polskie centrum bizarro

„Dzień jak co dzień” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on Listopad 18, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtAtak rzeczywistością to jeden z najpotężniejszych ciosów, jakie można zadać w sztukach walk wszelakich – niestety, nie nauczyliby się go nawet kozacy z Dragonballa czy innego dzieła popkultury, w którym występuje krzyczenie nazw kolejnych technik w towarzystwie padaczkowych efektów świetlnych. Jest on bowiem zarezerwowany, well, dla rzeczywistości ino, a rzeczywistość lubi, oj lubi, skierować takie uderzenie w kierunku wrażliwych organów ludzi w niej egzystujących.

Za to Polska ma ten potężny atak opanowany w stopniu mistrzowskim – czy poczuliście już napływ patriotycznych uniesień?

O zwielokrotnionym ataku rzeczywistością, mającym miejsce podczas codziennej wędrówki przez pewne zapomniane przez bogów miasto, opowie wam dziś Karol Zdechlik. I zarzekamy się, że tekst jest dużo mniej bełkotliwy niż ten wstęp.

h

Dzień jak co dzień

h

Zacząłem dusić się w masce przeciwgazowej i to mnie obudziło. Po paru chwilach, zdających się ciągnąć przez całą wieczność, wygramoliłem się z barłogu. Stareńka wersalka zaskrzypiała z wyrzutem. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przynajmniej obeszło się bez walki z paraliżem sennym.

Ogarnąłem się trochę. Wiecie, najpierw zaryzykowałem zaczadzenie lub wysadzenie bloku w powietrze spowodowane uruchomieniem piecyka, potem wziąłem szybką kąpiel (szybką dlatego, że musiałem zdjąć maskę – powietrze gryzło wręcz namacalnie), następnie umyłem zęby (na wstrzymanym oddechu). Na zrobienie sobie śniadania nie wystarczyło mi czasu.

Rozsunąłem ciężkie, brudne zasłony. Nie nadążałem z praniem, kurzyły się za często. Co kilka dni trzepałem je na śniegu, jeśli znalazłem gdzieś w okolicy czysty śnieg. Gdyby nie to, że mieszkam na parterze, po prostu bym je zdjął. Zwinąłbym je, wrzucił do pierwszego lepszego pojemnika, na przykład do kartonu po drukarce, i zamknął w piwnicy na cztery spusty.

Dlaczego? Staram się unikać przedmiotów stanowiących naturalne środowisko dla roztoczy. W pokoju nie mam nawet dywanu. Pal licho, że mam alergię na kurz. Tutejsze roztocza osiągają rozmiary muszek owocowych.

Ubrałem się. Wpierw założyłem ciepły sweter, dalej kurtkę, na to pełen kombinezon przeciwchemiczny, a na maskę przeciwgazową naciągnąłem rozciągniętą, wełnianą czapkę. Musiałem wyglądać co najmniej dziwnie, ale nie dbałem o to. Od miesiąca utrzymywała się temperatura minus trzydzieści stopni Celsjusza, a za szybami nie widziałem nic, prócz śniegu. Może dlatego, że ostatni raz myłem okna rok wcześniej, ale, fakt faktem, była zima. Znając stan mojego układu odpornościowego, musiałem dmuchać na zimne, a czasem nawet na lodowate, jak w tym przypadku.

Najprawdopodobniej zasypało wszystko do pierwszego piętra. Miałem nadzieję, że będę w stanie chociaż wyjść z mieszkania. Nie śmiałem nawet marzyć, że służby miejskie, wojsko, więźniowie oraz ochotnicy zrobili choćby jedną ścieżkę w kierunku miasta. Albo w jakimkolwiek kierunku.

Moje obawy się nie sprawdziły. Parter zasypało śniegiem tylko do połowy. Gdy zamykałem drzwi do mieszkania, kontem oka zauważyłem, że po klatce schodowej krąży sąsiadka z piętra wyżej.

Baba wyglądała jak jakiś ghul. Wyobraźcie to sobie – zasuszonego, powyginanego na bezbożne i popierdolone sposoby ghula. Trochę jak u Lovecrafta, takiego kościstego, o ciemnej skórze upstrzonej w – zdawałoby się – losowych miejscach mnóstwem przebarwień. Z prawie łysej głowy sterczał haczykowaty nos zakończony brodawką, z której na dodatek wyrastał pojedynczy włos – w przeciwieństwie do skołtunionej resztki włosów na głowie, ten nie był siwy, tylko czarny. Trzęsąc się i podrygując, telepało się toto po schodach, blok jest zbyt niski, by zamontowano windę. Stwór obrzucał mnie jadowitym spojrzeniem, ilekroć mnie widział. Wszystko tej koszmarnej babie przeszkadzało – gdy byłem chory, za głośno kaszlałem, gdy byłem zdrowy, to w nocy za głośno rozmawiałem ze współlokatorami, poza tym za głośno otwierałem drzwi, za głośno otwierałem okno (jeśli akurat zarówno pogoda, jak i niski poziom zanieczyszczeń pozwalały na taką ekstrawagancję), za głośno odsuwałem krzesło od biurka, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej… Idzie zwariować. A w jaki fascynujący sposób argumentowała ona swoje pretensje – „Pan nie dorósł do życia w mieście!” albo „Może i opuścił pan wieś, ale wieś pana nie opuściła nigdy!”. Przez całe życie, przed wyjazdem na studia spędzone w rodzinnej miejscowości, mieszkałem w bloku. Co więcej, to czasem właśnie ja chodziłem upominać sąsiadów, by zachowywali się cicho, przynajmniej dopóki mnie nie pobili i nie zaczęli srać pod drzwi. Wtedy musieliśmy się całą rodziną przeprowadzić, bo jak się okazało, ci sąsiedzi to była bliska rodzina komendanta policji, więc nie do ruszenia.

Ech, jestem mistrzem dygresji i gubienia wątku. O czym ja to właściwie? A, już wiem. Sąsiadka z góry. No ja wiem, tak, wyrozumiałość, powinienem wczuć się w jej smutną sytuację, skoro jest ostatnia z rodziny lub rodzina się na nią wypięła, zresztą wcale bym się im nie dziwił i absolutnie nie miałbym im tego za złe, no ale bez przesady. Raz zrobiłem imprezę, która lekko wymknęła się spod kontroli, wtedy to interwencja i jej, i policji, i zawiadomionej przez nią właścicielki mieszkania była konieczna, bo sam leżałem w wannie i rzygałem wszędzie dookoła krwią po kilku szklankach nierozcieńczonego absyntu, a zaproszeni przeze mnie znajomi (oraz kilkoro przypadkowych uczestników imprezy) bardzo się rozochocili… Przynajmniej innej sąsiadce oddali pieniądze za jej zgwałconego yorka.

Dobra, wygramoliłem się z bloku. Blok jak blok, pomiędzy dawnym Krakowem, znaczy się, dawnym śródmieściem, a Nową Hutą stoi kilka tego typu osiedli. Już dawno straciłem rozeznanie, gdzie administracyjnie podlegałem. Co blok, to tablica z inną nazwą.

Nie było sensu iść na przystanek autobusowy – jeśli w ciągu ostatnich dwóch, trzech dni korek nie poruszył się ani o centymetr, to dziś też się nie poruszył. Tego mogłem być pewny. Kierowcy porzucali samochody, umierali z przemęczenia lub stresu, albo popełniali samobójstwa. Wszystko utknęło w jednym, wielkim, wszechogarniającym korku, który zastopował całe miasto.

Porównanie z zatwardzeniem nasunęło mi się jakoś tak samo z siebie. Ścieśnione w kiszkach stolcowych miasta – wiodących znikąd donikąd – samochody, autobusy i co tam jeszcze kto ma utknęły na długo, co nie wyjdzie miastu na zdrowie. Ale czy w tym mieście jest cokolwiek zdrowego?

Szedłem sobie, a właściwie to brodziłem w śniegu, przez maskę mało co widziałem, widoczność ograniczał także padający obficie śnieg.

Nagle całą okolicą wstrząsnęła eksplozja, fala uderzeniowa wrzuciła mnie w zaspy. Okazało się, że grupa żołnierzy, roztapiających śnieg i lód przy użyciu miotaczy ognia, nie zauważyła przykrytego białą kołdrą zaparkowanego samochodu, no i czyjeś cztery kółka po dłuższej chwili podgrzewania wywaliło w powietrze. Ktoś krzyczał przeraźliwie, ktoś biegał wokoło, w bloku wypadło kilka szyb. Jak dobrze, że mam okna z drugiej strony. Kilka par rąk wyciągnęło mnie ze śniegu. Otrzepałem się nieco, podziękowałem, ale oni chyba nie zrozumieli, co mówiłem, a ja nie zrozumiałem, co oni mówili, bo też mieli maski, więc po chwili po prostu wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Ktoś coś krzyczał za mną, ale ten incydent mógł mnie za bardzo opóźnić, gdybym dał się zawieźć na pogotowie i przebadać, czy czego właściwie ode mnie chcieli. A nie mogłem się spóźnić, bo miałem kolokwium. Dlatego wyszedłem z mieszkania o 5 rano, by spokojnie dojść na piechotę.

Szedłem i szedłem, w końcu zrobiło się nieco jaśniej, nie byłem w stanie tego stwierdzić, ale  zapewne wzeszło słońce. Postanowiłem przejść na skróty przez park. Komuś zechciało się przejechać tamtędy traktorem z pługiem. Tak, wiem, nazwanie tamtego miejsca parkiem uwłacza wszystkim parkom. Ot, jest tam parę alejek, rośnie trochę drzew, krzaków i chwastów. No i nocami bywa tam dosyć niebezpiecznie.

I nie tylko nocami, jak miałem się lada moment przekonać.

Kraków słynie z maczet. Przez ostatnie lata stały się tutaj wręcz odpowiednikiem sztachet z zapadłych wsi w okolicy mojego rodzinnego miasta.

A, tak, tak, tak, też mam maczetę, o, przewieszoną przez plecy. Wiecie, to tak dla bezpieczeństwa. Jak ją noszę ze sobą, to swobodnie mogę mówić, ze wychodzę „na dwór” a nie na żadne cholerne „pole”. Przynajmniej dopóki nie trafię na kogoś innego z maczetą. Jak w tamtej chwili.

No i w tym pieprzonym parku, trochę głębiej, na czymś w rodzaju polanki, właśnie trwała ustawka. Albo chłopaki rozmawiali o tym, która grupa będzie kontrolowała handel różnymi zakazanymi przez państwo usługami bądź używkami, i nie mogli dojść do konsensusu. Kilku już leżało zaszlachtowanych, wyglądali jak wielkie foki, wyciągnięte na lód i oskórowane. Wszyscy zgromadzeni mieli na sobie pełne kombinezony przeciwchemiczne – nie takie tanie, podobne do peleryny, jak mój – wojskowe modele, zapewne kupione z demobilu lub sprowadzone z zagranicy. Część z nich nosiła szaliki klubowe na kombinezonach, pozostali mieli odpowiednie emblematy namalowane bezpośrednio na strojach.

Całe szczęście, w bitewnym chaosie, gdzie odcięte kończyny lub ich fragmenty latały wokoło, chłopaki mieli inne rzeczy w głowie, niż przekradający się nieopodal ja. Czasem nawet dosłownie. Poza tym padał śnieg, zarówno z szarego nieba, jak i ze sterczących dookoła powykręcanych, suchych drzew, co dodatkowo zmniejszało widoczność. Udało mi się bezpiecznie przeczołgać. Serce waliło mi jak młot. Dawno tak się nie spociłem, jak wtedy.

Wyszedłem z parku. Śnieg przestał padać. Dzięki temu doskonale widziałem charakterystyczny element krakowskiego krajobrazu – unoszące się nad ulicami, na wysokości pierwszego bądź drugiego piętra, chmury pyłu, kurzu i wszelkich zanieczyszczeń, także rakotwórczych. Nie zdziwiłbym się, gdyby i coś radioaktywnego się tam unosiło. Chmury takie gościły na krakowskim niebie z mniejszym lub większym natężeniem przez cały rok, a zwłaszcza zimą i latem. Zazwyczaj tak gęste, że nie było widać z ziemi, co jest poza nimi. Dlatego ostatnimi laty zmalały diametralnie wypływy do kasy miasta z reklam, bilbordów i tym podobnych. W efekcie zabrakło pieniędzy na polepszenie stanu powietrza w mieście. Tajemnicę poliszynela stanowił też fakt, że lwia część dochodów miasta szła na łapówki, by UJ rok w rok wygrywał w rozmaitych rankingach szkół wyższych. Równie dużą część budżetu przeznaczano na łapówki dla urzędników ministerialnych, by ukryć przed odpowiednimi służbami fakt, że AGH utrzymuje się z pędzenia kilkunastu rodzajów bimbru oraz produkcji materiałów rozszczepialnych na rynek bliskowschodni i azjatycki. Poza tym utrzymuje bojówki, które topią w Zakrzówku niepokornych bimbrowników i tych, którzy klecą w garażu amatorskie reaktory atomowe. A takich jest sporo, w końcu to Kraków. Nawet jeden mój sąsiad z bloku majsterkował w piwnicy przy czymś takim. Ale potem nie miał za co pić pod koniec miesiąca, i sprzedał swoje nieukończone dzieło na złom. Sam pomagałem mu wylewać wiadrami ciężką wodę do Wisły. Na wszelki wypadek, z tej okazji zaopatrzyłem się w kombinezon przeciwatomowy.

Ach, tak, prawda, od czasu nieudanej wizyty księdza-cudotwórcy Krzywejobory na stadionie miejskim Wisły im. Biedronki w powietrzu krakowskim jest też sarin. Księdzu coś nie wyszło. Zamiast wskrzesić kilkoro zmarłych, spowodował apokalipsę zombie w skali mikro. Ochrona zamknęła stadion, po czym lotnictwo NATO najpierw rzuciło tam napalm, a potem, dla pewności, rozpyliło gaz bojowy.

Wspomniałem o Zakrzówku. Sam dziki zalew po latach prosperity stał się miejscem praktycznie zapomnianym. Latem nie da się przejść obok, gdyż wszystko gnije. Leży tam po krzakach i skałach tyle zwłok – nie wspominając o tych, co unoszą się w wodzie – że miasto nie nadąża ich wszystkich zbierać. Słyszałem, że pojawiły się propozycje, by teren patrolowali wynajęci ochroniarze, którzy mogliby strzelać ostrą amunicją do każdego podejrzanego osobnika zmierzającego nad wodę.

Tak, to nie jest rozwiązanie problemu, zgadzam się. O, to lepszy pomysł, żeby wywozić tam śmieci z całego miasta, skoro poszczególne dzielnice nie mogą się dogadać ze służbami komunalnymi w sprawie segregowania odpadów.

Ojej, znów ugrzęzłem w dygresjach, wybaczcie. Już wracam do przerwanego wątku.

Mijały godziny mojego forsownego marszu przez zaspy.

Czy po drodze natknąłem się jeszcze na coś dziwnego? Nie, w końcu to Kraków. Tu wszystko, co dziwne, bardzo szybko powszednieje. Więc nie wiem, co macie na myśli.

A, no dobra. Natknąłem się po drodze na grupkę starszych ludzi, wszystkich co do jednego na pierwszy rzut oka mogłem zakwalifikować do tego samego rodzaju, co sąsiadkę z góry, o której wspomniałem na początku opowieści. Klęczeli przed wielką bryłą brudnego śniegu. Niektórzy nie mieli na sobie nawet strojów ochronnych. Ot, klęczeli, modlili się na głos, odmawiali różaniec. Zatrzymałem się w pewnej odległości, by przyjrzeć się temu niecodziennemu zgromadzeniu. Widziałem przy tym kątem oka, jak ksiądz katolicki przyjmował pieniądze od chasyda, stali przy odrapanej kamienicy nieopodal. Ostatnimi czasy kamienice w tej części miasta często przechodziły z rąk do rąk.

Tymczasem podszedł do mnie chwiejący się dziadeczek i oznajmił uroczyście, że oto tam, przede mną, no tam, tak, właśnie tam, przecież widzę, w tej bryle śniegu ukazała się podobizna Jana Pawła II. Jak dla mnie była to tylko bryła śniegu, no ale skoro polski papież, to przeżegnałem się zamaszyście i powędrowałem dalej.

Dotarłem w końcu w okolice dworca PKP. Chciałem wstąpić do galerii i kupić sobie coś do picia, bo mimo przejmującego zimna zgrzałem się w kombinezonie jak cholera i zmęczyłem się jak diabli, ale centrum handlowe otoczyły oddziały policyjne i nikt nie mógł wejść do środka. Okazało się, że jakiś szaleniec wziął zakładników w męskiej toalecie i zagroził, że ich pozabija, jeśli rząd nie ustąpi.Biedaczek najwyraźniej zapomniał, że nie mamy rządu od pół roku, bo wybrańcy narodu za cholerę nie potrafią się dogadać, a kolejnych przyśpieszonych wyborów z rzędu nikt nie będzie ryzykował.

Zostawiłem galerię – swoją drogą, wolałem zdecydowanie stare znaczenie tego słowa – swojemu losowi i poszedłem na zajęcia.

W końcu dotarłem, już bez przeszkód, na miejsce. Okazało się, że zjęcie zostały odwołane, oczywiście nikt nas wcześniej o tym nie uprzedził.

Cóż, dzień jak co dzień w Krakowie.

Przywitałem się ze znajomymi z roku, pożegnałem się ze znajomymi z roku, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w drogę powrotną.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: