polskie centrum bizarro

„Grecki makaron” by Marcin Rojek

In Opowiadania on Listopad 25, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtZe śmiercią tak to już jest, że nikt nie wie, co wydarzy się po niej. Czeka nas tunel ze świetlistym otworem na końcu czy pustka nieistnienia? A może kocioł ze smołą, ocean ognia i siarki oraz Paskud, zapamiętale kłujący nas trójzębem w dupę?

Tajemnicę tę, straszliwą jak sraczka w autobusie, próbuje rozwiać znany literkowym bywalcom, Marcin Rojek. W swoim najnowszym tekście z cyklu „hipsterskiego”, tak absurdalnym, że pojęcie absurdu traci przy nim swoje znaczenie i zdaje się maluczkie jak owsik w obliczu wszechświata, raczy nas wizją życia po śmierci. A raczej próby dostania się do tego życia, niemożliwej ze względów obciążenia pochodzeniem.

Dlatego nim zdechniecie i zeżrą was robaki, lepiej dobrze przeanalizujcie własne drzewo genealogiczne, bo może się okazać, że do raju czy innego cudownego, ciepłego, wilgotnego… eee, dobra, po prostu raju, nie wejdziecie.

h

Grecki makaron

h

Chodzę.

Najpierw w tę.

Później z powrotem.

Zawsze w tej kolejności.

Inaczej to nie miałoby sensu. No bo niby jak, do stu obdarzonych tryprem kurew, najpierw iść z powrotem, a dopiero później w tę?

Mógłbym tak w nieskończoność zastanawiać się nad sensem konstrukcji logicznych powiedzonek mojego ojczystego języka, ale po co? Serio. Mógłbym. Jestem przecież w pierdolonym Chadesie i nie mam pierdolonego obola. A bez pierdolonego obola pierdolony Charon nie weźmie mnie na pierdoloną łódkę i nie przepłynę przez pierdoloną rzekę.

Po kiego chuja, ja się pytam, mój pradziadek musiał być Grekiem? I to wcale nie udawał. Gdyby nie to, byłbym teraz… eeeee, gdzieś indziej. Byle nie tu.

Jeżu kolczasty, jak bardzo mam ochotę na makaron z biedronki.

Przecież promocja była, minus dwieście pięćdziesiąt promili na każde opakowanie, a jak kupiło się trzydzieści dwa, to gratis dawali miseczkę, w której można było go gotować aldende. Czyli, że na półerekcyjnie. Wtedy takie małe makaronowe, na wpół stojące kutasiki pływały w zupie. Mówię ci facet, ekstra wyżerka. Do tego rosół na zdechłej kunie i można się posrać ze szczęścia.

Dzieciak, którego ściskam za ramiona, wpatruje się we mnie ogromnymi oczami. Jego górna warga drży. Mało powiedziane. Jeszcze raz. Jego górna warga porusza się z tak ogromną prędkością w ruchu drgającym, że rezonans zaraz wystrzeli nas wszystkich w kosmos.

Czyli wbijemy się w Grecję od spodu, wszak jesteśmy pod ziemią. Kto by pomyślał, że dziewięć lat nauki fizyki na trzech różnych stopniach edukacji przyda mi się dopiero jak umrę. To ci dopiero.

Dzieciak zwiał. Szalejąca warga zwolniła znacznie, kiedy oddalił się ode mnie, ale wciąż drgała na tyle szybko, żeby zanieść go hen daleko, gdzie nie sięga nawet pierdnięcie Cerbera.

Skąd ja wezmę obola?

Skąd ja wezmę martwą kunę?

Skąd ja wezmę makaron z biedronki?

To było głupie, z biedronki oczywiście. Tylko czy w Chadesie mają biedronki?

Łapię przechodzącą obok kobietę za ramię. A to podła wyspiarka, nawet na mnie spojrzała. Odtrąciła wyciągniętą w potrzebie dłoń, wzgardziła drugim martwiakiem, zbezcześciła… dobra starczy.

Podbiegam do niej i jeszcze raz grzecznie próbuję zaczepić. To znaczy przywaliłem jej piąchą w mordę, aż głowa oderwała się i spadła gdzieś w kurz. To se pogadałem.

Nie wszystko złoto, co w zęby boli, jest i trzecia strona tego modelu. Na ziemi, tuż obok bezgłowego ciała wałęsy, tfu, wałęsającego się bezgłowego ciała, leży sobie obol. Piękny, nowiuteńki, nawet pogryziony, coby było widać, że w zębach przyniesiony.

Czas na decyzję.

Drodzy państwo, ogłaszamy konkurs na to, jak ma się zachować główny bohater naszej historii. Oczywiście wysyłajcie gołębie, wągliki i sowy na podany na dole strony numer*.

W podjęciu decyzji pomogą nam, obecni tu z nami w wyobraźni autora, szanowni goście. ObiWanBezNogi, jako przedstawiciel Jasnej Strony Moczu, Darth KurwinKrul, jako przedstawiciel Niewidzialnej Ręki Niemocy, oraz Johny Crux, jako przedstawiciel Polskiej Partii Onanistów.

Panie ObiWanieBezNogi, jakie jest pańskie zdanie?

Uważam, że nie wolno nam ingerować w wolną wolę głównego zainteresowanego, jest on indywidualną jednostką, tabula rasą, która sama się zapisała i musi teraz działać wedle tego schematu. Jeśli ma w sobie resztki godności, pomoże tej biednej kobiecie, odda jej obola i znajdzie inny sposób na pokonanie impasu. Niech Mocz będzie z nami wszystkimi.

Panie Darth KurwinieKrulu, jakie jest pańskie zdanie?

Ja uważam, że nie możemy się poddawać lewackiej propagandzie, która tu wyraźnie się panoszy po naszych korytarzach, jak myszy po domu gospodarza. Ja uważam, uważam, że ten Pan, o którym rozmawiamy, powinien mieć możliwość kupienia sobie broni, bez żadnych zezwoleń, żeby w sytuacji takiej jak ta móc się bronić przed inwazją czerwonej hołoty. Tej pani, tak dla pewności należą się dwie kule w łeb i cztery w korpus, żeby wiedziała, co może Niewidzialna Ręka Niemocy, kiedy zaczyna być ją widać.

Panie Johny Cruxie, jakie jest pańskie zdanie?

Ja bym poczekał aż kobitka się wykrwawi, a potem wyruchał ją w ucho, wąchając zdechłe ryby. A, zapomniałem o obolu. Jego też bym w ucho wyruchał.

Dziękujemy za poświęcony nam czas i uwagę. Powrócimy teraz do niebytu w mózgu naszego autora, żeby czekać, czy czasem nie będzie nas kiedyś jeszcze potrzebował.

To mi niby miało pomóc? Bardziej emocjonująca byłaby bójka między Misiem Uszatkiem a Kolargolem.

O kurwa, a ja bym zapłacił grubą kasę, żeby to zobaczyć.

A ja nie.

Zamknijcie się już.

Obol. Bierzemy go czy nie?

To może być dobra kobieta, zmarła opiekując się chorym dzieckiem.

Pokiwałem głową, to brzmiało całkiem sensownie.

Ale mogła też być chorą psychopatką i pierdolić osły w dupę drewnianym kutafonem.

Dobra, bierzemy obola i uciekamy.

Czekaj, a ten, a w ucho?

Sam się w ucho.

Idziemy.

Dobra, to innym razem.

Sam się innym razem. Chodźmy już.

Poszedłem. Obol w zębach lśnił jak psia kupa w topniejącym śniegu. Ustawiłem się w kolejce. Wieczność ciągnie się jak guma do żucia przyklejona do podeszwy buta. Przede mną głowy, za mną głowy. Obok nie. Z prawa nic, z lewa nic. Dupa. Leży sobie na ziemi i czeka. Pewnie jakaś zmyłka, albo sztuczka. Podchodzisz do dupy, próbujesz zagadać, nagle robi się ciemno i budzisz się z kredytem na dwa miliony dolarów ugandyjskich i adoptowaną córką. Nie, ja dziękuję, postoję.

Nudzi mi się. Nudzi mi się jak jasna cholera. Kolejka przesuwa się z prędkością kulawego ślimaka. Jebłem, padłem, zdechłem. Nic. Stoję dalej. Wtedy, jak Filip z marihuany, wyskakuje pomysł. Nie wiem dokładnie skąd. Ale pędzi prosto na mnie. Dopada, bije w łeb, otwiera czaszkę i wchodzi do środka.

Już wiem co będę robił.

Stojący obok ludzie nie zwracają uwagi, kiedy wychodzę z kolejki i kładę na swoim miejscu dość duży kamień. Nie dość, że martwi, to jeszcze głupi.

Tam, o dokładnie tam, gdzie teraz nie patrzysz, stoi sobie biedronka. Jest ogromna, szara w czarne paski, ma podwójne wejście z ruchomymi drzwiami i czeka tylko na mnie. Biegnę ku niej co sił. Lecę niemal, gnany głodem i nudą. Choć jestem martwy i niczego nie powinienem czuć.

Jestem już przy niej. Klękam koło małego ciała, pokrytego pancerzykiem, rozsuwam skrzydełka i składam mokre pocałunki na gładkiej chitynie. Z lubością poddaję się podprogowym przekazom, którymi karmiła mnie telewizja, gdy jeszcze żyłem. Przypominam sobie wszystkie durne reklamy, znienawidzone przez wszystkich o ilorazie inteligencji większym niż osiemdziesiąt, to, jak wbijały się do głowy i nie chciały z niej wyjść. Odnajduję je, zakopane płytko pod codziennymi bzdurami. Do tego piosenka, szybko, byle jaka. Miłość, co z nią. Jaka jest. Nie znaczy zawsze to samo. Tak, to będzie to. Grucham chwilę i zaczynam śpiewać.

Kochać to nie znaczy zawsze to samo.

Można kochać kobietę, można kochać makaron.

Gotować i smażyć, żeby dobrze smakowało.

Wierzyć, że jest dobrze, nawet gdy jest inaczej.

Kochać to nie znaczy zawsze to samo.

Nawet jak jesteś daleko, masz przy sobie makaron.

A kiedy pragniesz tak mocno go sobie ugotować,

To zawsze znajdziesz sposób, by coś wykombinować.

A kiedy przyjdzie, znów promocja,

W kochanej mej Biedronce,

To kupię wtedy opakowań,

Tych paczek trzy tysiące (x2)

Lecz mogę nagle zacząć dużo tyć,

I tu już będzie problem.

Biedronka patrzy na mnie zachwycona i odkrywa przede mną swoje wnętrzności. Wchodzę w nią, zafascynowany ogromnym wyborem dóbr i pierdół. Można w niej spędzić pięć minut i nie poznać całego ogromu szczęścia, które jest w stanie dać. Staję przed wyborem. Wybór nie zwraca na mnie uwagi i idzie dalej. Teraz do makaronów. Aż drżę z podniecenia. Co teraz, co zrobić? Jak się spuścić, żeby nie wpaść?

Jest. Piękny, cudowny, jajeczny, skręcany. Mój ukochany, w biedronce nabywany makaron. Muszę go mieć. Choćby to była ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię. A nie, na to za późno. Kosztuje on tylko jednego, jedynego obola.

Dziwne głosy w mojej głowie znów zajmują miejsca na fotelach dyskusyjnych, ale mało mnie obchodzi, co mają do powiedzenia. Puszczam ich na szybkim i staram się nie śmiać, kiedy poruszają się dziesięć razy szybciej niż normalnie. Sprawy nabierają rozpędu, kiedy wściekły KurwinKról przestał kręcić wąsa i zaczął bić ObiWanaBezNogi, który piszcząc, osłaniał się rękami. Na jednej nodze przecież stał, a drugiej nie miał. Patrząc na to Johny Crux zaczął się masturbować. Czy to oni są coraz bardziej pojebani czy ja z czasem normalnieję?

Biorę makaron i uciekam. Facetce przy kasie rzucam w twarz paprykarzem gdańskim, robię flipa na jej wąsach i biegnę do drzwi. Drogę zagradza mi strażnik, ogromny minotaur z toporem w łapie.

Normal
0

21

false
false
false

PL
X-NONE
X-NONE

MicrosoftInternetExplorer4

– Jesteś brzydki i śmierdzisz – mówię i pluję mu pomiędzy rogi. Jego ludzka połowa zwija się w kłębek i zaczyna płakać, natomiast połowa krowia otwiera trzeci żołądek i zaczyna przeżuwać zjedzoną wcześniej trawę.

Nadmiar szczęścia. Zaraz walnę. Mam  i obola i makaron. Czegóż chcieć więcej? Życie, stabilizacja, pokój na świecie i rozwiązanie problemu głodu się nie liczą. Zaraz zrobię sobie rosół. Muszę tylko znaleźć zdechłą kunę.

– Stój! – krzyczy ktoś koło mnie.

Rozglądam się, ale nikogo nie widzę.

– Tu, na dole.

Patrzę, a tam kot. Chyba sra. A nie, tylko minę ma taką, jakby srał. Do tego te okulary, wygląda w nich jak… a nie. Tylko nie to. Znaleźli mnie i tu.

Ciskam w niego makaronem, zaciskam obola w zębach i biegnę do bramy. Charonie słodki, zabieraj mnie stąd. Roztrącam stojące w kolejce dusze i biegnę, jakby gonił mnie sam diabeł. Gorzej nawet.

– Stój, do cholery! – Coś rzuca mi się na plecy. Uderzam w ziemię i toczę się kilka metrów. Dokładnie cztery i dwadzieścia sześć centymetrów. Kot stoi mi na klatce piersiowej. Chwytam dziada za okulary i ściągam je z pyska. Pod spodem ma następne. Zaczynam wrzeszczeć, ściągając kolejne pary okularów. W żadnych nie ma szkieł. Czyżby to była moja piekielna kara? Hipsterzy będą mnie prześladować nawet w greckim  piekle?

– Gdzie mój makaron, dachowcu?

– Tutaj – kot trzyma w łapie mój ukochany makaronik i rzuca mi go na twarz. Schodzi ze mnie, wykorzystując fakt, że witam się z kochankiem.

– Nie jestem żadnym hipsterem – mówi po chwili. – Wręcz przeciwnie. Możesz mnie nazywać Meo. Jestem kotem z mitycznej krainy Serowego Shire. Przez wiele lat żyłem wierząc, że pewnego dnia odnajdę wybrańca, który raz na zawsze uwolni nas od tego parszywego plemienia.

Słucham tego jednym uchem, zajęty jedzeniem ukochanego makaronu. Wsuwam go na sucho, jeden świderek po drugim, do każdego szepcząc czułe słówka, zanim włożę do ust i językiem rozmiękczę, następnie połknę.

– Pomożesz nam?

– A dacie mi makaron? Dużo, bardzo dużo makaronu? Bardzo, bardzo dużo makaronu?

Kot tylko uśmiechnął się. Usiadł w fotelu, którego przed chwilą nie było. Jego okulary pokryły się czernią. Wyciągnął przed siebie przednie łapy, w każdej trzymał paczuszkę karmy.

– Którą drogę wybierasz? Czerwona karma to prawda. Świat tak tragiczny, że sam próbuje ze sobą skończyć. Niebieska to piękna iluzja, w której wszystko jest różowe i pachnie truskawkami.

Akurat zjadłem mój makaron. Patrzę na karmę w łapach kota. Zjadłbym coś. Tyle, że za karmą to ja nie przepadam. Mam lepszy pomysł.

Meo, kot z mitycznej krainy Serowego Shire, wyglądał na bardzo zdziwionego, kiedy zamiast wybrać karmę, rzuciłem mu się do gardła. Ale miał słodką krew. Przegryzłem tętnice i żłopałem życiodajny płyn, aż mi po brodzie kapał.

Kilka minut później, najedzony, napity i zaspokojony, patrzyłem na zwłoki dziwacznego kota, który twierdził, że nie jest hipsterem. Co on mówił o tych karmach?

Wsadziłem do ust obie paczki i zacząłem rzuć. Z początku było mi ciężko, ale gdy tylko papier się rozpuścił, było już lepiej.

Nagle zrobiło mi się dziwnie lekko a świat nabrał różowej barwy, by po chwili przejść w głęboki brąz. Padłem i nie mogłem wstać. Później chyba zasnąłem. Co za bzdury mi się śniły, to sam bym nie uwierzył.

A zaczęło się od tego, że….

h
Reklamy
  1. ciekawe, co by się stało, gdybyś dodał do makaronu kosmicznej marihuany?

  2. Masakra, armagedon i hipsterzy

  3. to brzmi całkiem sensownie

  4. Trzyma poziom poprzednich dwóch epizodów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: