polskie centrum bizarro

„Coś w moim kocie” by Adrian Miśtak

In Opowiadania on Luty 21, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKocia, psia, królicza i wiewiórcza tematyka często gości na niedobroliterkowych łamach. To fakt. Na ogół autorzy sięgają po nią, by powiedzieć coś ciekawego o nas, ludziach. To drugi fakt. Trzeci zaś jest taki, że Adriana Miśtaka dawno nie widzieliśmy (ostatnio zdaje się przy okazji Bizarro dla początkujących). Adrian obiecuje, że wkrótce będzie go więcej, na co zresztą paskudnie liczymy (a Paskud dorzuca z offu makabryczny śmiech, co oznacza zapewne, że wie więcej niż my… ciekawe co?).

Mocno zapraszamy do lektury naprawdę mocnego tekstu. Zapnijcie pasy!

No to miauuuu…

Coś w moim kocie

21.02.2031

Nie zrozumcie mnie źle, ale obawiam się, że coś żyje w ciele mojego kota. Nie mówię o żadnym pasożycie – tasiemcu, ani paskudnych robakach. Nie, to nic z tych rzeczy – regularnie odrobaczałem go w ostatnim roku, a opuchlizna na jego ciele, przybierająca coraz większe rozmiary, zdaje się potwierdzać moje obawy, że to coś znacznie poważniejszego i dziwniejszego. Jestem przekonany, że urośnie jeszcze bardziej, żywiąc się wnętrzem mojego pupila. Porusza się pod jego miękkim, czarnym futrem, gdy tego dotykam. Skręca i wygina.

Mój kot chodzi coraz mniej, woli leżakować w moim łóżku, z którego ostatnio zacząłem go wyganiać w obawie przed zarażeniem się. Po wesołym harpaganie został leniwy wrak, cielsko, ruszające się niechętnie. Siedzi tylko przy misce i wsuwa, i wsuwa, karmiąc siebie, oraz stwora w środku, z którym nie wiem, co zrobić. Przeraża mnie fakt, że kiedyś rozerwie zwierzaka na strzępy i wydostanie się na zewnątrz – a co wtedy?

07.03.2031

Nie jestem tak odważny, lub jak kto woli, nie mam na tyle jaj, by wziąć siekierę i zakończyć ten chory cyrk. To w końcu mój kot. Jako samotnik, kochałem i kocham go nadal, choć napełnia mnie coraz większym przerażeniem. Mój jedyny towarzysz, dziś chory, obrzmiały od czegoś, żyjącego w środku.

Kiedyś zastanawiałem się, czy przypadkiem to coś nie wychodzi z niego nocą, kiedy nie patrzę, gdy śpię, albo nie ma mnie w pokoju. Czy nie wychodzi na żer lub zwiedzanie mojego domu, który niedługo będzie chciało zaanektować jako swój własny. Ostatnio coś rozszarpało psa sąsiada i boję się, że to mój nowy lokator, któremu kot nie dostarczył tyle pokarmu, ile potrzebował, by zasnąć spokojnie w jego wnętrznościach.

Póki co żyję w strachu.

19.03.2031

Dzisiaj widziałem w sklepie kobietę, cierpiącą na tą samą przypadłość, co mój kot. Duży obrzęk ciała, ruchliwy. Próbowała schować go w dłoniach, głaskała, by się uspokoił, uśmiechając się delikatnie, jakby chciała oszukać wszystkich wokół, pokazać, że nic się nie dzieje. Ale ja to widziałem i widzieli wszyscy. Gdy odeszła od kasy, postanowiłem ją śledzić. Wierzyłem, że znajdę choćby ślad odpowiedzi na pytanie, co jest w środku. Błądziła chwilę po wąskich uliczkach miasteczka, aż skręciła w najstarszą z nich, wyłożoną nierównym brukiem i upstrzoną kałużami po wczorajszej ulewie. Zniknęła w przestronnym domu, wzniesionym na kształt gotyckich kamienic. Ślad się urwał. Nie mogłem iść dalej, bo jakże mógłbym wejść tam za nią, co miałbym powiedzieć? Okolica zaś nie wyglądała w żadnym stopniu dziwnie, czy niepokojąco, mimo staromodnego charakteru. Wędrówka pozostawiła mnie bez odpowiedzi.

26.03.2031

Kobieta jest w mojej piwnicy. Rozbiłem jej głowę młotkiem, gdy wracała do domu. Nieprzytomną, wciągnąłem do samochodu. Stan mojego kota przeraża mnie tak bardzo, że postanowiłem nie tracić czasu na szukanie wątłych odpowiedzi i zbadać, co jest w środku. Nie chciałem krzywdzić pupila, bo wnętrze kobiety może mi dać odpowiedzi bez tak drastycznego kroku. Obiekt badań, związany i zakneblowany, czeka na mnie na dole. Jej obrzęk wciąż się porusza i żyje. Muszę być ostrożny. W razie, gdyby była to moja ostatnia notatka, wiedzcie, że coś poszło źle.

27.03.2031

Do wydobycia potwora podszedłem z najwyższą ostrożnością. Tym samym młotkiem, którego użyłem wcześniej do ogłuszenia kobiety, i który nosił teraz ślady zakrzepłej krwi, zmiażdżyłem jej czaszkę. Chrzęściła pod każdym uderzeniem. Fontanny gęstej, lepkiej czerwieni wydobywały się z nosa, ust i oczodołów. Z lewego szczególnie. W połowie czynności wstępnych był już pusty, bo przypadkowo wcisnąłem jej gałkę oczną do środka, co nie było moim zamiarem. Nos stracił swój kształt, czoło wklęsło, kości policzkowe zapadły się. Skóra i kości poskręcały w przedziwnym uścisku, krew i fragmenty mózgu utworzyły czerwono-żółtą polewę na bezkształtnej masie. Gdy w miejscu, w którym niedawno jeszcze znajdował się nos, zamarły bulgotania, stwierdziłem, że przestała oddychać. Załatwiwszy problem krzyków i prób ucieczki, mogłem skupić się na stworze.

Szamotał się nieprzerwanie. Z każdym uderzeniem robił to coraz bardziej agresywnie i desperacko, choć żaden cios nie spadł nawet w jego pobliżu. W duchu wierzyłem, że po zabiciu nosicielki, jego organizm również straci część sił, które czerpał z tej dziwnej symbiozy. Odczekałem kwadrans, otarłem pot z czoła i podniosłem piłę do cięcia metalu.

Z rany nie dłuższej, niż dwadzieścia centymetrów, wylało się sporo wodnistej cieczy o szkarłatnym zabarwieniu. Odchyliłem skórę, niewielką warstwę tłuszczu i mięsa, ale ciemność, panująca w środku kobiety nie pozwoliła mi dostrzec tego, co interesowało mnie najbardziej. Powoli wsunąłem dłoń w jej wnętrze.

Pod moimi palcami poruszało się coś ohydnego. Było już słabe i wiotkie, miało nienaturalnie dużą głowę i lepkie kończyny, którymi desperacko próbowało mnie złapać. Być może w celu wypchnięcia mojej ręki z gorącej kryjówki, w której dojrzewało. Był to ostatni gest obronny stwora, który wkrótce potem zamarł bez ruchu. Odczekałem jeszcze kilka minut, po czym silnym pociągnięciem wyszarpnąłem go z kobiety, rozrywając obłą przyssawkę, którą połączył się z jej ciałem.

Mojego kota zabiłem szybko. Znów użyłem młotka, mając nadzieję, że nie będzie cierpiał. Ohyda tego, co wydobyłem z kobiety nie pozostawiła mi wyboru – wiedziałem, że to jedyna słuszna decyzja i musiałem tak postąpić.

28.03.2031

Oba ciała, wraz z potworkami, niedawno jeszcze w nich żyjącymi, ukryłem w piwnicznej ścianie, uprzednio żłobiąc w niej dziurę o odpowiednich rozmiarach. Kobieta była zbyt duża, więc musiałem ją rozczłonkować. Potem zabetonowałem wnękę, zaszpachlowałem wszystko i zostawiłem do wyschnięcia. Nie wiem dlaczego, lecz wykonując prace murarskie, przypomniałem sobie o średniowiecznych przesądach i czarnych kotach, zostawianych między ścianami na pewną śmierć. Ich truchła miały odpędzać złe moce.

01.04.2031

Te słowa piszę z więziennej celi, czekając na proces i wyrok. Kot nie musiał miałczeć przeraźliwe z wnętrza swojego zimnego grobu. Monitoring na ulicach miasteczka załatwił sprawę za niego. Policjanci skuli mnie i wyprowadzili, głusi na opowieści o potworach. Wczoraj zabrano mnie na miejsce zbrodni, rozbito ścianę, którą sam wskazałem. Na własne oczy zobaczyli, co tak bardzo mnie przerażało. Cały czas miałem jednak uczucie, że to mną brzydzą się bardziej, niż ciałami w pierwszej fazie rozkładu. Zostałem oskarżony z artykułu 148 kodeksu karnego o podwójne morderstwo i artykułu 35 ustawy o ochronie zwierząt. Groziło mi dożywocie.

23.04.2031

Sąd wydał wyrok, dostałem najwyższy wymiar kary. Prokurator potraktował mnie okrutnie. Powiedział, że dla takich jak ja powinno przywrócić się szubienicę. Po tym, jak streściłem im historię o obcych organizmach, rozwijających się w ciałach nosicieli, zostałem poddany testom psychiatrycznym. Byłem poczytalny.

Przez cały proces próbowali mi wmówić, że zabiłem ciężarną kobietę, a mój kot był dziewczynką, spodziewającą się młodych. Nie wierzyłem w ani jedno ich słowo. Jestem przekonany, że chcieli zatuszować sprawę potworów – być może były eksperymentem rządowym. Wujek, który dał mi kota, powiedział przecież, że to chłopczyk. A on na penisach znał się jak mało kto. Nie mógł się mylić. Ze swojej strony nigdy zaś nie namawiałem mojego pupila do zmiany jego płci społeczno-kulturowej, żadnej operacji, żadnych kokardek. No więc nie mógł zajść w ciążę tak po prostu. Podobnie, jak kobieta. Nauczono mnie, że nie jest ona potrzebna, bo dzieci biorą się z probówek. Z domów dziecka i innych instytucji, które  masowo hodują je na sprzedaż i, że jak dorosnę, to sam sobie takie kupię.

Zamknęli mnie, skazali na dożywocie, próbowali zatruć umysł stekiem kłamstw. Stłamszony, upodlony i przegrany, wiem, że to ja miałem rację, zabijając potwory. I nie wierzę w żadne oszczerstwa sędziego na temat moich dwóch ukochanych tatusiów, Pipka i Freda. Nie ma racji, twierdząc, że ideologia gender całkowicie popierdoliła mi w głowie. Tępy skurwysyn, życzę mu, by z brzucha jego zakażonej żony też wylągł się potwór, jakiego widziałem na własne oczy.

Całuski.

Reklamy
  1. Adrianie, Bracie Syjamski, Wielki Powrót w Wielkim Stylu! Opko Cudo!! Bądź nam więcej i WIĘCEJ!!!

  2. Nawet Paskud ugiął się przed naporem ideologii gender. 😉

  3. Będzie więcej Adriana i to już niedługo 🙂
    A Genderowi mówimy stanowcze „gie gie”!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: