polskie centrum bizarro

„Napijmy się wina” by Maciej Kaźmierczak

In Opowiadania on Październik 22, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZawód pisarza to cholernie ciężki kawałek chleba. Wszyscy myślą, że nic taki nie robi, na wszystko ma czas, bo przecież tylko pisze. Pisze i pisze, i pisze, i pisze… A na dodatek pisze. Nawet sobie ludzie nie wyobrażają, w jak wielkim są błędzie. Wszak na młodego twórcę czeka masa pułapek. Zgryźliwi konkurenci, podjarani hejterzy, marudni fani, którym a to leworęczność bohatera nie pasuje, a to by chcieli, żeby kulał na prawą nogę, albo zamiast mieczem wymachiwał katowskim toporem…

Wymieniać by można w nieskończoność. Fakt jednak pozostaje faktem, że zawsze przyda się beta tester. Osoba, która bez złośliwości czy zawiści powie prawdę prosto w oczy, doradzi, opierdoli jeśli zajdzie taka konieczność. Człowiek tego pokroju, to skarb, o który każdy pisarz powinien dbać jak o własne jądra.

O takim właśnie pomocniku, a raczej pomocnicy, opowiada najnowsze dzieło Maćka Kaźmierczaka. A pomocnica ta, wierzcie mi, sposób na sprawdzenie jakości tekstu ma naprawdę niebanalny. Zagłębcie się więc w lekturze i jazda, jazda, jazda!!!

h

Napijmy się wina

h

                                                                 „Wino czyni ubogiego bogatym w fantazje,

a bogatego biednym w rzeczywistość.”

– Platon

 

 

Ekran telewizora zgasł, a wraz z nim ucichły dzikie skowyty udawanego orgazmu dwójki trzydziestoletnich „nastolatków”.

– Słabe jest to dzisiejsze, „nowoczesne” kino – rzuciła z pogardą na oko siedemdziesięcioletnia babcia, powolnymi ruchami wciągając na gołe pośladki podarte w kilku miejscach, grube pończochy. – Kiedyś to były filmy! – Zamruczała głośno. – Najlepsze były te na kanałach niemieckich, pamiętasz? Pierwsze, co wtedy obejrzałyśmy, gdy najmłodszy syn kupił ci satelitę, to właśnie te spektakularne, niewymuszone, naturalne niemieckie porno! O tak!

– Co ty mi tu pierdolisz – warknęła Helga z krzywym uśmiechem. – Jakbym sama tego nie pamiętała. Ale masz rację, te dzisiejsze orgazmy to już nie sztuka, ale szambo. Kiedyś to był prawdziwy, naturalny krzyk. I te wytryski…

Helga mocno potarła wyliniałą, ciemną waginę. Bardzo dawno temu miała ostatni wytrysk, o orgazmie to już w ogóle nie wspominając. Od ostatniego razu zawsze udawała. Cóż za paradoks.

Zośka, bo tak miała na imię staruszka, która na wieczorny seans przyszła do Helgi, wsunęła na szerokie biodra czarną spódnicę. Potem duże, obwisłe do samego pępka piersi wsadziła do pożółkłego, koronkowego biustonosza, zapinanego od przodu, który po chwili zakryła prześwitującym, rozciągniętym swetrem. Czarne dildo schowała do kieszeni i wyszła bez słowa, jedynie kiwając Heldze głową na pożegnanie.

Drzwi trzasnęły i w mieszkaniu zrobiło się nagle przeraźliwie cicho.

Helga wstała z kanapy i przystawiła ucho do wywietrznika w starym, nieużywanym  kominie. Nawet odgłosy kopulacji w mieszkaniu Karola ucichły. Najwyraźniej wcześniej niż zwykle dopadła go wena i musiał wyprosić już swoją dziewczynę.  

– Nie do pomyślenia jest przecież, aby ktokolwiek patrzył mi się na ręce, gdy piszę – powiedział kiedyś Heldze. Było to chyba na samym początku ich znajomości. Kilka dni po tym, jak się tu wprowadził.

Drapiąc się po zarośniętej pachwinie, podeszła do fotela i gwałtownym ruchem ściągnęła z niego białą, prześwitującą koszulę nocną, którą po chwili założyła na  wciąż rozpalone ciało.

Po drodze do kuchni jeszcze raz przystawiła ucho do wywietrznika. Miała racje, wena dopadła chłopaka dziś znacznie wcześniej. Przez komin przedzierało się echo szybkich i mocnych uderzeń w klawiaturę.

Poprzedniego wieczoru zostawiła na stole plik spiętych metalową klamerką kartek, które tego samego dnia przyniósł jej Karol. Pisał kolejne opowiadanie bizarro. Lubiła te wszystkie jego wynaturzenia, erotyczne doświadczenia i obrzydliwe przemyślenia, które najczęściej poruszały tematy dotyczące zoofilii, kanibalizmu, najróżniejszych wydzielin i miejsc ich uchodzenia z ciał ludzi i zwierząt. Jednak już chyba po raz trzeci pisał niemal o tym samym. Jakieś na wpół żywe mutanty, topielce, a teraz zombie.

Na wydruku miała już niemal połowę opowiadania. Dalszą część Karol jej opowiedział, więc mniej więcej wiedziała, o czym pisze w tym momencie. Co prawda ciekawa była, jak w rzeczywistości potoczy się ta historia, jednak wiedziała, że nie będzie już tak porywająca, jak ta pierwsza. Olbrzymka-nimfomanka i golem-seksuolog. To dopiero było iście ekstremalne przeżycie. Seks z topielcem też był wprawdzie ciekawy, ale nie aż tak bardzo jak gwałt w wykonaniu glinianego kolosa o ogromnym przyrodzeniu.

Zombie – jak mógł wyglądać seks z zombie?

Mimo wszystko chciała się tego dowiedzieć.

Jeszcze raz przeczytała trzy ostatnie strony, aby przypomnieć sobie, dokładnie – co i jak?, po czym z powrotem rzuciła kartki na stół i wyszła z kuchni. Przewiązała się w pasie cieniutkim sznureczkiem, który wraz z koszulą tworzył „działający na facetów” komplet. Otworzyła drzwi balkonowe i wyszła na zewnątrz.

Środek lata. Przynajmniej piętnaście stopni na plusie i orzeźwiający, chłodny wiaterek. Helga uwielbiała taką pogodę. A do tego jeszcze te przyjemne dla ucha, odległe pomruki samochodów, które mknęły obwodnicą miasta.

Usiadła na rozkładanym krześle i czekała.

Nawet na balkonie słychać było stukanie w klawiaturę.

Wstała, oparła się plecami o metalową balustradę i wbiła psujący się powoli wzrok w wyższą kondygnację. Okno w mieszkaniu Karola było otwarte. Teraz dało się nawet słyszeć stukot kubka i głośne przełykanie w chwilowych przerwach w pisaniu. Miała nadzieję, że dobrze mu idzie.

Odwróciła się, oparła brzuchem o zimną barierkę i wpatrzyła się w ciemności zalegające na zapomnianej przez Boga i ludzi uliczce. Usłyszała drobne, na razie pojedyncze głosy, jeszcze odległe kwilenie i powoli rodzący się w trzewiach przyszłych ofiar krzyk.

Zaczynało się.

 

***

 

Ile sił w nogach zbiegła po stromych schodach kamienicy na sam dół. Dopadła do starych, spróchniałych drzwi. Nacisnęła klamkę i pchnęła pochłaniane przez korniki, rzeźbione drewno. Nieoliwione od dziesiątek lat zawiasy zaskrzypiały okropnie, zlewając się z coraz bliższymi zawodzeniami umysłowej dziczy Karola.

Wybiegła na ulicę, stanęła po środku zaniedbanego, rzadko używanego asfaltu i zastanowiła się nad najbardziej dogodnym miejscem. W końcu wybrała ścianę, opodal dużego, czarnego kontenera na śmieci.

Pobiegła w tamto miejsce niemal gubiąc z nóg pościerane, fioletowa kapcie. Koszula nocna rozpięła jej się na piersiach, jeszcze bardziej odkrywając pomarszczona skórę i niemal czarne duże sutki błyskające na tle bladej skóry, tuż nad pępkiem.

Oparła się o chropowatą ścianę, rozkraczając się nieco i odsłaniając busz czarno-siwych włosów między kościstymi udami.

Stała w ten sposób przez kilkanaście minut, ale nic nie nadchodziło. A przecież Karol zaczął pisać dobre pół godziny temu, tak więc wszystko powinno się zacząć przynajmniej dziesięć-piętnaście minut od zapisania pierwszego zdania. 

Już miała się wrócić, gdy w końcu zobaczyła to, na co czekała. Kilkanaście metrów dalej z mroku wyłaniało się sześć, może siedem niewyraźnych postaci. Szły powoli, powłócząc nogami i trzymając sztywno sterczące na boki ręce i przekrzywione w różne strony głowy. Co chwila z ciała któregoś z nich odrywały się mniejsze lub większe fragmenty skóry, pożerane powoli przez białe, tłuste larwy.

Helga zaczekała, aż pierwszy zombie znajdzie się metr czy dwa od niej. Wtedy gwizdnęła krótko, ale głośno, tak, aby dźwięk przedarł się przez jego zapchane szlamem uszy, po czym podniosła prawą nogę i oparła ją o brzeg kontenera na śmieci.

Stwór spojrzał na nią. Wydawało się, jakby rozważał „za” i „przeciw”. W końcu ruszył w stronę Helgi i zaczął ją brać. Ta mruczała, przywołując na swoją twarz uśmiech. Uczyniła to jednak zbyt pochopnie.

 

***

 

Przypomniała sobie, jak Karol jej mówił, że w okolicy stacjonuje oddział zamienionych w zombie żołnierzy. Miała nadzieje, że już tam są, i że chociaż tam znajdzie nieco więcej przyjemności, niż dotychczas. Te stwory, które przetaczały się przez ulicę i nacierały na śpiące miasto, nie potrafiły nawet dobrze wcelować kutasami w waginę. Miała nadzieje, że niegdyś zbrojni faceci nieco więcej zapamiętali  z dawnych  figli z dziewczynami.

 

***

 

Zastała ich w dwupiętrowym budynku, w którym, jeszcze za jej tak zwanej młodości, był bar.

Może dwudziestu zombie siedziało w środku. Większość ściskała w zielonych dłoniach stare, zakurzone kubki. Niektórzy, chcąc je odstawić, zostawiali własne palce w metalowych uchach.

– Hej, chłopaki! Macie ochotę skosztować wilgotnej myszki?

Zastanawiali się kilka sekund.

W końcu się skusili.     

 

Brało ją trzech.

Dwóch od przodu, jeden od tyłu. Poza tym jakiś młodziak wciskał jej do ust swego rozpadającego się, cuchnącego penisa. Jedyna przyjemność przychodziła z tego, iż był śliski, a szybko przychodzący wytrysk nie hamował erekcji. Młodociany był jednak niedoświadczony. Co rusz przyrodzenie wyskakiwało mu z pomalowanych na czerwono ust Helgi i uderzało ją w nos albo w oko. Nie miała mu tego oczywiście za złe. Uderzyła go tylko raz. Tak, na odwal się. Urwała mu przy tym głowę, która potoczyła się w sam róg pomieszczenia. Ciało znieruchomiało i zwaliło się na podłogę, po chwili rozpływając się jak masło na rozgrzanej patelni. Robaki, które uciekły z jego głowy, wypełzając przez usta, nos i uszy, niemal natychmiast przeniosły się na nowego zombie.

 

***

 

– Ignorant!

– Nieudacznik!

– Amator!

– Słucham? – Jeden z tych, którzy sapali przy jej odbycie jak parowozy, spojrzał na nią z przestrachem. Pozostali dwaj również zwolnili i zaczęli popatrywać na nią z podejrzeniem.

– Ja pierdole!

– Mógłbyś wreszcie wymyśleć coś porządnego!

– Rozumiesz, kurwa?!

– Słucham? –  Ponowił pytanie zombie. Tym razem wyglądał na nieźle przestraszonego. W oczach miał łzy.

– Nie mówię do ciebie, dziecino – odparła Helga, nie zwracając uwagi na to, że dwóch pozostałych odeszło już od niej, z powrotem zakładając poplamione i podarte mundury. – Mówię do tego, który was wymyślił. On chyba powoli traci zdolność kreowania postaci, które potrafiłyby naprawdę dobrze zerżnąć kobietę. Nie uważasz, że robisz to naprawdę źle?

Zombiak zaszlochał i odszedł, wycierając spływające po twarzy łzy, które, niczym lawina staczająca się z góry, zabierały po drodze zielonkawe fragmenty skóry z twarzy. Co chwila słychać było nieprzyjemne mlaśnięcia, gdy te spadały na betonową podłogę.  

Podniosła się z ławy i usiadła na pobliskim stole. Zarzuciła na ramiona koszulę nocną i zapięła ją do połowy.

Nie niepokojona przez nikogo, pospiesznie wróciła do mieszkania, tam ubrała się, wzięła skórzaną torebkę i skierowała się do tej części miasta, która nigdy nie zasypiała.   

 

***

 

Przed chwilą dzwoniła do niego pani Helga. Prosiła, aby zszedł do niej natychmiast, inaczej „to ona pofatyguje się do niego, co byłoby na pewno niezbyt przyjemne” – stwierdziła.

Chcąc, nie chcąc, wcisnął na klawiaturze jednocześnie dwa przyciski: Ctrl i S; zminimalizował edytora tekstów i zamknął laptopa.

Niespiesznie zszedł o piętro niżej i zapukał do drzwi, na których wisiała metalowa tabliczka. Wyryta była na niej godność Helgi, jednak rdza pozwalała jedynie na odczytanie imienia i pierwszej litery nazwiska.

– Helga W… – szepnął, jak zwykle w momencie, gdy stawał w tym miejscu.

Nie miał pojęcia, jak miała na nazwisko.

– Wchodź, Karolu. Nie krępuj się. – Z wnętrza dobiegł go głos Helgi.

Nacisnął klamkę i naparł na drzwi.

Ostrożnie wszedł do środka.

Helga siedziała w fotelu. Mebel był odwrócony przodem do malutkiego stolika, przez co Karol bardzo wyraźnie widział nagie, obrzydliwie pomarszczone ciało staruszki.

Na drewnianym, małym stoliku stała zapalona świeczka. Płonęła dużym, jasnym płomieniem, który dawał niemal tyle światła, ile żarówka średniej mocy. Obok świecznika stała wysoka butelka z ciemnym płynem w środku.

– No chodź, Karolu – Helga zachęciła go ruchem kościstej dłoni. – Usiądź, musimy porozmawiać.

Karol podszedł i usiadła na wskazanym miejscu. Fotel był wygnieciony, zapadał się. Oparcie wydzielało nieprzyjemny zapach. Częste wizyty w mieszkaniu staruszki przyzwyczaiły go jednak do niego.

– Tak, kochana? – Lubiła, gdy się tak do niej zwracał. Jemu to raczej wisiało. Mógł wołać nawet „per Dziwko”, gdyby tylko sobie tego zażyczyła. Aczkolwiek nie był pewny, czy kiedykolwiek miała coś wspólnego z prostytucją. Nie do końca. Zaledwie na dziewięćdziesiąt dziewięć procent. – O co chodzi?

– O twoje opowiadanie. Czytałam je dziś jeszcze raz, przeanalizowałam dalszy ciąg. – Uśmiechnęła się krzywo. –  Przemyślałam je sobie dokładnie.

– I? – rzucił jakby z pogardą. Nie miał pojęcia, czemu aż tak bardzo interesowały ją jego teksty. 

– I nie jestem zadowolona. Chociaż nie, to mało powiedziane. Jestem nieusatysfakcjonowana, całkowicie zbulwersowana tym, że piszesz tak słabe rzeczy.

– Słabe?

– Czy ja niewyraźnie mówię?

– W takim razie proponujesz, żebym jak pisał? Albo co?  

– O, i to jest dobrze postawione pytanie. Mam pomysł na nowe, spektakularne zakończenie twojego najnowszego opowiadania. – Wskazała na butelkę. – Ale zanim zaczniemy je omawiać, musimy napić się wina.

– Czemu?

– Bo mam nadzieję, że dzięki niemu wymyślimy jeszcze lepsze zakończenie, które będzie o wiele bardziej brutalne, o wiele obrzydliwsze, o wiele…. – Uśmiechnęła się złowieszczo. – Zadowalające.

Pieszczotliwie pogłaskała się po wypukłej, mięciutkiej myszce-pieszczoszce.

Zdziwienie i niezrozumienie w pytającym wzroku Karola pozostawało niewzruszone. 

h
h
Reklamy
  1. No i jak tu nie bać się seniorów. A z opowiadania wynika, że zombiakom, jakkolwiek zaawansowana byłaby zgnilizna je tocząca, przynajmniej jedna część ciała nie urywa się tak łatwo ;).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: