polskie centrum bizarro

„Furry(a)” by Andrzej Biedroń

In Opowiadania on 27 lutego, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtSzukanie partnerów to rzecz ważna, by nie powiedzieć najważniejsza (Paskud dodaje po cichu, że najważniejsze to i owszem jest, ale częste wyszukiwanie niepowtarzalnych – czyli nie powtarzających się – partnerek, o!). Wiele mógłby Wam o tym powiedzieć bohater naszego dzisiejszego opowiadania. Facet, który aby być tym wymarzonym zrobił… hmm… nie zdradzimy.

Ale w ramach zachęty możemy dodać, że z lektury tekstu Furry(a) Andrzeja Biedronia dowiecie się, że ideał bywa rzeczą względną, a najważniejsze jest yiffanie. Czymkolwiek ono jest…

Zapraszamy do czytania! 

h

Furry(a)

h

Poyiffamy się?

N. wytrzeszczył oczy. Z uwagą wpatrywał się w okno konwersacji, próbując odgadnąć znaczenie nieznanego mu zwrotu. „Yiffać”?, zastanawiał się, drapiąc zarośnięty podbródek. O co jej chodzi, do cholery?

Słucham? Co masz na myśli?

A nic… Chciałam tylko coś sprawdzić. Już nieważne.

N. odchylił się na krześle, popatrzył w sufit. Pisał z Sofiją już od dłuższego czasu, mimo to wciąż jednak potrafiła go nieprzyjemnie zaskoczyć, chociażby teraz. Choć jej postać fascynowała go jak żadna inna wcześniej, odczuwał w takich sytuacjach dziwny niepokój. Jakby nie była tą osobą, za jaką się podaje…

Z zamyślenia wyrwał go sygnał otrzymanej wiadomości.

Nie myślałeś czasem, że powinieneś być kimś innym, niż jesteś? Że twoje ciało cię ogranicza, a prawdziwe ja nie może się przez nie wydostać na zewnątrz?

Nie, nigdy.

Ja to czułam od zawsze…

Boli go. Tak bardzo go boli. Boli brak palca serdecznego, bolą spiłowane zęby, rozdwojony język. Tak wiele rzeczy wyciska mu z oczu łzy, tak wiele spazmów udręki wstrząsa wątłym ciałem.

Boli go nawet oczekiwanie. Na nią. Na jej przybycie. Wyciąga z kieszeni kieszonkowy zegarek, popularną „cebulę” i zerka na tarczę. Już kwadrans po dwudziestej trzeciej, zgodnie z rozkładem pociąg powinien pojawić się za piętnaście minut. Tak długo na nią czekał, tak wiele dla niej przeszedł… Teraz, gdy nareszcie ma spotkać się z nią twarzą w twarz, bez fałszywych holograficznych awatarów i modyfikatorów głosów, musi po prostu czekać. Mocno zaciska pięści.

Z głośników laptopa dobiegło ciche piknięcie, gdy na ekranie wyświetliła się ikonka odebranej wiadomości. N. przełknął nerwowo ślinę. To był jego pierwszy kontakt z wszechświatem cyber-czatu, nie wiedział więc, czego dokładnie mógł się po nim spodziewać. Uważnie przyjrzał się informacjom o nadawcy. „Sofija”, głosiły mieniące się mnogością kolorów litery. To było wszystko, żadnych dokładniejszych danych, miasta zamieszkania, wspomnień o przeszłości, zamiast awataru – trójwymiarowa, bezkształtna plama czerni. Nic.

Nie wahając się ani sekundy, otworzył wiadomość.

Cześć.

Cześć.

Zazwyczaj nie zagaduję do obcych facetów, ale tym razem musiałam zrobić wyjątek.

Taa, pewnie, pomyślał. Jakby miał wierzyć w to, że ktokolwiek rejestruje się na cyber-czacie, nie mając zamiaru do nikogo zagadywać. Pewnie to był jej standardowy tekst, kolejny chwyt mający usidlić następnego frajera.

Miło mi. Dlaczego akurat ja?

Odniosłam wrażenie, że rozmowa z tobą może odmienić całe moje życie…

Oderwał dłonie od klawiatury, a wzrok od monitora. Rozejrzał się po zagraconym pokoiku; omiótł spojrzeniem doskonale sobie znaną przestrzeń, w ułamku sekundy odtwarzając wszystkie samotne noce, które powoli stawały się nieodłącznym elementem jego szarego i nijakiego życia. Musiał temu przeciwdziałać.

Więc… O czym chcesz rozmawiać?

Wciąż czeka. Spod półprzymkniętych powiek obserwuje zaśnieżone perony dworca, wypatruje w oddali błysku reflektorów pociągu. O tej porze nie ma już nikogo; powiedziała mu, że specjalnie wybrała taki kurs, podobno by nikt nie zepsuł im „nastroju chwili”. Lecz on zna prawdę. Wie, że jedyną przyczyną takiej a nie innej pory spotkania jest jej obawa przed reakcją innych ludzi. Boi się ich spojrzeń, boi się ich opinii… Tak, to na pewno to, myśli sobie, pocierając obolałe ramiona. Na szczęście już niedługo wszystko się wyjaśni. Spotkają się, rozpoznają i pójdą do niego, by wspólnie uprzątnąć bałagan w jego życiu. Już niedługo powinna tu być. Na pewno.

– Chyba sobie jaja robisz. – Janek gwałtownie zbliżył do ust kufel.

– Niby czemu? – N. wzruszył ramionami. – To przecież normalne, że ludzie korzystają z takich rzeczy, poznają się, rozmawiają.

– To dlatego przez dwa tygodnie nie dawałeś znaku życia? Bo pisałeś na czacie z jakąś dupą? Stary, to jest chore!

– Pierdol się. Nie wiesz, jak to jest. Pierwszy raz od dawna mam kogoś, z kim mogę porozmawiać o wszystkim…

– Pierdolenie. Jakbyś nie wiedział jak to działa. Tak jest tylko na początku. A potem wszystko kończy się tak samo. Gdy tylko wyjdziesz ze swojej skorupy i naprawdę będziesz sobą, wasza znajomość rozsypie się jak domek z jebanych kart!

– Z nią będzie inaczej. Czuję, że to coś poważnego.

– No na pewno. Inaczej nie marnowałbyś dwóch tygodni na pogaduchy jak jakiś oszołom, mam rację? A zresztą, przestań owijać w bawełnę! Co z nią nie tak?

– Nie rozumiem… O co ci chodzi?

– Nie zawracałbyś mi dupy, gdyby była aż tak zajebista. Masz z nią jakiś problem, dlatego teraz tu siedzimy, dlatego stawiasz mi piwa… Więc? Ma rozbieżnego zeza, łyka antydepresanty, czy kiedyś była facetem?

– Gorzej…

Choć dworce nie należą do najbezpieczniejszych miejsc, zwłaszcza po zmroku, nie obawia się napadów. Nawet gdyby trafił na kogoś z wrogimi zamiarami i zostałby zaatakowany, wystarczyłoby, by zdjął kaptur. Uwolnił zdeformowaną głowę, odsłonił pokrytą łuskami skórę… Gdyby stanął przed napastnikiem w swej nowej, doskonalszej postaci, nic nie mogłoby mu się stać. To wszystko dla niej. Pragnęła supermana i go dostanie. Z nawiązką…

Nie wiedział, jak określić ostatni miesiąc. To było jak sen. Sam fakt, że obdarzyła go uwagą i sympatią już wydawał się mu niemożliwy. A gdy ponadto zaproponowała spotkanie, dosłownie oszalał ze szczęścia. Wciąż jednak kłębiły się w nim wątpliwości. Choć nie widzieli nawzajem swoich twarzy, zdążyli już poznać się na tyle, by nie mieć problemów z odgadnięciem wyglądu. Jemu jej aparycja wcale nie przeszkadzała, jednak miał obawy jak sam zostanie przyjęty. Ideał mężczyzny według jej opisu stanowczo różnił się od tego, co on mógł codziennie obserwować w lustrze. Długo nad tym myślał, wreszcie stwierdził, że musi podjąć zdecydowane kroki. Jest dla mnie zbyt ważna, bym ją stracił z powodu mojego ciała, powtarzał sobie, tkwiąc w kolejce do specjalisty. Skoro ciało mogło okazać się największą przeszkodą w zdobyciu jej serca, należało je zmienić lub usunąć.

Drzwi do gabinetu otworzyły się, po czym na korytarz wychynęła potężna sylwetka lekarza.

– Pan N.? – rzucił do ludzi zgromadzonych na korytarzu.

– To ja. – Natychmiast podniósł się z krzesła.

– Zapraszam. – Doktor zniknął w czeluściach pomieszczenia.

N. powoli wszedł do środka. Ostrożnie zajął miejsce przeznaczone dla pacjentów.

– Więc, panie N. – Doktor, poprawił okulary i zerknął do jego karty. – Pragnie pan poddać się operacji.

– Zmieniającej mnie w zwierzę. – Rzucił szybko N., czerwieniąc się jak burak.

– Dobrze, rozumiem. A jakie stworzenie pana konkretnie interesuje?

– Jaszczurka, panie doktorze. Chciałbym być jaszczurką…

– Hmm, to dość nietypowe życzenie. Zazwyczaj pomagamy ludziom stać się lwami, psami, kaczkami… Ale jaszczurką? Hmm…. Lecz oczywiście nie jest to żadnym problemem. – Na twarzy chirurga zakwitł szeroki uśmiech. – Nie będzie to jednak najtańsza usługa.

– Koszty nie grają roli! Najważniejszy jest efekt końcowy.

– O to akurat może być pan spokojny. – Rozległ się stukot klawiszy komputerowej klawiatury. – Więc… jaki termin następnej wizyty panu odpowiada?

Z dworcowych głośników rozbrzmiewa charakterystyczny sygnał. Zniekształcony głos zapowiada przyjazd właściwego pociągu. N. wytęża wzrok, próbując dostrzec w czerni nocy  zarys pojazdu. Kolejne sekundy mijają w napięciu, wypełnione jedynie narastającym stukotem kół i piskiem zaciskanych hamulców. Wreszcie żelazny kolos zatrzymuje się, a z jego stalowych trzewi wychodzi ona, ta, na którą czekał – mógłby powiedzieć – od zawsze. N., przełknąwszy nerwowo ślinę, podchodzi do ubranej w białe futro postaci.

– N.? – Kobieta obrzuca go zlęknionym spojrzeniem.

– Sofija… – Zdejmuje z głowy kaptur. W ostrym świetle dworcowych reflektorów błyszczy gadzia skóra; spłaszczona czaszka znacząco różni się od reszty ciała, zakrytej wełnianym płaszczem.

Kobieta milczy. Milczy przez chwilę tak długą, że N. wydaje się, jakby trwała całą wieczność. Nie potrafi odczytać z jej kociej twarzy jakiegokolwiek komunikatu. Jakby zdziwienie odebrało jej mowę i zdolność wyrażania uczuć.

– Co się stało? – pyta, drapiąc się z zakłopotaniem po głowie.

– Nie, nic. Tylko… Dlaczego jesteś taki… taki… Inny?

– Zrobiłem to dla ciebie.

– Dla mnie? – Sofija cofa się o krok. – Czemu… – Jej drżący głos niesie się echem po pustym peronie dworca. – Przecież wcale nie musiałeś…

Oczywiście, nie musiał. Nikt nigdy nie musi.

– Proszę się nie obawiać – oznajmił chirurg, unosząc skalpel pod światło. Przyglądał się ostrzu przez chwilę, mrucząc cicho pod nosem. – Jestem najlepszym chirurgiem plastycznym w mieście. Nic się panu nie stanie, wszystko się powiedzie… będzie pan zadowolony.

W to akurat nie wątpię, pomyślał N. W końcu wydał na ten zabieg wszystkie swoje oszczędności, żadne wpadki nie miały prawa mieć miejsca.

– Dobrze… – kontynuował lekarz, sprawdzając, czy piła elektryczna do przecinania kości jest poprawnie złożona. – Niedługo znieczulenie powinno zacząć działać. Dokonam wtedy paru koniecznych modyfikacji, które utrwalimy pana pobytem w komorze rekombinującej materiał genetyczny. – Ryk próbnie uruchomionej piły zagłuszył na moment jego słowa.

N. westchnął ciężko. Wiedział, jak to będzie wyglądało, usłyszał to przecież już na samym początku, gdy tylko podpisał umowę. Wiedział, że zabieg będzie bolesny, wiedział, że będzie drogi. Ale to wszystko było przecież dla niej, dla Sofiji. Gdy tylko zdradziła mu, kim naprawdę jest i jak ciężko było jej żyć w ludzkim ciele, zdał sobie sprawę, że musi to zrobić. Dla niej i dla ich przyszłego szczęścia. By on sam nie przypominał jej o bolesnej przeszłości.

– Proszę mi powiedzieć… – Lekarz dotknął dłoni mężczyzny. – …czy czuje pan, że dotykam pańskiej ręki?

– N-nie. – Wysyczał N. przez zaciśnięte zęby. Znieczulenie na pewno zaczęło już działać, inaczej nie miałby problemu z otworzeniem szczęki.

– W porządku. W takim razie zaczynajmy. – Dalsze słowa Doktora utonęły w hałasie włączanej piły.

Siedzą w restauracji. Razem. We dwójkę. N. w skupieniu studiuje kartę dań, niezręcznie próbuje ukryć zdenerwowanie. Zaciska zmodyfikowane dłonie-łapy na oprawionych w skórę deseczkach, próbuje domyślić się znaczenia czegokolwiek z tajemniczego francuskiego bełkotu, tańczącego mu przed oczami. Zupełnie nie rozumie, jakich wydarzeń jest teraz uczestnikiem. Spodziewał się wszystkiego, każdego odcienia obszernej palety uczuć, ale tego? Nawet najbujniejsza wyobraźnia nie mogła podsunąć mu obrazu takiego obrotu sprawy.

Sofija również milczy. N. ma wrażenie, że gdy tylko zobaczyła jego obecny wygląd, uszedł z niej cały entuzjazm. Jakby… Zawiódł ją? Zawiódł ją, upodabniając się do istoty takiej jak ona? Przecież ona też nie wygląda jak człowiek, przypomina zwierzę… Więc czemu teraz zachowuje się, jakby nagle stracili jakiekolwiek wspólne punkty?

– Kochanie, – przebąkuje, delikatnie kreśląc pazurem niewidzialne litery na obrusie. – Czy coś się stało?

– Nie, nie, nic. Po prostu – waha się przez moment próbując znaleźć odpowiednie słowa. – jesteś inny, niż się spodziewałam. Jesteś… – wbija wzrok w stojącą na stole pieprzniczkę, jakby szukając tam podpowiedzi. – Jednym z nas – kończy cicho.

Jednym z nas. Choć N. mógł spodziewać się każdego, nawet najbardziej bzdurnego argumentu, o tym akurat nie pomyślał.

– Przecież zrobiłem to dla ciebie, już ci to tłumaczyłem. Abyś miała wreszcie swojego idealnego partnera, o którym mi wspominałaś. Byś… miała kogoś, kto rozumie twój ból i…

– Ból? Jaki znowu ból? N., nie rozumiesz, że jestem dzięki temu szczęśliwa? I byłam szczęśliwa, gdy pisałam z tobą, z c z ł o w i e k i e m. A teraz… Zniszczyłeś swoje ciało, by być idealny? Przecież nie ma ideałów… – Zaczyna chlipać. Łzy płyną wolnym biegiem w dół policzków, zatrzymują się na krawędzi brody-pyska, spadają gdzieś między piersi pokryte aksamitnym futrem.

N. milczy, choć w myślach ryczy z rozpaczy. Wciąż siedzi spokojnie, choć jego ciałem wstrząsają spazmy wściekłości. Gniew rozsadza delikatne serce, z trudem przepycha się przez naczynia krwionośne, pulsuje wraz z krwią w każdym zakamarku ciała. N. nie wydaje z siebie słowa, jedynie jego palco-szpony zamykają się w nerwowym uścisku. Nie, nawet nie myśli o tym, by podnieść na Sofiję rękę; zdaje się robić to bezwiednie, bez świadomości i jakiejkolwiek cząstki władzy.

– Jak mogłeś sobie to zrobić. – Sofija podnosi się z krzesła. Po jej pysku wciąż płyną łzy; mimo swego pochodzenia, zadziwiająco ludzkie. – W-wybacz, ale muszę iść. – Szybko narzuca na siebie płaszcz i rusza w stronę wyjścia.

Skrzypią otwierane zawiasy. Trzaskają zamykane drzwi.

Cisza.

Ciałem N. wstrząsają dreszcze. Więc to tak ma się skończyć? Tak wiele jego empatii i poświęcenia ma zostać zmarnowane dla fochów jednej kocicy?

Niedoczekanie!

Na ulicy oświetlonej mdłym światłem ulicznych latarni szaleje wiatr, niosąc ze sobą ogromne płatki śniegu. Po chwili biegu N. wreszcie dogania Sofiję. Dopada do niej, chwyta za ramię, gwałtownie odwraca ku sobie.

– Więc tak?! – krzyczy jej w twarz. Krzyczy, opryskując ją kropelkami śliny, swoich wyrzutów i pretensji. – Co ci znów nie pasuje?!

Wszystkie sygnały docierają do niego z opóźnieniem. Ona coś mówi, coś tłumaczy, nie jesteś teraz sobą, oszalałeś, nie musiałeś tego robić. Podnosi dłonio-łapy, przykłada palco-szpony do głowy, dotyka skóro-łusek…

Tryyyyyyych.

Pazury zdrapują łuski, te z trudem odrywają się ze skóry i spadają na ziemię, niczym upiorne konfetti. Drze dalej, skóra rozstępuje się z cichym sykiem, tryska czarna posoka. Zwalnia tylko na chwilę, trafiając na czaszkę. Trzask pękającej kości staje się sygnałem do parcia dalej. Mlask szatkowanego mózgu i rozrywanych mięśni zagłusza jej krzyki, błagania, by przestał. Nie słucha jej, a cały świat zlewa mu się w jedno, w strugę krwi zasłaniającej oczy. Zrywa z siebie powłokę i zdejmuje ją, zdejmuje jak niepotrzebny ciuch; jak szmatę, która zbyt długo krępowała jego ruchy. Ciało schodzi z niego, niczym niepotrzebny śmieć.

Sofija patrzy z przerażeniem na swego wszech-czatowego kochanka, jak rozszarpuje siebie na strzępy, jak z każdym oderwanym skrawkiem mięsa staje się coraz mniejszy. Z jej oczu płyną łzy, jakże inne od tych sprzed paru minut, jakże inne od wszystkich łez wypłakanych przez nią w całym jej dotychczasowym życiu.

Wreszcie staje przed nią w swojej prawdziwej postaci. Nie ma już dwumetrowego jaszczurzego ciała, teraz Sofija widzi zdeformowanego karła, drżącego od podmuchów lodowatego wichru. Lub czegoś zupełnie innego.

– Zadowolona? – pyta N., rozkładając krzywe, jakby połamane ramiona. – To właśnie prawdziwy ja…

Kocica patrzy na niego, a wyraz jej oczu zdaje się wahać między strachem i obrzydzeniem.

– A ja głupia chciałam się z tobą yiffać… – Odwraca się i odchodzi, odgłos jej kroków z trudem przebija się przez szum wzmagającego się wiatru.

N. tkwi tak jeszcze przez chwilę, oniemiały wpatruje się w ślady butów. Wreszcie spuszcza ze smutkiem głowę, ciężko wzdycha. Minie sporo czasu, nim odbuduje się na tyle, by znów zaryzykować i pokazać komuś swoje prawdziwe wnętrze. W tej całej pozornie jasnej sytuacji wciąż zastanawia go jedno.

O co jej chodziło z tym całym „yiffaniem”?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: