakby to była stajnia! Jestem tylko człowiekiem, pani Matyldo. Całkiem niedawno kruk zderzył się z moim oknem! – wykrzykiwał doktor, wykrzywiając twarz. Z każdą upływającą minutą stawała się coraz bardziej czerwona. Lada moment, Kormoran mógłby eksplodować.

– Przepraszam, ja… Nie wiedziałam, że… Nieważne – rzuciła krótko i machnęła ręką. – Chodzi o to, że mamy poważną sytuację na ostrym dyżurze. Przywieziono do nas człowieka, któremu eksplodowała głowa – stwierdziła z uśmiechem Matylda, jakby podawała doktorowi przepis na pyszne, czekoladowe babeczki.

– Eksplodowała głowa? Eksplodowała?! – Lekarz pytał raz za razem, marszcząc krzaczaste, czarne brwi.

– Tak. Na własne oczy widziałam. Ten człowiek nie miał głowy. W poczekalni znajduje się jego brat – mówiła pospiesznie, a doktor Kormoran stał przed nią z rozdziawionymi ustami.

– Z punktu widzenia medycznego taka sytuacja jest niemożliwa. Całkowita abstrakcja. Jezu Chryste… Co za czasy nadeszły? – zapytał, chrząkając i trzęsąc się.

Matylda opuściła pomieszczenie służbowe doktora, a on skierował się na ostry dyżur.

Na sali, na białej kozetce, leżały siniejące z każdą minutą zwłoki mężczyzny. Był dobrze zbudowany. Miał na sobie obcisłą, białą koszulkę i czarne, dżinsowe spodnie, a także czerwono-zielone tenisówki z gumową podeszwą.

Kormoran nie wierzył, ale to była prawda – człowiek nie miał głowy. W miejscu, w którym powinna znajdować się grdyka, ziała szeroka, zakrwawiona dziura.

– O, w mordę – wyszeptał ledwie słyszalnym głosem i przyjrzał się dokładnie ciału.

Zanim zabrał się do jakichkolwiek oględzin, wyszedł z sali i skierował się do poczekalni. Na białym, plastykowym krzesełku siedział mężczyzna o krótko obciętych, kruczoczarnych włosach. Na owalnej, pokancerowanej bruzdami twarzy miał kilkudniowy zarost. W jego błękitnych, niespokojnych oczach kotłował się szok pomieszany z żalem. Ubrany był w zieloną podkoszulkę, jasnoniebieską, dżinsową kurtkę i ciemne spodnie z dzianiny. Obgryzał paznokcie z taką intensywnością, że doktor Kormoran aż zamrugał.

Ciach-ciach.

Ciach-ciach.

Ciach-ciach.

– Panie doktorze. Ja… Nie wierzę – mówił pospiesznie, gdy zauważył Krzesimira Kormorana stojącego w progu poczekalni.

– Ja tym bardziej, panie… – zawahał się doktor, licząc, iż nieznajomy ujawni swoje imię i nazwisko.

– Wacław Pawlak – rzucił krótko, wyciągając w stronę Kormorana rękę. Lekarz uścisnął ją.

– To gdzie pan zostawił swojego Kargula? – zapytał, delikatnie się uśmiechając.

– Pan uważa, że to jest śmieszne? – Na twarzy mężczyzny zagościł grobowy wyraz. – Gdzie ja zostawiłem swojego Kargula, tak? To jest naprawdę takie śmieszne, żeby w obliczu tragedii mojego brata, pytać o mnie o takie pierdoły?

– Przepraszam, to nie tak. Ja tylko chciałem za-za-zażartować… – wyjąkał z trudem doktor, ale obserwował to, co się działo z mężczyzną.

Jego twarz stawała się coraz bardziej czerwona. Oczy z sekundy na sekundę przekrwione. Na czole pojawiła się duża, pulsująca żyła.

– Czy pan się dobrze czuje? – zapytał go doktor, stawiając krok do przodu.

Mężczyzna wrzasnął i głowa mu eksplodowała. Kormoran krzyknął, przerażony, i zasłonił się rękoma, tracąc jednocześnie równowagę. Runął plecami na drzwi do poczekalni.

– Wszyscy święci, co to było? – zapytał siebie ledwie słyszalnym głosem, z trudem podnosząc się z ziemi. Miał całe ręce we krwi.

Wacław Pawlak – brat tragicznie zmarłego mężczyzny – sam powiększył grono aniołów w niebie.

– Pani Matyldo, Pani Matyldo! – Krzesimir krzyczał w stronę ciemnego korytarza, oczekując pomocy.

Pielęgniarka stanęła w progu kilka minut później i wrzasnęła. Widok doktora Kormorana z zakrwawionymi rękoma musiał ją wystraszyć.

– Boże święty, co się stało?! – zapytała, trzęsąc się niby w przedśmiertnych drgawkach.

– Brat tego człowieka, któremu eksplodowała głowa nie żyje. Jemu też bańka nie wytrzymała – stwierdził lekarz, uświadamiając sobie, że pot leje mu się strumieniami po plecach.

Pielęgniarka weszła do poczekalni i jęknęła, kierując swoje spojrzenie na liczbę trzynaście, którą miał na ubraniu mężczyzna.

– Czemu się pani tak wydziera? Przecież to trup, tylko trup – uspokajał ją Kormoran, ale ona podskakiwała z nogi na nogę i wrzeszczała tak głośno, że zmuszony był przytknąć zakrwawione ręce do uszu.

– Ja mam triskaidekafobię** – wyjaśniła szybko, co doktor odebrał jako zwykły bełkot.

– Triska… co?

Matylda nie zdążyła odpowiedzieć. Jej głowa także eksplodowała. Hektolitry krwi po raz kolejny rozlały się po białych, smutnych ścianach.

Kormoran został w szpitalu sam. Sam z trzema, bezgłowymi ciałami. Opuścił bezwładnie ręce. Jego świadomość została ogłuszona przez ten festiwal rozlewu krwi, show eksplodujących głów.

– Muszę się stąd wydostać – stwierdził, nie ruszając nawet powieką, po czym obrócił się plecami w stronę drugiej części korytarza i biegł, hen przed siebie.

Zwykły, powiatowy szpital stał się nieomalże kostnicą z najbardziej upiornych filmów grozy. Musiał koniecznie skontaktować się z Ministerstwem Zdrowia i poinformować o epidemii eksplodujących głów.

Wielokrotnie gubił drogę w ciemnych korytarzach, aż dotarł do dużych, stalowych drzwi, prowadzących do wyjścia. Gdy tylko przekroczył próg wyjściowy, poczuł jak boli go kark. Chwilę potem pot zalał mu czoło. Koszmarna suchość w ustach. Świat przed oczyma stawał się coraz bardziej rozmazany i biały.

BUM!

Świeża krew zalała zielony trawnik przed szpitalem, a po chwili runęło na niego bezgłowe ciało Kormorana.

Doktor wrzasnął i otworzył oczy. Był w swoim gabinecie. Obudził go huk uderzenia czarnego, grubego kruka o szybę.

Krzesimir zamrugał i przełknął ślinę.

– Akurat na mojej zmianie – warknął do siebie, poprawiając swój śnieżnobiały fartuch.

h

*lęk przed liczbą trzynaście. Pojęcie wprowadzone w 1910 roku przez psychiatrę Isadora Coriata.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: