polskie centrum bizarro

Partiotyczno-politycznie czyli dwa, a w zasadzie trzy razy P

In Opowiadania on 11 listopada, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtCzy Paskud jest zaangażowany politycznie? Oczywiście, że nie. Paskud jest lepszy niż polityka. Jest też lepszy niż jej brak. Mówiąc krótko: jest po prostu najlepszy. Tym niemniej, w swoim wysoce idealnym (acz paskudnym) świecie, ma świadomość, iż coś równie bzdurnego jak polityka istnieje.

A skoro istnieje, to warto o niej pisać. W ten lub inny sposób. Zresztą, nie oszukujmy się, nawet najzwyczajniejszy tekst poświęcony polityce jest z założenia bizarro, albowiem jego treść nie ma nic wspólnego z normalnością, logiką i innymi wodami święconymi, których Paskud unika na codzień.

Dobra, dosyć ględzenia. Zapraszamy do lektury okolicznościowej, zbiorczej aktualizacji, w skład której wchodzą: Ostatnia Obrada Norberta Góry, Polska po roku 2020: Seryjny morderca Macieja Kaźmierczaka i You-Nail Jana Maszczyszyna. A ugraficznił całość, zwyczajowo, Tomek Woźniak. Macie ochotę?

Zapraszamy!

h

Norbert Góra Ostatnia Obrada

h

Poseł Tomczyński, spóźniony jak zwykle, wbiegł do sali obrad, potykając się wcześniej o wysoki próg. W chwili, gdy jego wejście zarejestrowały kamery wszystkich stacji telewizyjnych w kraju, obecnych na sali w tym – jakże wyjątkowym – dniu, przypominał bardziej nieudolnie złożony samolot z powiewającym na wietrze skrzydłem, zataczający się i zmierzający ku poważnej katastrofie.

Wszystkowidzący i wszechwiedzący (ale czy na pewno?) dziennikarze jak jeden mąż wpatrywali się w posła z niebywałą ciekawością, od czasu do czasu zerkając po sobie i wymieniając uśmiechy zażenowania.

Tomczyński poprawił swój bawełniany, piekielnie czarny garnitur, w którym wyglądał niczym napompowany do granic możliwości balon, ale jego nieszczery, przesadny uśmiech – zgodnie z wolą posła – zdziałał cuda. Dziennikarze odwrócili od niego uwagę i spojrzeli na drewnianą mównicę, pozwalając mężczyźnie przemknąć niezauważenie przez tłum polityków i przedstawicieli najrozmaitszych mediów.

Miał czterdzieści dziewięć lat, za sobą trzy kadencje i barwne – prawie jak tęcza – życie. Z wrażeń wyłysiał i przytył, a jego policzki wyglądały jak u chomika, pospiesznie chrupiącego pokarm. Nieskazitelnie błękitne oczy i wąskie, ledwo widoczne z daleka usta nadawały temu człowiekowi iście dziecięcych cech. Nie bronił go nawet status doktora nauk politycznych. W jednym z wywiadów telewizyjnych zasłynął nie jako wykształcony, złotousty i inteligentny poseł Zrzeszenia Współczesnej Polski, ale jako poseł, który pomylił poważny program publicystyczny z oborą, przepełnioną duszącym nozdrza toksycznym zapachem, gdzie niekulturalne odgłosy wydalania gazów są czymś tak powszechnym, jak błękitne niebo czy dwuślad. Nic więc dziwnego nie było w fakcie, iż podczas jednej z kampanii wyborczych na wielkim billboardzie posła Tomczyńskiego, pod białymi, imponującymi literami, składającymi się  na zdanie: „GŁOSUJ NA MNIE”, ktoś wykonał dopisał czarny sprejem: „CZY TO SEJM, CZY OBORA – NA MNIE ZAWSZE BĘDZIE PORA”.

Gdyby w dniu ostatniej obrady media koncentrowały się na wpadkach polityków, prawdopodobnie żadna kamera nie rejestrowałaby przemówień, albowiem przypadek posła Tomczyńskiego należał i tak do tych lżejszych.

Kilka miesięcy temu Wiktor Kolor – senator z ramienia Partii Wszystkich Polaków – podczas telewizyjnej dyskusji, poświęconej zjawisku rosnącej przemocy dzieci wobec rodziców, wydał jednoznaczny komunikat:

Niektóre dzieci są jak śmieci, trzeba je utylizować.

Poseł Tomczyński, starając się zapomnieć o wpadce senatora Kolora i swojej, wygładził czarną koszulę i poprawił jeszcze czarniejszy krawat. Chociaż dzień ostatniej obrady był zwykłym dniem, dla wielu posłów i senatorów oznaczał żałobę.

Sejm i Senat już nigdy nie ustanowią żadnej uchwały, ustawy ani poprawki.

Nadszedł kres kresów i szczyt szczytów.

Na mównicy obecny już był poseł Chrześcijańskiego Ugrupowania Ponad Podziałami, w skrócie CUPP – Włodzimierz Kryszmis.

Miał włosy tak srebrne, jak łuna księżycowa odbijająca się nocą w falującej na wietrze tafli wody. Dokładnie ostrzyżony i ogolony, schludnie wyglądający w czarnym garniturze – jak wszyscy w tym dniu – chrząknął do mikrofonu, przeprosił, a potem wziął plik kartek, na których najprawdopodobniej miał zapisaną przemowę.

Postukał nimi delikatnie w mównicę i nastała cisza.

Zanim cokolwiek powiedział, rozejrzał się po sali, jakby szukał jeszcze telepromptera z przewijającymi się tekstami do wypowiadania, tak na wszelki wypadek.

– Jak przeżyłem piętnaście lat jako poseł, tak nie wierzę w to, co się dzieje – zaczął niepewnie, przemawiając głosem z pogranicza cichych westchnień i szepczących dyskusji. – Nie wiem… Nie wiem… Nic nie wiem.

Gwałtownie zamilkł, a wszyscy politycy wstali, jakby sterowani przez potwornie inteligentną maszynę, napędzani niewidzialnymi kluczami wbitymi w plecy, a następnie rozległ się rażący uszy dźwięk aplauzu.

Kamery rejestrowały te obrazy, płaczące twarze i tysiące rąk zderzających się ze sobą.

Poseł na mównicy wyciągnął do góry dwa palce prawej dłoni i, uśmiechając się, płakał razem z resztą.

– Nadszedł dzień, w którym nic nie będzie takie, jak było kiedyś – stwierdził po burzy oklasków, aż nastała cisza i posłowie znowu zasiedli na swoich ławkach, czekając na kolejne słowa Kryszmisa.

Kilka kamer skupiło się na twarzy polityka. Smutne, zmęczone zielone oczy, skrzące się, chociaż nie powinny. Przepłukiwane następnymi falami gorzkich łez. Owalna, koścista twarz mężczyzny budziła litość. Mimo swych co najmniej sześćdziesięciu lat, płakał jak małe, bezradne dziecko.

– Miałem przygotowaną mowę, już byliśmy tak blisko realizacji planu partyjnego, a tutaj…Tutaj… – Znowu zaniemówił, szukając odpowiedniego słowa i rozglądając się po sali, jakby oczekiwał, że ktoś mu podpowie, co ma mówić dalej.

Kilkakrotnie usłyszał słowa: „dupa”, „dno”, „tragedia”, a rzadziej pojedyncze westchnienia albo „koniec”.

– Tutaj jest koniec! – wrzasnął po chwili, a wszyscy posłowie, znowu jak nakręceni przez maszynę, jednogłośnie śpiewali.

– Nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść.

Kryszmis uśmiechnął się i kontynuował.

– Katastrofalna pauperyzacja polskiego społeczeństwa uniemożliwiła asymilację z innymi, europejskimi narodami, wywołując de facto lawinę społecznych dysonansów i degradacji wartości.

Politycy patrzyli na niego jak na złotoustego oratora, zachęcającego słabe, niedoświadczone oddziały bojowe do walki z potężnym, niezniszczalnym wrogiem, drwiąc sobie z niesamowitości oponenta.

Nikt jednak nie rozumiał, jakie jest przesłanie posła Kryszmisa. Był on autorem książki, wyprzedanej co do jednego egzemplarza z nakładu rzędu dziesięciu tysięcy, pod tytułem Jak mówić, żeby nikt nie rozumiał, a klaskał i akceptował?

– Polityczna degrengolada, dewaluacja tradycji i depersonifikacja obywateli. To wszystko… To wszystko się teraz nie liczy! – krzyknął po raz kolejny i ponownie nastąpiła fala aplauzów.

Usłyszał tłumnie wypowiedziane słowo „racja”.

– Pozostaje nam jedynie zaśpiewać pewną pieśń – dodał i sam zaczął śpiewać. – Żeby Polska… Żeby Polska… Żeby Polska była Polską!

Wtórowali mu koledzy z partii, a nawet zagorzali przeciwnicy.

Kamery co prawda rejestrowały śpiew polityków, ale w tym czasie dziennikarze dostawali kolejne sygnały o innych, ciekawszych wydarzeniach.

Czarnowłosy reporter Polskiej Telewizji Niepublicznej, mający na nosie okulary w grubych, czarnych oprawkach, dowiedział się o nagim trzydziestolatku przywiązanym rękoma, nogami i genitaliami do balkonu na dziesiątym piętrze wieżowca mieszkalnego na warszawskiej Pradze.

Dziennikarka Telewizji OnlyNews z burzą blond włosów upiętych w staromodny, tradycyjny kok miała zamiar jako pierwsza dotrzeć do mężczyzny, który pobił rekord w jednoczesnym recytowaniu dwieście razy pod rząd inwokacji Pana Tadeusza i uderzaniu w złociste werble perkusji.

Ostatni z reporterów – przedstawiciel 72TV – musiał jeszcze przeprowadzić wywiad z kobietą, autorką pięciostronicowego wiersza o niczym.

Sala obrad wyludniła się. Gdy dziennikarz 72TV opuścił pomieszczenie, politycy zamilkli i zamknęli oczy. Wszyscy… Poza posłem Tomczyńskim.

W chwili, w której upewnił się, że nikt go nie słucha, powiedział na głos:

Koniec końców, nadszedł koniec.

Nie ma króla, został goniec.

Nie uratuje już sytuacji pan Marcin Daniec.

Został nam jeno bezdźwięczny taniec.

Gdy wyrecytował wymyślony naprędce wiersz, wstał ze swojej sejmowej ławki i, tańcząc walca, skierował się do wyjścia.

h

Woźniak004

h
h

Maciej Kaźmierczak Seryjny morderca

h

Piątek, południe. Tego dnia Janusz kończył pracę o dziewiątej rano, zaczynając ją o północy. Zawsze był zmęczony, śpiący, często również straszliwie rozdrażniony świadomością, że następnego dnia, w sobotę, będzie musiał wstać o piątej rano, a do domu wróci dopiero o czwartej po południu.

Dziś jednak zadbał o to, aby choć trochę górować nad zmęczeniem: tuż przed skończeniem zmiany pochłonął dwie kawy, po drodze zjadł porządne śniadanie, popijając je napojem energetycznym. Lodówka niestety lśniła pustką, a nie miał kiedy zrobić zakupów. Żona odeszła od niego dwa lata wcześniej.

Gdy wrócił do domu, zrzucił z siebie przepocone ubrania, w których chodził już od trzech upalnych, czerwcowych dni. Wziął prysznic, na który poświęcił nie więcej niż pięć minut.

Z szafy w sypialni wyjął czyste, lecz pogniecione ubrania. Janusz nie miał w zwyczaju prasować niczego. Zdarzało mu się nawet zakładać coś prosto z pralki, nie zważając, że jest jeszcze mocno wilgotne czy też zatęchłe, gdy nie wyjmował prania przez kilka, czasem nawet kilkanaście dni.

Siedząc na łóżku i zakładając czarne skarpety, wpatrywał się w stojącego na szafce nocnej laptopa i spoczywający tuż obok słoik z czymś białym w środku – jakby z rozcieńczoną farbą czy oleistym żółtkiem jajka.

Gdy już się ubrał, wziął słoik i wyszedł z nim z sypialni. Założył na przegub dłoni zegarek, niedbale przeczesał włosy przed lusterkiem i wyszedł. Wsiadł do samochodu i odjechał w akompaniamencie rockowej muzyki z radia.

***

Aby dotrzeć do centrum stolicy potrzebował zwykle dwóch godzin. A że zwyczajowo odbywał takie podróże wczesnym rankiem czy też późnym wieczorem, wręcz nocą, zapomniał, że o tej porze ulice miasta mogą być zalane nie tylko przez upalne słońce, ale również przez setki, jeśli nie tysiące samochodów.

Dlatego na Plac Józefa Piłsudskiego dotarł w cztery godziny. Musiał dodatkowo zostawić samochód na pierwszym z brzegu wolnym miejscu parkingowym. Do parkometru wrzucił pięć złotych, żeby mieć pewność, że zdąży wszystko załatwić. Spiesząc się, niemal zapomniał włożyć bilet za szybę, przy czym ściskany w dłoni słoik omal nie spadł na twardy chodnik i nie rozbił się.

Dalszą drogę pokonał pieszo.

Na miejscu był niemal równo o szesnastej. Wszystko zaczęło się godzinę temu. Janusz sam nie wiedział, kiedy miałby zrobić to, co zaplanował, dlatego też nie złościł się ani na siebie, ani na nikogo innego, że spóźnił się tyle czasu.

Plac zalany był gęstym tłumem, potrząsającym kartonowymi tabliczkami na kijach od szczotek, na których widniały hasła, które skandowano raz po raz. Ludzie tłoczyli się tuż przed pustą sceną, na której stało kilka osób. Przed mównicą nikogo nie było, najwyraźniej czekano na kolejnego gościa. A gdy ten zjawił się, publika zamilkła, stanęła w miejscu i zaczęła słuchać.

Janusz przepchnął się na przód tłumu, stojąc tuż przy schodkach prowadzących na podest. Nagle pojawili się ochroniarze. Słoik schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Czekał na odpowiednią chwilę.

– Obywatele i obywatelki, bracia i siostry – mówił ubrany w garnitur, tęgi mężczyzna z koloratką wsuniętą w kołnierz czarnej koszuli. – Zebraliśmy się dziś tutaj, aby uczcić ten wspaniały dzień, na który czekaliśmy przez tyle lat. Wspólnymi siłami w końcu udało nam się go wywalczyć – to dzięki wam zostałem prezydentem i dzięki wam ten dzień stał się rzeczywistością. Wy jesteście sprawcami najważniejszych w państwie dzieł, a ja jestem jedynie narzędziem w waszych rękach. Dziękuję wam za to. Dziękuję, że we mnie wierzycie i że przyszliście tu dzisiaj, aby uczcić tych, których chcemy chronić. Aby stali się tacy, jak my – aby stali się dobrymi ludźmi i wiedzieli, co to prawość i wiara.

Tłum zafalował, rycząc jak podczas koncertu rockowego.

Po kilku minutach prezydent zszedł ze sceny i udał się na wywiad. A wraz z nim wszyscy jego ochroniarze. Znów zrobiło się czysto.

***

Kolejna przerwa. Tłum znów zaczął krążyć w koło, krzycząc, aczkolwiek już ze znaczniej mniejszą werwą i oddaniem. Ze sceny zeszło kilku mężczyzn, pozostało trzech, którzy gapili się gdzieś ponad ludźmi. Przy mównicy nikogo nie było, tłum zwalniał.

Janusz uznał, że to będzie najlepszy moment. Wszedł na scenę, skupiając na sobie uwagę tłumu. Większość z nich zapewne myślała, że to kolejny prelegent.

Stanął tuż obok ambonki i wyjął słoik zza pazuchy. Odkręcił go delikatnie, jakby z czułością. Potem przechylił na bok, a żółto-biała, glutowata ciecz, zajmująca niemal połowę naczynia, wylała się na deski podestu. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, opróżnił cały słoik i z radością oraz szerokim uśmiechem na twarzy zaczął deptać plemniki, które tak skrupulatnie zbierał przez kilka ostatnich miesięcy.

Skakał, śmiał się, gniótł butami, jakby gasił papierosa. Dopiero po kilku sekundach do tłumu dotarło, co właśnie zrobił. Trzech stojących za nim mężczyzn rzuciło się na niego, by odciągnąć go w stronę schodów. Ludzie krzyczeli, niektórzy płakali, biegli w stronę Janusza. A ten, w objęciach nieco wątłych facetów, śmiał się i cieszył z tego, co zrobił.

Po chwili pojawili się ochroniarze prezydenta, a obiektywy wszystkich kamer zwróciły się w jego stronę.

Ściągnęli go na dół, zaprowadzili do ciemnego auta. Kilka minut później nadjechała policja.

***

Na każdym państwowym kanale zatrzymano wszystkie reklamy, filmy i inne programy, aby nadać specjalny komunikat z Warszawy, z Placu Marszałka Józefa Piłsudskiego.

– Dwudziesty dziewiąty czerwca dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku – mówiła prezenterka w czarnym kostiumie, za plecami mając wzburzony i skandujący tłum. – Dziś obchodzimy pierwszy nie tylko w Polsce, ale i na świecie, Narodowy Dzień Dziecka Nienarodzonego i już doszło do okrutnej zbrodni, tragedii. Można by rzec – ludobójstwa. – W tym momencie pokazano fragment nagrania wywiadu z prezydentem, nad ramieniem którego widać było mężczyznę stojącego na scenie i wylewającego coś z dużego słoika. Po chwili znów pojawiła się dziennikarka. – Straszliwy incydent podczas tak wspaniałego święta. Z nami jest ojciec prezydent. – Kamerzysta zmniejszył zoom i w pole widzenia wpełzł obraz stojącego obok mężczyzny. – Jak ojciec skomentuje to, co wydarzyło się przed chwilą?

– W moim… naszym kraju – poprawił się – nie może dochodzić do tak brutalnych i licznych morderstw. Zapowiadam, że mężczyzna, który się ich dopuścił, zostanie ukarany w najsurowszy sposób. To jest nie do pomyślenia, nie spodziewałem się, że ludzie mogą być tak okrutni. – W oku zakręciła mu się łza. – Gdy widzi się takie przypadki, aż chce się… aż chce się przywrócić karę śmierci…

h

 Jan Maszczyszyn You-Nail

h

Wywiad zarejestrowany pod paznokciem prawego kciuka, Warsoviennsins, 11 listopada 3966 roku.  

– Rozmawiamy  z posłem Rogozińskim. Proszę bardzo…

– Od kiedy jestem łysy? Od zawsze. Odkąd moja suka wydała mnie na świat owłosioną cipką! I leję na to! Rzygać mi się chce na widok palantów modelujących tę swoją tradycyjną  łatę sierści na czubku pustego łba.

– Słucham?

 – Tak, jestem po prawicy. Od początku byłem. Odkąd matka wykarmiła mnie zestawem prawych cycków, polubiłem tę stronę. Czy jestem Polakiem?

– Proszę?

– Lubię się napierdalać, kocham piłkę główkową i naszego nowego papieża Jezusa Kazimierza.

– Panie pośle, nie pytałam pana o to.

– Pani redaktor, jak będę czekał na sformułowanie pytań, to tu zdechnę z głodu. Po prostu wszyscy dzisiaj nie mamy czasu.

– Jestem panną.

– Nie ruchana?

– Jest pan bezczelny…

 – Może trzeba zmienić płeć?

– Po co? Urodziłam się z tym czymś i jestem kim jestem!

– Rodzimy się z automatycznej formy, dopiero później świadomie obieramy kierunek naszej interakcji ze społeczeństwem. Jako mężczyźnie byłoby pannie łatwiej.

– I pan to mówi, chrześcijański-ortodoksyjny beton? Brzydzą mnie takie fałszywe fiuty.

– No, no, moja panno! Popieram klechów i naszego Najasnogórskiego  papieża Kazimierza Jezusa za zniesienie celibatu i zalegalizowanie związków partnerskich w obrębie instytucji kościelnych. Jednym ruchem zniechęcił środowiska pedofilskie do infiltracji szeregów duchowieństwa. Obecny, obowiązkowo gejowski profil księdza, odstręcza nawet kobiety zazwyczaj chętne do amorów z klerykami.

– Ma pan na myśli kontrowersyjną encyklikę seksualnego pojednania?

– Dokładnie. Ojciec Święty pochodzi z Pomorza.

– A co to ma do rzeczy?

– No, właściwie nic. Ale swego czasu popularnością cieszyła się teza o podobieństwie powołania do stanu duchownego z identycznym w sensie duchowym powołaniem do życia w związku homoseksualnym, głoszona przez biskupa Unii Żeglugi Błotnej Wyschniętego Bałtyku.

– Jakie przesłanie ma pan poseł dla obywateli z okazji narodowego święta?

– Przede wszystkim musimy pamiętać, że minęło już blisko trzy tysiące lat państwowości polskiej. Nadal jesteśmy wielkim narodem. Przeszliśmy gehennę wielu zaborów, unii i zjednoczeń. Krzyżują się daty, mieszają rocznice. Ważne, że pozostajemy niereformowalni, uparcie trzymający się narodowej tradycji, języka i fundamentalnych prawd religijnych.

– Chrześcijaństwo funkcjonuje już tylko u nas?

– Funkcjonuje? To złe słowo, moja panno redaktor. Osiemset milionowy naród w wolnym i niezależnym państwie ma prawo do swoich wyborów.

– Tym bardziej, że reszta narodów już dawno opuściła Ziemię.

– Odeszli, bo przeszłość była dla nich niewiele znaczącym słowem. Zagubili się w codziennych rozterkach. Zrobili to ze względu na kompletną degradację środowiska naturalnego planety. Wystarczył smród i bagna po niemal wyschniętych oceanach, aby odstraszyć miliardy ludzi.

– My potrafimy z tym żyć?

– Doskonale panna wie, że tak, bo stąd ten wywiad.

– Otwarcie domagam się reform i chociażby budowy niewielkich przyczółków Polski na obcych światach. Mamy do czynienia z kompletnym zacofaniem.

– Z tym ostatnim się zgodzę. Polskie ciało i polski duch są popsute!

– Ma pan poseł na myśli ostatni incydent przeniesienia stolicy apostolskiej do Częstochowy?

– Nie. To dobry pomysł. Pozbawiony ludzi Rzym zupełnie się sypie. Nikt nie dbał o zabytki, a katedra świętego Piotra przeniesiona pod mury Jasnej Góry pięknie się prezentuje. Mam na myśli takich obrzydliwych hominidów, jak pani! Blokują przemianę. Przepraszam, panna redaktor.

– Wypraszam sobie.

– Jeśli wybierać do związków partnerskich, to tylko zwierzęta. Ale ustawodawca wymaga spełnienia pewnych ważnych, podstawowych warunków

– Posiadam certyfikat transwersji.

– Skąd wobec tego ten ludzki, jakże słowiański kształt?

– In vitro. Trudno znaleźć aktualną matrycę prawidłowo ukształtowanego Polaka, bo kto o to dba.

 – Z transanimalem jest tak jak z transseksem?

– Ja poczułem w sobie psa zaraz po narodzinach w nieco zniekształconej, ludzkiej formie. Zawsze pragnąłem tej zmiany. Operacja była prosta. W moim przypadku udało się nawet wyhodować  pozaustrojowo czynne genitalia. Mogę mieć małe i to aż czterech gatunków. Jestem bodajże pierwszym członkiem parlamentu, który ma odwagę publicznie się ujawnić i oficjalnie zrezygnować z ludzkiej powierzchowności. Trend światowy już dawno zdeterminował nowe, postępowe normy człowieczeństwa. Musimy ten trend dogonić.

– Zamienić się w wyleniałe kundle o ludzkich proporcjach ciała?

– Nie pyta panna dlaczego? Związki partnerskie ze zwierzętami muszą być zalegalizowane.

– Dlaczego?

– Z punktu widzenia religii już dawno doszliśmy do konkluzji, że jesteśmy niegodni boskiej wizji istoty inteligentnej. Bóg się nas wstydzi. W każdym z nas tkwi prymitywne bydlę. Co więcej, nie zasługujemy na człowieczeństwo. Należy sobie to jak najszybciej uświadomić, postąpić zgodnie z własnym sumieniem i wyzwolić to zwierzę.

– Czyli dobrowolnie stać się transanimalem?

– Dokładnie. W naszym narodowym, polskim interesie leży jak najszybsze stworzenie podstaw prawnych dla legalizacji związków partnerskich ze zwierzętami oraz akceptacja form pośrednich.

– Jest pan za legalizacją rodzenia mieszańców? Transanimal przyszłością Polski?

– To przyszłość życia w naszym układzie słonecznym. Jesteśmy zmuszeni podzielić garnitur genetyczny dla dobra wspólnej ewolucji wszystkich gatunków. W końcu człowiek od zarania świata był gatunkiem symbiotycznym, tylko sobie z tego w pełni nie zdawał sprawy. Moim marzeniem jest opuszczenie ziemi przodków i przeniesienie populacji na zielone, pływające pastwiska Neptuna. Powstanie nowej, transgenicznej formy życia, kumulującej w sobie wszystkie rodzaje popędów, orgazmów i doznań erotyczno-uczuciowych stałoby się tylko kwestią czasu. Wtedy naprawdę zbliżylibyśmy się do wymarzonej przez stulecia istoty boskiej.

– Dziękuję za wywiad.

h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: