polskie centrum bizarro

„Z dna maszynki do mielenia mięsa…” by Marcelina Lewandowska

In Opowiadania on Styczeń 9, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtJak uważni czytelnicy zauważyli, w 2014 roku na niedobrych coraz lepiej radzi sobie ekipa spod znaku Woman Power. Cieszy to nie tylko Paskuda, lecz i tę dużo przystojniejszą od niego – przynajmniej my tak uważamy – część literkowej załogi. Tym razem proponujemy wam zmierzenie się z ultra dziwnym światem wykreowanym przez debiutujacą u nas Marcelinę Lewandowską. Gwarantujemy, że warto.

Standardowo jednak ostrzegamy, na dnie maszynki do mielenia mięsa znajdziecie wiele przerażających rzeczy. Dziwnych. Złych. I w ogóle. Słowem: bizarro inside!

h

Z dna maszynki do mielenia mięsa…

h

Pchnął bramę i wszedł do ponurego parku rozrywki. Rdza została mu na opuszkach palców, patrzył z fascynacją, jak wnika głęboko pomiędzy linie papilarne. Z ciemności ponad nim spadł ogromny kawałek metalu i rozbił się u jego stóp. Hałas odbił się echem od ścian pokrytych łuszczącą się farbą. K uniósł obojętne spojrzenie, odczytując ozdobne litery: „Welcome to the Amusement Park. Please, have your child in stitches!”.

Wiatr szarpał mu płaszcz, gdy ostrożnie przechodził przez kasę biletową, uważając, żeby nie nastąpić na żaden z zerwanych kabli, ciągnących się jak żyły od zepsutego neonu. Już jakiś czas temu życiodajny prąd przestał rozświetlać napis, który nabrał jakiegoś złowróżbnego tonu.

Rozglądając się po opuszczonym wesołym miasteczku, obracając się wokół własnej osi z rozpostartymi ramionami i odrzuconą do tyłu głową, czuł się naprawdę wolny. Kasy biletowe, stoiska z napojami i watą cukrową, majaczący w oddali diabelski młyn, wszystko to stało się rozmyte i nierzeczywiste. Gdzieś, wysoko, pod niebem wyznaczanym przez własną czaszkę, unosił się w posępnym przeczuciu nadchodzącej przyjemności.

Nagle kątem oka dostrzegł niewyraźną sylwetkę. Zatrzymał się gwałtownie, aż poły płaszcza uniosły się wokół niego, tworząc iluzję kruczych skrzydeł. Kilkanaście metrów przed nim pośród wszechobecnej bieli stał pies. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, człowiek i pies, czerwone i ciemnobrązowe tęczówki, bezdenne źrenice.

Czarna sierść zjeżyła się na grzbiecie, pies obnażył zęby, a wepchnięty pomiędzy tylne łapy ogon drżał nerwowo. K uśmiechnął się nieznacznie, nie odrywając spojrzenia od zaniepokojonego zwierzęcia. Przypomniał sobie swoje wczesne lata dziecinne, kiedy jako chłopiec znudzony motylami, patroszył bezpańskie szczenięta i koty, ucząc się tej zapomnianej przez świat rozkoszy.

Pies naprężył swoje wychudłe ciało, żeby przygotować się do ataku, gdy K przykucnął. Nie przestając się uśmiechać, sięgnął po duży, ostry kamień i zważył go w dłoni, udając, że trzyma smakołyk. Z opuchniętych dziąseł psa spłynęła gęsta, spieniona ślina.

– Dobry piesek – powiedział cicho i rzucił kamieniem.

Zwierzę zaskowyczało z bólu, po brudnej sierści popłynęła krew. Wciskając ogon głębiej między łapy, pies zrobił kilka niepewnych kroków w bok i zniknął we mgle niczym cień. K kucał jeszcze przez chwilę, żałując, że nie wyłupił kundlowi oka, w końcu jednak wstał i udał się w przeciwną stronę.

Z mgły co pewien czas wyrastały zrujnowane stoiska, plastikowe krzesła postawione przed lodziarnią, przepełnione kosze na śmieci. Nie wiedząc, dokąd pójść, w nastroju przypominającym stan przedrzucawkowy, usiadł na ławce, do której wciąż był przywiązany czerwony balonik.

Powoli, niespiesznymi ruchami zgrabnych dłoni, rozwiązał pasiastą tasiemkę i uwolnił zabawkę. Wodził wzrokiem za oddalającym się czerwonym punkcikiem, który jak pojedyncza kropla krwi rozdzierał niebo. Dostał gęsiej skórki na całym ciele, wiedział, że nie powinien wątpić w swoje prorocze przeczucia, a jednak wciąż słyszał cichy głos, który mówił, że nie rozleje już więcej krwi. Pochylił głowę i ucisnął palcami skronie, próbując zwalczyć natrętną myśl.

W kącikach oczu zebrały mu się łzy. Pomyślał, że na nic już nie zasługuje, nawet bezdomny pies może go dowolnie poniżać. Jestem bezbronny, jestem niczym. Przymknął powieki i wyobraził sobie, że jest balonikiem unoszącym się do nieba. Kawałkiem czerwonej gumy, wypełnionej helem jak pęcherzyk płucny albo pęcherz pławny. Uniósł twarz i spojrzał przed siebie.

Przed nim wznosiła się plansza przedstawiająca bezgłowego anioła w czarnych szatach, układającego bezgłowe dziecko do trumny. K przełknął frustrację, miała gorzki posmak cynamonu, i wpatrzył się w ziejące czernią dziury, które wycięto w makiecie, żeby umożliwić gościom robienie sobie zabawnych zdjęć.

Natychmiast otarł swoje żałosne, dziecinne łzy i stanął na platformie za makietą. W cieniu anioła śmierci znów rozkwitła nadzieja jak nabrzmiały od krwi kwiat. Wesołe miasteczko, pomyślał, dzieci, dziecięcy śmiech i płacz. Anioły śmierci mają skrzydła o piórach miększych i delikatniejszych niż inne. Wszystko będzie dobrze, na pewno, przecież nie jesteś człowiekiem, K!

Z nadzwyczajnym rozbawieniem wstąpił na platformę i wystawił głowę przez dziurę wyciętą w twarzy anioła. Z tej perspektywy, oczyma istoty pochodzącej z innego świata, starał się objąć cały park rozrywki. Na tle mgły dostrzegł ciemny zarys ogromnej zjeżdżalni, z której dobiegał ulotny, perlisty śmiech, niewiele tylko głośniejszy od świstu wiatru.

Uśmiechnął się z zadowolenia i wytężył wszystkie zmysły, skupiając się na filtrowaniu dźwięków unoszących się w powietrzu. Na chwilę stał się cienką membraną, na powierzchni której zbierały się wszystkie odgłosy tła: odległy zgrzyt niedomkniętej bramy uderzającej o zawiasy, drobne krople deszczu rozbijające się na chodniku i radosny śmiech bawiących się dzieci.

K zeskoczył z platformy i skręcił w prawo, kierując się w stronę zjeżdżalni. Zepchnął targające nim wątpliwości w niezmierzoną głębię obsesyjnych lęków i pozwolił sobie wypłynąć nieco wyżej, na gładką, czarną powierzchnię. Wydawało mu się, że leży z rozłożonymi rękoma i głową do góry na tafli spokojnej, ciepłej wody. Zawierzenie intuicji zdjęło z niego ogromny ciężar, który dotąd ściągał go na dno.

Wraz z wodą, wlewał się w niego cudowny spokój, taki, jaki mógł osiągnąć jedynie na kilka godzin przed morderstwem, gdy dokonanie zbrodni stawało się nieuniknione. Wiedział, że od tej pory wszystko już będzie łatwe i odnajdując wyraźnie zarysowany sens, stał się urzekająco beztroski. W krótkich przebłyskach jasnowidzenia rozkoszował się spienioną krwią.

Pogrążony w czułych urojeniach zabarwionych głęboką czerwienią, zatrzymał się dopiero przed zjeżdżalnią zbudowaną w kształcie wielkiej maszynki do mielenia mięsa. Roześmiał się cicho i dźwięcznie, ponieważ pomyślał, że to niezwykle dowcipne.

Przystanął w cieniu rzucanym przez parasol rozpostarty nad niewielką budką z prażoną kukurydzą i owinął się szczelniej szalikiem. Po drabince właśnie wspinała się ostatnia para dzieci, chłopiec i dziewczynka, oboje zupełnie nie w jego typie.

Wygłodniałymi oczyma wpatrywał się w każdy ich ruch, drżenie uniesionego kącika ust, błysk rozjaśniający źrenicę, pełen złośliwej, naiwnej ekscytacji. Nie dopuszczał do siebie oczywistego wniosku dotyczącego zakończenia zabawy, pozwalając unosić się słodkiemu niedopowiedzeniu na podniebieniu miękkim, aż do pasjonującego finału.

Dzieci rzuciły się do otworu maszyny z ogłuszającym, radosnym piskiem. K nie potrafił ocenić, czy były świadome konsekwencji swoich igraszek, czy nie potrafiły jeszcze zrozumieć następujących po sobie wydarzeń, a może po prostu musiały umrzeć ze świętokradczej uciechy. Istotnie, coś w ich bezmyślnych twarzach przypominało mordy krów prowadzonych na rzeź.

Obnażając kły w uśmiechu, wyobraził sobie pulchne, delikatne ciałka, które poddane powolnemu ruchowi obrotowemu obijają się o zimne ściany ślimacznicy. Po kilku sekundach pierwszy z noży zagłębił się głęboko w mięśnie i trzewia, wyrywając z wzdętego brzuszka dziewczynki porcjowane mięso. Następny obrót i czerwona paćka z kawałami jeszcze niezmielonych kości przeciska się w głąb urządzenia, nagle pęka kręgosłup, a czerwień i biel łączą się za sprawą czarów w jednolitą konsystencję.

K roześmiał się pogodnie, twarz mu promieniała, gdy przez niewielkie otworki w tarczy rozdrabniarki trysnęła jasnoczerwona maź. Wstał i zaczął klaskać z uciechy, pełen podziwu dla kunsztu konstruktora maszyny, która dziecięce ciało i marzenia mogła przekształcić z powrotem do stanu półpłynnego.

 – Zachwycające – powiedział do siebie, nachylając się nad parująca masą.

Z pewnym rozczarowaniem zauważył, że maszyna nie posiekała wszystkiego, z krwawej paci wystawał niezmielony, dziecięcy but. Wzdrygnął się ze wstrętem, niemal doprowadzony do płaczu, gdy usłyszał znajome tupanie, lekkie kroki bosych stóp ledwo muskających palcami ziemi. Natychmiast wciągnął w nozdrza od dawna poszukiwaną woń: słodko-gorzki zapach krwi. A więc schowałeś się właśnie tutaj, pomyślał. Dobrze, tak bardzo, bardzo dobrze!

K niespiesznie wstał i podążył za nicią zapachową, która w jego wyobrażeniu wyrastała wprost z jego serca i łączyła się z innym, mniejszym, bijącym sto razy na minutę. W tej chwili ich obu łączyła silna, nierozerwalna więź wspólnego przeznaczenia, które, był tego pewien, niebawem przypieczętuje.

Intuicyjnie skierował się za zjeżdżalnię i przecisnął się przez barierkę ogradzającą płytkie, zaśmiecone jezioro. Uśmiechnął się pod nosem, pewien, że wśród plastikowych kubków po napojach na pewno pływają zwłoki niemowlęcia. Przeszedł kilkanaście metrów murowanym nadbrzeżem, żeby ominąć przestrzeń zajmowaną przez ogromną kolejkę górską i wychynął po drugiej stronie parku, tuż przed wejściem do gabinetu luster.

Słysząc przeciągłe warczenie po lewej, spojrzał w tamtym kierunku. Wychudzony czarny pies z zakrwawionym okiem rozrywał ziemię pazurami, nawet go nie zauważając. Rozdarta ziemia, skalana psią śliną i złością, pachniała oszałamiająco.

K stanął na schodkach i popatrzył z góry na wygięty w łuk grzbiet i łysawy, naprężony ogon. Czarne usypisko pomiędzy łapami zwierzęcia powiększało się powoli, ale systematycznie. Pies kopał z dziką, bestialską zaciekłością, K niemal czuł ból rozdzieranej przemocą ziemi. Gdzieś w głębi duszy przemknęło mu zbyt jaskrawe wspomnienie gwałtu na matce. Ziemia, matka, pies, obnażone narządy płciowe, pazury i krew.

– Jakie to wszystko teraz marne! – powiedział z żarliwym rozrzewnieniem i popchnął drzwi.

Plamy świeżej krwi na podłodze pośród jego zwielokrotnionego odbicia. W niemal całkowitej ciemności błyszczała tylko czerwień  oczu zmrużonych od nadmiaru rozkoszy. Przechadzając się wśród zniekształcających jego postać luster, doświadczał pierwotnej przyjemności embriona, oddychającego jedynie pewnością własnego istnienia. Taka pewność musi w końcu zrodzić namiętną, niepowstrzymaną miłość, pomyślał, jedynie taka potrafi zapełnić rozpaczliwą pustkę samotności. Odkąd pamiętał, śnił koszmary o zwierciadłach, więżących pod swoją taflą nie tylko jego twarz, ale także duszę, teraz natomiast serce biło mu mocniej, jak gdyby właśnie zakochał się w sobie na nowo.

Zatrzymał się pośrodku sali. Ciało poddane wszelkim deformacjom, bestialsko rozciągnięte, zwężone w talii, o wydłużonych ramionach, pozbawione twarzy, wstrętnie spasione, wydłużone, skręcone i zminiaturyzowane. Które z tych oblicz jest prawdziwe? Spojrzał na jedyne lustro, które zdawało się ukazywać prawdę. Prawdziwa twarz gubi się pośród niezliczonej ilości fałszywych odbić.

Zahipnotyzowany własną urodą, na dłuższą chwilę zapomniał o targającej nim namiętności. Patrząc w swoje własne, czerwone oczy przecięte wąską szpilą źrenicy, nie próbował powstrzymywać ogarniającego go pożądania. Dlaczego teraz pragnę tylko ciebie? Pamiętasz? Musisz pamiętać to wszystko! – Jego myśli wybuchały rozpaczliwie, kiedy nie odrywając wzroku od zwierciadła, przelotnie muskał palcami powiększający się w spodniach członek. Zawsze tak bardzo bałem się samotności, ciemności, którą spychałem jak najgłębiej w zapomnienie, a teraz zrozumiałem, że całe życie pragnąłem wyłącznie ciebie!

 – Powiedz mi! – krzyknął, niemal błagając swoje niewzruszone odbicie. – Po której stronie lustra jestem?

Najpierw usłyszał huk, potem, nim zdążył się odwrócić, zalał go deszcz szklanych odłamków. Lśniące, śmiertelnie ostre drobinki posypały się na jego głowę i ramiona i rozbijały się na podłodze, przybierając głęboką, czerwoną barwę rozlanej krwi. Rozbite lustro to siedem lat nieszczęścia, przemknęło mu przez myśl, gdy padł bezmyślnie na kolana, żeby przyjrzeć się zmiażdżonym kryształkom. W każdym z nich jego twarz odbijała się kilkakrotnie.

– Kap, kap, kap – powiedział chłopiec, którego szukał.

Dziecko stało za pustą ramą wydłużającego lustra i utkwiło w nim swoje przeszywające spojrzenie. Wydawało się, że z jego prawej ręki ktoś wyszarpał płat mięsa i skóry, krawędzie rozdartego ciała nabiegały ciemną krwią, która lała się po palcach na podłogę. K uniósł głowę, widok rannego chłopca wzruszył go doszczętnie, a zbłąkane myśli powróciły na swój właściwy, morderczy tor.

– Tak – mruknął. – Niech poleje się krew.

Chłopiec uśmiechnął się szeroko i zniknął pomiędzy lustrami. Coś w jego ucieczce pobudzało K, wydawało się, że wcale nie dba o życie, wręcz przeciwnie, uwodzi go i próbuje do siebie przywabić. To moje zwierzę ofiarne, czyste i pełne bezinteresownej miłości, pragnie przyspieszyć swoją rzeź, myślał, podążając za krwawymi śladami, które chłopiec rozlał rozmyślnie, żeby ułatwić grę.

Wkrótce zasychające plamy wyprowadziły go na wąski, obity czerwonym aksamitem korytarz. Rozbudzona wyobraźnia wepchnęła go z powrotem do matczynego łona, gdzie wszelkie pozaustrojowe życie było tylko niewyraźnym koszmarem. Przez swoje przezroczyste ciało widział żyły i przepływającą przez nie krew. Krew, pomyślał z rozczuleniem, gdzie ostre „k” styka się z nieco płaskim „r”, jednak wszystko sprowadza się do niej. Miejsce, które mogę nazwać „domem”…

Po obu stronach korytarza umieszczono elektroniczne obrazy, czarno-białe, narkotyczne wizje, przykuwające wzrok. Poczuł, że zapada się niżej, pod powierzchnię gorącej wody, w samo sedno siebie.

Płaskie, czerwone krwinki unoszą się w nieskończoności osmozy. Młoda i naga kobieta bez twarzy utrzymuje w nieustannym ruchu kręcący się wokół niej pierścień z drutu kolczastego. Przy każdym kontakcie z jej ciałem, kolce zagłębiają się głęboko pod skórę. Na wpół żywe dzieci, zbyt słabe i obojętne, żeby stawić opór, wysypują się z przewożącej je ciężarówki do masowego grobu. Kula z pistoletu rozbija czaszkę wychudzonego jeńca wojennego, mózg tryska na obiektyw. Mężczyzna w rytualnych szatach rozcina gardło barankowi, krew sączy się z rany otwartej jak dojrzały granat. Poparzona przez radioaktywny wiatr kobieta ściąga z piersi skórę delikatnymi palcami. Pod roztopionymi włóknami widać wciąż bijące serce…

Wszedł do niewielkiej galeryjki. Na niskiej sofie pośród czarnych aksamitów siedział chłopiec, pochłonięty bezmyślnym muskaniem rany czubkami cienkich palców. Jego nadzwyczajna uroda została jeszcze podkreślona przez krew. K zrzucił płaszcz z ramion i usiadł obok niego z cichym szelestem jedwabiu.

– Zatem pytaj, jeśli chcesz – powiedział chłopiec, nie podnosząc wzroku. – Nie wymkniemy ci się już z rąk.

K zamyślił się, nagle poczuł rozczarowanie, więc to wszystko naprawdę jest tak łatwe, zbyt łatwe, nieznośnie lekkie. Kiedy mogę w końcu dotknąć Tajemnicy, wgryźć się w jej tętnicę, nie wiem, o co pytać, czy w takim kontekście poznawanie czegokolwiek ma sens? Powiódł zamglonym, chłodnym spojrzeniem po rozszarpanej ręce chłopca i rzekł:

– Prawdopodobnie wiedziałeś, że kiedy wreszcie stanę przed tobą i pozwolisz zadać mi pytania, okaże się, że żadne z nich nie jest istotne. Co za marność!

Chłopiec uśmiechnął się, dostrzegając zmieszanie K. Jaki głupiec ze mnie, przemknęło mu przez myśl, do tej pory byłem pewien, że posuwam się na przód, szukam czegoś, co ciągle wymyka mi się z rąk. Znalazłem się na nieskończonej pustyni, czerwony piasek i oślepiające słońce, całe moje życie to miotanie się w kółko, błądzenie dla samego błądzenia… – Klepnął się czubkami palców w czoło i szczerze roześmiał.

– Tak, czy inaczej, to bez znaczenia – dodał po chwili. – Chciałbym cię wysłuchać. Domyśliłem się, że ta kraina, owo „Nigdzie”, nie jest niczym innym niż światem moich wewnętrznych przeżyć. Rzeczywistość zupełnie zależna ode mnie, mogę więc mniemać, że moja tu obecność jest również zupełnie dobrowolna i tylko ode mnie zależy, kiedy będę mógł się stąd wydostać. Ale, właściwie po co miałbym kiedykolwiek opuszczać to miejsce? Jestem całkowicie wolny i bezsens tej wolności przytłacza mnie. Jeśli dobrze rozumuję, jestem tu tylko dlatego, że pragnę odnaleźć samego siebie. Kim zatem jestem? Czyż nie jest to pytanie, które nurtuje mnie od samego początku, od pierwszej chwili, kiedy wpadłem w tę norę, aż po samo dno własnego jestestwa?

– Naprawdę, nie wiesz? – powiedział chłopiec po dłuższej przerwie. Wydawał się zupełnie niepochłonięty rozmową, skubiąc rozerwane skrawki skóry. – Jesteś tutaj już tak długo.

– Oczywiście! – K ponownie uderzył się w czoło. – Jestem pospolitym onanistą. Z lubością oddaję się lubieżnej rozkoszy obcowania z samym sobą. Wszyscy, których spotykam, nawet ty, stanowisz dla mnie tylko projekcję mojego własnego narcyzmu. Dziękuję.

Na tle czarnego obicia szyja chłopca raziła śmiertelną białością. K patrzył, pogrążony w całkowitym bezruchu, jak krople krwi odrywają się od przezroczystej skóry i spływają po smukłym nadgarstku. To tak piękne, że aż serce pęka, pomyślał w przebłysku nagłego, porywającego zachwytu. Wzruszenie przebudziło w nim drzemiącą dotąd bestię, bezgłowy, czarny kadłub wiecznie głodnej pustki wyszczerzył zęby.

Dwie piękne dłonie zaciskające się na równie pięknej szyi, oczy wywrócone w słup, drobne ciało, które mięknie i sztywnieje, powieki łopoczące niczym skrzydła nocnego motyla, krew pod paznokciami, drobinki krwi z szarpanej rany płynące, rozproszone, osiadające na nosie jak czerwone piegi…

Pośród tych piegów jakaś niezgłębiona otchłań, w która można wpaść, zatracić siebie, zgubić skórę i wzrok. Przekroczyłem granicę. Znów jestem sobą, żywą membraną, struną świata, na której końcu tańczy blask. To moje połączenie, powrót z wygnania, tutaj metafizyczny lęk nie istnieje. Nagle jak łuski opadły z niego wszystkie maski, fałszywe pozory ascezy i rozpusty. Żal, nienawiść, tęsknota, miłość, zazdrość za byciem najnędzniejszym robakiem, to wszystko stanowi czystą rozkosz istnienia.

K zważył w dłoniach zupełnie wiotkie ciało, chłopiec wyglądał, jakby zasnął z otwartymi oczyma, zapadł się gdzieś w siebie, w cień i mrok. Wkrótce zesztywnieje, stężenie pośmiertne niczym kleszcze zmiażdżą piękno chwili, która powinna trwać wiecznie. Przytulił swój policzek do czoła chłopca, nieświadomie powtarzając zbrodnię sprzed wielu lat, miękkie włosy musnęły go w nos. Poczuł to, wrócił do ciała z niezmierzonej dali, znów niedoskonały, niepełny i zły.

– Jestem K, wiem – szepnął w pustkę. – I właśnie zabiłem samego siebie!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: