polskie centrum bizarro

„Maraton” by Norbert Góra

In Opowiadania on Luty 17, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPaskud, nim został Paskudem Redaktorem Naczelnym, był – między innymi – Paskudem Podróżnikiem. Na dalekich wyspach nonsensu, pośród nieprzebytych dżungli, za łańcuchami pruchniejących gór… lub w pobliskiej Warszawie (pamięć już nie ta co kiedyś) napotkał Paskud zadziwiające plemiona, których rytuały koncentrowały się na oglądaniu reklam i wcielaniu w życie niesionych przez nie treści. Z przyczyn czysto logicznych plemiona te już dawno wyginęły (w przeciwieństwie do Klanu Reklamodawców), ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Okazją do strzepnięcia z oka (właściwie to Oka, gwoli ścisłości) nostalgicznej łezki była dla Paskuda lektura Maratonu Norberta Góry. Rzecz jest zasadniczo o reklamach. I o tym jak działają. Nie uwierzycie, dopóki nie przeczytacie. Później tym bardziej nie.

Ale i tak zapraszamy do lektury! Tekst wyświetli się po krótkiej przerwie… na reklamę, oczywiście.

h

Maraton

h

Reklama to sztuka zrobienia laski szkieletowi

Obywatelka Manuela Gretkowska

Otworzył oczy, czując na twarzy piekący ból. Dygocząc z zimna, mrugał sensorami wzrokowymi jak stara latarnia morska, którą ktoś próbował uruchomić. Z czoła spływały mu kropelki potu, a włosy lepiły się w strąki.

Boże, co się stało? Dlaczego nic nie pamiętam? – Zastanawiał się naprędce, tak intensywnie, że dopiero po chwili zdał sobie sprawę, iż przed jego oczami stał wysoki, dobrze zbudowany facet, ze schludnie ogoloną, kwadratową twarzą i zimnymi, błękitnymi tęczówkami, promieniującymi chłodną obojętnością. Usta miał ściągnięte, ale sprawiał wrażenie, jakby były zszyte niewidzialną nicią, na wieki wieków. Ubrany był w czarne spodnie dżinsowe i ciemny golf, ale na głowie – przykrywając włosy – leżał mu nieskazitelnie biały kaszkiet, zupełnie nie pasujący do reszty stroju.

Skąd ten facet się urwał? – Pomyślał przez moment, wpatrując się w te nieprzyjemne, niebieskie oczy.

– Imię – rzucił mężczyzna w golfie.

– Gabriel – odpowiedział mu spocony i spróbował podnieść się z tego niewygodnego, drewnianego krzesła, na którym siedział. Kilka szybkich szarpnięć uświadomiło go, że jest do niego przywiązany grubym sznurem.

– Nie szarp się. Nazwisko.

– Czekoladowy pudding! Czekoladowy pudding! Tfu… Małoch – rzucił piskliwie Gabriel, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego zamiast się przedstawić krzyknął dwa razy „Czekoladowy pudding”.

Właściciel białego kaszkietu uśmiechnął się i kiwnął głową.

– Ryszardzie, powiedz mi, co pamiętasz z ostatnich kilku godzin?

– Przepraszam, mam na imię Gabriel – odpowiedział, wykrzywiając brwi. Przecież nie minęła nawet minuta, odkąd się przedstawił. Czyżby facet w golfie potrzebował lecytyny albo żeń-szeniu?

– Możesz się nazywać nawet świnka Peppa. Odpowiadaj na pytanie! – wrzasnął, a Gabriel otworzył szeroko oczy.

W głowie miał absolutną pustkę. Do jasnej cholery, co się wydarzyło w ciągu ostatnich godzin? Nicość. Czarna nicość.

Zaraz…zaraz. Pojawiło się drobne, jaskrawe światełko w tym ciemnym jak zad u Murzyna tunelu. Kilka zdarzeń, na chwilę obecną nie mających ze sobą powiązania. Dźwięk rozpylającego się gazu. Panoramiczny, różnokolorowy ekran. Odgłosy śmiechów.

– Czekoladowy pudding! Czekoladowy pudding! – krzyknął mimowolnie i podskoczył, o mało nie wyłamując barku.

– Skup się, Ryszardzie. Inaczej czeka cię śmierć – stwierdził ledwo słyszalnym, groźnym głosem, odchodząc od niego o krok.

– Śmierć? Za co śmierć?

– A chociażby za niepłacenie abonamentu. Nie płacisz, prawda? – zapytał facet w białym kaszkiecie, patrząc z ukosa na Gabriela.

– Nie, nie. Zaraz… już sobie coś przypominam. Na dużym panoramicznym ekranie oglądałem krótki film… nie, to chyba była reklama. Tak, zdecydowanie reklama! Występował w niej młody, na oko dwudziestoletni, chłopak, który za każdym razem rozpędzał się i uderzał głową w ścianę, chcąc ją rozbić. Próbował trzy razy i zrezygnowany, z bolącą głową, odpuścił, machnąwszy ręką. Potem do pokoju, w którym przebywał ten chłopak, wszedł jego starszy kolega i wręczył mu opakowanie czekoladowego puddingu, mówiąc: „Masz. Skosztuj tego, a twoja głowa stanie się niczym z betonu”. Posmakowawszy puddingu, dwudziestolatek oblizał się, uśmiechnął i rozpędził, celując głową w ścianę. Tym razem udało mu się. Rozbił ją z hukiem. Wtedy ekran przybliżył twarz starszego kolegi, który – szczerząc się od ucha do ucha – podniósł kciuk do góry i powiedział: „Czekoladowy pudding. Betonowa satysfakcja”.

– Widzę, że cię olśniło, Ryszardzie – rzucił krótko mężczyzna w golfie.

– Mam na imię Gabriel.

– Dobrze Stefan, nie nadwyrężaj swojej szczęki. Co jeszcze pamiętasz?

Małoch zamknął oczy. Starał się z całych sił odtworzyć przebieg ostatnich godzin. Co jeszcze? Co jeszcze oprócz reklamy z czekoladowym puddingiem, dźwiękiem rozpylanego gazu, panoramicznym ekranem i śmiechem? Zaraz… reklama! No tak. Poszedł na całonocny maraton reklam. Długie godziny, obfite w najbardziej idiotyczne, wyjątkowo absurdalne reklamy.

– Proszek do prania – stwierdził Gabriel z uśmiechem.

– Proszek do prania? To znaczy?

– Mężczyzna w krótkich, kruczoczarnych włosach, z kilkudniowym zarostem na owalnej twarzy, najprawdopodobniej głowa rodziny, żonaty, z dzieckiem, trzymał w rękach kilogramowe opakowanie proszku do prania Śnieg. Włożył brudne ubrania do pralki, nasypał proszku i włączył pralkę. Po wszystkim wyjął z jej wnętrza białą koszulę do garnituru i… zamarzł – Gabriel na chwilę zamilkł, myśląc, czy słowo „zamarzł” było odpowiednim określeniem.

– Nie rozumiem. Jak to zamarzł? – zapytał mężczyzna w białym kaszkiecie, ściągając brwi.

– Wszystko wytłumaczył głos lektora, który chyba był też powiązany ze środowiskiem hip-hopu. W każdym razie, rapując, poinformował wszem i wobec, że: „Śnieg zmrozi brud, a jego chłód wspomoże pralki trud, usuwając plamy raz na zawsze, a ciuchy stają się dzięki niemu nowsze. Skoro czaisz już tą akcję, wrzucaj Śnieg na pralki trakcję, bo jej tramwaj zmrozi brud, tak jak pasta czyjś szkorbut”.

– Pouczające – mruknął facet w golfie, uprzednio kiwnąwszy głową.

– Chyba bezdennie głupie – burknął Gabriel, wybuchając krótkim śmiechem.

Mężczyzna w kaszkiecie spojrzał na niego zszokowany.

– Za te słowa jestem zmuszony cię zabić – powiedziawszy to, wyciągnął z przyczepionej do spodni – zlewającej się z nimi kolorem – kabury pistolet.

– Przecież ja tylko żartowałem! – krzyknął przestraszony Gabriel, ale ubranego na czarno człowieka nie zainteresowały jego słowa. – Jakieś ostatnie życzenie?

– Czekoladowy pudding! Czekoladowy pudding! – jęknął Małoch mimowolnie, a mężczyzna tylko się uśmiechnął i nacisnął spust. W tym samym momencie Gabriel poczuł, że puszczają mu zwieracze i spodnie w kroku robią się mokre od moczu.

Z lufy pistoletu, zamiast huku, rozbłysku i naboju odbierającego życie, wyleciała niewielkich rozmiarów żółta chorągiewka, z zielonym napisem na jej tle „Bang!”.

Gabriel – przerażony i blady jak kostucha – spojrzał na mężczyznę w kaszkiecie.

– Gratuluję serdecznie. Jest pan naszym tysięcznym widzem i wygrywa pan wakacje na hiszpańskiej plaży Costa del Sol! Będą drinki firmy Ochlej, lody dla ochłody, sponsorowane przez konsorcjum spożywcze Zamrożeni żywcem, a także dożywotni zapas płynu po goleniu z wyciągiem z kaktusa i aloesu firmy ChemTrutZgon – wypalił facet w golfie, gdy światło w pomieszczeniu rozjarzyło się kłującym w oczy blaskiem.

Gabriel otworzył usta, poruszył dolną wargą i zemdlał.

– Za dużo wrażeń. Źle to rozegrałem – stwierdził właściciel kaszkietu i uśmiechnął się, a potem zamachnął się i zdzielił Małocha ręką w policzek. Gdy Gabriel otworzył oczy, mężczyzna w golfie spojrzał na niego.

– Imię?

– Gabriel.

– Dobrze, Stefan. Nazwisko?

– Mam na imię Gabriel – odburknął Małoch.

– Możesz się nazywać nawet Indiana Jones. Nazwisko!

– Wakacje na Costa del Sol! Wakacje na Costa del Sol! Tfu…Małoch.

– Powiedz mi, co pamiętasz z ostatnich kilku godzin? – zapytał facet w kaszkiecie.

Boże, co się stało? Dlaczego nic nie pamiętam? – zastanawiał się Gabriel.

– Nic – odpowiedział Małoch ze smutkiem.

– Nareszcie! – wrzasnął w niebogłosy niebieskooki w golfie i zaczął tańczyć kankana z radości. Plan wykonany. Maraton reklam pożera zdrowy rozsądek i mózg.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: