polskie centrum bizarro

„W służbie zdrowia” by Paweł Waśkiewicz

In Opowiadania on 30 stycznia, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPewnie każdy z Was, przebrzydłych wyznawców jego eminencji Paskuda, był kiedyś w szpitalu. Jeśli nie w szpitalu, to chociaż w ośrodku zdrowia. Wiecie zatem, jak to wygląda od kuchni. Kilometrowe kolejki, chamskie pielęgniarki, niedouczeni lekarze (ci douczeni zarabiają grubą kasę za granicą, a nas – swoje „króliki doświadczalne” – mają w głębokim poważaniu).

Czasami jest tak, że człowiek czeka na przeszczep. Najczęściej wątroby, nerek albo serca – wszak bycie w czołówce najbardziej rozchlanych narodów świata zobowiązuje, no nie? Ale, standardowo, czas oczekiwania na taki nowy, jeszcze nie przepojony alkoholem narząd trwa piekielnie długo. Jak kogoś stać, kupi na lewo od ruskich. Jak nie stać, trudno. Memento mori…

Paweł Waśkiewicz znalazł rozwiązanie tego problemu. Jakie? Przeczytacie o tym poniżej.

h

W służbie zdrowia

h

Przebiegł tuż przed plakatem propagandowym, który krzyczał mu w twarz jaskrawymi literami: „Dbamy o wasze zdrowie jak o swoje własne!” Przemknął po chodniku, mijając rzędy migoczących witryn, dziesiątki pachnących desperacją atrakcji, których jedynym celem było przyciągnięcie jego wzroku.

Może właśnie przez to, że zignorował zaloty bożków biznesu i polityki, za rogiem wpadł prosto pod samochód.

Obserwowałem szarżującego człowieka od chwili, gdy wparował na skrzyżowanie. Siorbiąc bezwstydnie ostatnie kropelki mlecznego napoju, pomyślałem, że facetowi chyba życie niemiłe. Bieganie w mieście to proszenie się o przyjazd pogotowia. Na co dzień pracuję w karetce – widziałem już więcej takich wyrywnych typów w plastikowych workach, niż poza nimi.

Wydaje im się, że spieszą się, by dokądś zdążyć. Ja myślę, że po prostu chcą umrzeć.

– Hej! – krzyknąłem w zachwycie, wypatrując, ile obrotów zdąży zrobić jego ciało, zanim padnie ciężko na krawężnik.

Kierowca, który potrącił biegacza, docisnął pedał gazu. Zdążyłem przeczytać numer rejestracyjny, zanim przesłoniła go chmura kurzu.

Wstałem od stolika z telefonem w ręce i przeszedłem przez ulicę, zostawiając niedopity napój. Zacząłem wystukiwać numer zanim jeszcze dotarłem do nieruchomego ciała.

– Hej, co pan robi? – spytał jeden z pierwszych gapiów.

– Dzwonię po pogotowie – odparłem, jakby to wymagało wyjaśnieni

Facet, na oko dobijający do pięćdziesiątki, popatrzył na mnie krzywo. Postanowiłem zaczekać i sprawdzić, co powie, zanim nacisnę przycisk wybierania.

– Dajmy mu szansę. – Ciekawski typ wskazał na leżącego na krawężniku człowieka. – Może jeszcze wstanie.

Zastanowiłem się.

– Jeśli nie wstanie, tracimy czas.

– Oczywiście, oczywiście. Ale co panu przyjdzie z tego, że wezwie pan karetkę? Nic, no właśnie. A ten gość może jeszcze oprzytomnieć i się podnieść. Pójść do domu, do dzieci, do rodziny.

– Widzi pan jego nogi?

– Widzę.

– Dziwnie wygięte, prawda? Ten facet już nigdzie nie pójdzie.

Mój rozmówca otarł czoło z potu i popatrzył na mnie rozbrajająco bezradnym wzrokiem. Jego zmartwienie zaczynało mnie bawić.

– Jeszcze minutę – poprosił.

– W porządku – odparłem.

Dookoła nas zgromadził się już tłumek gapiów. Najwyraźniej nikt inny nawet nie pomyślał o wezwaniu pogotowia. W dzisiejszych czasach nie ma się co dziwić. Nikt nie chce wdawać się w bliskie relacje ze Służbą Zdrowia.

Popatrzyłem na zegarek.

– Ma już tylko trzydzieści sekund – zauważyłem – a jeszcze nawet ręką nie ruszył. Jak na mój gust jest już po nim.

Pięćdziesięcioletni mężczyzna nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w nieruchome ciało, jakby usiłował ożywić je wzrokiem.

I przez chwilę wyglądało na to, że mu się udało.

Leżący na krawężniku trup poderwał się, zatańczył w dzikich podrygach i zwymiotował na siebie krwią. Potem zaczął się dławić, jeszcze później wydawać nieartykułowane jęki bólu.

– On się męczy – powiedział ktoś w tłumie.

Odwróciłem się do mojego rozmówcy.

– To racja – stwierdziłem. – Długo tak nie pociągnie. Co by pan teraz zrobił?

Mężczyzna przez chwilę patrzył na mnie tępo, a potem dał za wygraną. Najwyraźniej nie umiał z honorem przyjąć porażki, bo warknął tylko:

– Rób pan, co musisz.

I zrobiłem.

Wezwana przeze mnie karetka pojawiła się po dwóch minutach. Akurat wypadała zmiana Karola, a on zawsze był diabelnie szybki. Wyskoczył z ambulansu i podszedł, żeby uścisnąć mi rękę.

– Widzę, że pracujesz nawet na urlopie – powiedział.

– Niezupełnie. Siedziałem w barze mlecznym obok.

– Pewnie wypatrzyłeś faceta z daleka, przyznaj się.

– Oczywiście, ale gdyby skręcił za róg żywy, to bym go nie gonił. Za to wy powinniście.

– Ci wszyscy ludzie naokoło mogli zadzwonić. Powiedz mi, dlaczego nikt z nich nas nie wezwał?

– Może lepiej sam zapytaj?

Pięćdziesięcioletni mężczyzna, z którym rozmawiałem, ulotnił się przezornie. Miał wielkie szczęście, że byłem na urlopie. W normalnych okolicznościach za próbę powstrzymania przyjazdu Służby Zdrowia czekałaby go bardzo nieprzyjemna kara.

– W porządku. – Karol dał głową znak pozostałym sanitariuszom. – Do roboty.

Podszedł do plującego krwią i bredzącego w malignie pacjenta, po czym wpakował mu do ust przyrząd do skanowania uzębienia. Poczekał na ciche piknięcie, a potem wyjął sprzęt i podał koledze z karetki. Po chwili połączyli się z bazą danych.

– Dobre serce i świetne oczy – relacjonował siedzący przy komputerze sanitariusz. – Przyzwoita wątroba. Płuc nie ruszać, to nałogowy palacz.

– Palacz! – Karol popatrzył na mnie i pokręcił głową. – Biegał środkiem miasta, a do tego palił papierosy. To praktycznie samobójca. Co sądzisz?

– Paragraf drugi.

– Znakomicie. Panowie, bierzemy wszystko!

Dwóch sanitariuszy wyskoczyło z karetki i rozłożyło koło rannego narzędzia. Przy pomocy ostrej piły rozcięli mu mostek. Trzeba było wpakować pacjentowi pocisk z uspokajacza w ucho, żeby przestał się rzucać. Potem wyjęli serce i wątrobę. Nerki na pierwszy rzut oka też dawały jeszcze radę, więc wrzucili je na wszelki wypadek do osobnego plastikowego worka.

– Dobra robota – stwierdził Karol. – Skończyliśmy.

– Jeszcze nie – zaoponowałem.

– Masz coś więcej?

– Kierowcę, który go potrącił.

– Myślałem, że ulotnił się od razu.

– Bo tak było. Ale siedziałem niedaleko. Zdążyłem zapamiętać jego numery.

Podyktowałem rejestrację. Jeden z sanitariuszy wrzucił ją do bazy i dostał namiary na naszego przestępcę.

– Zdrowa skóra – przeczytał na głos – przyzwoite serce, płuca i wątroba. Jajniki niezdatne, na ostatniej kontroli wykryto torbiele. Za to macica dobra do przeszczepu.

– Kobieta? – rzucił Karol. – Myślałem, że w dzisiejszych czasach tylko faceci tak nieostrożnie jeżdżą.

– Nikomu nie można ufać.

– Najwyraźniej. Mariusz, daj adres. Pojedziemy po nią od razu. Zwiała z miejsca wypadku. O właśnie, praktykancie drogi – zwrócił się do drugiego sanitariusza – pod który paragraf to podchodzi?

– Trzeci.

– Szybko się uczysz. A jak on brzmi?

– Coś o…

– O przedśmiertnej ekstrakcji organów. Dużo nauki przed tobą. W porządku, pakujcie się i jedziemy po tę pacjentkę. Ty z nami?

Pokręciłem głową.

– Dalej mam urlop – odparłem.

– Jak uważasz.

Wyciągnęli wąż i spłukali wodą krew z chodnika. Resztę trupa wrzucili do worka na śmieci i zostawili dla służb oczyszczania miasta. Potem wsiedli do karetki i pojechali na sygnale. Patrzyłem za nimi, dopóki światła pojazdu nie zniknęły za kolejnym skrzyżowaniem.

h
h
  1. […] całkowicie za darmo przeczytać dwa kolejne opowiadania mojego autorstwa – jedno na portalu Niedobre Literki (“W służbie zdrowia”, bynajmniej nie planowane jako komentarz społeczny/polityczny), […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: