polskie centrum bizarro

Na grobowe nastroje, cmentarne wybryki – czyli zaduma listopadowa na Niedobrych Literkach

In Akcje Literackie, Opowiadania on Listopad 1, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚmierć. Zasadniczo to koniec, choć niektórzy twierdzą, że początek. Niezależnie od stanowiska, nie jest to na pewno najprzyjemniejsze zjawisko. Nasza własna lub w najbliższych okolicach – to dopiero dołujący temat do rozkmin i tragiczny do doświadczenia. Zrobiło się smutnawo, ale tak to jest – pod warunkiem, że nie trafi się opcja luksus, czyli Raj albo przynajmniej wygrzebanie się jako wesołe zombie, to każdego z nas czeka bliskie spotkanie trzeciego stopnia z PONURYM ŻNIWIARZEM (i tak, mamy nadzieję, że gość będzie tak sympatyczny jak w Świecie Dysku).

A jeśli wolicie podejść do sprawy optymistycznie, to… wczoraj było Halloween! Najlepsze święto w roku (Santa Claus jest passé i komercyjny i od potraw wigilijnych się pięcznieje, a reszta świąt w Polsce jest albo ponura, albo pompatyczna), horror, dynie, kostiumy, horror, słodycze, dzikie melanże, horror – jak porządnie spędzi się Święto Duchów, to i poranny grobbing niestraszny, nawet na kacu. I w tej tonacji zaprosimy was do lektury aktualki na pierwszy listopada, w ramach której Davidt Liode, Bartosz Orlewski, Andrzej Biedroń, Juliusz Wojciechowicz, Darek Kuchniak oraz Rafał Christ opowiedzą wam o śmierci, a Tomasz Woźniak wesprze ich jak zwykle świetnymi ilustracjami. Zejście w stylu bizarro? Najlepsze zejście z możliwych!

h

Przedśmiertny bełkot

by Davidt Liode

h

Bezwzględna imitacja bezbarwnego spojrzenia, rzut okiem, uśmiech. Mała kostka czekolady, już ostatnia. Chyba ją zjem. Celebra jak chuj.

Na oknie moja piękna, różnokolorowa gerbera o długiej szypułce i liściach zebranych w rozetę spogląda na mnie i się dziwi, kurwi.

Chcę zjeść jajko na miękko, ale nie mogę, cóż za wstrętna kara, antypatia do jajka spowodowana idiosynkrazją. Muszę dalej patrzeć na kwiatek, żeby nie zaprzątać mózgu tą małą paranoją.

Dobrze, że mam okna na północ – przynajmniej mojej piękności nie zaszkodzi wrodzona heliofobia.

Na pochyłości bezkresnej ściany, dzielącej powietrze na części jak kartki zeszyt, znajduję ukojenie wszystkich chorób, które otaczają moją przestrzeń życiową.

Mija decennium tego, jak ostatni raz nawiedzili mnie żyrondyści. Ich burżuazyjne ryje na pewno rozbawiłyby mnie jak kiedyś. Żabojady opowiadałyby swoje historie o poglądach gospodarczych, politycznych i religijnych, a ja potakiwałbym, ukazując tym samym jak bardzo dobrze ich rozumiem. Piłbym herbatę o kolorze herbacianym, oni zaś kawową kawę.

Tylko po co wspominam minione czasy, skoro i tak już nie wrócą.

Permanentny absurd archetypowego megalomana. Ekspresja całego zdarzenia wyrażana jest mocno zakorzenionymi pośladkami w starym, zielonym fotelu, tudzież głośno tykającym zegarem ściennym. I tak nadszedł koniec, bo czekoladki się skończyły.

Fantastycznie zaparzona herbata i wyimaginowani goście, kwiatek na oknie i stary zegar. Jedność. Groteska.

William James chyba miał rację; jedynym kryterium prawdy jest jej wartość praktyczna. Pragmatyzm przeciwstawia się racjonalizmowi. A to czasem nie pasuje do poglądów zwykłego szarego człowieczka. Takiego jak ja.

Wszyscy jesteśmy równi. Pozwala nam na to demokracja. Ona też pozwala równiejszym okradać tych, którzy nie są im równi.

Jesteś zwolennikiem emancypacji kobiet? Popierasz Orzeszkową czy raczej gardzisz nią jak Prus?

I prowadzę tak gawędę z kwiatkiem, a przecież jedyne, czego on potrzebuje, to odrobina wody z rana. Otworzę alpagę i wezmę dwa głębokie łyki. Ja też w końcu potrzebuję odrobinę płynu. Tyle, że wieczorem.

Nachodzi mnie teraz jedna myśl.

Ten człowiek jest moralny, który postępuje z myślą o społeczeństwie i dla jego dobra. Każdy ma do spełnienia jakąś społeczną rolę, dzięki której staje się użyteczny społecznie. E tam, to brzmi jak utylitaryzm. A ja nie lubię wyrazów na u.

Zresztą, mam fotel i jebie mnie społeczeństwo. Po co myślę więc o pierdołach?

Pociągnę już lepiej za spust. Żegnaj. Żegnaj na zawsze. A co z kwiatem?

h

Nawiedzony

by Bartosz Orlewski

h

Dom stał na końcu ulicy pod niebem odartym z pogodnych barw. Kiedy byłem dzieckiem, wyglądał zwyczajnie – dwupiętrowy budynek z garażem. Po dwudziestu latach dorósł do swojej potwornej natury.

Bill gwizdnął z wrażenia.

– Ogromny – powiedział.

– Będzie większy, jeśli czegoś nie zrobimy – odparłem i zagrodziłem drogę dwójce dzieci. Chłopiec, przebrany za rycerza Jedi, nadstawił worek z motywem dyni. Dziewczynka w stroju wilkołaka uniosła pleciony koszyk, którego dno było zasłane batonikami. – Nic z tego, gówniarze – warknąłem i kazałem im spieprzać. Uciekli, nie oglądając się za siebie. Bardzo dobrze. Uciekajcie, pomyślałem i zacisnąłem pięści.

Spojrzałem na dom. Łypał na nas trzema rzędami ogromnych okien, owalnych jak owadzie ślepia.

Stary drań zabrał moich przyjaciół.

I sprawił, że świat o nich zapomniał.

Tak właśnie działał. Jeśli przekroczyłeś jego próg, to mogłeś być pewien jednego – że twoi bliscy zaczęli o tobie zapominać. Rodzice, rodzeństwo, dziewczyna bądź chłopak. Najpierw oni, potem reszta. Koledzy i przyjaciele. Nauczyciele. Sąsiedzi. Dom wymazywał twoje imię z annałów historii. Starannie zacierał ślady twojego istnienia. Zszywał wątki przerwane twoim zniknięciem. Formatował przeszłość. Tworzył nową teraźniejszość. Mniejsza o metaforę. Widziałem to wiele razy.

Ja.

Johnny Świr.

Johnny Czubek.

Johnny Porąbaniec.

Kumpel Billa.

– Jak się czujesz? – zapytał Bill.

Wiedziałem, o co pyta. Do czego zmierza.

Stary lis.

Zmarszczył brwi i przejechał dłonią po gęstej brodzie.

– Więc? – zapytał ponownie, zdejmując kapelusz i kładąc go na masce dodge’a, którym przyjechaliśmy.

– Nieźle – odparłem. – Moja siostra, Mary, nie żyje. Moi dwaj siostrzeńcy również. Zmiażdżeni. Zmasakrowani. Martwi. Rzuciła mnie dziewczyna. Straciłem pracę. Bank zabrał mi dom. Ale czuję się dobrze. Nie tracę nadziei. Myślę pozytywnie. I rozmawiam z tobą, chociaż nie powinienem, bo to przez ciebie, Bill, zapracowałem na opinię świra i byłem hospitalizowany w zakładzie psychiatrycznym.

– Naprawdę rzuciła cię dziewczyna?

Zadrwił przyjaźnie. Bez złych intencji.

– Racja, Bill. Przecież mnie znasz. Żadnych dziewczyn. Lubię facetów.

Nie żartowałem. Lubiłem. W typie dobrze zbudowanych przystojniaków z programu do obróbki zdjęć.

– Może gdybym był tamtym Billem, poczułbym odrazę, Johnny. Może nawet wpakowałbym kulę w twój przystojny łeb i splunął na twoje świeże zwłoki. Ale nie jestem tamtym Billem. Tamten, cóż, jest martwy. Dłużej niż twoja siostra i jej dzieci.

Przełknąłem ślinę. Niepotrzebnie. Nie zabolało. Powiedział prawdę. Zbudowaną z kilku słów i mnóstwa smutnych faktów.

Tamten Bill, uwieczniony w groszowych historiach i dziesiątkach filmów, był martwy. Jak moja siostra i siostrzeńcy, niezauważeni przez literaturę i kinematografię. Natomiast mój Bill – „niewidzialny” przyjaciel, przez którego wylądowałem w pokoju o miękkich ścianach – jawił się jako bardziej rzeczywisty niż moje życie, które teraz – u progu nawiedzonego domu – nie różniło się zbytnio od snu.

h

*

h

Pamiętam, że po osiągnięciu pełnoletności uciekłem od zgorzkniałych rodziców. Ojciec i matka widzieli we mnie przede wszystkim świra. Czubka. Porąbańca od niewidzialnych przyjaciół. Byli przekonani, że zrujnowałem ich małżeństwo. Najpierw opowieściami o Billu – o tym, jak załatwił dwóch łotrów w bocznej alejce w naszej dzielnicy. Potem historiami o nawiedzonym domu. O zniknięciach moich kolegów i koleżanek, których, według lekarzy, nigdy nie miałem. O Elizabeth, z którą przeżyłem swój pierwszy raz, by stwierdzić, że chyba jednak wolę chłopców – a którą dom, ten potwór z końca ulicy, zwabił do siebie i wymazał z rzeczywistości, jakby była niedbale wykonanym rysunkiem, a nie osobą z krwi i kości. Osobą, którą doprowadziłem do głośnego orgazmu za pomocą dwóch palców i języka. Osobą o cudownym uśmiechu. Czarę żalu, złości i nienawiści przelała historia o moim chłopaku. Mike i ja. Niepokorni i napaleni. Pieprzyliśmy się jak króliki. Aż niebiosa drżały, a piekło świętowało. Hormonalna sielanka nie trwała długo. Po kilku miesiącach dom upomniał się o moją szczenięcą miłość. Dom, którego nikt, nie licząc mnie i ofiar, nie widział.

Nic dziwnego, że gdy nadarzyła się okazja, uciekłem do innego miasta, w poszukiwaniu samego siebie. Tam, gdzie nie było nawiedzonych domów. Gdzie mogłem zapomnieć o toksycznych rodzicach i tchórzliwej siostrze, która nigdy nie stanęła po mojej stronie.

Minęło pięć lat.

Rodzice zmarli. Siostra przeprowadziła się do narzeczonego, wyszła za mąż, urodziła dzieci, dorobiła się domu na przedmieściach, w porządnej dzielnicy, a potem została zdradzona i porzucona przez męża, który – jak wyszło na jaw podczas rozprawy rozwodowej – miał drugi dom, w jeszcze lepszej dzielnicy. Odwiedzałem Mary i jej dzieci w każde Boże Narodzenie i Święto Dziękczynienia. Między nami bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej. Jak to w rodzinie, tym bardziej między rodzeństwem. W jednym jednak byliśmy zgodni – nie wracaliśmy do przeszłości.

Przeszłość była martwa. Przebita osikowym kołkiem. Pochowana w naszym rodzinnym mieście, a w przypadku mojej siostry – również w grobie jej byłego męża. Drań zasłużył na swoje podziemne gniazdko, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Na stare śmieci wróciłem dopiero po śmierci Mary i dzieci. Po trosze za namową Billa.  Zaoferował pomoc. Po namyśle uznałem, że nie mam niczego do stracenia. Co mogłem stracić, już straciłem – siostrę, ukochanych siostrzeńców, chłopaka, który zostawił mnie dla młodszego i bogatszego, oraz pracę, którą naprawdę lubiłem. Został mi tylko nawiedzony dom. I mój „niewidzialny” przyjaciel.

Bill.

Chytry lis.

I ja.

Johnny Bujna Wyobraźnia.

Johnny Kłamca.

Johnny Czarna Owca.

h

*

h

Zapadał zmierzch, rozkwitała groza typowa dla końcówki października. Po ulicy śmigały poprzebierane za monstra dzieci. Smakołyki przechodziły z rąk do rąk, lądowały w przepastnych workach, torbach i koszykach. Z werand gapiły się na nas wyrzeźbione dynie, a my gapiliśmy się na jedynego potwora w morzu przebierańców.

Stary drań zdawał się odwzajemniać nasze spojrzenia.

– Ogromny – powiedziała Annie.

Przyjechała motocyklem ustylizowanym na śmiercionośną maszynę z przyszłości. Zaparkowała za dodgem. Zdjęła hełm Sędziego z Mega-City One i stanęła obok Billa.

– W rzeczy samej – odpowiedział Bill. – Nie śpieszyłaś się.

– Cześć, Annie – rzuciłem.

– Cześć, Johnny.

– Oryginalny strój – zauważyłem.

– W końcu mamy święto – odparła i wyciągnęła z kabury replikę Prawodawcy.

Annie była dziewczyną Billa. Metr pięćdziesiąt wzrostu, bujne ciemne włosy, dziewczęca twarz i oko celniejsze niż strzała Amora.

Kolejna „niewidzialna” przyjaciółka.

– Założę się, że ten dom jest wewnątrz o wiele większy niż na zewnątrz – powiedział Bill.

– Jak TARDIS? – zapytała Annie.

– Tak. O ile mamy do czynienia z domem.

– Sprawdźmy to – dodałem.

– Nie czekamy na Weismullera?

– Dogoni nas.

Bill położył dłonie na rewolwerach wsuniętych za pas i podszedł do drzwi. W bezpośrednim sąsiedztwie budynku panowała grobowa cisza. Wystarczyło zrobić kilka kroków, a uliczny zgiełk zamierał jak ucięty nożem. Albo czymś ostrzejszym. Czułem, że dom nas obserwuje, czekając na moment, w którym przekroczymy jego próg.

– Wychodziliśmy z większych tarapatów – mruknął Bill.

–  Masz rację, kotku – przyznała Annie i pchnęła drzwi.

Otwarły się na oścież, nie skrzypiąc.

Weszliśmy do środka.

Przez nieznośnie długi moment staliśmy w ciemnościach. Potem wyjęliśmy latarki. Halogenowe strumienie rozproszyły mrok, wyławiając długi korytarz wiodący na drugi koniec domu. Powietrze było duszne i pełne drobinek kurzu. Ze ścian dobiegały szmery i skrobanie. Podłoga skrzypiała, a w mijanych pokojach pojawiały się i znikały widmowe sylwetki. Dom nie zaatakował nas od razu. Poczekał, aż wejdziemy głębiej i dopiero wtedy spuścił ze smyczy psy wojny. Zanim to nastąpiło, dotarliśmy do zrujnowanego pomieszczenia wielkości sali balowej, które nie miało sufitu i mniej więcej w połowie swojej długości, pod czerwonawym niebem pełnym obcych gwiazd, stykało się z piaszczystym bezkresem.

Wstrzymałem oddech.

Bill, mój „niewidzialny” przyjaciel, zawsze powtarzał, że nie jest tamtym Billem, uwiecznionym w groszowych historiach i dziesiątkach filmów, Billem od dwóch ósemek i dwóch asów, zastrzelonym podczas gry w pokera. Jestem fikcją, mawiał. Większą niż życie, zrodzoną z waszych nędznych wyobrażeń obleczonych w papier i taśmę filmową, transcendującą miejsce swoich narodzin, wolną od waszych oczekiwań. Mimo to dom uderzył w niego pamięcią martwego rewolwerowca. I Bill, mój Bill, zniósł to bardzo źle. Jeszcze gorzej niż Annie, która upadła na kolana i zaczęła szlochać, przygnieciona wspomnieniami swojej słynnej imienniczki. Mój przyjaciel znikł w chmurze szarego piachu.

Zostałem sam na sam z obcą istotą, która eksperymentowała z przeszłością naszego świata.

Nie byłem jednak bezbronny.

Napędzała mnie złość.

Na siostrę.

Za to, że nigdy nie opowiedziała mi o sobie i nawiedzonym domu.

Dopiero z listu otrzymanego w dniu jej śmierci dowiedziałem się prawdy.

Gdy czytałem napisane drżącą ręką wersy, przeszłość podniosła swój paskudny łeb i pomachała do mnie osikowym kołkiem. Pod koniec lektury wiedziałem jednak, że nie mam czego się obawiać. Moja siostra znała zbrodnie popełnione przez dom, ale, w odróżnieniu ode mnie, była dla niego niewidzialna. Z jakiegoś powodu, być może ze względu na moje szaleństwo, dom nie potrafił zwabić mnie za swój próg, a ja, będąc nastolatkiem, nie kwapiłem się, aby go przekroczyć. Co innego Mary. Spędziła wewnątrz wiele nocy i poznała wszystkie tajemnice potwornej rezydencji, ale, widząc, jak potraktowali mnie rodzice, nikomu o tym nie powiedziała. Później, nie chcąc podzielić mojego losu, zapomniała o monstrum żyjącym na końcu ulicy. Wyparte wspomnienia powróciły podczas rozwodu. Pomyślała o moim pierwszym chłopaku. I poczuła się winna. Rozpadu swojego małżeństwa i śmierci Mike’a. Mogła jej zapobiec. Oczywiście, nie w pojedynkę. Nie dałaby rady. Nie była dość szalona. Nie miała Billa ani Annie. Ale razem, połączonymi siłami naszego obłędu, ucięlibyśmy bestii łeb. Musiała tylko wskazać mi miękkie podbrzusze nawiedzonego domu.

Kochana Mary.

Pomyliła się w jednej kwestii.

Mimo wspaniałych wspomnień na temat złośliwego dowcipu, łapczywych ust i sprawnych dłoni Mike’a, nie pragnąłem jego powrotu.

Było, minęło.

Miałem inny cel.

– Bill – powiedziałem.

Mój „niewidzialny” przyjaciel wynurzył się spod piasku niczym zombie z kiepskiego horroru. Potrząsnął głową i wyjął zza pasa rewolwery.

– Annie – dodałem.

– Jestem – odparła, wstając z podłogi. W drobnej dłoni ściskała replikę Prawodawcy.

Za naszymi plecami rozległ się ryk. Do pomieszczenia wtargnął przypominający małpę stwór. Z bliska okazał się golemem, zbudowanym z resztek mebli. Mierzył ze trzy metry wzrostu, miał kwadratowy łeb zrobiony z biurka i owinięte sprężynami ramiona w kolorze mahoniu. Zaryczał, uderzył pięściami w pierś przesłoniętą drzwiami do szafy i popędził ku nam niczym King Kong szarżujący na tyranozaura.

– Spóźnia się – mruknął Bill.

– Jak zwykle – powiedziała Annie.

– Ale damy radę? – zapytałem.

– Oczywiście – odparł Weissmuller i wrzasnął w sposób charakterystyczny dla swojej najlepszej roli. Golem wyhamował przed półnagim dzikusem, wypuścił parę z nozdrzy i obnażył kły. – Przepraszam za spóźnienie, ale Jane…

– Nie ma sprawy – powiedziałem.

Byliśmy w komplecie.

Annie uniosła Prawodawcę.

Bill rewolwery.

A Weissmuller, cóż, napiął po prostu stalowe mięśnie.

Bohaterowie mojego obłędu.

I ja.

Johnny Świr.

Johnny Czubek.

Johnny Porąbaniec.

Johnny Bujna Wyobraźnia.

Johnny Kłamca.

Johnny Czarna Owca.

Istota, która była domem, spuściła ze smyczy pozostałe golemy. Nadbiegały z pustyni, wzbijając tumany piachu.

Wskazałem biały punkt widoczny na tle czerwonego nieba i powiedziałem:

– Strzelaj, Annie

Królowa strzelców, wziąwszy na cel miękkie podbrzusze szalonego demiurga, pociągnęła za spust Prawodawcy.

h

*

h

Później…

…był wieczór.

Pierwszy szew.

Na niebie świeciły znane mi gwiazdy. Na ulicy wciąż świętowano. Cukierki śmigały z rąk do rąk ku uciesze głośnej dzieciarni. Zewsząd spozierały podobne do czaszek dynie, a ja, wśród tego wszystkiego, nieco zagubiony i rozkojarzony, paliłem papierosa za papierosem, ściskając w dłoni cholerny telefon, i zastanawiałem się, czy nie pokpiłem sprawy. Wierzcie mi lub nie. Nie miałem w tym wprawy. Nigdy niczego nie rozpruwałem, ani nie zszywałem. Tym bardziej czegoś tak delikatnego i skomplikowanego, jak przeszłość. Więc czekałem, paliłem, czekałem i paliłem. Gdy w końcu zadzwonił ten cholerny telefon, odebrałem połączenie i powiedziałem „Słucham” – i wtedy, dopiero wtedy, poczułem ulgę, po czym zwymiotowałem na trawę resztkami obiadu.

Głos mojej siostry. Krzyki siostrzeńców. Stłumione dźwięki czołówki jakiegoś filmu.

– Zaraz będę – powiedziałem.

h

Woźniak005

h

Prawda

by Andrzej Biedroń

h

                                                       „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”

                                                                                                                  Jana 8:32,

                                                                              „Jedynie prawda jest ciekawa”

                                                                                                    Józef Mackiewicz,

                                                        „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”

                                                                                             powiedzenie ludowe,

h

Później wiele razy zastanawiał się, dlaczego dał się na to namówić. Dla zaspokojenia zwykłej ciekawości, sprawienia przyjemności, czy czegoś zgoła innego? Powinien powstrzymać się wtedy, pokręcić głową w sposób jednoznacznie odmowny, spojrzeć na nią z dezaprobatą i powiedzieć  „nie”.

Nie zrobił tego.

I, w przededniu pierwszego listopada, przyszło mu za to zapłacić.

*

– Wiesz, Wacławku… – zagadnęła Klara podczas śniadania, zerkając na niego znad gazety. – Jest tutaj naprawdę świetny artykuł.

– P-poważnie? – mruknął, omal nie dławiąc się kęsem kanapki. Znał to spojrzenie, ten tembr głosu, nieuchronnie zwiastujące największy ból ich wzajemnej relacji.

Ból trucia dupy.

– No serio, tylko słuchaj – kontynuowała jego luba, wracając do lektury. – „Zostań swoim osobistym Jezusem”. Prawda, że interesujące? – Ponownie przeszyła go wzrokiem.

Nawet nie miał zamiaru wyprowadzać jej z błędu.

– „Najnowsza technologia opracowana przez Państwowy Instytut Innowacji umożliwia przekonanie się, co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Eksperci uważają, że dzięki temu wynalazkowi będzie można uświadomić ludziom, jak piękne i wspaniałe jest życie pozagrobowe, a tym samym zachęcić ich do zwiększenia aktywności duchowej w swoim doczesnym życiu.” Łał, jak ta technika poszła do przodu – westchnęła z podziwem.

Zgadzał się z jej opinią. Rozwój technologiczny postępował zbyt szybko.  Zresztą mniejsza z rozwojem, to mógłby jeszcze przeboleć. Zdecydowanie większym problemem była rewolucja obyczajowa. A znią, jak przystało na prawdziwego mężczyznę z tradycyjnego domu, nie mógł się już pogodzić. Nie widział nic wspaniałego w tym, że jego Klarcia mogła realizować się w kolejnej pracy w kolejnej korporacji, a on musiał gnić w domu, wśród stosów brudnych naczyń w zlewie i metrów kwadratowych zasyfionych podłóg. Kiedyś jego ukochana mawiała w żartach, by kupił jej „coś z krokodyla”. Teraz nie musiała nic mówić, sama mogła sobie kupić.

– Postanowione! – oznajmiła Klara, odkładając na stół gazetę. – Zafundujemy ci taką wycieczkę.

– Co, kurwa? – jęknął Wacek. Od razu zmiękł, skarcony wzrokiem partnerki. – Znaczy… Kochanie, chyba nie stać nas na takie fanaberie. Poza tym…

– Znowu nie słuchałeś, co mówiłam? Przecież czytałam wyraźnie! Trzydziestego pierwszego października, w przeddzień Święta Zmarłych, instytut gwarantuje siedemdziesięcioprocentową zniżkę na podróż w zaświaty dla pierwszych dziesięciu osób, które się zgłoszą. Hmm, podróże w zaświaty – mruknęła do siebie z namysłem. – To mi się udał dowcip.

I właśnie wtedy powinien był to zrobić. Potrząsnąć nią z całych sił, przemówić do rozumu, nawet strzelić w twarz; wyjaśnić wszelkie wątpliwości dokładnie w taki sam sposób, w jaki przed laty jego ojciec wyjaśniał je swojej żonie.

I właśnie dlatego nie zrobił nic.

– Po prostu pomyślałam, że aby wyrazić mój podziw dla ciebie i tego, co robisz dla domu, zafunduję ci taką nietypową wycieczkę. Cieszysz się, prawda, misiu?

Osobiście, wolałbym jednak seks – pomyślał Wacław.

– Tak, oczywiście. – Przywołał na twarz szeroki uśmiech, kolejny z wyćwiczonych grymasów, mający ukryć jego wnętrze i osłonić od przypadkowego zranienia. – To wspaniały pomysł.

– Wiedziałam, że ci się spodoba. – Sięgnęła po telefon. W skupieniu zaczęła wybierać numer instytutu. – Miejmy nadzieję, że jest jeszcze wolne miejsce…

Było.

h

*

h

– To na pewno bezpieczne? Wszystko się uda? Jeśli zawiedziecie, zniszczę was! Ale na pewno dajecie gwarancję, że nic się nie stanie? – trajkotała Klara, miotając się po całym gabinecie, jakby napędzała ją śmiertelna dawka amfetaminy.

– Zechce się pani wreszcie uspokoić? – zapytał lekarz. Spojrzał  na Wacława wzrokiem mówiącym „Współczuję panu”. „Wiem”, odpowiedział spojrzeniem klient. – Albo niech pani stąd wyjdzie i poczeka na narzeczonego w naszym pokoju relaksacyjnym. – dodał doktor z uprzejmym uśmiechem.

– Jesteś pewien, Wacku? Chcesz, abym cię już zostawiła i sobie poszła?

– Na litość boską, kobieto! – krzyknął zagadnięty. – Sama mnie do tego zgłosiłaś, więc przestań teraz straszyć swoimi obawami! – Po prostu wypierdalaj, dodał w duchu.

Klara w milczeniu trawiła jego opór. Wreszcie odwróciła się i wyszła na korytarz. Trzasnęły zamykane drzwi.

– Gorszy dzień? – spytał lekarz.

– Raczej gorszy żywot.

– No tak… Czy jest pan pewien, że chce pan to zrobić? Nie możemy być w stu procentach pewni, czy ta „wycieczka” będzie dla pana bezpieczna.

Nie był pewien. Właściwie – bał się jak cholera. Cała teoria, jaką uraczył go naukowiec, brzmiała bardziej jak historia z klasyki science fiction, nie jak technologia dwudziestego pierwszego wieku. Jednak nie tym martwił się najbardziej.

– Przypomni mi pan, panie doktorze, jakie mogą być objawy niepożądane?

– Ludzie różnie reagują na to, co widzą po drugiej stronie. Właściwie, to może pan otworzyć książkę ze spisem zaburzeń psychicznych i wybrać sobie dowolne. Wszystko może się panu przytrafić.

Czyli miał zaryzykować podróż w nieznane jako na wpół zmarła dusza, tylko po to, by nie robić przykrości narzeczonej i – w znacznie mniejszym stopniu, ale zawsze – zaspokoić własną ciekawość?

Parsknął sztucznym śmiechem. Ale uznał to za naprawdę zabawne! Z pewnością Herbert Wells przewracał się teraz w grobie.

– Jestem gotów – oznajmił krótko.

Lekarz bez słowa podsunął mu umowę.

h

*

h

– Jak się panu siedzi? – zapytała uprzejmie pielęgniarka.

Wacław ostentacyjnie szarpnął rękami, przywiązanymi do podłokietników fotela.

– Czuję się trochę skrępowany. – Mrugnął do niej łobuzersko.

Zbyła jego żart milczeniem. Albo pod destrukcyjnym wpływem ukochanej utracił swój wspaniały dowcip, albo…

– Wie pan, że to konieczne zabezpieczenie. Podobnie jak to. – Podeszła do niego z przyrządem wyglądającym jak mniejsza wersja kagańca. Nie zważając na opór Wacława, brutalnie wepchnęła mu w usta zwój drutu. – To po to, by rura wibracyjna nie wybiła panu zębów.

Mając w ustach ochraniacz wyglądający jak gadżet z sadomasochistycznych wizji, mężczyzna zdołał jedynie skinąć głową.

– Jest pan gotów? W takim razie zaczynamy. – Pielęgniarka przesunęła wajchę.

Pomieszczenie wypełnił szum rozchylanej klapy w suficie. Po chwili z powstałej dziury wychyliła się długa stalowa rura, która zawisła przed twarzą Wacława. Nastała cisza, przerywana jedynie przyśpieszonym oddechem mężczyzny. Choć wiedział, co się teraz stanie i że wątpliwości należało zostawić za drzwiami, bał się. Lecz to nie wizja spotkania zmarłych w zaświatach napawała go lękiem. Obawiał się wielkiej rury, penetrującej go oralnie aż do żołądka.

Trochę to było niemęskie.

Nie zdążył nawet mrugnąć, gdy góra blachy wdarła mu się przemocą do gardła. W jego oczach stanęły łzy, gdy metal otarł się o podniebienie i ruszył w dół. Wacław zaczął rzęzić, próbując walczyć z odruchem wymiotnym. Rura sunęła dalej, bezczelnie rozpychając się w delikatnych ścianach przełyku.

– Proszę z tym nie walczyć! – instruowała pielęgniarka. – Inaczej przyrząd uszkodzi pański żołądek!

Dławiący się strachem i wymiocinami Wacław wystrzelił oczami w górę.  Choć ostrzegali go, jak bardzo to będzie nieprzyjemne, nie spodziewał się bólu, przy którym atak wyrostka robaczkowego wydawał się jedynie niewinną zabawą.

Wreszcie rura zatrzymała się, co oznaczało, że dotarła do wpustu żołądka.

– Dobrze, teraz zaczynamy wibracje. – Piknął naciskany przycisk.

Gdy przyrząd przeszedł w fazę „wytrząsania”, ciałem mężczyzny wstrząsnęły drgawki. Zacisnął palce na oparciach, gdy ból zaczął rozsadzać mu czaszkę. Musiał wytrzymać jeszcze chwilę…

To przyszło nagle. Charknął po raz ostatni, wyprężył ciało w łuk, kiedy poczuł, jak następny wstrząs wypycha z niego ducha…

I teraz leci, wznosi się na spotkanie nieznanego; w swojej ostatniej wielkiej podróży, podróży, którą mogą odbyć tylko prawdziwi mężczyźni, ci z mężnym sercem i wytrzymałością ze stali.

I bogatymi narzeczonymi, przemyka mu przez głowę.

h

*

h

Otwiera oczy.

Cisza.

I wokół tylko chłód, bezlitośnie szczypiący nagie ciało. Tysiące lodowych igieł, brutalnie wgryzających się w tkanki; miliony mroźnych języków, liżących wnętrze, próbujących dostać się do miękkiego serca. W tej spowijającej go pustce jest sam. Zupełnie sam.

Powoli podnosi się z ziemi. Obolały żołądek nie pozwala mu się wyprostować, przywraca go do prehistorii, czasów, gdy przodkowie ludzkości zdawali sobie sprawę jedynie z podstawowych potrzeb. Powrót do korzeni, nie ma co.

Niemrawo rozgląda się po okolicy. Znajduje się na jakiejś drodze. Prosta trasa ciągnie się aż po horyzont, niknąc w oparach stalowoszarej mgły. Na poboczach nic nie ma, jedynie w oddali majaczą wysokie, zdeformowane kształty, przypominające drzewa.

Rusza.

Każdy krok wykonuje z trudem, wiatr smaga bezlitośnie po bokach, wyciska z serca kolejne niemrawe uderzenia. Wacław brnie przez lodowatą przestrzeń, mając zaszczyt być jednym z wielu; tych, którzy dali się skusić na absurdalną ofertę instytutu…

Wreszcie dociera do jednego z drzew. Zmęczony, opiera dłoń o pień, podświadomie pragnąc zerwać z rośliny jej pancerz, owinąć się nim niczym pierzyną, by ochronić resztki uciekającego życia. Wbija paznokcie w korę. Poznaje tę fakturę. Z przerażeniem odskakuje od źródła potencjalnego ratunku.

To nie jest kora, a ciało.

Ludzkie ciało.

To zbyt wiele dla delikatnego żołądka. Podróżnik opiera się o drzewo, przegrywając pojedynek z własnym ciałem. Wymiotując resztą nieistniejącego posiłku, upada na ziemię. Dopiero po chwili jest w stanie podnieść głowę, próbując rozpoznać, na co właściwie natrafił.

Klęczy u stóp nieregularnej bryły mięsa. Nieznany twór zaledwie w zarysie przypomina drzewo; wysoki smukły pień, kierujący koronę w stronę stalowoszarego nieba, błyszczący krwistą czerwienią kory, pulsujący żyłami tkanki przewodzącej…

To nie może być zwykłe drzewo. Raczej człowiek. Potępiony człowiek.

Teraz Wacław dostrzega ciągnące się aż po horyzont kolejne pnie, kolejnych ludzi uwięzionych w tej trwałej, pośmiertnej pułapce. Mogą ich być setki, tysiące, miliony; całe legiony, wypełniające przestrzeń, która nie może już być domeną wszędobylskiej pustki, raczej gigantycznej hekatomby. Hekatomby ku czci nieznanego bóstwa, bawiącego się wieczną udręką swoich wyznawców.

Niespodziewanie rozlega się huk. Gdzieś ponad głową mężczyzny, nad całym istniejącym światem, przetacza się przerażający łomot. Jakby kawalkada jeźdźców galopem próbowała wydostać się ze swojego własnego więzienia, chcąc przebić się do rzeczywistości wolności, aby ocalić swe życia. Lecz próżny to trud. I dla nich już nie ma nadziei. I ich okrutny bóg zmienia w swoje zabawki.

Karnawał śmierci trwa dalej.

Z nieba zaczynają spadać pierwsze krople. Przerażający deszcz spada na drzewo-dusze i Wacława. Podróżnik zwija się z bólu, gdy trupi jad topi skórę, wypalając sobie drogę do wnętrza jego ciała. Każda sekunda staje się wieczną męką, wstrząsająca psychiką bez litości, bez zrozumienia, czy choćby krzty przebaczenia za jego grzech wtargnięcia na teren świętej ziemi.

To dopiero początek przyjemności.

Gdy upiorny deszcz staje się jedynie wspomnieniem, Wacław z trudem otwiera oczy. Powoli podnosi się z kolan, próbując się wyprostować. Bolą go odsłonięte mięśnie, parzy wypalona skóra. Nie może się jednak poddać. To tylko wycieczka, myśli z trudem, zwykła zabawa dla ludzi takich jak on, spragnionych wrażeń.

W takim razie, dlaczego aż tak bardzo pragnie uciec z tego świata?

h

*

h

Nie wie, ile czasu minęło, ani jak wiele przeszedł kilometrów. Zresztą, czy jakiekolwiek ludzkie jednostki miary mają znaczenie w świecie, gdzie zmarli są zaklęci w postacie drzew, a z nieba pada deszcz resztek nieznanych mu istot?

Upada po raz kolejny, sam nie wie który. Uderza twarzą w śnieżny puch, wzbijając w mroźne powietrze tysiące lodowych igieł. Nie obchodzi go podróż, odkrywanie, chęć popisania się przed narzeczoną, która odebrała mu poczucie własnej wartości. Chce tylko zasnąć. Szybko i bezboleśnie.

Słyszy zbliżające się kroki. Powoli podnosi głowę, próbując dostrzec majaczącą w oddali sylwetkę. Nie potrafi rozpoznać jej kształtów, dostrzega jedynie kołyszące się biodra i…

…skrzydła.

Ogromne ptasie skrzydła.

Nadchodzi kres jego wędrówki. Jego trud jest nareszcie skończony. Oto sam anioł zstąpił ze swego zastępu, by pochylić się nad strudzonym wędrowcem, objąć go troskliwą opieką, przywrócić siły nadszarpnięte podróżą przez tę niegościnną krainę.

Dopiero, gdy zbawca podchodzi bliżej, Wacław może się mu dobrze przyjrzeć. Te zapadnięte boki, prześwitujące żebra, blado-sina skóra, przez którą widać naczynia krwionośne. Wreszcie skrzydła, obwisłe, zniszczone, spod piór wysiąka mlecznobiała ropa, wycieka na ziemię, znaczy drogę swego źródła.

Ten anioł jest chory. Podobnie jak jego stwórca.

Kiedy podchodzi bliżej, podróżnik dostrzega jego oczy. Przekrwione białka, źrenice trawione szaleństwem i bólem – od niego nie mógł oczekiwać żadnego ratunku. I gdy anioł pochyla się nad nim, a Wacław może spojrzeć prosto w kościstą twarz, obciągniętą napiętą skórę, wszystko staje się jasne.

Żył na najpiękniejszym ze światów.

h

*

h

– Szybko, panie doktorze! – krzyknęła pielęgniarka do nadbiegającego lekarza. – Klient traci kontakt z rzeczywistością!

– Jasna cholera – zaklął specjalista, sięgając po przygotowaną przez pielęgniarkę strzykawkę. – Mówiłem, że opcja trzydniowa to stanowczo zbyt długo! Tak słaby człowiek, jak on w ogóle nie powinien się zgadzać na coś takiego!

Po chwili szamotaniny z podrygującym ciałem, udało mu się wprowadzić do tkanek środek uspokajający. Niedługo potem Wacław znieruchomiał, ponownie pogrążając się w letargu.

– Co teraz zrobimy, panie doktorze?

– Bo ja wiem? – mruknął lekarz, wyrzucając pustą strzykawkę do pojemnika na odpady. – Dajmy mu trzy dni.

– A potem?

– A potem uznamy, że cud nie nastąpił.  Znowu.

h

Woźniak001

Grajek

by Juliusz Wojciechowicz

h

Mężczyzna dźwiga się na łóżku z majestatycznym wysiłkiem osoby w wieku przedemerytalnym. Przeciera oczy wierzchem dłoni, przeciąga się i przez chwilę siedzi w zadumie na brzegu materaca, dopóki nie dotrze do niego, że żyje, oraz że nie kojarzy, jaki jest dzień tygodnia. Niedziela – mruczy wreszcie pod nosem – dzień wolny. Wczorajszy rum nieznośnie pulsuje w skroniach, niesmak w ustach po miodowych cygaretkach przyprawia o mdłości. Mężczyzna z trudem wstaje i niezdarnym, chwiejnym krokiem udaje się w kierunku łazienki. Jest zażywny, rumiany na twarzy, o łagodnej posturze potulnego wołu. I rusza się jak wół: ociężale i smutno. Odziany w służbowy garnitur dyrektora koncernu ubezpieczeniowego, ogolony i uczesany, wzbudza zazwyczaj zaufanie, teraz najwyżej litość i obrzydzenie, jakie odczuwa się na widok bezdomnego lumpa. Ale jest niedziela, a przytulne mieszkanko w kamienicy przy miejskim deptaku pozostanie jedynym świadkiem tej porannej niedyspozycji.

Dociera w końcu do łazienki, w lustrze ledwo miga wymięta facjata z równie sfatygowanym siwym loczkiem, opadającym na poorane zmarszczkami czoło. Mężczyzna ignoruje umywalkę, a całą uwagę skupia na sedesie. Sika obficie, długo, przerywanym ciurkiem, wstrzymując oddech, żeby nie czuć silnej woni amoniaku, wyciskającej mu łzy z oczu. Bliski omdlenia, kończy opróżnianie pęcherza i natychmiast wytacza się z ubikacji, gwałtownymi haustami łapiąc powietrze.

Ubiera się, rezygnując z mycia. Delikatnie, delirycznie przebierając palcami po guzikach, jak po strunach harfy, zapina koszulę, krzywiąc się z bólu naciąga spodnie. Krzyż i prostata codziennie przypominają mu o metryce. Zbliża się do okna sypialni, wychodzącego wprost na leniwie budzący się do życia deptak. Czerwcowe przedpołudnie jest wręcz wzorcowe.

h

*

h

Od wschodu nadciąga osobliwy orszak. Na przedzie odziany w białą szatę mężczyzna, kroczy miarowo, wybijając niemy rytm obutymi w sandały stopami. Spod olbrzymiego ronda słomkowego kapelusza wyziera ukryta w półcieniu brodata twarz, usta raz po raz dmą w drewniany instrument, przypominający olbrzymich rozmiarów pasterską fujarkę. Jednak żaden dźwięk nie wydostaje się na zewnątrz. Jedynie obszarpane postaci, idące niczym w procesji potępieńców tuż za swoim przewodnikiem, zdają się być zahipnotyzowane bezdźwięczną muzyką. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy wygnieceni, potargani, o twarzach wyzutych z emocji, zastygłych obojętnością, obcych. Jakby oderwani znienacka od codziennych czynności dołączyli do korowodu zombie – w roboczych strojach, garniturach, sportowych ancugach. Wpatrzeni niewidzącymi oczami w przestrzeń, napędzani rytmem fujarki, bezwolni, bezmyślni, bezimienni. Przemieszczają się jednostajnie wzdłuż sennej miejskiej promenady, niezauważeni przez pracowników rozkładających barwne parasole w piwnych ogródkach, nielicznych turystów błąkających się w kacowym półśnie, wiernych udających się na niedzielną sumę do pobliskiej katedry. Tylko bezpańskie psy czmychają lękliwie w pobliskie bramy, czujne kocie oczy śledzą ten groteskowy przemarsz zza knajpianych śmietników. Powietrze drga, choć jeszcze nie do końca zdążyło się nagrzać południowym słońcem.

h

*

h

Ciężki, złowieszczy odgłos katedralnego dzwonu wyrywa go z odrętwienia. Mężczyzna patrzy na opróżniony do połowy kubek z kawą. Nawet nie zauważył, kiedy zdążył aż tyle upić. Koniakowy wsad nie spełnia swojej roli, choć zazwyczaj taki właśnie poranny miks stawia go na nogi. Zerka na otwarty laptop, z którego zieje mailową pustką, nie licząc reklamowego spamu i służbowych wiadomości. Machinalnie włącza komórkę – zero nieprzeczytanych esemesów, brak nieodebranych połączeń. Gruby, skórzany portfel, wypchany gotówką i kartami kredytowymi, drzemie beztrosko na stoliku, i zdaje się szeptać szyderczo: „kup sobie towarzystwo, zapłać za zainteresowanie, przecież miłość jest na sprzedaż”

Rzut okiem na puste ramki do zdjęć, walające się po podłodze butelki po trunkach, stertę ubrań czekających na zawiezienie do pralni – to wystarczy, by poczucie beznadziei i samotności, od lat drzemiące gdzieś na dnie umysłu, powróciło ze zdwojoną siłą. Mężczyzna całym sercem pragnie cofnąć czas. I wtedy ją słyszy – melodię, która rozlewa ciepło po całym jego ciele, którą chłonie każdą komórką organizmu, chwyta łapczywie i nie zamierza puścić. Znowu ma dziesięć lat, niebo jest niebieskie, wiatr roznosi woń matczynych kulinariów, a z otwartego okna wiejskiego domu sączą się chropowate dźwięki piosenki Marleny Dietrich. Znów widzi uśmiechniętego ojca, ssącego ozdobną fajkę, raz po raz wydmuchującego kłęby pachnącego wiśniami dymu, oraz matkę kręcącą się przy węglowej kuchni, zajętą wypiekaniem chleba. Najszczęśliwszy moment życia zmartwychwstał i trwa  – właśnie tu, właśnie teraz.

Rzuca się do okna. Tuż pod balkonem, trzy piętra niżej, postać w kapeluszu wygrywa tę cudowną melodię – równocześnie dźwięczną, pachnącą, przyzywającą, niemal uchwytną. Mężczyzna wstaje i, pełen obaw, że tajemniczy gość mógłby odejść i przestać grać, wychodzi na balkon. Grajek podnosi rękę w zapraszającym geście, a melodia płynie coraz głośniej, intensywniej, zdaje się zasysać rzeczywistość i oddawać ją piękniejszą, bogatszą, idealną. Mężczyzna przekłada nogi przez barierkę; czuje się młody i szczęśliwy. Nucąc pod nosem Lily Marlene, robi krok przed siebie.

h

*

h

Kobieta wpatruje się w olbrzymią, oszkloną witrynę firmowego sklepu Samsunga” równocześnie próbując przypalić podniesiony z chodnika niedopałek papierosa. Olbrzymie, płaskie kineskopy wyświetlają program informacyjny lokalnej telewizji. W dole ekranów, na podświetlonym  czerwono pasku, przesuwają się skrótowe komunikaty: „… plaga samobójstw nawiedza kolejne miasta… odratowani niedoszli samobójcy przebywają w zamkniętych ośrodkach psychiatrycznych… motyw tajemniczego grajka…”

Zaciąga się śmierdzącym petem, stara się ignorować swąd nadpalonego filtra, przez chwilę zastanawia się dlaczego w niedzielę, gdy sklep jest zamknięty, ktoś włącza  sprzęt wystawowy.

Pieprzone debile – myśli – rozpieszczone maminsynki, których życie przerasta. Kobieta, choć od dekady żyje na ulicy, nadal ma nadzieję, że jej trzydziestopięcioletni żywot nie jest pozbawiony sensu, że jeszcze się odbije od dna, zawalczy o swoje. Żeby tak móc cofnąć czas…

Dźwięki, które nieśmiało docierają do jej uszu sprawiają, że niemal się przewraca. Nadal patrzy na migające telewizory, ale wszystkie zmysły skupia na niknącej w dali melodii. Niespodziewanie rozbrzmiewa z pełną mocą Tainted Love w wykonaniu zespołu Marilyn Manson,  a ona czuje gwałtowny przypływ energii, spuszczonej ze smyczy chuci i cudowny stan alkoholowego upojenia. Jest w swoim ulubionym barze, tańczy. W kłębach papierosowego dymu przewija się nieziemsko przystojna twarz harleyowca, muskularne ramiona przyciągają ją do siebie, jej własne dłonie zaciskają się na jędrnych pośladkach motocyklisty, ukrytych pod obcisłymi, skórzanymi spodniami. Już wie co ją czeka – upojna noc, ta jedna, jedyna, którą zapamięta na zawsze i choć rozumie, że się już nigdy nie spotkają, to właśnie ta piosenka będzie ich piosenką. Ale nagle melodia zanika, ucieka, oddala się nieubłaganie. Kobieta rzuca się więc pędem w stronę cichnących odgłosów. Biegnie wzdłuż deptaku i, niczym ogar na tropie dziczyzny, wietrzy ulotny ślad, wychwytuje eteryczne dźwięki. W końcu dostrzega postać w białej szacie. Postać macha do niej przyjacielsko, zalotnie mruga spod ronda kapelusza, zachęca; z wielkiej drewnianej fujarki płyną hipnotyczne nuty. Kobieta podbiega, staje na wprost grajka, znowu daje się ponieść muzyce, zatraca się w marzeniach.

Coś wgniata ją w ziemię z potwornym impetem. Coś, co bezwładnie spada z balkonu na trzecim piętrze kamienicy.

h

Pewien Apacz i Kryzys Światowy

by Darek Kuchniak

h

Na niewysokim wzgórzu, wśród łąk i pól ulokowano wiejski cmentarz. Nie brakowało na nim starych, ale dobrze zachowanych grobów, sieci wybetonowanych alejek czy majestatycznych drzew. Pewien Apacz miał zwyczaj odwiedzać go w Święto Zmarłych. Nekropolia była na tyle oddalona od ludzkich siedzib, że Indianin mógł liczyć na to, że o północy nikogo tam nie zastanie. Wojownik zwykł wtedy siadać na ławeczce tuż obok zbiorowej mogiły z czasów wielkiej wojny i zastanawiać się nad przyczynami ludzkiej głupoty. Po każdej wizycie w tym miejscu czuł, że tego tematu nie sposób ogarnąć. I, co ciekawe, czerpał z tego wielką satysfakcję.

W tym roku wszystko odbyło się jednak według nowych reguł. Co prawda Indianin zasiadł jak zwykle na ławeczce, lecz tym razem nie sam. Dokładnie o północy tuż koło niego pojawił się nagle tajemniczy jegomość.

– Kim ty do cholery jesteś? – spytał swego sąsiada.

– Mój twórca nazwał mnie A1 – odpowiedział mężczyzna.

Pewien Apacz zorientował się natychmiast, że ma do czynienia z najbardziej przystojnym facetem, jakiego nosiła Ziemia. Niestety, piękna twarz nie szła w parze z resztą. Ubrany był w jakieś łachmany. Nie mył się przynajmniej od wieku, a broda sięgała mu kolan.

Wojownik poczuł, że śledziona chce go opuścić i zamieszkać u tajemniczego mężczyzny. Wkrótce płuca i wątroba zgłosiły podobne pragnienie.

– Na cholerę mi twoja wątroba? – warknął A1. – Resztę też możesz zachować. To, co mam w zupełności mi wystarcza.

– Niezły z cienie przystojniak, ale wyglądasz mi na zblazowanego – zawyrokował czerwonoskóry.

– Życie mnie nie rozpieszczało.

– Nawijaj. Mam mnóstwo czasu.

– Pochodzę z równoległego wszechświata. Wiele milionów lat temu, w odległej galaktyce, zostałem stworzony na lekcji biologii. Powołał mnie do życia młody, ale za to niedoświadczony Bóg. Pewnego dnia doszedł do wniosku, że jeżeli stworzy mężczyznę idealnego, zyska poklask wśród rówieśników i grona pedagogicznego. Tymczasem nauczyciele uświadomili mu, że to żadna sztuka zrobić coś idealnego, ponieważ jego jedynym obowiązkiem jest wyłącznie dążenie do absolutu. Osiągnięcie go w tak młodym wieku jest oznaką wielkiej głupoty. Czymś trzeba zabić nudę przez pierwsze kilkadziesiąt miliardów lat życia.

– Brzmi bardzo sensownie – wtrącił Pewien Apacz.

– W konsekwencji mój stwórca został w tej samej klasie drugi rok, a ja trafiłem na śmietnik, czyli na Ziemię.

– Z twojej opowieści wynika, że nie jesteś pierwszy. W takim razie, gdzie jest reszta?

– Porozsyłali ich po innych wymiarach. Tamtejsi mieszkańcy uważają ich za bogów, więc tamci pewnie opływają we wszelkie luksusy.

– A co ty porabiasz? Nie wyglądasz mi na gościa, który jest z luksusem za pan brat.

– Głównie zbieram świeczki.

– Możesz jaśniej.

– W taki dzień, jak ten, mnóstwo ludzi przychodzi na cmentarz i zapala znicze. Czekam do północy, żeby mieć pewność, że nikogo nie zastanę, i biorę po jednym z każdego grobu. W lokum, które teraz zajmuję, nie ma elektryczności. Muszę sobie jakoś radzić w dobie światowego kryzysu.

Zapewne, gdyby Apacz był zwykłym mężczyzną, pomyślałby że ma do czynienia ze zwykłym wariatem. Wojownik pamiętał jednak doskonale, jak zachowały się jego organy wewnętrzne, kiedy po raz pierwszy ujrzał przystojniaka. Do wątroby nie miał zaufania, ale śledziona nie mogła się mylić: w A1 było coś nieziemskiego. Należało to wykorzystać.

– Pójdziesz ze mną! – rozkazał czerwonoskóry.

Od tego czasu A1, ogolony, umyty, ostrzyżony oraz pokryty barwami wojennymi, stoi przed wigwamem Pewnego Apacza. Niedzielni turyści przybywają tłumnie, żeby zobaczyć najprzystojniejszego wojownika w historii plemienia. Nie bez znaczenie jest również fakt, że zostawiają hojne napiwki. Zwłaszcza w dobie światowego kryzysu.

h

Woźniak002

h
h

Pogrzeb Przeszłości

by Rafał Christ

h

– Nie chciałem, żeby to się tak skończyło – zacząłem swój wywód. – Problemem, moja droga, jest to, że stałaś się zwykłą suką. Dawno nie spotkałem kogoś tak próżnego, a jednocześnie głupiego.

 „Więc czemu wciąż na ciebie lecę?” – pomyślałem.

Historia moja i Asi jest długa i chyba nie powinienem wdawać się w szczegóły. Rozstaliśmy się jakoś dwa lata temu, a ona, po takim czasie, zaproponowała spotkanie. Po cholerę, spytacie? Też mnie to zastanawia. W każdym razie okazało się, że nie ma w sobie już nic z tego, co mi się w niej podobało. Ta cała dobroć zniknęła. Jedynym plusem sytuacji jest to, że od razu przeszły mi wyrzuty sumienia, które dręczyły mnie przez dwadzieścia cztery miesiące. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jakby ktoś trzasnął mnie pałą w łeb.

 „Więc czemu wciąż na ciebie lecę?” – pomyślałem ponownie.

– Dzisiaj Wszystkich Świętych. Pamiętasz jak pieprzyliśmy się na cmentarzu, a kilkadziesiąt metrów dalej ksiądz odprawiał mszę?

Przerażona, pokiwała głową, a ja kontynuowałem swój wywód, wyrzucając zsiebie wszystko, co mi leżało na sercu, a raczej na penisie. Nie przerwała mi. Taśma izolacyjna na jej ustach, nadgarstki przyklejone do krzesła, tak samo zresztą jak i nogi, skutecznie ją uciszyły. Patrzyła na mnie maślanymi oczkami, jak kotka, która została zgwałcona przez człowieka. Płakała i wierciła się. Uklęknąłem przed nią i przyłożyłem pistolet do jej głowy.

– Powiedz mi, jak to możliwe, że nagle straciłaś do wszystkich szacunek, a w ciągu ostatnich dwóch lat nie przeczytałaś żadnej książki?

Odpowiedziała mi cisza. Musicie mnie zrozumieć. Kobieta, którą wielbiłem, uważałem ją za anioła, stała się wulgarna i każdym swoim gestem udowadniała, że czuje się lepsza od ciebie. Może kiedyś tak było.

Podciągnąłem jej spódnicę, majtek już na sobie nie miała, a z pochwy wypływała moja sperma. Zacząłem ją pieścić lufą. Bezduszny metal nie potrafił sprawić, żeby stała się mokra, ale z drugiej strony – co mnie to obchodziło? Patrzyłem jej w oczy, w których widziałem ból. Niesamowicie się z tego cieszyłem. Drugą ręką rozwarłem jej wargi sromowe i wsadziłem giwerę do środka.

– Z pistoletem w ustach i z lufą między zębami można wymówić tylko samogłoski[1], ale co się robi, gdy pistolet jest w cipie? – zapytałem.

Ona załkała bezgłośnie.

– Jęcz… Masz zajęczeć z rozkoszy – krzyknąłem jej do ucha.

Łzy zdobiły jej twarz dużo lepiej, niż rozmazany makijaż. Wtedy zdałem sobie sprawę, jakim jestem sadystą. Wyciągnąłem z niej pistolet, odwróciłem się, a moim oczom ukazała się ściana z narzędziami w mojej stodole, która wyglądała jak pożal się Boże… No, jak stodoła.

Spluwę wymieniłem na piłę tarczową, która bardzo przydaje się w takich sytuacjach. Nie, żebym coś takiego kiedyś robił. To był pierwszy raz. Mój i jej. Z tym, że jej ostatni.

Podłączyłem narzędzie do kontaktu, rozległ się dźwięk uruchomionego ostrza. Poszedłem w stronę Asi. Ten hałas musiał być nie do zniesienia. Znowu przy niej uklęknąłem. Z tej pozycji miałem lepszy ogląd sytuacji.

– Nigdy cię nie kochałem. Kochałem inne kobiety. Te, z którymi cię zdradzałem. Bolało mnie, że nie mogę tego poczuć do ciebie, więc brnąłem w nasz związek, alkohol i niekończącą się spiralę seksu. Nawet nie lubiłem z tobą rozmawiać.

 „Więc czemu wciąż na ciebie lecę?” – pomyślałem, a ostrze znalazło się przy jej stopach. Po chwili nie miała już na czym stać. Z kikutów sikała krew, a ja to podziwiałem. Zapaliłem papierosa, żeby się wyluzować. Zaciągnąłem się trzy razy, ale to nie było to. Wsadziłem niedopałek między jej nogi i zgasiłem na całkowicie suchej pochwie. Myślę, że nawet trafiłem w łechtaczkę, więc przy okazji ją wykastrowałem. Musiała znosić ten ból w ciszy.

Chciałem, żeby krzyczała, wtedy osiągnąłbym spełnienie, ale bałem się, że sąsiedzi usłyszą. Pogłaskałem ją po głowie. Jej czarne włosy wciąż tak pięknie pachniały. Strachem, bólem, a jednocześnie seksem. Moja sperma musiała się na nich znajdować.

Nie wiedziałem, czy chciałem ją jeszcze męczyć, więc ściągnąłem taśmę z jej ust.

– Ty kutasie… – to były jej pierwsze słowa.

Zyskałem pewność. Zamachnąłem się piłą i odciąłem jej głowę. Ta odleciała i wylądowała przy ścianie z narzędziami. Podniosłem ją za włosy. Martwe oczy patrzyły na mnie. „Na włosach ciągle życie lśni, lecz śmierci mrok w źrenicach”[2] – pomyślałem.

– Jak już kiedyś mówiłem, nawet po śmierci będę cię kochał – wyszeptałem jej do ucha.

Rozwarłem jej usta, rozpiąłem rozporek i wsadziłem penisa między wargi. Poruszałem nią rytmicznie, aż zaczęła mnie boleć ręka. Odrzuciłem głowę i ruszyłem w stronę reszty jej ciała. Panie świeć nad jej duszą, ja będę nad jej ciałem.


[1] „Podziemny krąg” Chuck Palahniuk, tłumaczenie Lech Jęczmyk, wyd. Niebieska Studnia, Warszawa 2006

[2] Fragment wiersza „Lenora” Edgara Allana Poe w przekładzie Romana Klewina

h
h
Advertisements
  1. Dobre i mocne:) Czyli takie jak lubię. Pozdrawiam;p

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: