polskie centrum bizarro

„Wszyscy jesteśmy owadami” by Marcin Rojek

In Opowiadania on Grudzień 12, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxtRóżne zwierzątka kojarzą się z miłością. Standardem byłby miś, biały bądź nie. Misiaczki, misiunie, misie-pysie. Niektórzy, o słodki romantyzmie, preferują jednorożce jeżdżące na serduszkowych tęczach pożądania czy coś. A niektórzy kucyki Pony, ale nie mówmy o zboczeniach. Każdy animalistyczny totem dobry. W łóziu to wiadomo, byczek i kotka lub tygrysica. Choć co bardziej nieciekawi chętne sukę czy psa dodadzą, dla pikanterii.

Ale chyba niewielu perwersom na tym świecie miłość kojarzy się z owadami? Może Cronenbergowi, Kanada dziwną krainą jest.

Marcin Rojek przekona nas jednak, że owady i miłość mają wiele wspólnego… jak można się spodziewać, przyjemnie nie będzie, ale bardzo szaleńczo na pewno. Czy uczucie przetrwa w wirze obleśnych metamorfoz i mrocznych emocji? Tego dowiecie się w dzisiejszym odcinku hipsterskiej telenoweli…

h

Wszyscy jesteśmy owadami

h

Wszyscy jesteśmy owadami.

Zawsze o tym wiedziałem, jednak dopiero teraz mam dowody. Widzę, słyszę, czuję. Mógłbym dotknąć, posmakować, ale się brzydzę. Tłukę lustro, nie chcę już patrzeć na swoje potworne oblicze. Co z tego, skoro wyciągnięta dłoń, zamiast palców, jest zakończona odzianymi w chitynowy pancerz pazurami? Odczuwam jednak pewien rodzaj ulgi. Magia lustra przestała działać. Mogę wmawiać sobie, że to nieprawda tak długo, aż w to uwierzę. Niczym pijak uparcie twierdzący, że jest trzeźwy. Tylko podłe lustro na siłę wciska mi prawdę, rujnując złudzenia, pod gruzami rzeczywistości grzebiąc resztki nadziei.

Muszę coś zrobić, czymś się zająć, byle tylko nie myśleć, nie pamiętać okropnej twarzy, cieknących od śluzu żuwaczek i złożonych oczu. To przez nie cierpię najbardziej, ich najmocniej nienawidzę.

Jestem w kuchni. To ciepłe uczucie w żołądku, to poczucie bezpieczeństwa. Siadam przy stole i sięgam po kubek. Podniósłbym go, gdybym miał palce.

Chcę krzyczeć. Jak niczego innego, pragnę w tej chwili otworzyć usta i wydobyć z siebie dźwięk. Jakikolwiek. Zwykłe przekleństwo przyniosłoby niesamowitą ulgę. Nic się jednak nie dzieje.

Nie mogę też zamknąć oczu, odciąć się od światła. Prawdy? Widzenie świata w stu jednakowych odbiciach coraz bardziej mnie męczy. Gdzie podziały się wesołe myśli, kiedy najbardziej ich potrzebuję?

Pewnie zobaczyły mnie i uciekły przerażone.

Unoszę przednie kończyny. Patrzę, jak pazurki zbliżają się do twarzy. Pyska, mordy, łebka? Złożone oczy znów rozsiewają swój czar. Powielają widziany obraz, nie dwie ręce, a setki, pędzą mi na spotkanie. Są już tak blisko. Gdzieś w głębi odwłoka słyszę ich ruch. Bardziej wiem niż czuję, że trafiają w oczy. Kilka obrazów gaśnie. Martwe piksele na ekranie. Z każdym ciosem czerń zajmuje coraz więcej powierzchni. Nadzieja podnosi łepek. Powoli, wciąż zdjęta przerażeniem, rozgląda się dookoła. Po chwili jednak znów go opuszcza i udaje, że umarła.

Kończyny są coraz słabsze. Każdy cios kosztuje coraz więcej siły. Niedługo bezwładnie opadną po bokach i nic już nie zrobię. Ciemność wciąż zajmuje zbyt mało miejsca. Czuję, jak narasta we mnie panika.

Poddać się jej, czy walczyć dalej?

Jesteś twardy. Możesz teraz przeżyć zagładę nuklearną, nie dasz się chyba pokonać byle światłu.

Jesteś potworem. Abominacją. Koszmarem, którego bałeś się w dzieciństwie. Zrób światu ostatnią przysługę i zabij się, póki możesz.

Jesteś przerażony. Bardziej niż ktokolwiek inny. Bój się. Świat jest zły, tylko czeka, żeby zgnieść się butem.

Obraz wiruje. Ekrany migają, pokrywają się mgłą i śniegiem. Gasną.

Ogarnęła mnie ciemność. Wraz z nią spokój. Mózg, odcięty od nadmiaru informacji, dryfuje ku oceanom relaksu. Sam sobie kreuje ładne widoki i spokojną muzykę.

Medytuję siedząc na stole. Oczy, które wreszcie udało mi się zamknąć, drgają lekko, pod naporem kolorów, bombardującym wewnętrzną stronę powiek. Obserwuję szalone tęcze i reguluję oddech. Jest mi tak dobrze. Wcale mi nie przeszkadza płynąca po twarzy krew i to jej ciężkie kapanie. Każda kropa, uderzająca w podłogę jest jak bomba spadająca na mój spokój.

Wytrwaj.

Zgiń.

Ucieknij.

Zamilkli. Wszyscy. Pierwszy raz od tak długiego czasu, czuję jakbym miał w głowie tylko jeden głos. Coś innego zaczyna kapać mi po policzkach. Świeża wilgoć niesie orzeźwienie. Miesza się w krwią i biegnie na spotkanie podłogi.

Powoli otwieram oczy. Nie zważając na ból, wyjmuję wbity w oczodół widelec i odkładam go na stół. Wszystko jest takie jak powinno. Znane. Nie boję się tego. Sprzątam szybko, opatruję ranę i jestem gotowy wyjść na świat. Uścisną mu dłoń i wezmę za bary. Nie ulegnę. Nie dziś.       Jestem twardy.

– Cieszę się, że wróciłeś.

Potem cisza.

Znam ten głos. Słyszałem go kiedyś. Bardzo dawno temu słuchałem go co dzień. Witał mnie każdego ranka, żegnał każdego wieczora. Mówił, że kocha. Mówił prawdę.

Zadrżałem. Dłonie żony spoczęły mi na barkach. Jej usta zbliżyły się do moich uszu. Szept. Delikatny podmuch powietrza, uderzył w bębenki, niosąc ze sobą przesłanie. Mózg odkodował drgania mikroskopijnych włosków. Zaraz przyszło zrozumienie.

– Przepraszam – mówię. Choć nie widzę, to wiem, że kiwa głową. Tak jak zawsze, po swojemu. Piesek z tyłu samochodu, który postanowił się zbuntować.

Zęby chwytają ucho i urywają je. Krew znowu pędzi ku podłodze. Słyszę odgłosy żucia.

– Nie chciałem cię zabijać.

Kolejny szept. Posłusznie wyciągam dłoń do góry. Żegnam się z małym palcem. I tak nie był mi do niczego potrzebny. Pękająca kość brzmi jak ślimak zdeptany w czasie wieczornego deszczu.

Głosy w mojej głowie pierwszy raz są zgodne. Śmieją się z moich niezgrabnych usprawiedliwień. Mówię i mówię, po każdym zdaniu tracąc część siebie. Kobieta, którą kocham, pożera mnie kawałek po kawałku. Posłuszny szeptom, robię się coraz lżejszy. Pusty w środku, po oddaniu obu jelit i żołądka, zaczynam unosić się w powietrzu. Gdyby nie przyciskające mnie do podłoża dłonie, dawno uleciałbym ku niebu.

Tym razem szept wbił się tak głęboko w moje wnętrze, że słyszałem go całym ciałem.

– Nie mogę dać ci serca – odpowiadam. – Miałaś je przez cały ten czas.

Odwracam się.

– Kocham cię. Zawsze kochałem. Zawsze będę kochał.

Moja żona cofa się. Jakby słowa ją bolały. Odfrunęła. Siada pod sufitem i w ciszy konsumuje resztę moich wnętrzności. Gdybym tylko z setek płytek, układających się w jej oczy, mógł wyczytać o czym teraz myśli. Gonitwa obrazów w mojej głowie nie pozwala na dalsze działanie. Utknąłem w pętli strachu i poczucia winy. Chciałbym ją dotknąć, przytulić, okryć nas oboje jej skrzydłami i odciąć się od świata.

Zlatuje na dół. Zbliża się w  akompaniamencie stukotu sześciu kończyn. Dotykam pokrytych moją krwią żuwaczek. Zbliżam do nich usta. Składam czuły pocałunek. Czuję język, penetrujący moje gardło. Odsuwam się, bynajmniej nie przerażony.

Patrzę na stojącego naprzeciw mnie owada. Królową, która trzyma w dłoniach moje serce. Odnalazła je. Tak się cieszę. Tak bardzo mocno się cieszę.

– Jedz.

Chitynowa głowa kiwa się ze zrozumieniem. Serce trafia pomiędzy żuwaczki. Rozrywa się i pęka, zalewając ukochaną świeżą krwią.

– Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.

Zalany miłością mózg odkleja się do rzeczywistości. Od uniesienia się w powietrze ponownie ratują mnie dłonie żony. Przyciąga mnie do siebie. Całuje. Nasze śliny mieszają się ze sobą i z krwią. Czas spełnić małżeński obowiązek. Jestem mniejszy, mój pancerzyk jest słabszy i pomarszczony. W tym akcie to ja będę podlegał jej.

Przynajmniej na początku oboje tak myślimy.

Gdy nasze odziane w chitynę ciała łączą się, dochodzę na skraj spełnienia. Patrzę na setkę oblicz mojej lubej, drgających w uniesieniu. Też jest blisko szczytu. Jeszcze nie wie, że nigdy na niego nie dotrze.

Odżywam. Budzą się we mnie uczucia, od dawna zapomniane. Oddycham coraz szybciej, poruszam odwłokiem w przód i w tył. Moja ukochana drży z rozkoszy. Pancerz uderza o pancerz, splatają się odnóża.

Przypomniałem sobie wszystko. Dziurę po wyrwanym sercu i płynąca po futrynie krew.

W ostatnie pchnięcie wkładam całą siłę. Jest tak potężne, że rozrywa nasze odwłoki. Byłem pusty w środku, dlatego nie stała mi się krzywda. Za to moja żona umiera. Znowu. Wychodzę z niej i ujmuję słabnące dłonie. Spoglądam głęboko w oczy. Setka moich ekranów odbija się w setce jej monitorów. Jakby ktoś ustawił naprzeciw siebie dwie setki luster. Tysiąc moich odbić uśmiecha się lubieżnie.

Szept. Już chyba ostatni.

– Z miłości. Kocham cię tak strasznie mocno, że nie mógłbym zrobić nic innego. Oddałem ci serce, a ty mi życie.

Umarła. Tym razem krew jest wszędzie. Paruje i kusi swoim ciepłem. A ja jestem pusty. Potrzebuję wnętrza. Schylam się ku zwłokom i zaczynam wyjadać trzewia. Czerń na wyłączonych pikselach szybko zmienia się w czerwień.

Jem, dopóki nie jestem syty. Ocieram żuwaczki kończyną, przeczesuję czułki i zaczynam codzienną higienę. Jestem z siebie zadowolony, bardziej niżbym przypuszczał.

Patrzę na swoje odbicie w lustrze. Nie ważne jak wyglądam, bo liczy się wnętrze. Nie te flaki, które w siebie wrzuciłem. To prawdziwe. Dusza. To na nią teraz patrzę.

Jestem potworem.

– Znów to zrobiłeś. Jesteś niereformowalny. Ile razy byśmy się nie spotkali, ty zawsze zrobisz to samo – Głos żony tym razem skrywa się w czarnej chmurze.

– Czy to źle? Pokażesz mi się. Ciekaw jestem, jak teraz wyglądasz.

– Źle. Niedługo muszę przybrać nową formę. Poprzednią zjadłeś, a przybieranie kształtów trwa.

– Dlaczego? Przepraszam. Chyba. To ty pierwsza zaczęłaś mnie zjadać.

– Bo wiem, że potrafisz się zmienić. Chciałam zostawić ci pancerz, żebyś mógł się odrodzić.

– Chyba na gorsze. Już się odrodziłem. Znów dzięki tobie.

Świat wygląda zupełnie inaczej. Waha się pomiędzy głęboką czernią i jaskrawą żółcią. Światło miga, jakby słońce było stroboskopem.

Ze ścian płynie krew.

Idę ku żonie. Elegancki, ubrany w dobrze skrojony garnitur, wyglądam jak filmowy amant. Staję przy chmurze. Wyciągam do niej dłoń. Po chwili z gęstej ciemności wysuwa się drobna, delikatna ręka. Jak najbardziej ludzka. Kobieca i smukła. Cmokam z zadowolenia. Po takim początku, spodziewam się tylko więcej. Fantazjuję o nowym wyglądzie mojej ukochanej. O kształcie jej twarzy i kolorze włosów. Wyobrażam sobie co będziemy robić, kiedy cała wyjdzie z tej chmury.

– Bądź cierpliwy. Podobam ci się?

– Staram się. Bardzo.

– Będzie warto. Podejdź bliżej.

– Mam nadzieję. O co chodzi?

Dłoń nagle wystrzeliwuje w dół i chwyta mnie za spodnie. Szarpie się z paskiem i suwakiem. Wsuwa się pod materiał i szybko znajduje nabrzmiałego penisa. Posuwiste ruchy sprawiają, że pogrążam się w zapomnieniu. Odchylam głowę do tyłu i przymykam oczy. Skupia się wyłącznie na rozkoszy.

Kilka minut później, gdy jęczę już i się skręcam, słyszę hałas. Coś wielkiego zwala się na podłogę. Mózg przełącza się błyskawicznie. Oczy otwierają się i kierują ku źródłu dźwięku.

Własny krzyk zatyka mi uszy.

Patrzę na moją żonę. Jest ohydna. Piękna dłoń, która mnie oszukała, jest jedyną ludzką częścią jej ciała. Ma łapy krowy, tułów dzika, skrzydło zamiast drugiej ręki, piersi kozy i głowę wołu. Piórami pieści sutki, spływa z nich żółte mleko.

Mrugające światło zupełnie zanika, pogrążając cały dom w półmroku. Jedynie uliczne latarnie łaskawie dzielą się swym mdłym blaskiem, odbitym od brudu chodników. Krew płynie ze ścian wartkimi strumieniami. Pasożyty w nich ukryte drapią coraz głośniej. Na strychu słychać płacz, w piwnicy śmiech.

– Zadowolony? Kochaj mnie!

Nie mogę wyrzucić z siebie ani słowa. Poprzedni krzyk wyrwał mi całe powietrze z płuc, które nie chcą się ponownie napełnić.

– Może tak będzie lepiej.

Ściany pękają i sypią się w gruzy, błyskawicznie wciągane przez ogromny wir. Jesteśmy we wnętrzu tornada, porywającego nawet światło. Widzę krew, ulatującą ku górze czerwoną serpentyną, i nieznane mi stworzenia błagające o ratunek. Coś uderza mnie w głowę. Zamroczony, przymykam oczy. Gdy je otwieram, jestem już gdzie indziej. Na niedużej polanie, otoczonej ogromnymi drzewami. Słyszę jedynie swój oddech.

– Tu jestem. Teraz będziesz mnie kochał.

Choć słyszę żonę, to nigdzie nie widzę jej potwornej postaci.

– Gdzie? Zawsze cię kochałem.

– Za tobą. Tam w domu na to nie wyglądało.

Odwracam się. Zdziwienie rozsuwa mi powieki i rozluźnia szczęki.

Żona zbliża się powoli. Długimi, zgrabnymi nogami ostrożnie stąpa pomiędzy drzewami. Jest piękna. Ma ciało dwudziestoletniej kobiety. Gładkiej, młodej i pociągającej. Ma na sobie tylko czarną pelerynę. Gdy się zbliża, zauważam też sutki zaklejone dwoma czarnymi iksami. Staje koło mnie. Na jej twarzy pojawia się czaszka wołu. Boskie krągłości bujają się w rytm niesłyszalnej muzyki. Z każdym ruchem hipnotyzuje mnie coraz bardziej. Krew z mózgu spływa mi na dół, napinając materiał spodni.

Coś jednak jest nie tak. Peleryna wtapia się w ciało i zmienia się w czarne skrzydła. Paznokcie rosną na podobieństwo szponów, skóra pokrywa się łuską. Czaszka wtapia się w głowę. Włosy wypadają setkami, oczy puchną i zajmują miejsce w nowych oczodołach. Kościane powieki pojawiają się znikąd i mrugają szybko.

Cofam się instynktownie. Jakiś podły dąb podstawia mi konar i ląduję na ziemi. Rośliny oplatają mnie i nie pozwalają uciec.

– Jestem. Kochasz mnie teraz?

– Widzę. Zawsze.

– Nie uciekniesz. Dlaczego więc się boisz?

– Wiem. Bo jesteś straszna.

– Nie za mocno cię trzymają? Pragniesz mnie?

– Dam radę. Tak, bardzo.

Czaszka uśmiecha się. Rośliny ściągają mi spodnie i pocierają penisa. Gdy ten stoi już twardo, moja ukochana siada na nim i zaczyna miarowo poruszać biodrami. Łuski i pazury kaleczą mnie, ogon bije po twarzy. Przeklęte owadzie oczy nie chcą się zamknąć. Setka obrazów mojej ukochanej zmienia się jak szalony kalejdoskop. Kobieta, owad, wół, trup bez głowy, ciało z dziurą w czaszce, pozbawiona krwi w wannie, dźgnięta nożem, głowa rozbita o futrynę.

Nie dam dłużej rady. Chcę krzyczeć, ale żuwaczki pozostają nieme.

Skończyła. Schodzi ze mnie, lecz więzy nie puszczają.

– Wiem, że mnie kochasz. Musisz. Gdyby nie to, oboje dawno byśmy umarli.

Schyla się ku mnie. Liże wolim językiem klatkę piersiową. Czuję jej pazury. łamiące żebra i dziurawiące płuca. Tętnice i żyły pękają jak kable. Serce w dłoni wciąż bije, kiedy odwraca się i odchodzi. Jej kształty zmieniają się coraz szybciej, aż w końcu zanikają zupełnie.

Szept. Tym razem na pewno ostatni, jest ostatnią rzeczą, którą słyszę w tym życiu.

– Ja ciebie też – odpowiadam.

Pozbawiony serca, leżę i czekam na śmierć. Płaczę cicho. Kolejne piksele gasną. Robi się coraz bardziej czarno.

Jestem przerażony.

h

*

h

– Mówiłem mu jedną. Jedną! A on musiał zeżreć dwie. Jeśli to naprawdę on jest wybrańcem, to mamy przesrane. – Meo z Serowego Shire chyba nie jest zadowolony. Nerwowo poprawia okulary, kiedy jego pomagierzy ładują mnie na nosze i wnoszą do karetki.

Powinienem umrzeć. Ktoś jednak chce inaczej. Tłustym paluchem wciska ogromny przycisk RESET.

Panie i Panowie, jedziemy dalej.

h
Reklamy
  1. Bardzo w klimacie „Przemiany” Kafki i kultowego przypadku Gregora Samsy, ale z większej, wewnętrznej ciemności. Podoba mi się bardzo 🙂

    • Cieszymy się, że Ci się spodobało! Będziemy namawiać Marcina, by ku chwale PasQda i radości czytelników kontynuował cykl 🙂

  2. Kolega Rojek przesadza! Młody, zdolny i ze Skarżyska. Mało mu?! Niech choć trochę okiełzna tę swoją wenę.

  3. Tam zaraz ze Skarżyska, ja tam tylko zostawiłem trzy lata życia i resztki normalności.
    Co do następnych części, to nie drżyjcie dobrzy ludzie, następna prawie gotowa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: