polskie centrum bizarro

„Ciało i krew” by Karol Zdechlik

In Opowiadania, Różne, różniste on Październik 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxt Apokalipsa to temat-rzeka, zawsze lubiany przez popkulturę. Każdy Kowalski co najmniej raz w tygodniu – zwykle w poniedziałek rano – snuje pobożne wizje zniszczenia planety Ziemia, co oszczędziłoby mu wielu kłopotów. Z tych wizji rodzą się Wizje, a czasami Bardzo Dziwne Wizje – czyli takie, które nadają się akurat dla Paskuda.

Do końca świata można podejść na wiele sposobów, lecz na pewno można wyróżnić grupę tych absolutnie evergreenowych – tu znajdziemy na przykład zagłady atomowe, kalendarze cywilizacji Ameryki Środkowej i Południowej, najazd ufoludów czy, a jakże, tzw. biblijny rozpierdziel.

Karol Zdechlik – wbrew ksywce, całkiem świeży nabytek Kółka Adoracji Paskuda – poszedł w tym ostatnim kierunku, serwując oczywiście bardzo wykrzywioną wersję religijnej apokalipsy. Bo co się stanie, gdy sam Bóg postanowi udać się na łono Abrahama? Dowiecie się tego z opowiadania, zapraszamy!

h

Ciało i krew

h

Niebo roniło krwawe łzy, rozpadało się powoli.

Ale nie od razu. I nie niebo jako takie, tylko ten z Nieba.

Mijały dni szaleństwa, obłędu – nowe dni, jeden za drugim. Płakali aniołowie, płakali rzewnymi łzami, opadły ich śnieżnobiałe pióra, gnane wichrem, pachnące lawendą. Obietnice odkupienia, żart ze świętości, kpina z ofiarowania. Umarł Bóg a chwała jego na padół łez, w pył i brud spłynęła. Zalała nas, potopiła. Skosztowaliśmy wszyscy ciała i krwi Jego, otworzyły nam się oczy. Jeśli ktoś jeszcze je miał.

Nie pamiętam już co robiłem, gdy to się stało. Zapewne jakąś codziennie wykonywaną czynność, jak przygotowywanie posiłku, ścieranie kurzu, masturbacja. To stało się nagle, jakby dziełem przypadku, w jednej chwili, w mgnieniu oka. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, westchnąć, zaskomleć, zakasłać, zwalić sobie gruchę z przejęcia.

Jego ciało – cielsko nabrzmiałe, wszechogarniające, znaczone fioletowymi plamami, idealne, ludzkie, nieludzkie a na nasze podobieństwo przez nas wyobrażane – zawisło w niebiosach. Unosiło się. Wisiało nad nami, patrząc martwymi oczami, świecącymi niczym dwa słońca. Spoglądało na nas wszystkich, martwym wzrokiem, z wyrzutem. Przyglądało się swojemu dziełu. Przeszywało nas na wylot. Nie zabrzmiał żaden krzyk ze ściśniętej krtani Jego krtani.

Na Ziemi krzyczano, a jakże. Wniebogłosy. Samobójstwa stały się plagą, miliony ludzi oszalały. Bóg tam się unosił, nad naszymi głowami. W każdej sekundzie istnienia, w każdej chwili życia, w każdym mgnieniu oka, w każdym uderzeniu serca. I nie żył. Przykrył niebo nad całą kulą ziemską. Objął ją ramionami, objął nogami. W ostatnim, tak bardzo nacechowanym czułością, iście ojcowskim geście.

Krew lała się z nieba. Krwawy grad wybił tysiące. Krwawe burze zebrały więcej ofiar. Boże resztki runęły na ludzkość. I nie było już wody na Ziemi, oceany i rzeki pachniały fiołkami oraz lawendą. Fuksją oraz prymulką. Krew Boga – kapiąca z miliona ran na jego boskim cielsku, na jego najświętszym kadłubie, ran głębokich jak kaniony, poszarpanych jak łańcuchy górskie, ze świętych wybroczyn, ze stygmatów o głębokości milionów kilometrów otworzonych w potężnym cielsku – stała się krwiobiegiem Ziemi. Ochłapy mięsa, krwawe strzępki, spadły na powierzchnię globu w płatach, połciach, bezkształtnych formach i przypadkowych kształtach. Całe tony mięsa zaległy w lasach i na pustyniach, spadły na wsie i metropolie, zawisły na szczytach gór, zabiły przypadkowych przechodniów w Radomiu. Kawałki, kawałeczki i kawalątka, Bóg rozpadał się. Nie tracił jednak na masie, wciąż był ogromny.

Szlag trafił cywilizację. Każdą. Trwały permanentne zamieszki, nikt nie kontrolował tego, co się działo, miliony mordowały się wzajemnie na ulicach, pogrążone w ekstazie, w modlitwie, w apatii, w nagłych atakach padaczki, astmy, śmiechu. Każdy, kto skosztował Jego ciała, upił Jego krwi, kto zamoczył się w Jego trzewiach, obmył w Nim swe ciało, zaczął partycypować w martwej boskości.

Tak jak odległe, niepojęte gwiazdy świecące zimno na nocnym niebie, emitują światło sprzed tysięcy lat, blask światów być może martwych od tysiącleci – tak samo ucztujący na truchle Boga poznali przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Poznali wszystko. Im więcej wpychali w siebie Jego ciała i krwi, tym bardziej upijali się przejmowaną mocą. Łudzili się, że osiągną potęgę równą Jego dawnemu majestatowi, ale w rzeczywistości byli tylko małymi pchłami.

Mało który umysł zdołał udźwignąć prerogatywy Boga. W końcu niektórzy zaczęli kształtować rzeczywistość na swój obraz i podobieństwo, wypiętrzać góry, zatapiać równiny, burzyć całe miasta. Padali ofiarą podobnych sobie, skąpanych w boskim szaleństwie, w pierwotnym chaosie innych gwiazd, świecących martwym światłem. A On patrzył na nich z przestworzy martwymi oczami.

W końcu, po całych miesiącach pandemonium, wyładowania elektryczne opasały Jego ciało ciasnymi łańcuchami i spiralami błyskawic.

A potem spadło na powierzchnię. Ziemia przestała się obracać wokół Słońca. Ziemia przestała się obracać wokół własnej osi. Kontynenty zostały zmiażdżone cielskiem swojego stwórcy. Morza boskiej krwi wystąpiły z brzegów. Miliony istnień zginęły w tym akcie ofiarowania.

Gargantuiczny penis Boga, wciąż w stanie wzwodu, wbił się w Jerozolimę, przeszywając planetę na wylot i wytrącając Księżyc z orbity. Atmosfera ulotniła się. Życie na Ziemi przestało istnieć. Bo oni już nie żyli – ci, którzy ucztowali w tych dionizjach, podnosząc ze spieczonego lub smaganego deszczem gruntu ochłapy Jego mięsa. I zjadaliśmy je, surowe, jak staliśmy, gdzie staliśmy.

A ja nie różniłem się od nich.

Od tamtego momentu nie było już Słońca, nie było już przestrzeni kosmicznej. Gwiazdy nie rozświetlały już nocy trupim blaskiem minionej chwały z początków Stworzenia.

Został martwy glob, ściskany przez swojego martwego twórcę.

Nad jednolitą, krwawą breją nie unosił się Duch.

Ja unosiłem się nad krwawą breją. Skosztowałem Bożego ciała, skosztowałem Bożej krwi. Miliony tak uczyniły, lecz zatraciły się w szaleństwie, gdy nawet największe tajemnice stały się błahe i nieistotne. Nadal nie potrafię sobie wyobrazić tego, co nagle zrozumiałem.

Inni tacy też się unosili, przepełnieni dalekim echem Jego chwały. Zabijaliśmy i wskrzeszaliśmy się w obłędnym tańcu, w martwej jak nigdy przedtem pustce wiecznego kosmosu. Nie zapaliliśmy zgaszonych przez Niego gwiazd. Akt twórczy odszedł razem z twórcą. Pojęliśmy łatwo, że żeby rzeczywiście móc się wzajemnie pozabijać, musieliśmy zjeść się nawzajem. Łączyliśmy się w hordy, szaleni, dzicy, nieludzcy. Przyjmowaliśmy kształty i formy przeczące prawom fizyki oraz biologii, bo te umarły wraz z Nim. Niektórzy tuż po tym, jak zostali pożarci, potrafili złożyć się w trzewiach swoich oprawców i rozerwać ich na strzępy od środka.

Jak muchy wlatywaliśmy w Jego cielsko, latami drążyliśmy w nim tunele, nie znajdując tam nadziei ani sensu.

Wpełzaliśmy w żyły, lizaliśmy ściany Jego serca. Zimne kolumny materii długie na kilometry piętrzyły się nad nami, pod nami, wokoło. Nawet jeśli urosłem do rozmiarów dawnego wieżowca, nawet jeśli potem urosłem do rozmiarów Księżyca – nadal byłem nikim w porównaniu z cielskiem, które nakryło sobą Ziemię i zaczęło właśnie gnić.

Minęły wieki, tysiąclecia, minął czas. Truchło rozłożyło się w końcu. Szkielet zakwitł plątaniną marzeń, rozpostartych przez przestrzeń, niczym wielka pajęczyna, z martwym Bogiem i martwą Ziemią w samym centrum. Zbutwiały nasze marzenia, ucichły nasze pieśni. Rwaliśmy sobie skrzydła, odgryzaliśmy swoje dłonie, zagłębialiśmy ociekające jadem szpony w nasze ciała. Z sekundy na sekundę zadawaliśmy sobie coraz bardziej śmiertelne rany i z sekundy na sekundę nasze namiastki boskości neutralizowały ich efekty coraz szybciej. Przestaliśmy się zabijać nawzajem, bo gniliśmy tak, jak dawno zgnił ten, którego groteskową parodią byliśmy. Szkielet Boga obrósł szarym puchem nicości, czarnym kurzem zapomnienia. Wspomnienie istnienia zwinęło się w kłębek, patrząc przez puste oczodoły. Tak bardzo puste. Jakby nigdy nie tkwiło w nich czujące oko, wyrozumiałe oko, oko pośrodku delty świetlistej.

Gdy znowu zderzyliśmy się ze sobą – wszyscy naraz, przesiąknięci nagromadzoną mocą Boga, emanującą na nas nawet wtedy – rzucaliśmy się w szaleńczych spazmach na nasze palce, dłonie, stopy, ramiona, Darliśmy nawzajem swoje ciała, zapomniawszy mowę, porzuciwszy litość, miłość, współczucie i nienawiść.

To było bezsensowne, wspominałem już. Ale nie mogliśmy zrobić niczego innego.

Nie chcieli zmartwychwstać. Ale krztusząc się, plując śluzem, śliną, jadem i nienawiścią – która powróciła do nich po momentach zwątpienia, jak dobra matka okryła ich ciepłym płaszczem – wstawali pośrodku niczego i tym bardziej chcieli być niczym. Jak ten, który już stał się niczym. Pożerałem ich wszystkich. Większość przyjęła to z błyskiem zrozumienia w oczach, jeśli je mieli. Bronili się tylko szaleńcy równi mnie. Ale i oni w końcu ulegli. Stałem się najpotężniejszy.

Aż w końcu zostałem sam.

Duch unoszący się nad pierwotną zupą.

Dawny Bóg obrócił się już w proch.

Pojęcia rozmyły się, zatraciły swój sens, pogubiły punkty odniesienia.

Wróciliśmy do punktu wyjścia.

Wróciłem tam, gdzie nigdy wcześniej nas nie było.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: