polskie centrum bizarro

„Zabawa w trupa i pastereczkę” by Rafał M. Skrobot

In Opowiadania on 13 stycznia, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW ten piękny, zimowy poranek (południe / wieczór / noc – niepotrzebne skreślić w zależności od tego, na jakim etapie imprezy akurat jesteście) miło nam ponownie powitać na łamach i kantach niedobrych literek Rafała M. Skrobota. Zabawa w trupa i pastereczkę to tekst, który powinien Wam przypaść do gustu.

Jest tutaj wszystko co czyni bizarro gatunkiem najlepszym z możliwych: dobry humor, garść absurdu i jeszcze parę innych rzeczy mniej lub bardziej trzymających się siebie nawzajem. Na przykład nieco znanych twarzy ;-). Paskud przeczytał i zawyrokował: dobre.

A zatem, drodzy Czytelnicy, miłej lektury!

h

Zabawa w trupa i pastereczkę

(fragment powieści Wieczne pióra)

h

Pierwszy sen na nowym miejscu zmęczył mnie tak bardzo, że jeszcze długo po przebudzeniu snułem się niczym żywy trup, a jawa wydawała mi się podejrzanie nierzeczywista. Uczucie to potęgowały niektóre spostrzeżenia, takie jak na przykład:

-trzy pielęgniarki, które zobaczyłem od razu po wyjściu z pokoju były niemalże sobowtórami: Umy Thurman, Kathleen Turner i Bo Derek;

-z jednej z kabin prysznicowych dochodziły kopulacyjne odgłosy;

-Johann Vierkrank, gdy mijał mnie w drodze do łazienki, mrugnął do mnie porozumiewawczo a jedna z jego składowych najwidoczniej była tak zmęczona, że jeszcze spała chrapiąc potężnie.

I właśnie mój półtrupi stan zainteresował tęgiego mężczyznę o dystyngowanym wyglądzie, który jakiś czas obserwował mnie z bezpiecznego oddalenia, po czym podszedł do mnie, ukłonił się i odezwał:

-Wydaje mi się, że się jeszcze nie znamy, pozwoli więc pan, iż się przedstawię. Jestem Heinrich von Todensanzeige. Miło mi pana poznać.

-Marcin Heiss – przedstawiłem się słabym głosem, który, jak zauważyłem, u mojego rozmówcy wywołał wyraźne zadowolenie. – Mnie również jest miło.

-Jak widzę, nie czuje się pan najlepiej – zauważył i nie czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony dodał, spoglądając na mnie znacząco – Dziś taka trupia aura…

Przez chwilę milczał, ja również, gdyż w moim otępiałym umyśle nie zrodziła się żadna, mniej czy bardziej sensowna wypowiedź. W końcu Heinrich von Todensanzeige pokiwał ze zrozumieniem głową i powiedział:

-No tak. Widzę, że nie jest pan jeszcze wtajemniczony.

-Wtajemniczony…? W co?

-Jak to w co? – Heinrich von Todensanzeige wydawał się być naprawdę zdumiony. – Jak to w co? W zasady Gry, oczywiście.

W tym momencie nadeszła prawie-Michelle Pfeiffer i przerwała nam brutalnie ledwo co zaczętą rozmowę, zwracając się do mnie:

-Profesor Nebel pana wzywa.

Nie wiem dlaczego spodziewałem się zobaczyć boga lewitującego w oparach różowego dymu.

-Być może spodziewał się pan zobaczyć boga lewitującego w oparach różowego dymu – profesor Nebel uśmiechnął się. – Przykro mi, jeśli pana zawiodłem.

Twarz profesora Nebla była twarzą tak zwyczajną, że aż charakterystyczną. Na dobrą sprawę rysy jego twarzy mogłem porównać do każdych znanych mi rysów twarzy, które poznałem w ciągu całego mojego zasranego życia. To samo dotyczyło jego gestów i zmiennej modulacji głosu.

-Witam pana w klinice, panie Heiss – powiedział z uśmiechem mojego ojca.

Kiwnąłem głową jak niedorozwinięta marionetka.

-Cieszę się, naprawdę się cieszę, że zdecydował się pan na przyjazd – wskazał mi krzesło z uprzejmym wyrazem twarzy Eugeniusza Gnoma, znanego mi cierpiącego na epilepsję nauczyciela tańca. – Doktor Łapski wiele mi pisał o pańskim przypadku.

-Naprawdę? – na nic więcej w owej chwili nie potrafiłem się zdobyć.

-Tak, bardzo wiele – profesor Nebel pokiwał głową z powagą charakterystyczną dla Leoncjusza Lizaka, mojego przez dziewięć lat promotora na nieukończonym przeze mnie wydziale ichtiologii na Uniwersytecie Babiogórskim. – Jak pisał, pański przypadek jest wyjątkowy, niespotykany i sprawia wrażenie, powtarzam- sprawia wrażenie beznadziejnego. Dla mnie bowiem nie istnieją przypadki beznadziejne – powiedział z przekonaniem wyrytym na twarzy, która teraz bliźniaczo przypominała oblicze nie znanego mi z imienia i nazwiska sprzedawcy w aptece, który nie raz odmawiał mi sprzedania pewnych medykamentów.

-Cieszy mnie to – w głos swój usiłowałem tchnąć nutę optymizmu, lecz nie wyszło mi to w najmniejszym stopniu.

-Chciałbym pana bliżej poznać – powiedział głosem łudząco podobnym do pewnego policjanta, który pewnego razu bezskutecznie perswadował mi zejście z drzewa w parku. – Czy mógłby mi pan coś o sobie powiedzieć?

-Ale co? – zapytałem po chwili milczenia.

-Cokolwiek – zachęcał profesor z wyrazem twarzy, który oczywiście mi kogoś przypominała, ale już nie wiedziałem kogo.

…z okna na górze dolatywały pogańskie ryki; ja schowałem skrzydła pod kurtką i ruszyłem przed siebie ciemną zaśnieżoną ulicą. Noc i zima – tak, to nieraz ma w sobie coś magicznego, lecz niestety, często jest zbyt rzewno-tkliwe.

Po jakimś czasie natknąłem się na Rysia. Siedział na jakimś murku i był kompletnie przysypany śniegiem. Dotknąłem go a potem pstryknąłem w czoło. Był twardy, zamarzł

-Oj, Ryś, Ryś – westchnąłem.

Nie wiem, jak mi się udało to zrobić (Ryś ważył 117 kg), ale zaciągnąłem go do jego domu.

Ciotkę Rysia obudził stuk głowy Rysia o schody.

-Kto tam? – szepnęła rozespanym głosem.

-Ja przyniosłem Rysia, proszę pani – wyjaśniłem – gdyż Ryś zamarzł.

-Aha, to dobrze, dobrze – wyszeptała ciotka, wsunęła rozczochraną głowę z powrotem do swojego pokoju i zatrzasnęła drzwi.

Pośrodku zagraconego pokoju Rysia udało mi się rozpalić ognisko (posłużyły mi do tego krzesła oraz dzieła zebrane Bartha na podpałkę). Posadziłem Rysia blisko ognia, zapaliłem skręta i czekałem…

-Każda, nawet najprostsza historia posiada swoje drugie dno – powiedział profesor Nebel; w tym momencie łudząco przypominał Rysia. – Często i trzecie, nierzadko czwarte, a zdarza się, że piąte i szóste. Wystarczy tylko umieć słuchać. Cztery lata temu jeden z moich pacjentów opowiedział mi po prostu, jak kasował bilet w tramwaju, a ja natychmiast postawiłem diagnozę – nowotwór lewej półkuli mózgu.

…Ryś poruszył głową. Czapa topniejącego śniegu spadła z jego skołtunionych włosów na ramiona. Zamrugał załzawionymi oczami.

-Co jest…? – zadudnił słabo.

-Zamarzłeś – wyjaśniłem i wrzuciłem końcówkę skręta w dopalające się ognisko. – To znaczy odmarzłeś.

-Jak to? –Ryś zmarszczył czoło.

-Znalazłem cię – wyjaśniałem. – Byłeś twardy jak lód. Musiałeś coś wziąć i zaległeś na mrozie. Poniekąd uratowałem ci życie.

Ryś wstał z trudem. Z trzaskiem rozprostował potężne ciało. Ze zdziwieniem spojrzał na dymiące resztki ogniska.

-Nic nie pamiętam – mruknął.

-Zgubiłeś się, jak szliśmy do Siwego – powiedziałem. – Byłeś w kiepskim stanie i Pani Zima najwidoczniej cię zaskoczyła.

Ryś zamyślił się, a potem nagle jego oczy rozbłysły.

-Do Siwego…?

-Tak.

-A czy tam była Łysa? – zapytał podnieconym mrukiem.

-Była.

-A… – przełknął ślinę – … zrobiła Pokaz…?

-Zrobiła, Rysiu.

Ryś zaczął chodzić po pokoju w kółko, aż dudniła podłoga.. W ustach miętosił przekleństwa.

-Co ci jest, Ryś?

-Przegapiłem. Z własnej głupoty. Po co brałem to żółte świństwo…? – mówił Ryś na granicy płaczu i zapytał:

-A ty…? Widziałeś…?

-Albo na przykład taki przypadek – mówił profesor Nebel, tym razem o twarzy Władysława Widioty, mojego nauczyciela wf ze szkoły podstawowej. – Pacjent wyznał, że myje zęby tylko trzydzieści dwie sekundy. Ja od razu rozpoznałem cyklofrenię wątroby, lecz było już za późno. Ostatnie stadium. Nic się nie dało zrobić.

…-Nie – odparłem. – Mnie to nie bawi. Wolałem wziąć gipfelinę.

Ryś spojrzał na mnie jak na głupiego.

-Co ty, głupi?

-Nie, Ryś. Wolałem wziąć, ale zrobiłem to świadomie. A ty co? Co brałeś?

-Mutapon – burknął.

-Poza tym, jak już mówiłem – w tym momencie poczułem, że potrzebuję kolejnej dawki – Nie bierze mnie to.

-A mnie tak – Ryś zaczął dyszeć.- Chcę zlizywać krew z jej cipy. I ruchać ją, ruchać…! Ja też jestem dzieckiem szatana!

-Synem – sprostowałem.

-Synem – powtórzył Ryś machinalnie, umilkł, zmarkotniał i usiadł na podłodze. Milczał długo, po czym…

-Mam nadzieję graniczącą z pewnością, że spodoba się panu w naszej klinice – uśmiech profesora Nebla tym razem był uśmiechem Jacka Nicholsona rozmawiającego z Nikitą Michałkowem. – Leczenie w naszym d o m u jest intensywne, lecz nie nachalne, a już na pewno nie zazna pan ponurości szpitala. Milczał długo, po czym…?

…mruknął:

-Muszę coś wymyślić.

Udało mi się namówić Rysia na zakup dwóch działek gipfeliny. Dealer ukazał się w postaci archanielskiej, wleciał przez okno, zostawił towar i wziął pieniądze lekko zawstydzony, tłumacząc że Niebo upada i należy zrobić remont.

Już po chwili Ryś zaczął mamrotać, że wypadł z czasu (w niespodziewanym momencie ujawnił się wpływ Kurta Vonneguta).

-Tak! – zawołał nagle. – Skoro wypadłem z czasu, to możemy iść do Siwego!

-Po co? – zapytałem, myśląc o tym, jak długo będzie jeszcze działać gipfelina i ile jeszcze do świtu.

-Skoro wypadłem z czasu, to zdążę na Pokaz Łysej – wyjaśnił Ryś. – W każdej chwili zdążę.

-Chyba nie, Rysiu – powiedziałem łagodnie, gdyż łagodność z reguły jest moim zwykłym stanem po gipfelinie.

Jednak Ryś był nieubłagany, równie nieubłagany jak szary świt, który za sprawą Rysia zmienił się we wczesny wieczór..

-Cieszę się, że jest pan tak wylewny – powiedział profesor w tym momencie podobny do kolegi Wysokiego, brata Łysej. – i to za pierwszym razem. Czy może pan powiedzieć, na czym polegał tzw. Pokaz Łysej…?

..Pokaz Łysej:

Pośród pogańskich tańców pojawiała się naga Łysa .Cała w drgawkach i konwulsjach spowodowanych przedawkowaniem Axtinu siadała na wysokim taborecie i jak tylko mogła najszerzej rozstawiała nogi. Potem, wywracając wokół szklistymi oczami, wkładała sobie do brudnej cipy (co to był za zapach – ci, którzy brali halucynogeny mówili, że ukazywał się w postaci złośliwego kudłatego skrzata z toporem w dłoni) różne przedmioty, które uważała za magiczne. Były to jakieś gliniane kulki, kawałki metalowych prętów,stare szklane strzykawki, butelki o dziwnych kształtach. Często były to przedmioty o ostrych krawędziach, nieraz więc polała się krew i ulatywały postrzępione kawałki ektoplazmy. Zawsze znajdowali się chętni, którzy zlizywali tę krew i próbowali wchłaniać ektoplazmę. Od tej chwili byli to ludzie straceni…

-To interesujące, co pan mówi – twarz profesora Nebla przybrała wyrazu straceńczej powagi Walta Whitmana. – Bardzo interesujące.

-Ja jeszcze nic nie powiedziałem – odezwałem się. – Ja tylko myślałem. Nie powiedziałem ani słowa.

-Od narodzin myśli do jej zwerbalizowania trwa pewien, krótszy czy dłuższy proces – powiedział profesor czyniąc dłońmi gest charakterystyczny dla Allena Ginsberga. – Ja, dla oszczędzenia sobie czasu a pacjentowi zbędnego wysiłku, pomijam ten proces.

…Umierasz! Wokół krewni i druhowie;

wzrok ci przygasa, szepczesz głosem cichym,

odchodzisz dokądś, ale dokąd – kto wie?

Jakże byt rzeczy tego świata lichy!*

-Ależ z pana pesymista! – zawołał profesor Nebel z twarzą Martina Sheena, grającego ojca, pragnącego uchronić córkę przed zerżnięciem przez gang Purpurowych Demonów. – Doktor Łapski w swoim liście wspominał mi o tym.

-Ten czterowiersz nie ja napisałem – sprostowałem.

-Ale pojawił się on w pana myślach – powiedział profesor i w tym momencie nikogo mi nie przypominał.

-Zrobiłem to specjalnie.

Profesor Nebel popatrzył na mnie z przenikliwością spojrzenia Władimira Kaszpirowskiego.

-Jest pan tego całkowicie pewien?

Po długiej chwili milczenia odważyłem się zadać pytanie:

-Czy postawił pan już diagnozę?

-Wszystko w swoim czasie. A teraz nie zatrzymuję już pana. Powinien się pan rozejrzeć.

Po wyjściu z gabinetu profesora Nebla byłem tak osłabiony, a przez to jeszcze bardziej trupi, że pan Heinrich von Todensanzeige podszedł do mnie od razu i zaszczycił mnie rozmową, którą zaczął dokładnie w tym miejscu, w którym nam przerwano.

-…Jak to w co? W zasady gry oczywiście.

-Jakiej gry?

-Pan wybaczy moje zdumienie – powiedział von Todensanzeige. – Wynika ono z faktu, że chyba już zapomniałem, iż na świecie istnieją jeszcze osoby, które nie znają zasad Gry.

-Jakiej Gry? – ośmieliłem się zapytać.

-W Trupa i Pastereczkę – odparł z uroczystym namaszczeniem Heinrich von Todensanzeige.

-W zasadzie nie jestem zwolennikiem gier – odważyłem się wyznać.

Heinrich von Todensanzeige popatrzył na mnie wzrokiem inkwizytora.

-Mówiąc takie rzeczy w tych murach – rzekł surowo – to tak, jakby mówił pan, że nie ma Boga.

-A jes t? – wyrwało mi się.

Von Todensanzeige zmieszał się, zaraz jednak opanował się i powiedział z naciskiem:

-Jako przewodniczący Gry w tygodnie nieparzyste apeluję do pana, żeby pan nie utrudniał i zaraz poszedł ze mną do pokoju nr 7.

-Nr 7… – powiedziałem wolno i znacząco popatrzyłem von Todensanzeige’owi w oczy. On jednak zachowywał się tak, jakby mojego spojrzenia nie rozumiał. Marszcząc czoło powiedział tonem rozkazu:

-Proszę za mną.

-Dobrze – powiedziałem więc i poszedłem za nim.

Pokój nr 7 wypełniony był pacjentami i pielęgniarkami, tym jednak różniła się sytuacja od tej w moim śnie (?), że pielęgniarki ubrane były w stroje alpejskich pastereczek, pacjenci natomiast karnie siedzieli w szeregu pod ścianą. Heinrich von Todensanzeige szepnął mi do ucha:

-Niech pan się nic nie obawia. W odpowiednim momencie poprowadzę pana. A teraz niech pan usiądzie pod ścianą razem ze wszystkimi. Zaraz się zacznie.

Istotnie, po krótkiej chwili z szeregu pacjentów wyszedł chudy i wysoki mężczyzna z wyłupiastymi oczami i stanął pośrodku pokoju. Długie ręce uniósł w górę, po czym zaczął wykonywać osobliwe zwiewne gesty, następnie chwycił się za szyję i lekko drżącym z emocji głosem zaczął mówić:

-Ja, Hans Stiel, żyłem sobie, biegałem swobodny jak dziki koń, wdychałem powietrze a wydychałem co innego. Byłem cały pulsujący i moja temperatura oscylowała w granicach trzydziestu sześciu i sześciu. Byłem silny i pracowałem jako fotograf. Au, auu… – zawył. – I umarłem. Teraz jestem trupem. Co ze mną będzie, ach, co ze mną będzie?… – w geście udawanej rozpaczy zakrył twarz rękami i zastygł w bezruchu.

W tym momencie zbliżyła się do niego pielęgniarka-pastereczka, niemalże sobowtór Sophie Marceau.

-Och, jaki piękny trupek – odezwała się, tanecznym krokiem obchodząc Hansa Stiela dookoła. – Ja, prosta pastereczka, nie widziałam jeszcze takiego pięknego trupka…!

Wykonując gesty mające na celu uzewnętrznić jej zainteresowanie, szczebiotała dalej:

-Biedna ci ja sierota! Chłopaki ze wsi naśmiewają się ze mnie, że ja biedna jak ta mysz polna, męża ci ja nie znajdę! A tu taki piękny trupek! No i cóż z tego, że on trup – mówiła, w międzyczasie pozbywając się haftowanej bluzki – Kiedy i dla mnie nie ma miejsca wśród żywych! – sprawnym ruchem pozbyła się barwnej spódnicy. – A trupek sztywny, to i na pewno i maluśki u niego sztywny jak stal – zachichotała, ściągając halkę. – A moje obie dziurki, ta słodka niczym brzoskwinka i ta maleńka ciasna takie spragnione twardej stali! A moja buzia tak spragniona najsłodszego nektaru, co tak pięknie tryska, niczym źródełko… – pozbyła się barchanowych majtek i już zupełnie naga zajęła się rozporkiem Hansa Stiela, który nadal stał bez ruchu z dłońmi przy twarzy.

-Ach – wykrzyknęła pastereczka-Sophie Marceau i klasnęła w dłonie, gdy udało się jej wydobyć na światło dzienne penisa Hansa Stiela w stanie potężnej erekcji. – Nie taki on maluśki! A twardy! Ohoho! Hm… – udała zastanowienie. – Jakby tu go napocząć…? Chyba moja ciasna dziurka najbardziej jest głodną!

Wypięła pośladki i nakierowując penisa, wetknęła go sobie głęboko w amus i zaczęła płynnie ruszać tyłkiem.

-Och, och! – zawołała. – Toż taki trupek to czysta rozkosz!

Popatrzyłem na poczerwieniałą twarz Heinricha von Todensanzeige.

-Czy t o znowu jakaś orgietka? – zapytałem półgłosem.

-Nic pan nie rozumie – powiedział von Todensanzeige gniewnym szeptem. – To misterium przeczące nadrzędnej roli życia jako jedynego procesu kreacji.

-I co z tego wynika? – zapytałem, lecz von Todensanzeige uciszył mnie niecierpliwym ruchem dłoni.

Podczas gdy pastereczka postękując wyjęła penisa z odbytu i wsadziła go sobie w usta, inne pastereczki zaczęły pozbywać się ubrań śpiewając jakąś pieśń w niezrozumiałym języku. Ku mojemu przerażeniu jedna z nich podeszła do mnie i ze słowami „jaki piękny trupek” zaczęła dobierać się do mojego rozporka. Rozpoznałem prawie-Michelle Pfeiffer.

-Proszę pani – powiedziałem. – Ja nie jestem trupem. Ja jeszcze żyję.

Michelle Pfeiffer popatrzyła na mnie chłodno.

-Tak ci się tylko wydaje – powiedziała głosem XP-666.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: