polskie centrum bizarro

„Dziecko, kurz, mortadela, czyli: Czy każdy jest pewny, że żyje naprawdę?” by Marcin Szelągowski

In Opowiadania on Październik 25, 2013 at 6:00 am

Jak dobrze wszyscy wiecie, Jego Eminencja Paskud ma stałe grono wiernych wyznawców. Ale czymże byłby bizarrowy Bóg, gdyby aktywnie nie poszukiwał nowych? Skończyłby tak, jak niedługo skończy dyrektor pewnej popularnej rozgłośni radiowej. Wierni wymrą, a on zostanie na lodzie.

Na szczęście na łamy Niedobrych Literek w regularnych odstępach czasu trafiają nowi autorzy, którzy pod sufitem mają tak równo, jak eunuchy ciasno w gaciach. Naszym najnowszym nabytkiem jest człek, a może nawet nie człek, bo co do tego pewności nikt nie ma – Marcin Szelągowski.

Swoim pierwszym tekstem opublikowanym na łamach Literek zmusi nas On do refleksji nad własnym życiem i nad tym, czy faktycznie jest ono tak realne, jak nam się wydaje? Zapraszamy zatem do lektury, po której z pewnością dwa razy się zastanowicie, zanim beztroskim ruchem ręki zetrzecie kurz z mebli…

h

Dziecko, kurz, mortadela, czyli: Czy każdy jest pewny, że żyje naprawdę?

h

Wszystko wydarzyło się pewnej wiosny. Na niebie zrobiło się tłoczno. Nie licząc samolotów i  robactwa, wszędzie latały skrzydlate grubasy – amory. Kto nie musiał, nie wyściubiał nosa z domu, bo te małe, opasłe skurwysyny strzelały do wszystkich. Bez wyjątku, czy to była kobieta, dziecko czy staruch. Wszyscy, dosłownie wszyscy obrywali. Ulice spłynęły krwią niewinnych ludzi. Gang amorów odleciał po paru dniach, zabierając ze sobą upolowanych ludzi. Żaden kawałek mięsa nie mógł się przecież zmarnować. Po jakimś czasie życie znów wróciło do normy. Każdy mógł wyjść z domu bez obawy, że zostanie porwany. Jednakże każdy wiedział, że kupidynki zgłodnieją i wrócą.

W niedzielę poszliśmy do kościoła. Wyznawaliśmy Kult Wielkiego Kuraka Wybawiciela. Matka bała się, że pewnego dnia Wielki Kurak pojawi się na Ziemi i wydziobie wszystkich ludzi jak ziarno. Ja nie wierzyłem w te bzdury. Matka dawała co niedziela na tacę, jakby miało to nas przed czymś uchronić. Ojciec z kolei nigdy nie pracował na kolei. Po powrocie do domu zabraliśmy się za robienie obiadu. W pewnym momencie w kuchni pojawił się ojciec i oznajmił:

– Od dzisiaj będę jeździł i zwiedzał świat.

– Przecież nie mamy pieniędzy – odparła matka, odlewając kartofle.

– Nie o to chodzi. Znalazłem bezpański wózek inwalidzki – rzekł dumnie. – Zaparkowałem go pod naszą kamienicą.

– Oj, zgłupiałeś już do reszty. I czy na pewno był bezpański? – matka spojrzała podejrzliwie.

– No… no… a chuj tam – ojciec machnął dłonią. – Nie będę się tłumaczył, jestem już dorosły i poza tym – zawiesił głos i pomachał palcem –  zobaczysz kobieto. Zdobędę na nim jakiś szczyt górski.

– Ciekawe jak.

– Po prostu rozgłoszę, że takie mam marzenie, ludzie wniosą mnie na szczyt, a ja później powiem, że go zdobyłem. Bez wózka musiałbym sam wchodzić i się zmęczyć, a tak…

– Szczyt chamstwa.

– Raczej lenistwo. Idę na strych obserwować ewolucję kurzu.

W tym samym czasie, gdzieś w mieście, jakiś młody i pijany inwalida czołgał się do domu bez swego wózka. Zaś do nas wpadł niespodziewanie z wizytą wujek Wiesiek. Przyniósł butelkę magicznego bimbru. Po solidnej dawce samogonu mogliśmy teleportować się w każde miejsce na Ziemi. Wujek Wiesiek powtarzał mi zawsze, że zwiedził prawie cały świat, tylko nic nie pamięta. Kochał bimber, a bimber kochał jego. Powtarzał też, że nauczy mnie jego produkcji, ale jak do tej pory nic jeszcze z tego nie wyszło. Ojciec dalej obserwował ewolucję kurzu. Mówił, że kurz ewoluował do tego stopnia, że mógł normalnie się z nim komunikować i przekazał mu kilka prawd życiowych. My zaś zasiedliśmy z wujkiem do butelki. Piliśmy równo, lecz później opadła kurtyna i każde z nas się teleportowało. Rano obudziłem się na podłodze. Widocznie powrót niezbyt mi się udał. Byłem pewnie gdzieś daleko. Karaiby, Malediwy, ale nic nie pamiętałem.

Parę dni później wujek Wiesiek mieszkał już na cmentarzu. Rodzice mówili, że zmarł w bliżej nieznanych okolicznościach. Podobno powietrze, którym chciał oddychać, stawiało opór i nie dało się wciągnąć do płuc. Gdy złapano je w słoik i zaprowadzono na przesłuchanie, wyznało, że zrobiło to w obronie własnej, gdyż nie chciało zostać wchłonięte i zabite. Powietrze wypuszczono na wolność, ale dostało wyrok w zawieszeniu. Ojciec natomiast upierał się przy tym, co przekazał mu kurz na strychu i powiedział, że to od codziennego zaglądania do butelki zmarł wujek Wiesiek. Kurz mianowicie sądził, że jesteśmy tylko sumą wykroczeń i naruszeń przeciwko sobie samym. Wszystko zaś podlicza istota kosmiczna, która prowadzi dokładną księgowość. Gdy dochodzi do rażących niezgodności, zostajemy wyrzuceni na pastwę choroby. Ale co tam może wiedzieć taki kurz ze strychu, prawda? Czyżby doszli do etapu, kiedy wymyślili sobie Boga?

Wstałem z samego rana, zwlokłem się z łóżka, odprawiłem cały ten poranny rytuał pielęgnacyjny i ruszyłem do pracy. Robiłem i sprzedawałem kanapki z mortadelą. Pamiętam, jak za młodu nauczyciele mówili mi: „Jurek, jakie dobre dziecię z ciebie. Pamiętaj, że w życiu możesz zostać, kim tylko zechcesz”. Tak więc w wieku siedmiu lat chciałem zostać wąsem Wałęsy. Później mi się odechciało.

Do sklepu wszedł klient. Grubas rozejrzał się, oblizał usta i rzekł:

– Panie, jaki rocznik tej mortadeli?

– Bo ja wiem. Ludzie mówią, że raczej do końca świata, więc termin jest niestabilny.

– Dobra, biorę osiem.

Ukroiłem osiem plastrów, posmarowałem kromki chleba masłem, położyłem ukrojone wcześniej plastry. Wszystkiemu przyglądał się głodnym wzrokiem grubas.

– Zapakować? – spytałem.

– Obejdzie się. Wpierdolę na miejscu. – Jak powiedział, tak też i zrobił, po czym zapłacił i wyszedł.

Gdy wróciłem do domu, nie byłem jakoś szczególnie zmęczony pracą. Zjadłem obiad, zasiadłem przy oknie i  obserwowałem życie na ulicy. Jakaś młoda dziewczyna zatrzymała się na chodniku, spojrzała w stronę mojego okna. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Była naprawdę ładna. Później przeszła na drugą stronę drogi i znikła mi z pola widzenia. Jakiś czas potem rozległo się pukanie do drzwi. Matki nie było w domu, a ojca jak zwykle pochłaniał kurz. Poszedłem otworzyć.

– Cześć – rzekła dziewczyna.

– Cześć.

Zapadła niezręczna cisza.

– Może zaprosisz mnie do środka?

Nie zastanawiając się długo, a raczej można powiedzieć: odruchowo otworzyłem szerzej drzwi i ruchem ręki zaprosiłem ją do środka.

– Może coś do picia? – spytałem.

– Masz piwo?

– Mam.

Podszedłem do lodówki, otworzyłem drzwiczki i wyjąłem dwa  browary. Gdy człapałem w stronę pokoju, zastanawiałem się, co ja w ogóle wyprawiam. Przecież nie znałem tej kobiety, a zachowywaliśmy się jak starzy kumple.

Siedziała w skórzanym fotelu, przy nogach postawiła torebkę. Podałem jej piwo i spocząłem na drugim fotelu.

– Więc… – zacząłem niepewnie – … kim jesteś?

– Dziewczyną – odpowiedziała i zaśmiała się.

– To, to ja wiem, ale jak masz na imię?

– Julita. A ty?

– Jurek.

– Widzisz, teraz już się znamy. – Upiła łyk piwa, odstawiła puszkę na stolik i sięgnęła do torebki, wyjmując z niej jakąś opasłą kopertę. – Masz, obejrzyj sobie.

– Co to jest?

– Zdjęcia z mojego rodzinnego albumu.

Wypiliśmy piwo, przejrzeliśmy fotografie. Julita opowiedziała mi o swojej rodzinie, pokazała, kto jest kim. Ja opowiedziałem o  moich bliskich, ale nie ze szczegółami.  Wychodząc, zostawiła mi swój numer telefonu i pocałowała mnie na pożegnanie. Parę godzin później przyszła z pracy matka. Zjawił się też ojciec, ale miał dziwną minę.

Następnego dnia spakował termos z herbatą, kanapki, parę batonów czekoladowych, wsiadł na swój wózek i ruszył w świat. W liście pożegnalnym, który znalazłem na stole, napisał że ustalił z pewnymi ludźmi, że zdobędzie Mount Everest. Napisał też, by obserwować i opiekować się jego kurzem. Matka ruszyła do swojej pracy, a ja do swojej. Znów cały dzień kroiłem mortadelę i serwowałem ją ludziom. Często zastanawiałem się, czy to wszystko ma sens.

***

Nauczycielka podeszła do małego Wojtusia, który siedział i z zapałem zapełniał kolejne kartki rysunkami.

– Co tam rysujesz?

– A, taką historyjkę, proszę pani – odpowiedział radośnie chłopiec.

– O czym ona opowiada?

– O pewnej rodzinie. Tata był badaczem kurzu. Ich syn pracował w punkcie sprzedaży kanapek z mortadelą. Miał też dziewczynę – zaśmiał się chłopiec. – Mama… hmm… dla niej na razie nie wymyśliłem nic, więc chodzi tylko do pracy.

– A gdzie pracuje?

– Tego też jeszcze nie wiem. Ale chodzi i pracuje.

– Później tata wyrusza na wyprawę, by zdobyć szczyt górski. A, i był też wujek Wiesiek, który produkował dziwne mikstury.

– Ciekawe – odparła.

– Wszyscy są szczęśliwi – uśmiechnął się chłopiec.

Nauczycielka podniosła jeden z rysunków, który przedstawiał latające, grube ludziki z łukami. Na kartce narysowane było również parę serduszek.

– Jest też wiosna – dodał chłopiec, a nauczycielka odłożyła rysunek. – W niedzielę chodzą do kościoła.

– To wspaniale – rzekła.

– Proszę pani, wie pani, że oni żyją naprawdę? Tak, tak. Żyją swoim życiem.

Nauczycielka spojrzała na chłopca i lekko się uśmiechnęła.

– Wojtuś. To są tylko twoje rysunki. – Wzięła kolejny do ręki, przyjrzała mu się i odłożyła.

– Nie proszę pani. – Pokręcił przecząco głową.

– Oj, kochanie.

– Skąd pani to wie?

– Tak już jest.

– A skąd pani wie, że żyje?

***

Kaśka była chora i musiała zostać w domu. Opatulona ciepłym kocem, trzymając w ręku kubek z gorąca czekoladą, oglądała kolejny odcinek swojego ulubionego  serialu, siedząc wygodnie w fotelu. W jednej scenie nauczycielka przeglądała rysunki swojego ucznia o imieniu Wojtek i…

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: