polskie centrum bizarro

„Kradnę ci duszę” by Marcin Rojek

In Opowiadania on 24 lutego, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtMarcina Rojka z pewnością kojarzą już wszyscy bywalcy Niedobrych Literek. Jego niekończący się, trwający wiecznie niczym wszechświat cykl hipsterski, przy którym stu tysięczny odcinek Mody na Sukces pociął sobie ze wstydu żyły piętką czerstwego chleba, na pewno też.

Na dzisiejszym kazaniu Padre Marcin opowie nam o najprymitywniejszych instynktach władających naturą ssaków – kanibalizmie, zoofilii, womitowaniu. Ku przestrodze dla tych, którzy wzorem jednego z greckich bogów zapragnęliby pożywić się płodami własnej kopulacji.

Nie pociskając więcej pierdół, ku radości Paskuda, który ze szczęścia od dwóch dni chlasta kapucyna na plasterki nożem tępszym niż połówka buta z lewej nogi dżdżownicy, zapraszamy do lektury. Przy czym przed podejściem do opowiadania zalecamy kilka dni postu, ewentualnie miskę między nogami.

Lets go, Bunny Fuckers!

h

Kradnę ci duszę

h

Zacząłem się śmiać.

Ryłem jak dzik świeżą ściółkę, a wszyscy zebrani, to jest: nieliczni hipsterzy strażnicy, ich pierdyknięty król i mój niepełnosprytny kot, patrzyli na mnie zdziwieni. Lubię to uczucie. W najmniej oczekiwanym momencie, kiedy sytuacja wymaga powagi, albo nie wiem, odrobiny sprytu życiowego, to ja zaczynam rżeć. Dzikie konie pędzące po stepach, skąpanych w złotym słońcu, nie byłyby w stanie, nawet całym stadem, wydać ze wszystkich swoich gardeł takich dźwięków, jakie opuszczały moje wnętrzności.

Zwłaszcza, kiedy króliki zaczęły wychodzić na wolność.

Najważniejszy hipster w podziemiu pisnął cienko, jak na bezpłciowca przystało i zaczął uciekać. Meo prychnął i wskoczył na najwyższą półkę, o której istnieniu pojęcia nie miałem, dopóki tam nie zasiadł.

Nie, no czekaj.

Tak być nie może?

Hę?

W chuja walisz, czy o drogę pytasz?

Ale o co wam chodzi?

No o to, że nie możesz tak zrobić.

Dlaczego? Ja kiedyś na Polconie byłem i tam mówili, że tak trzeba, że zainteresować, że zostawić zaciekawionego…

Za dużo masz zębów niewiasto?

Ale ja nie jestem niewiastą.

Ja jestem.

Co kurwa? A kto ty?

Kobieca część podświadomości.

Czy możemy wracać do historii.

Ale powiesz o co chodzi z tymi królikami?

No dobra, powiem. Mogę?

Tak.

Tak.

Tak.

Tak, możesz.

Dziękuję.

Króliki. To był mój tajny plan. Nawet Meo o nim nie wiedział. No bo wiecie, mówiłem wam kiedyś o tym, że ja tam trochę świrowałem z tymi królikoludźmi. No i one czasem, no dobra często, w ciążę zachodziły. Rodziły tych uszatych pieronów od groma i nie miały co z nimi robić. Przynosiły je do mnie. Ja, uwaga zaskoczenie, też nie miałem co z nimi robić. Wrzeszczało toto, srało pod siebie i wołało cyca. Kiedy u mnie ani papieru, ani mleka, to co robić? Wtedy pomyślałem sobie o korzeniach. Własnych w sensie. Znaczy ja człowiekiem jestem, nie rośliną. Chodziło mi o te kulturowe, czy tam tradycyjne, czy jakiś inny socjologiczny bzdet. W mitologii greckiej, był taki jeden koleś co swoje dzieci zjadał. Jak mu było? Crocs? Czy tam jakiś inny aligator. Poszedłem jego śladem. Małe słodkie króliczki, jeden po drugim znikały w moim żołądku. Trochę drapały, trochę gryzły, czasem rzygałem  pierzem. Ogólnie były smaczne. Fajnie jest zarzucić czymś ciepłym na żołądek pusty. Trochę mniej fajnie, na siłę wciskać w siebie dwunastego z miotu, kiedy brzuch już błaga o litość. W całym tym popapraństwie była metoda, choć sam o niej nie wiedziałem. Mianowicie, po przodkach odziedziczyłem jeszcze jedną ciekawą właściwość.

Pewnej pięknej nocy, kiedy umierałem z bólu a chęć włożenia rurek była nie do zniesienia, zacząłem rzygać. Normalnie bym się nie przejął. Nic a nic. Ani troszeczkę. Nunu. Nofing. Rzygałem codziennie, długo i namiętnie obściskując się z sedesem. W chwilach romantycznego uniesienia, nazywałem go Ania, choć on wolał Karol, ale nie będzie mi sedes mówił, co mam robić.

Wtedy, zupełnie niespodziewanie, wypadł ze mnie królik. Mały, biały i puchowy. No dobra, nie tak było. Owszem mały, ale czerwonobrunatny, cały pokryty śluzem i resztkami jedzenia.

– Przybyłem z twojego wnętrza – powiedział nagle. – Reprezentuję króliki żyjące w twych jelitach.

Rozłożył palce w geście vulcańskiego pozdrowienia.

– Jak wam tam się żyje? – zapytałem.

– Jest dobrze. Trochę ciasno, trochę ciemno, ale dajemy radę. Co dzień zbieramy się w wyrostku robaczkowym i wznosimy modły do naszego boga. Nazywamy cię Gaja, bo jesteś dla nas ziemią.

– Aha. Ale czy wy uprawiacie tam jakieś rośliny?

– Nie. Przecież nie ma w tobie słońca. Jest za to światło. Nauczyliśmy się wykorzystywać pewien szczep bakterii żołądkowych, które emitują kolorową poświatę, jak się na nie nasika.

– Fajnie. Powiedz mi wędrowcze, w jakim celu do mnie przyskoczyłeś.

– O wielki, mam prośbę. – Padł na glebę, położył uszy po ziemi i zaczął się trząść.

– Mówże.

– Poczekaj chwilę, ja… muszę się zebrać na odwagę.

Czekałem więc, pozwalając, żeby skoczek pławił się w glorii mojej chwały.

– Ch..chodzi o jedzenie. My jesteśmy królikami i potrzebujemy warzyw, marchwi konkretnie, a Wasza Wielkość jakoś mało chętnie ją konsumuje.

– Myślę, że da się to załatwić. Poczekaj tu chwileczkę. – Próbowałem wstać i odejść, ale królik chwycił mnie za nogawkę i nie chciał puścić.

– Nie odchodź Gajo, nie zostawiaj mnie samego. Pozbawiony twego jelita zginę marnie.

Niewiele myśląc wsadziłem go do worka i podążyłem do namiotu kuchennego. Królik nie protestował. Czułem jak głaszcze moje plecy przez podwójną warstwę materiału. Mruczał cicho, jak tylko koty potrafią.

Los to jest perfidna bestia. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że dyżur przy kuchni pełniła akurat antropomorficzna króliczyca? Nie byłem całkowicie pewien, ale chyba na pewno spałem i z nią. Kilka razy. Maks kilkanaście. No dobra, to ona przyniosła mi najwięcej włochatych kulek. Było całkiem prawdopodobne, że razem z nią spłodziłem zawartość worka.

– No cześć – stworzenie płci żeńskiej zagadało zalotnie. W ogromnych oczach zagościł blask. Widziałem go już kilka razy. Na przykład kiedy jęczała pode mną. Było po niej widać, że ma ochotę na więcej. Taka sytuacja. Brakowało tylko, żeby królik wyjrzał z worka i zaczął wołać mama.

– Cześć. Słuchaj, mam pytanie. – Króliczyca wciąż wpatrywała się we mnie jak w obrazek. – Nie masz może marchewki?

 Samiczka uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej, przez co prawie pękła jej twarz. Miałem wrażenie, że w kącikach ust pojawiła się krew. Wystarczyły dwa ruchy języka, żeby, złudzenie czy nie, zniknęło z moich oczu. I jej wargi też.

– Zapas się skończył, wszystko poszło na zupę. Ale mam jeszcze jedną marchew, którą mogłabym ci dać.

– To ekstra, poproszę.

Dziewczę/zwierzę rozpięło szelki. Spodnie gładko zsunęły się z bioder. Chciałem zacząć protestować. Zwłaszcza, że królik w worku wiercił się niespokojnie. Trzy sekundy później stałem już ze szczęką na wysokości kolan. Zobaczyłem marchewkę. A konkretniej, jak się wyłania z owłosionej pochwy, cała pokryta śluzem i czymś czerwonym. Krwią? Obierkami? Płodami moich dzieci? Gdyby tylko dorosły, mógłbym je zjeść. Zasiliłyby moją armię. Armię? To jest plan.

Zanim zdążyłem wziąć marchewkę, królik wystrzelił z worka, chwycił ją w łapki i odskoczył w dal namiotu. Miał szaleństwo wypisane na pysku. Ściskał warzywo z całych sił i nerwowo rzucał głową na wszystkie strony.

Króliczyca na jego widok zemdlała. Chociaż tyle mi pomogła. Co robić? Co robić? Co robić?

Nie wiem.

Ja też nie.

Sorry, brak pomysłów.

Jesteście bezużyteczni.

Nie ma sprawy, polecamy się na przyszłość.

– Słuchaj króliczku, to ja, twoja Gaja – zacząłem nagle. – Twój Bóg. Twoja Ziemia. Posłuchaj mnie. Przybyłeś na powierzchnię, żeby zdobyć marchewkę i masz ją. Teraz czas wrócić do jelit – poklepałem się po brzuchu – tam gdzie jest twoja rodzina.

Mały skupił na mnie wściekły wzrok. Ciągle dziwnie krzywił głowę, ale przestał skakać.

A zaczął w ogóle?

Co?

No bo piszesz, że przestał skakać, a nie było mowy, że zaczął.

Uh no dobra, wykreślę. Ok?

Ok.

Dalej?

Tak.

Cudnie, nie? Jeśli kiedyś mielibyście zbyt mało problemów w życiu, to polecam konfrontację z jelitowymi gryzoniami. Mówię wam, świetna sprawa. Krew, pot, łzy i sperma. No pociekłem trochę z tego całego zamieszania, tak wiem, wstyd. Ale cóż począć? No właśnie nie, kurwa, nic nie poczynać, bo potem się rodzą takie króliki i same problemy z nimi.

Stoi taki, cztery metry ode mnie, ściska marchew, jakby życie, ba, przetrwanie całego gatunku od niej zależało, krew mu się leje z oczu i zaraz gdzieś skoczy w siną dal. Gadam do niego bzdury takie, że jakby papież usłyszał, to biskupem by mnie mianował co najmniej. Przydałoby się jakiś krzak podpalić, ale, jak na złość (dzięki losie, ty wredna kurwo), żadnego nie ma w namiocie.

– Jak śmiesz sprzeciwiać się woli swojego Boga? – pytam wreszcie. Staram się brzmieć groźnie. Chyba mi nie wyszło.

– Nie potrzebuję cię. – Opowiada futrzak. – Mam marchewkę. Niczego więcej mi nie potrzeba.

Zaczął się śmiać. Totalna histeria. W połączeniu z krwawiącymi oczami wyglądało to dość ciekawie.

– Owce naiwne! – zaczął krzyczeć. – Lemingi, ślepo brnące ku śmierci w odmętach! Żaden z nich mi nie wierzył! Żaden! A teraz wiem, że miałem rację. Nie jesteś żadnym bogiem, jesteś tylko oszustem. Jest świat poza tobą! Są tam inne króliki, można w nim żyć! Są tam marchewki! Rozumiesz to?! Prawdziwe, wielkie… takie czerwone… takie słodkie… – wgryzł się w warzywo, a mina zrzedła mu niemal natychmiast. – Nieważne! – Ryknął na cały głos. – Nie musi być słodka, wystarczy, że jest. Moja, rozumiesz, oszuście!?

– I co z nią teraz zrobisz? Co? Uciekniesz z nią? Prosto do świata, którego nie znasz. Obcego, pełnego niebezpieczeństw i hipsterów. Jak sobie z nimi poradzisz?

Królik, zbity z tropu, cofnął się o dwa kroki.

– Znów kłamiesz! Ja… mam swoją marchew, nic mi nie będzie. – Dziabnął kolejny gryz i żuł go z wyraźnym niepocieszeniem na twarzy. Krwawe łzy kapały po puchatych policzkach. Coraz częściej i mocniej. Po chwili, królik płakał już na całego i mruczał coś pod nosem. Nie rozumiałem ani słowa. Nie mogłem jednak nie wykorzystać okazji. Dwa susy i już byłem przy nim. Wrzeszczał, kiedy wkładałem go do ust. Nie próbował się bronić. Wyciągnął tylko przed siebie marchewkę, którą pogryzłem razem z nim. Mieszanka smaków była tragiczna. Krew, sierść, trzaskające kości, pękające ścięgna, a do tego śluz pochwowy i coś, co na siedemdziesiąt procent było płodem.

– Wracaj gdzie twoje miejsce! – krzyczałem, żując. Ręce przyciskałem do ust, żeby kawałek ucha mi nie wypadł. – Wzrastałeś i dojrzewałeś w moim wnętrzu i tam powrócisz. Wykarmi cię moje ciało, będziesz pił moją krew, jak na wiernego przystało! – Coś weszło mi między zęby i musiałem to wygrzebać językiem. – A kiedy już będziesz na dole, to powiedz reszcie owiec i lemingów, że miałeś rację. Istnieje świat zewnętrzny, ale jest zły i okrutny, niedobry dla małych królików. Beze mnie, bez swojego Boga, bez swojej Gai, nie dalibyście sobie rady. Marchewki tego świata są kwaśne i smakują krwią.

Przełknąłem.

Słyszałem echo niekształtnych krzyków, spadające wzdłuż przełyku.

Beknąłem i coś wypadło mi z ust. Po bliższych oględzinach kawałek ów okazał się okiem. Małym, drżącym, wciąż lśniącym krwistą czerwienią. Trzymałem je w palcach, ono patrzyło na mnie. Wiedziałem, że w jakiś piekielny sposób, królik wciąż widział przez nie.

– Kradnę ci duszę – powiedziałem do gałki. – Rozumiesz? Od teraz jesteś moją własnością. Przyjdziesz, kiedy cię wezwę i sprowadzisz ze sobą krewniaków. Będziecie mi całkowicie posłuszni.

 Włożyłem oko do ust i przełknąłem. Bez popijania, bo nie bardzo miałem czym. Dopiero wtedy zastanowiłem się, czy ono mnie w ogóle słyszało?

Leżąca na ziemi króliczyca ocknęła się. Dysząc, wsparła się na łokciach i powiodła dookoła niemrawym wzrokiem. Zobaczyła mnie. Wściekłego, z krwią na twarzy i koszulce. Zaczęła krzyczeć. Podszedłem do niej. Pachniała strachem i moczem. Nie wiem skąd na mojej głowie wzięły się okulary. Naturalnie zerówki. Miałem na sobie też marynarkę i czerwoną muszkę. Zaczesane do tyłu włosy błyszczały brylantyną.

Poczułem jak się zmieniam. Twarz puchła mi i rozciągła się. Jakbym zjadł gumowy owoc. Kiedy przestała, prawie wcale jej nie czułem. Musiałem wyglądać strasznie, bo króliczycza wciąż wrzeszczała, a ja tylko kucnąłem koło niej. Krople potu biegły mi po twarzy.

– Kradnę ci duszę – powiedziałem.

Samica zamilkła. Oczy zaszły jej mgłą. Wstała i bez słowa sprzeciwu stanęła obok mnie. Lekko chwyciła mnie za ramię. Zaczęła szeptać mi do ucha. Nie znałem języka, w którym mówiła. Wypluwała słowa, dopóki nie kazałem jej przestać.

– Twoja marchewka była okropna – powiedziałem spokojnym głosem. Jakby nie moim. – Musisz ponieść karę.

Dziewczyna opuściła oczy i zabrała rękę. Jakby nie czuła się godna mnie dotykać.

– Zabij się – wydałem rozkaz.

Ujrzałem pojedyncze kiwnięcie głową. W następnej sekundzie królicze uszy okręciły się wokół szyi i ściskały ją długo i mocno. Przestały dopiero, gdy puste płuca nie nabrały już powietrza a serce nie wypchnęło z siebie krwi. Upadła chwilę później.

Znów byłem sobą. Pokryty krwią i futrem uciekłem stamtąd najszybciej jak umiałem.

Niedługo później ktoś wszczął alarm. Miałem nadzieję, że nikt mnie nie widział. Miałem też coś jeszcze. Ważniejsze rzeczy do roboty.

W chwili, gdy usłyszałem syrenę, wciąż brudny i zmęczony, rzygałem królikiem. Wypadł ze mnie przerażony, raziło go światło, dźwięki atakowały bębenki. Powiedziałem do niego jedno zdanie, a nieśmiałe oczy pokryła warstwa mleka. Wytłumaczyłem mu jaki jest plan i co ma powiedzieć rodakom. W prezencie dostał ode mnie skrzynię materiałów wybuchowych.

Potem go zjadłem. Otumaniony, chyba nie czuł bólu. Krwawił jak świnia, nawet podobnie smakował. Dalej było tylko gorzej. Przeszedłem na dietę. Jadłem marchewkę i dynamit, popijałem ciekłym plastikiem. Moja armia potrzebowała siły i wyposażenia.

Rzygałem królikami. Małe skubańce wysypywały się ze mnie jak pierze z pękniętej poduszki. Każdy z nich niósł dwie laski dynamitu. Jedną w ustach, drugą w dupie. Do tego żołądek wypełniony plastikiem. Pomieszanym z marchewką, ale zawsze.

Płakałem, wcale nie dla tego, że miałem ochotę umrzeć z bólu. Po prostu byłem dumny. Moje dzieci robiły wszystko dokładnie tak, jak chciałem. Błyskawicznie spacyfikowały strażników. To co z nich zostało – okropny widok. Dorośli pseudo ludzie, płaczący z powodu rozerwanego kółka w uchu. Tragedia jak z dzieckiem w supermarkecie. Króliki zajęły strategiczne pozycje i czekały na rozkazy. Uwolniły mnie i kota. Ten to dopiero miał minę. Nic nie rozumiał z tego cyrku.

Śmiertelnie przerażony król hipsterów nie dał rady uciec. Na drodze stanęły mu moje skoczki. Odgryzły place u nóg i jedno ucho. Z najmniej modnych płuc świata, wydobywał się nieustający wrzask.

– Później – fuknąłem na Meo, kiedy próbował o coś pytać.

Zbliżyłem się do ofiary. Chciałem jej tyle powiedzieć. Że jest źródłem problemów pierwszego świata i nic nie wie o trzecim. Że sika babom do mleka i szczypie byki po jądrach. Że przez niego zabiłem żonę. Że przez niego jestem chory i chce mi się płakać. Że upił mój rozsądek i źle wskazał mu drogę do domu. Zamiast tego spojrzałem jej w twarz. Zbyt szybko zmieniał rysy, żeby trzymać się płci. Chwyciłem dziada za szczękę i wykręciłem do siebie ocalałym uchem.

Znów zacząłem się zmieniać. Na ramionach poczułem ciężar marynarki, w szyję cisnęła mnie muszka. Do tego okulary i inny wygląd. Na czoło wystąpił pot.

Patrzyłem długo w przerażone oczy, nawet nie mrugając. Przeciągałem tą chwilę, jak tylko mogłem, rozkoszując się zapachem przegniłego stolca, który nie mógł się wydostać z królewskiego odbytu. Słyszałem nerwowe piski królików i chrząkanie Meo.

– Kradnę ci duszę – wycedziłem, zaciskając zęby.

Krzyk ustał. Oczy zrobiły się czarne. Czułem, że coś jest nie tak. Ktoś zaczął wrzeszczeć, kilka królików zemdlało.

– Wysadzamy to gówno w cholerę! – ryknąłem.

Pamiętam tylko jak pierwszy skoczek wyleciał w powietrze barwiąc wszystko dookoła krwią. Kawałek nogi boleśnie uderzył mnie w głowę. Upadłem.

Obudziłem się na komisariacie.

Ale o tym chyba już było.

h
h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: