polskie centrum bizarro

„Przypadek Józefa Śmiesznostrasznego” by Rafał M. Skrobot

In Opowiadania on Listopad 5, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtHm, khe, khe… Albo zacznijmy może inaczej: „Dzień dobry państwu, radio wolne niedobre literki nada dziś audycję…”

Szum zakłóceń przez dłuższą chwilę zagłusza głos spikera. Wreszcie słychać zakończenie jego najwijki: „… oto więc przed państwem kolejny tekst znanego już państwu Rafała M. Skrobota. Jeśli można coś doradzić, warto w tym momencie pogłosić radioodbiorniki, nalać sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego, zasiąść w wygodnym fotelu i oddać się chwili relaksu.”

Gotowi?

h

Przypadek Józefa Śmiesznostrasznego

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 5.

Miejsce: podwórko.

Józef Śmiesznostraszny, którego możemy nazywać Józiem, huśta się na huśtawce.

Jest piękny majowy dzień, temperatura dogodna, nie za ciepło, nie za zimno. Józio ma dobry humor, hopla do góry, wiuuu w dół. Raptem jak spod ziemi wyrasta kilkoro starszych chłopaków, mają podrapane ręce i przepisowo poobijane kolana. Podchodzą do huśtawki, na której huśta się Józio.

– A ty, wypierdku, co tu robisz? – pyta herszt bandy.

– Huśtam się – odpowiada Józio, zgodnie z prawdą.

– Posłuchaj, gnojku – mówi herszt. – Od dzisiaj masz zakaz wychodzenia na podwórko. Ani po tej – zatacza ręką koło – ani po tamtej – zatacza ręką koło – stronie bloku ma cię nie być. Jak cię spotkamy, dupku, to cię zabijemy.

Józio z płaczem ucieka do domu. Zamyka się w sobie, nic nie chce powiedzieć rodzicom, mimo że ci naciskają.

I od tamtego zdarzenia Józio za nic nie chce wychodzić na podwórko. Pomimo próśb i nalegań rodziców całymi dniami siedzi w domu, ogląda telewizję, coś tam rysuje w bloku rysunkowym.

Tak mija miesiąc, trzy miesiące, rok w końcu. Józio zabarykadował się w domu z obawy przed straszną śmiercią z rąk herszta i jego pomagierów. Jednak gdy przychodzi noc a rodzice twardo śpią, Józio wymyka się z domu i w świetle księżyca, jak zwierzę wypuszczone na wolność biega po podwórku, tak po tej, jak i po tamtej stronie bloku. Wraca tuż przed świtem, zwiastującym rychłe nadejście herszta.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 16.

Miejsce: impreza u kolegi Marcina.

Józef, którego możemy nazywać Józkiem, nieudolnie tańczy z dosyć obfitą jak na swój wiek blondynką. Wypił już kilka drinków dla kurażu, ma zamiar ją poderwać, a nawet coś więcej.

– Może pójdziemy na górę? – Odważa się wypowiedzieć te sakramentalne słowa i już czeka na dobitne „Nie”, a może i na coś gorszego, jednak słyszy namiętne:

– Dobrze, chodźmy.

Józek przepuszcza blondynę pierwszą, wchodzą na schody, przed oczami Józka kołyszą się dwa potężne, jędrne pośladki, czuje ciepło w podbrzuszu. Stara się, z niejakim przerażeniem spowodowanym rozwojem sytuacji, przypomnieć sobie, gdzie ma ukryte prezerwatywy i czy aby nie w kurtce, którą zostawił w przedpokoju. Nie, jednak w kieszonce dżinsów.

Pomińmy dalsze szczegóły, oto leży nago na łóżku blondyna, a obok wstydliwie cherlawy Józek. I gdy przysuwa się do niej, z przerażeniem wyczuwa, jak ciepło odpływa z jego podbrzusza.

Leżą.

– Co jest? – Lekko schrypniętym głosem odzywa się blondyna. – Zamurowało cię?

– Chyba tak – odpowiada Józek.

Jedno fachowe spojrzenie i blondyna stwierdza:

– Nie chce ci stanąć.

Józek milczy upokorzony.

– Idę. Szkoda czasu.

– Może poczekamy chwilę – Piskliwym ze wstydu głosem odzywa się Józek, czując, że się pogrąża.

– Na co? – mruczy blondyna, zakładając stanik. – Laski ci nie zrobię, zapomnij.

Blondyna ubiera się szybko i wychodzi z pokoju. Na odchodnym rzuca jeszcze:

– I nie bierz się za dziewczynę, jak nie możesz. Może jesteś pedałem?

Józek leży nagi.

„Może jestem pedałem?”

Powtarza to sobie w myślach, mija godzina za godziną.

Gdy nad ranem, zziębniętego i skulonego, odnajduje go trzeźwiejący Marcin, Józek mówi mu z łagodnym uśmiechem:

– Może jestem pedałem?

– Jesteś nienormalny – odpowiada Marcin.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 27.

Miejsce: park miejski.

Okoliczności: Józef wraca z nudnej pracy w biurze.

Jest ciepły, majowy dzień.

Józef jak zwykle idzie, nie zatrzymując się i nie oglądając się na boki. Józef jest jak koń z klapkami na oczach.

I w pewnym momencie klapki opadają, Józef zwalnia kroku, rozgląda się w prawo, w lewo, i dociera do niego jak piękny jest park o tej porze roku. Zauważa wiewiórki, śmigające między drzewami. Łabędzie z gracją sunące gładką taflą stawiku. Widzi zakochane pary, przechadzające się alejkami lub siedzące na ławkach.

„Ciekawi mnie” – myśli Józef. – „Czy to tylko moje życie jest szare i pozbawione sensu?”

Widzi staruszka, który, zmęczony, przysiadł na jednej z ławek. Podchodzi do niego.

– Przepraszam – mówi do niego Józef. – Czy jest pan szczęśliwy?

– Tak, jestem – odpowiada staruszek. – Co prawda w tym roku umarła mi żona, a ja sam mam raka, jednak w ogólnym rozrachunku jestem szczęśliwy. Miałem dobre życie, w którym dobre chwile przeważały nad złymi. Pozostawiłem po sobie dzieci i wnuki. Jestem szczęśliwy i pogodzony z losem.

– Ja nie – przyznaje Józef. – Co mam robić?

– Spróbuj zmienić coś w swoim życiu – radzi staruszek. – Zacznij od rzeczy podstawowych, a wszystko się ułoży i będziesz wiedział co robić.

Następnego dnia Józef rzuca posadę w biurze, pali wszystkie swoje garnitury, kupuje sobie ekstrawaganckie ubrania, idzie do fryzjera.

– Nowe życie zaczyna się zawsze od zmiany fryzury – wyjaśnia fryzjer, farbując włosy Józefa na czerwono.

Od tej pory Józef staje się bywalcem wszystkich najmodniejszych lokali i dyskotek w mieście. Szasta pieniędzmi, które przedtem ciułał. Zyskuje pewnego rodzaju sławę. O jego przyjaźń zabiegają wszyscy. Ma piękne kobiety, pije drogie trunki, daje sowite napiwki zgiętym wpół kelnerom.

Po roku takiego życia Józef czuje się zmęczony, wypalony i ani trochę szczęśliwszy.

– Co mam robić? – rzuca w przestrzeń, siedząc na ławce w parku.

Niestety, nie ma osoby, która mogłaby mu odpowiedzieć. Staruszek, którego spotkał rok temu, umarł. Przechadzające się uliczkami pary nie zwracają na niego uwagi do momentu, aż Józefem wstrząsają gwałtowne wymioty.

– Fu – mówi dziewczyna do chłopaka.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 46.

Miejsce: opróżnione z mebli mieszkanie.

Józef zbiera podkładki pod piwo, ma ich tysiące. Walają się po podłodze, Józef siedzi w kucki na gołym parkiecie. Wpatruje się w kolorowe kartoniki.

Dochodzi do niego, że chyba już najwyższy czas.

– Panie doktorze, pewne okazy były tak drogie, że aby odkupić je od innych zbieraczy, wyprzedawałem pomału wszystkie sprzęty domowe – mówi Józef doktorowi w białym kitlu. – W końcu sprzedałem wszystko. Zostałem bez niczego. Z tysiącami podkładek pod piwo. Ja sądzę, panie doktorze, że to zaburzenie obsesyjno-kompulsywne i że powinienem zostać hospitalizowany.

– Pan pozwoli – odpowiada zgryźliwie lekarz – że sam określę jednostkę chorobową – po czym pisze w karcie „zaburzenia obsesyjno-kompulsywne” i zaleca hospitalizację.

W szpitalu dla umysłowo chorych Józef czuje się nijako, jest ogłuszany lekami i poddany codziennej rutynie. Nawiązuje kontakt z Obeliksem. Tak nazywają rosłego mężczyznę posturą, ale i obliczem podobnego do postaci z komiksu. Często przechadzają się razem, rozmawiają niewiele, bo i o czym, głównym tematem jest paskudna kuchnia i głupota lekarzy.

A propos jedzenia, Obeliks wyznaje pewnego razu Józefowi, w tajemnicy:

– Czternaście lat temu, jedna baba mnie otruła. Trucizną palącą. Od tamtej pory tkwi we mnie i nie chce wyjść. Leczą mnie tu niby, a tak naprawdę sami nie wiedzą, co z tym zrobić. Oni nic nie wiedzą.

„W każdym z nas tkwi trucizna” – myśli Józef i jeszcze tego samego dnia wypisuje się na własne żądanie, mimo protestów ordynatora.

Po drodze do domu kupuje worki na śmieci i byle jakie, ale zawsze, krzesło i dmuchany materac.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 59.

Miejsce: Urządzona bogato rezydencja w centrum miasta.

Okoliczności: rozmowa z młodą, atrakcyjną żoną.

Tak się jakoś złożyło, że Józef Śmiesznostaszny zdobył w krótkim czasie całkiem spory majątek, a potem ożenił się z blondynką, która mogłaby być jego córką.

– Tyjesz – mówi żona o imieniu Dorota.

– A kiedy mam tyć? – pyta Józef. – Jak się naprawdę zestarzeję? Wtedy będę sechł.

– Daj mi trzy tysiące. – Żona robi piękne oczy. – Widziałam piękne buty.

– Nie – odpowiada Józef. – Bo pomyślę, że jesteś ze mną dla pieniędzy – dodaje, mimo że wie, że żona jest z nim wyłącznie dla pieniędzy.

Dorota czerwienieje ze wściekłości.

– Głupi staruch! – wykrzykuje gniewnie.

Józef wstaje i wymierza jej siarczysty policzek.

– Zamknij ryja, szmato – cedzi przez zęby. – Bo zrobię ci krzywdę, a tego byś nie chciała.

Żona bez słowa wychodzi z domu. Na drugi dzień przysyła adwokata z pozwem o rozwód. Pękając ze śmiechu, Józef szczuje adwokata psami.

Po paru dniach od tego wydarzenia Józef, pod wpływem zadziwiającego snu, doznaje przemiany duchowej. Śni mu się staruszek, którego dawno temu spotkał w parku, kiedy to był kompletnie nieszczęśliwy. „Nie tędy droga” – mówi tylko staruszek a nad jego głową wyrasta tęczowa aureola, coś w rodzaju boskiej aury.

Następnego dnia Józef zapisuje cały swój majątek na cele charytatywne, głównie na wspomożenie sierocińców w Afryce. Sobie zostawia minimum, niezbędne do przeżycia. Podpisuje pozew rozwodowy.

– Nie tędy droga – mówi sam do siebie po miesiącu przeżytym w sposób niemal ascetyczny, a który to miesiąc budzi w nim tylko tęsknotę do niedawnego wystawnego trybu życia. – To którędy?

Staruszek już go jednak nie nawiedza.

Józef bierze udział w seansie spirytystycznym, gdzie udaje się przywołać ducha staruszka.

– Którędy droga? – pyta drżącym głosem Józef.

– A rób co chcesz – odpowiada staruszek i znika.

Józef uświadamia sobie, że chyba nigdy nie robił tego, co chciał.

Chce to zmienić.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 78.

Okoliczności: zebranie wyznawców Kościoła Świetlistej Odnowy, którego to Józef Śmiesznostraszny jest guru.

Józef ma długie, przerzedzone na środku głowy, siwe włosy i długą, siwą brodę.

– Mistrzu – pyta go drżącym głosem jeden z wyznawców. – Jak dojść do spokoju ducha?

– Prostą drogą – odpowiada Józef już nie wiadomo który raz. – Jeśli będziesz kluczył i zataczał niepotrzebne kręgi, boski spokój nie będzie miał szansy cię odnaleźć.

– Ja idę prostą drogą – mówi wyznawca, pochylając głowę. – A w moim sercu nadal gości niepokój.

– W takim razie klucz i zataczaj kręgi – rzecze na to Józef, gładząc kościstą dłonią brodę. – Być może boski spokój przed tobą ucieka. Być może tak uda ci się go schwytać.

– Mistrzu – odzywa się inny wyznawca. – Twoje słowa są dla mnie zbyt zawiłe.

Józef ucisza go ruchem dłoni.

– Zadajesz niepotrzebne pytania – rzuca zniecierpliwionym tonem. – Nie mogę kierować twoim życiem. Nie mam takiej władzy. Zdaj się na instynkt.

„Ja nigdy nie słuchałem instynktu” – pogrąża się w myślach Józef. – „I nie jestem ani trochę spokojny”. – Dochodzi do wniosku, podczas gdy jego wyznawcy mrukliwie odmawiają prostą mantrę. – „Oszukuję tych ludzi”

Następnego dnia Józef, przywódca Kościoła Świetlistej Odnowy, znika, ku rozpaczy swoich wyznawców.

Goli brodę, strzyże włosy, przywdziewa strój staruszka parkowego i zaczyna przesiadywać na ławce w parku miejskim.

Karmi gołębie, myśli o wszystkim i o niczym.

Pewnego dnia zaczepia go młody człowiek w szarym garniturze, o bladej twarzy i podkrążonych oczach.

– Przepraszam, czy jest pan szczęśliwy?

– Tak, jestem – odpowiada Józef – W ogólnym rozrachunku jestem szczęśliwy. Miałem dobre życie, w którym dobre chwile przeważały nad złymi. Jestem szczęśliwy i pogodzony z losem.

– Ja nie – mówi młody człowiek. – Co mam robić?

– Spróbuj zmienić coś w swoim życiu. – radzi Józef. – Zacznij od rzeczy podstawowych, a wszystko się ułoży i będziesz wiedział co robić.

Młody człowiek odchodzi.

Józef patrzy na niego smętnym wzrokiem.

„Może jemu się uda” – stwierdza i wraca do karmienia gołębi, która to czynność wydaje mu się w owej chwili czymś najlepszym i najważniejszym, co w życiu robił.

h

Józef Śmiesznostraszny, lat 86.

Okoliczności: Józef umiera na szpitalnym łóżku na raka płuc.

„Ja, który w swoim życiu wypaliłem może trzy papierosy” – myśli co jakiś czas i czuje do losu ogromny żal za taką niesprawiedliwość.

Charczy, żyje od obchodu do obchodu. Wtedy ożywia się lekko i stara się wplątać lekarza prowadzącego w rozmowę.

– Co u pana słychać dzisiaj, panie Józefie?

– Dzisiaj dużo myślałem – sapie Józef – I wie pan do jakiego wniosku doszedłem?

– Tak? – mruczy lekarz, zapisując coś w karcie.

– Że życie jest trochę śmieszne.

– Cieszę się, że humor pana nie opuszcza. – Lekarz odpowiada w protekcjonalnym tonie.

– Ale trochę straszne.

– Proszę nie przesadzać.

– Życie każdego z nas jest takie, jacy my jesteśmy – charczy Józef. – Zgadza się pan ze mną?

– Oczywiście. – Lekarz tłumi ziewnięcie.

Józef kończy swój żywot jeszcze tej nocy. We śnie przychodzi do niego staruszek z parku.

„W następnym wcieleniu będziesz stonogą” – mówi Józefowi.

„Dlaczego stonogą?” – pyta Józef.

„Będziesz taką stonogą” – dodaje staruszek – „której każda ze stu nóg będzie chciała iść w swoim kierunku. Słowem, będziesz psychicznie chorą stonogą. Przykro mi, ale takie są wytyczne.”

Józef pragnie zaprotestować, ale na ekranie małej skrzyneczki pojawia się linia ciągła.

Tak kończy się historia Józefa Śmiesznostrasznego. Historii, z której, przyznacie, trudno jest wyciągnąć jakiekolwiek wnioski.

Oszalała stonoga, wymachując każdą kończyną w innym kierunku, wyglądała jak mikroskopijny stepujący pociąg.

h
Reklamy
  1. „Historii, z której, przyznacie, trudno jest wyciągnąć jakiekolwiek wnioski.”

    Wręcz przeciwnie, bo „przypadki…” to historia z morałem, udzielająca wcale niegłupiej życiowej rady, tudzież przestrogi. Szkoda, że pan Śmiesznostraszny usłyszał ją dopiero na łożu śmierci bo bycie psychicznie chorą stonogą czy człowiekiem bez celu i jasno określonych priorytetów jest tak samo do kitu.

  2. Uff, w pierwszym momencie wystraszyłem się, że cytat pochodzi ze wstępu i że będzie, że nie doceniamy naszych czytelników… A to wina autora 😉

  3. Wielkie dziki za opublikowanie moich wypocin. Bd si stara ze wszystkich si, eby moje kolejne opka(?) byy jeszcze dziwniejsze:) 300% normy bizarro:) Niech yj lata 50-te i dzielni bizarro stachanowcy!!! Ciekaw jestem, co mylicie o kawaku powieci „Wieczne pira”, ktry Wam przesaem. Jestem nieludzko ciekaw Waszej opinii, serio. I czy nadaje si do publication. Bo bizarro to on chyba, raczej na pewno jest. Mam nadziej, e bdziemy w kontakcie Wszelkiego, co dobre Jutrzejszy 42-latek Rafa M. ps. Zrobilicie mi fajny prezent na urodziny. By moe przel cukierki do podziau przez ca Redakcj:)))

  4. a redakcja może się podzielić z resztą? czyli przydałby się wagon cukierków i wolna bocznica kolejowa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: