polskie centrum bizarro

Dzień Pierogów

In Akcje Literackie on Marzec 1, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtŚwięta bywają różne; kwadratowe i ukrzyżowane, czasem nawet po wielokroć. Zazwyczaj stanowią doskonały asumpt do zalania pały, obżarstwa, tudzież innych zakazanych przyjemności. Dziś – o czym zapewne wiedzą koneserzy – przypada Dzień Pierogów. Z tej właśnie okazji na niedobroliterkowe łamy wepchnęło się kilka tematycznych tekstów i – jak dwa pierogi, sorry… dwie wisienki na torcie – grafiki Joanny Tyrały i Tomasza Woźniaka. Trawestując staropolskie porzekadło; jedźcie, pijcie i czytajcie, a po stołach nie rzygajcie… Hm, a może bardziej kulturalnie; jak pisał Jan Brzechwa: „Raz przychodzi liścik mały do stonogi, że proszona jest do Białej na pierogi…”

Tym razem zapraszają was też Agnieszka Pilecka, Zeter Zelke, Artur „Dzikowy” Olchowy, Paweł Milczarek, Karol Zdechlik i Kazimierz Kyrcz Jr.

A zatem, niech się stanie… Pieróg!

h

Boski pieróg by Artur „Dzikowy” Olchowy

h

Przepis znalazłem na odwrocie pokwitowania wyplutego przez bankomat. Zazwyczaj nie biorę tych świstków, nawet ich nie drukuję. Ale urządzenie tak ładnie prosiło, tak zalotnie mrugało oczkiem kamery, że nie mogłem odmówić, szczególnie że zaproponowało drugą stuzłotówkę gratis. Jesteśmy umówieni na kielicha w najbliższą sobotę. Bankomat stawia.

Z przepisem ukrytym w kieszeni płaszcza chodziłem przez następne dwa dni. Zapomniałem o nim zupełnie i dopiero w kolejce do okienka na poczcie przypadkiem wymacałem zmiętą kulkę papieru. Z nudów przeczytałem najpierw treść potwierdzenia wypłaty na awersie: kwota, godzina i data, numer rachunku częściowo ukryty za szeregiem gwiazdek. Na odwrocie druk był inny. Nie szary i blady, jak ma to miejsce w przypadku wszelkiego rodzaju paragonów i pokwitowań. Przypominał raczej druk atramentowy lub laserowy, a pismo było ładne i ozdobne. Ogonki jotów i igreków rozciągały się w fantazyjne wstążki, poziome kreski liter „t” i „ł” przyjemnie falowały, zaś kropki nad „i” zastąpione były pętelkami.

U góry paragonu znajdowało się napisane znacznie większymi literami słowo „Przepis”, a poniżej „Boski pieróg”. Dalsza treść była bardzo typowa dla przepisów kulinarnych: najpierw składniki i ilości, a następnie procedura przygotowania. 450 g mąki pszennej poznańskiej, szczypta soli… Poczułem dźgnięcie w bok.

  Nie sterczy tu, bo ludzie czekają – powiedziała stojąca za mną kobieta. Trochę zdezorientowany patrzyłem na nią przez chwilę, potem ukłoniłem się lekko i schowałem kwitek do kieszeni, gdzie spędził kolejny dzień w towarzystwie drobniaków, nitek prującej się wyściółki i bębenka od zepsutej zapalniczki.

Prawdopodobnie zupełnie bym o przepisie zapomniał, gdyby nie głód i internetowy serwis kulinarny, który najnowsze lub akurat pasujące do pory roku przepisy wysyła na moją skrzynkę mailową. Nie jestem jakimś zapalonym kucharzem, o nie. Po prostu serwis prowadzi dziewczyna, którą kiedyś chciałem uwieść. Dawne dzieje. Nic z tego nie wyszło, ale nie wypadało mi cofać subskrypcji tylko dlatego, że mi nie dała, prawda? Tak czy inaczej u góry listy znajdował się mail ze słowem „pierogi” w temacie. Odruchowo skasowałem wiadomość bez czytania, ale było już za późno. Zaniedbywany przez cały dzień żołądek zaczął protestować, gruczoły napełniały mi usta śliną. Trochę zły na krnąbrny organizm wstałem od biurka i podszedłem do wieszaka w przedpokoju. Papierek wymacałem niemal od razu. Rozwijając i rozprostowując arkusik, poszedłem do kuchni. Oparty plecami o lodówkę czytałem przy słabym świetle.

Boski pieróg

Składniki

Ciasto:

450 g mąki pszennej poznańskiej

szczypta soli

1,5 szklanki wody źródlanej

50 g masła

Farsz:

garść poświęconej ziemi, tej ziemi

liść zioła św. Bazylego

korzeń mandragory

skrzydła białego motyla

ziarno kakaowca

kropla krwi miesięcznej dziewicy…

Jakieś bzdury, ale czytałem dalej. Opis przygotowania ciasta był normalny, tak mi się przynajmniej wydawało. Rozpuścić masło, zmieszać wodę z mąką   nic niezwykłego. Za to instrukcja przygotowania farszu była idiotyczna   jakieś zaklęcia, nic wspólnego z kuchnią. Zakląłem pod nosem i rzuciłem kartkę na stół. Z pewnością się tym nie najem. Na szczęście w zamrażarce miałem normalne ruskie pierogi za 4,49.

Przepis jednak nie dawał mi spokoju. Próbowałem skupić się na czytanym artykule, ale co chwila myśli uciekały do pieroga, do dziwnych składników, opisu przygotowania farszu. Dla uspokojenia otworzyłem nową zakładkę w przeglądarce i wpisałem do wyszukiwarki „boski pieróg”. Lista wyników była długa. W większości podlinkowane strony zawierały opinie i recenzje, czasami przepisy, jednak niepodobne do tego na pokwitowaniu.

„Boskie te pierogi, ale rachunek zwala z nóg” – napisał w recenzji słynny bywalec stołecznych lokali. „Dodaj trochę więcej masła. Ciasto będzie elastyczniejsze i pierogi wyjdą boskie” – mądrzyła się zosia_84 pod przepisem na blogu kulinarnym. Dopiero na czwartej lub piątej stronie znalazłem serwis o innej tematyce. Po jego otwarciu na górze zamigotały gify przedstawiające wirujące pentagramy. Z menu po prawej, spośród zakładek kierujących do działów poświęconych duchom, ufo, talizmanom, eliksirom i innym tego typu bzdurom, wybrałem ikonkę „ambrozja”. Trafiłem dobrze. Artykuł u góry zatytułowany był tak samo jak przepis na kwitku.

Boski pieróg – kamień filozoficzny”

pieróg Joanna TyraPierwsze wzmianki o pierogu pojawiają się w mitologiach ludów basenu Morza Śródziemnego. Zwany tam abrozją, miał być pokarmem bogów przynoszonym z ogrodu (zob. Eden) przez ptaki. Źródła archeologiczne wskazują również na znajomość przepisu na pieróg jednocześnie w Ameryce Środkowej i na Sumatrze. Pieróg miał w swoim farszu zawierać wszystkie elementy i święte pierwiastki kosmiczne. Wierzono, że ich połączenie i zagotowanie w zbożowym cieście (pszenica/kukurydza) pozwala obudzić Gaję, Pramatkę, Demiurga, czyli sprawcę-stworzyciela, świadomość, która nawiązuje kontakt ze „stwórcą Stworzyciela”, to jest kucharzem. Strzępki informacji na temat przepisu na boski pieróg znaleźć można w różnych dokumentach z okresu od IV w. p.n.e. do współczesności. Źródła przepisu były różne i charakterystyczne dla epoki, podobnie jak składniki i sposób przyrządzenia. Pojawiały się też zamienniki. Najlepiej udokumentowanym przypadkiem było otrzymanie przez Mojżesza (patriarchę żydowskiego) 10 składników farszu. Późniejsze przykłady obejmują świętego Jerzego, który przepis wyjął z trzewi smoka, niektóre fragmenty prawdopodobnie Crowley umieścił w Lemegetonie. Niektóre źródła (tu odnośnik) wskazują na ukrycie przepisu w symbolice Tarota. W najnowszych badaniach przeanalizowano pod kątem boskiego pieroga prace Bohra, Diraca, von Neumanna i Heisenberga. Prawdopodobnie dostęp do formuły mieli również Tesla, Albert Wielki, Platon, Awicenna, Budda, Meher Baba i św. Bonawentura – ten ostatni dialogi z pierogami spisał w dziełach „Collationes in Hexaemeron” i „Collationes de septem donis Spiritus Sancti”. W zasadzie o kontakt z pierogiem można podejrzewać jeżeli nie wszystkich, to ogromną większość myślicieli, np. Orygenesa (zob. „preegzystencja dusz”), których poglądy były radykalnie odmienne od wówczas obowiązujących.

Czytałem te głupoty z rosnącym zdziwieniem. Nie dlatego, że ktoś jeszcze oprócz mnie w ogóle wchodził na tę stronę, choć licznik odwiedzin wskazywał na to, że serwis był wcale popularny. Dziwiło mnie to, że komuś chciało się te idiotyzmy napisać. Wymieszane różne wierzenia i mitologie, zaklęcia, święci, mistycy… Wszystko to było co najmniej śmieszne, nie pasowało do racjonalnej przecież wizji świata wypełnionego internetową chmurą, telefonami komórkowymi, inteligentnymi sieciami zarządzającymi ruchem, setkami sztucznych satelitów. Zamknąłem zakładkę i wróciłem na ziemię, to znaczy do wiadomości o śmieciach i służbie zdrowia. Nie nadaję się na marzyciela i magika.

Ale może nadaję się na kucharza, pierogoroba? Po bezsennej nocy uznałem, że jednak spróbuję. No, może nie do końca bezsennej, bo spałem, ale męczyły mnie dziwne sny, które co chwila wyrzucały mnie na jawę. Otwierałem oczy i rozmyślałem w ciemności o podrzucanych przez umysł demonach, świętych, bogach, mitycznych stworzeniach. O dziwnych przepisach i potrawach, które we śnie osobiście przyrządzałem z dziwnych składników, w dziwnych miejscach lub z pomocą dziwacznych stworów. Jakiś robot o trzech stalowych nogach, stalowym korpusie z aluminiowych dwuteowników z regularnymi otworami dla zmniejszenia masy… Nie, nie robot. Przypomniałem sobie po chwili, że kierowała nim ukryta w hełmie kałamarnica, której macki wystawały przez otwory w poszyciu w kształcie głowy Marii z „Metropolis”. Kałamarnica trzymała mnie w wannie przykrytej plandeką i raz za razem przeciągała po pokrytej piachem i kurzem drewnianej podłodze szeryfów z dużymi brzuchami, w kapeluszach i z błyszczącymi gwiazdami na piersi. Chyba byli nieprzytomni, ale nadal nie wypuszczali z rąk rewolwerów i strzelb. Wrzucała ich do maszynki do mielenia mięsa i przerabiała na hamburgery. Gdy skwierczały na grillu, czule obmywała mnie małymi wacikami, ścierając z paznokci i skóry palców czarny lakier…

Nieważne. Podjąłem decyzję. Zrobię boski pieróg i najwyżej wyrzucę go potem do kibla. Będę miał przynajmniej czyste sumienie, spokój ducha i snu. Koszty niewielkie, a przecież zawsze mogę znowu sięgnąć po zamrożoną paczkę z Tesco. Tylko skąd pozyskać składniki do farszu? Do rana szukałem w sieci wskazówek. Ależ pojeby, zwyrole i popaprańcy nawiedzają sieć! Zniesmaczony przeglądałem kolejne fora wypełnione treścią wyprodukowaną przez chore mózgi. Niektóre informacje okazały się jednak przydatne. Zapisałem je i dopiero po świcie, czy nawet trochę później, bo ciężarówki wywożące śmieci już odjechały, położyłem się na kilka godzin, kiedy już ledwo panowałem na piekącymi oczyma.

Lata temu zaprzyjaźniony mechanik udzielił mi ważnej rady. Dotyczyła skręcania silnika, ale bez problemu przetransponowałem ją na inne obszary.

– Zawsze zaczynaj od najtrudniej dostępnych śrub – powtarzał, gdy umorusany po łokcie próbowałem kluczem nasadowym, później płaskim z oczkiem, a jeszcze później płaskim otwartym dosięgnąć ostatnią nieodkręconą śrubę trzymającą kolektor wydechowy. Przejrzałem listę. Zioła, kakowiec i inne spożywcze powinienem dorwać w pierwszych lepszych delikatesach, o ile będą delikatesami nie tylko z nazwy. Czyli te zostawiłem sobie na koniec.

Założyłem płaszcz i rękawiczki, bo na zewnątrz wiało, na głowę wcisnąłem uszankę i skierowałem się do pobliskiego gimnazjum. Miałem nawet przygotowaną wymówkę, żeby dostać się do środka. Minęły bowiem te czasy, gdy człowiek o szlachetnych intencjach, pragnący rozwijać swoje umiejętności i zainteresowania, zaspokajać głód tak fizyczny, jak i duchowy, mógł tak po prostu wejść sobie do szkoły. Podszedłem do frontowych drzwi i pociągnąłem za klamkę. Były zamknięte, czego się zresztą spodziewałem. Wcisnąłem przycisk domofonu.

– Tak? – Po chwili ciszy w głośniku rozległ się męski głos zniekształcony przez trzaski.

– Dzień dobry. Chciałbym zostawić w sekretariacie ofertę wydawnictwa, które reprezentuję – odpowiedziałem, starając się, żeby głos brzmiał spokojnie i sympatycznie. Po sekundzie rozległo się brzęczenie i mogłem dostać się do środka.

Nie zamierzałem niczego zostawiać ani nawet wchodzić do sekretariatu. Od razu przystąpiłem do poszukiwania toalet. Nie było to trudne. Rozejrzałem się i wszedłem do damskiej. Założyłem gumowe rękawiczki. Takie grubsze – do zmywania czy innego sprzątania. W koszach obok muszli klozetowych walały się różne śmieci. Głównie chusteczki higieniczne, tulejki po papierze toaletowym i jakieś ulotki, ale były też podpaski. Wyciągnąłem pierwszą lepszą i starając się trzymać ją z dala od siebie, wrzuciłem do foliowego woreczka. Po chwili zastanowienia pogrzebałem jeszcze w poszukiwaniu drugiej, na wypadek gdybym za pierwszym razem trafił na uczennicę o większym doświadczeniu życiowym. Zapakowaną zdobycz ukryłem w kieszeni, zdjąłem rękawiczki, które wyrzuciłem do kosza, i szybkim krokiem skierowałem się w stronę wyjścia. Łatwo poszło.

Z informacji na forum wynikało, że ziemia ma być poświęcona lub że ma być zebrana na terenie kraju. Przekaz prawdopodobnie został dostosowany do lokalnych warunków. Chodziło o pierwiastek, nie o sam piach czy żwir. Mogło też chodzić o ziemię z konkretnego miejsca, w tym wypadku z Polski. Na wszelki wypadek postanowiłem się zabezpieczyć i za jednym razem spełnić oba warunki. Z gimnazjum od razu poszedłem na stary cmentarz. No, może nie jakoś szczególnie stary, ale znajdujący się w pobliżu. Ziemię nabrałem do woreczka takiego jak ten, w którym ukryłem podpaski. Kląłem trochę pod nosem, że za wcześnie pozbyłem się rękawiczek i po powrocie będę musiał wyczyścić paznokcie. Na cmentarzu, podobnie jak na korytarzu w szkole, nie było nikogo. Z pełnymi kieszeniami wróciłem do domu. Pozostało upolować składniki bardziej tradycyjne lub przynajmniej spożywcze.

***

Zagniecione ciasto przykryłem miską wygrzaną w gorącej wodzie, jak radziła w telewizorni ta rozkudłana blondyna. To podobno dobrze robi, bo masa nie wysycha i jest bardziej elastyczna. Szczegółową instrukcję przygotowania przepisałem na dużą kartkę, którą zawiesiłem na lodówce. Po prawej stronie innym kolorem dopisałem uwagi wygrzebane z sieci. Jeszcze raz sprawdziłem, czy rozłożone w miseczkach składniki zgadzają się z listą. Podpaski moczyły się w wodzie źródlanej – u mnie za źródlaną z konieczności robiła mineralna, do tego gazowana, o czym przekonałem się dopiero po powrocie z zakupów. Ziarna kakaowca zwyczajnie zmiażdżyłem młotkiem, bo nie zamierzałem dla jednego eksperymentu, dla jednej fanaberii, kupować moździerza. Ususzonego motyla znalazłem na parapecie. Może nie był biały, jak stało w przepisie, a jasnoszary, ale trudno. Powinno wystarczyć. Zioła opłukałem i pociąłem, ziemię przesiałem przez durszlak. Byłem gotowy do przygotowania farszu.

***

Zachować czystość przez trzy miesiące – odhaczone, chociaż przez przypadek. Mówiłem już o tej blogerce, prawda? Z białych ubrań miałem tylko koszulę i szlafrok. W przepisie stało „szata”, więc wybrałem szlafrok, szczególnie że nie było słowa o bieliźnie. Nie będę przecież biegał z klejnotami na wierzchu.

Przystąpiłem do wykonywania instrukcji. Zwinąłem dywan i składniki ułożyłem na planie kwadratu. No, może nie kwadratu, bo nie chciałem przesuwać ogromnego fikusa i kanapy, szczególnie o północy, ale przecież kwadrat jest też prostokątem. No to ułożyłem składniki na planie prostokąta. Wszedłem w środek i starając się zachować powagę, recytowałem:

– Słuchaj mnie, Rubriao, Mariodam, Baibnabaoth, Assalonai…

Kabaret, co nie? Ale przeczytałem te wszystkie imiona. Zacinałem się na niektórych sylabach, niektóre wypowiedziałem nieprawidłowo, ale jakie to miało znaczenie? Wzywani pewnie i tak wiedzieli, że to o nich. To jak w kolejce do proktologa. Jeżeli piguła pochrzani nazwisko, zawsze można dopytać lub skorygować. A nawet jeżeli nie, to i tak wszyscy mniej więcej wiedzą, jaka jest kolejność. Liczby naturalne to nie jest jakaś czarna magia. Następnie z kieszeni szlafroka wyjąłem smartfona i na podstawie nawigacji zwracałem się po kolei w każdą stronę świata, żeby pozdrowić jej władców. Trochę to wszystko trwało. Wstępne inwokacje skończyłem z rękami podniesionymi na wysokość barków, a następnie poszedłem do kuchni, gdzie dokonałem próby wody. To znaczy kapnąłem kranówą na patelnię, sprawdzając, czy jest już odpowiednio rozgrzana. Nie zamierzałem korzystać z teflonowej – piach mógłby ją porysować.

Na kupkę ziemi wylałem wodę z wyciągiem z podpasek. Dusiłem przez chwilę pod przykryciem, czekając, aż błoto zgęstnieje. Dodałem ziarna kakaowca, skrzydełka, na końcu zioła. Mieszałem całość przez chwilę, aż kawałki bazylii rozłożyły się mniej więcej równomiernie. W przepisie nie było nic o pieprzu, ale zakręciłem młynkiem kilka razy dla dodania aromatu, bo całość pachniała mało apetycznie.

– Oel zodiredo toca dasa i dorepehala pudzio ilasa, ilasa gahe… – czytałem z kartki, mieszając energicznie, bo masa zaczynała przywierać. Oleju nie miałem, dlatego użyłem oliwy, co pewnie nie było szczególnie szczęśliwym rozwiązaniem, skoro miałem fajczyć farsz na maksymalnym ogniu. Po kilku minutach uznałem, że całość jest gotowa. Zdjąłem patelnię z gazu, wyjąłem ciasto i przystąpiłem do lepienia pieroga.

Rozwałkowany placek przyciąłem na kształt kwadratu. Nałożyłem kilka łyżek piachu z dodatkami i złożyłem ciasto na pół, uzyskując kształt pękatego trójkąta. Zostawiłem sobie odpowiednio duży margines na zlepienie całości. Dla ozdoby krawędzie przygniotłem widelcem, żeby zrobić ładne promyczki, a na środku dnem kieliszka jak stemplem wybiłem okrąg. Dla pewności porównałem z poleceniem w przepisie.

Do małego garnka wlałem pozostałą wodę mineralną, dodałem odrobinę soli i poczekałem, aż zacznie się gotować. Do wrzątku ostrożnie włożyłem pieróg i na telefonie ustawiłem budzik. Gdy zadzwonił, wyjąłem łopatką gotowe danie na przygotowany talerz. Jeszcze tylko sztućce i można przystępować do końcowego rytuału.

– Halo, pierogu? – Siedziałem przed talerzem leżącym na niskim stoliczku. Podczas końcowych inwokacji pieróg całkiem już wystygł. Teraz pochylony obserwowałem kluskę. Zero reakcji. Dźgnąłem ciasto widelcem, najpierw nieśmiało, delikatnie, w zasadzie tylko muskając. Potem na samej krawędzi zrobiłem niewielką dziurkę. Nadal nic. – Panie pierogu, powiedz coś. Zrób może? Dzień dobry. – Danie nadal nie reagowało. Sięgnąłem po przepis, bo może zostało jeszcze coś, o czym zapomniałem, ale nie. Wykonałem wszystkie instrukcje, więc coś powinno się stać. Gapiąc się na pieróg, poczułem głód. Dopiero zdałem sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadłem. Rano tylko się wykąpałem, schnąc, przygotowałem listę sprawunków i od razu ruszyłem na miasto.

Sięgnąłem po nóż, zamieniłem sztućce, przekładając widelec do lewej dłoni i naciąłem ciasto na samej krawędzi. Było smaczne. Nie jakoś wybitnie, wszak to mąka, woda i sól, ale organizm wyczuł szansę na karmienie i zaczął domagać się więcej. Śmielej odkroiłem większy kawałek, tym razem z odrobiną farszu, i włożyłem go sobie do ust. Żułem przez chwilę, starając się ignorować chrzęst piasku w zębach. Ale się nie dało. Wyplułem przeżuty piach z ziołami i wydzielinami jakiejś obcej dziewuchy z powrotem na talerz. Wkurzony na siebie i na swoją głupotę zgarnąłem naczynie i wywaliłem jego zawartość do kosza. Rozejrzałem się po kuchni zawalonej pojemnikami po różnych składnikach, upapranej kipiącym błotem. Zakląłem. Wyciągnąłem z zamrażarki paczkę mrożonych pierogów z kapustą i grzybami, czyli normalnych.

***

– No i od tego czasu nic – dokończył i wychylił kieliszek. Oko już mu się szkliło, mimo że była to dopiero trzecia kolejka. Uznałem, że mogę już przejść do sedna.

– Słuchaj, ten przepis, co mi wtedy podrzuciłeś… – zacząłem.

– Jaki przepis? A czy ja wyglądam na książkę kucharską? – Próbował zmienić temat. Czyli jest ciągle za wcześnie.

– Jeszcze kolejkę – stwierdziłem, nie spytałem. Było to cokolwiek nieuprzejme, skoro on płacił, ale rybka. Najwyżej się dołożę, gdyby zamierzał mi to wypominać. Podszedłem do baru i zamówiłem dla każdego z nas po lornetce. Z kieliszkami wróciłem do stolika i od razu jeden podniosłem na wysokość oczu.

– Za piękne dziewczyny – wzniosłem toast.

– I kasy fiskalne – dopowiedział.

– I kasy – powtórzyłem, wychylając pięćdziesiątkę. Trzymałem się, bo byłem wyspany i najedzony, ale na szczęście mój towarzysz miał zdecydowanie słabą głowę. Postanowiłem uderzyć ponownie.

– Zrobiłem danie według twojego przepisu. – Zacząłem od innej strony. – Wyszło, ale to nie był żaden demiurg czy stworzyciel, tylko niezjadliwy pieróg.

– Co zrobiłeś? – spytał, walcząc z coraz bardziej wirującym światem.

– Pieroga ugotowałem według przepisu! – powtórzyłem zdecydowanie głośniej, bo grupka kibiców właśnie nagrodziła owacjami gola strzelonego w wiszącym nad barem telewizorze.

– I co? – Tym razem nie zaprzeczył. Dobra nasza.

– I nic. Nie mówił, nie ruszał się. Nic nie zrobił. I był zupełnie niezjadliwy. Zero kontaktu, zero pożytku. Niepotrzebnie się napracowałem, wywaliłem trochę kasy na składniki, upieprzyłem pół mieszkania.

Spojrzał na mnie jedynym okiem, lekko pochylając się nad stolikiem.

– A czego się spodziewałeś? – spytał poważnym tonem. No właśnie. Czego się spodziewałem?

– Nie wiem. Boga, bogów, proroka, demona, diabła? Spodziewałem się jakieś reakcji, czegoś nadnaturalnego może? Odpowiedzi na te wszystkie modlitwy, inwokacje i zaklęcia.

– I udało ci się. Zdrówko – podniósł kieliszek i przepił do mnie, nie czekając, aż dołączę do toastu.

Tomek001

h

Powrót człowieka zwanego Pierogiem by Kazimierz Kyrcz Jr

h

 

Ziściła się przepowiednia zawarta w świętej księdze Lidla. 

Wrócił.

Tym razem jako Pieróg.

Różnica była taka, że podpisywał się przez duże „π”.

h

Dzień pierogów by Agnieszka Pilecka

h

 

Ja im dam pierogi, cholera jasna! Wieśniaczki – Polaczki! Uciekają z tego ich głupawego kraju, bo im tam źle, a teraz co? Polskiego żarcia się zachciało?! Nawet nie można powiedzieć, że im słoma z butów wystaje! Raczej białe skarpety z sandałów! Nienormalne to jakieś! Na jaką cholerę do Anglii przyjechali? Żeby polskim żarciem się zajadać?!

Nie gadaj tyle tylko lep dalej. Mamy duże zamówienie, na jutro wszystko musi być gotowe!

Taa… Pierogi… Oh my God… Kto to w ogóle wymyślił? Kawał ciasta z jakimś badziewiem w środku. Gdyby to jeszcze dobre było…

Rozległ się donośny dźwięk telefonu. John odebrał go pośpiesznie i wyszedł z kuchni, aby porozmawiać w spokoju. Bulgocząca w wielkim garze woda skutecznie zagłuszała rozmowę i Matthew nie zrozumiał ani słowa. Szef wrócił po chwili.

Matt, muszę lecieć, załatwić coś na jutrzejszą imprezę. Skończysz to? – kiwnął głową w kierunku wielkiej kuli ciasta do pierogów i kilku mis z przygotowanym farszem.

A mam wyjście? – spytał zadziornie, choć wiedział, że i tak wykona robotę. Dobrze zarabiał. John był jego dobrym kumplem, nie wystawiłby go. – Tak, spoko. Leć, zajmę się tym.

Dzięki! – kiwnął na pożegnanie i zniknął za drzwiami.

Kurwa!!! – wykrzyknął na całe gardło Mateusz. Okrzyk ten był bardzo polski jak na Anglika. Pewnie dlatego, że prawdziwym Anglikiem nie był. Urodził i wychował się w Polsce. Dopiero w wieku trzynastu lat przeprowadził się z rodzicami na wyspy. Wstydził się swojego kraju. Wstydził się swego prawdziwego pochodzenia. Dlatego też nikomu nie przyznawał się do tego, skąd tak naprawdę pochodzi. Odkąd zamieszkał w Londynie, wszyscy mówili do niego Matt, Matthew. Cokolwiek, byle nie to paskudne „Mateusz”. „Jak Ojciec Mateusz, ja pierdolę! Nie mieli mnie jak nazwać? Jak ten cholerny ksiądz co jeździ po wsi rowerkiem i rozwiązuje zagadki kryminalne. Co za absurd!” – myślał często.

Matt nienawidził swej ojczyzny. Nienawidził wszystkiego co polskie. A najbardziej irytowali go rodacy, którzy przyjeżdżali na wyspy i zamiast zaakceptować ową kulturę, wciąż poszukiwali tego, co wiązało się z ich przeszłością. Zamiast poznać to co nowe, żyć tym co tutejsze, cały czas wspomnieniami wracali do rzeczy, które zostawili w dawnym życiu. I teraz jeszcze te cholerne pierogi…

Lepił od tygodnia. Miał już dość, ale lepił dalej. W końcu za to mu płacili. Wymyślili sobie jakieś święto. Święto pieroga. Pomysł tak absurdalny, że aż w głowie mu się to nie mieściło. Musiał robić tę idiotyczną potrawę tylko po to, aby banda zabłąkanych w UK rodaków mogła się zapchać tym ciastem, zapić to polską wódą, a później i tak wyrzygać. Tak to się skończy. Zawsze się tak kończy. Nie ważne co jedzą i ile, zawsze i tak zaleją pałę i zwrócą wszystko, co on starannie przyrządzał godzinami!

Dość tego! Nie tym razem! – krzyknął sam do siebie. – Nie będę ich karmił tak dobrze. Nie będę dawał im tych pachnących grzybków, są za dobre. Nie ma mowy. Nie w tym roku. Koniec!

Jak postanowił, tak też uczynił. Zamknął kuchnię i wyszedł z pracy, choć do ukończenia zlecenia zostało jeszcze sporo roboty.

Zdzichu! Otwórz! – krzyczał, waląc w stare, drewniane drzwi. – Otwieraj! Mam pół litra!

Ostatnie słowa sprawiły, że w domu nastąpiło spore poruszenie. Przywoływany niemal podbiegł do drzwi, aby je otworzyć. Śmierdziało potwornie. Wyglądało jeszcze gorzej. Aż dziwne, że ktoś jest w stanie mieszkać w takich warunkach. Aczkolwiek patrząc na lokatora zwanego Zdzichem, nic nie mogło dziwić.

Dzieuda? – spytał.

Hę?

Dzzzieeee udaaa?!

Aaa… Gdzie wóda? Dostaniesz później, teraz się przesuń. – Odepchnął gospodarza, a ten upadł na ziemię i chyba nawet nie zauważył, że znów leży na obsikanym dywanie.

Matt przeszedł do kolejnego pomieszczenia. Od razu wiedział, gdzie szukać. W rogu kuchni znajdowało się tyle grzybów, że mógłby nimi wykarmić całe wojsko. Mieszkanie było w tak koszmarnym stanie, że gdyby mogło, to podziękowałoby mu za to, że zeskrobuje ten cały syf z jego ściany. Wielgachne grzyby, trochę pleśni. Było tego mnóstwo. Robota zajęła mu niemal dwie godziny. Zanim wyszedł, postanowił jeszcze, że otworzy lodówkę. Był przerażony tym co zobaczył, jednak doskonale wiedział, że Zdzichu go nie zawiedzie i znajdzie tam to, czego szuka. Nie wiedzieć skąd w zamrażalniku było mnóstwo mięsa. Pewnie menel zrobił zapasy zaraz po tym jak wrócił po świętach z Krakowa. Mniejsza z tym. Mięso było może kiedyś dobre. Znaczy się dawniej, gdy jeszcze lodówka działała. Czyli bardzo dawno, za czasów gdy w mieszkaniu był prąd. No, ale jak się nie płaci rachunków, to tak niestety jest. A może i na szczęście, to teraz nieistotne. Matt był szczęśliwy z takiego obrotu spraw. Zapakował wszystko do wielkiej torby i wyszedł z mieszkania, przeskakując leżącego na ziemi znajomego z dawnych lat.

Wrócił do baru. Położył swą zdobycz na kuchennej podłodze i wziął się do roboty. Jeszcze nigdy praca nie sprawiała mu takiej przyjemności. Przygotował cudowny farsz ze starego mięsa, które już niemal o własnych siłach uciekło mu z kuchni. Zrobił też kolejny, z grzybków ściennych oraz pleśni. Niemal do rana lepił pierogi. Ale gdy skończył, rozpierała go duma!

Następnego dnia szykowała się impreza. Cały lokal był zapełniony. Królowały sandałki z białymi skarpetkami i idiotyczne uśmiechy na twarzach. Tak, to byli Polacy! Wokół trwały zaciekłe rozmowy i co chwilę można było usłyszeć przecinki w postaci: „Kurwa mać” i „Ja pierdolę!”. Takie to polskie. Usiedli do stołów i nim pojawił się gwóźdź programu, świąteczne danie, znaczy się pierogi, zaczęła lać się wóda. Bo co to za święto bez alkoholu? Wkrótce na stole pojawiły się wielkie półmiski. John powierzył przygotowanie wszystkiego swemu pracownikowi. Ufał mu na tyle, że mógł to zrobić… Mimo wszystko, gdy zobaczył podejrzany wygląd dania i poczuł niezbyt apetyczny zapach, zaczął coś podejrzewać. Jednakże jedzenie zostało już podane, a wygłodniali i lekko wstawieni biesiadnicy rzucili się na nie od razu.

John spojrzał podejrzliwie, oczekując wyjaśnień.

Coś zrobiłeś, prawda? – spytał w końcu.

Matt wiedział, że straci pracę. Jednakże nie chciał kłamać. Już dawno wyzbył się tej polskości w swoim charakterze, więc powiedział prawdę.

John niemal osunął się na ziemię. Zbladł, oparł się o ladę i sięgnął po szklankę wody, ledwo łapiąc oddech. Wiedział, że to koniec. Stracą reputację. Nie będę mieć już firmy. Wieloletnie starania poszły na marne. Niepewnie zerknął na salę, gdzie trwała świąteczna uczta. Rozejrzał się ze strachem, czekając na najgorsze. Zobaczyli go.

Hej!!! To szef! Polać mu! Chodź tu do nas! – krzyczeli.

John powoli zbliżył się do jednego ze stołów. Podali mu kieliszek.

Wypijmy za pierogi! – Unieśli trunki do góry i oczekiwali od niego, aby uczynił to samo. Był posłuszny, ale i przerażony.

Sma… smakuje wam? – z nerwów zaczął się jąkać.

Żartujesz?!

O kurwa, a to ci żart!

Ha ha ha, no nieźle!

Rechotali, przekrzykując jeden drugiego. Przerażenie właściciela knajpy było coraz większe. Myślał, że zaraz zrobią mu krzywdę.

Normalnie jak u mamy!

No właśnie! To najlepsze pierogi, jakie w życiu jadłem!

Ja też! Chyba nawet bez wódy mógłbym je wcinać! – krzyknął ktoś inny. – Nie no, dobra, teraz mnie poniosło… Ale serio, są pyszne! Będziemy tu co roku! Albo nawet częściej!

John podziękował za komplementy i wycofał się do kuchni. Tam Matthew już pakował swoje rzeczy, wiedział, że musi zabrać się za szukanie nowej pracy.

Co ty robisz? Gdzie się wybierasz?! Zdurniałeś?! Siadaj tu, musisz podać mi dokładny przepis!

Nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Już samo to, że nie stracił roboty. A jeszcze dostał podwyżkę. No i miał wytłumaczyć dokładnie jak zrobić takie pierogi. Od tamtego czasu, wszędzie, nie tylko w Anglii, Polacy dostają na święto pieroga najdziwniejsze, najpaskudniejsze rzeczy, zapakowane w cieście i zajadają się nimi ze smakiem. I tak nie widać, co tam się upchnie. Pieróg to nie jest danie, to idea tego, czym mogłoby być. Pieróg nie jest na talerzu, tylko w głowie konsumenta. A gdy zapije się go alkoholem, zyskuje jeszcze więcej walorów smakowych. Prawda jest taka, że można nasrać na talerz, zawinąć to w kawałek papieru, nazwać pierogiem a i tak będzie smakowało. Dlaczego? Bo to polskie danie. A jak polskie, to musi być wyśmienite, musi smakować tym, którzy z niewyjaśnionych powodów tęsknią za ojczyzną. I znów pojawia się pytanie: na jaką cholerę oni wyjeżdżają z kraju? Chyba tylko po to, żeby jeść gówno. Dosłownie i w przenośni.

h

Beton by Paweł Milczarek

h

Zapadał zmierzch. Ostatnie promienie słońca znikały za horyzontem, wprowadzając na niebo rozświetloną gwiazdami ciemność. Nie wszyscy jednak potrafili dostrzec uroki tego wakacyjnego wieczoru. A raczej – gwoli ścisłości – nie wszyscy mieli jak to zrobić.

Trzydziestoletni Tomasz Wolski wracał właśnie do siebie, zataczając się od płotu do płotu i zaliczając po drodze wszystkie znaki drogowe. W pewnym momencie jego ciało zbuntowało się przeciwko tradycyjnej pionowej postawie, sprowadzając mężczyznę na czworaka. No cóż. Ciało też ma prawo być zmęczone.

Czterdzieści minut zajęło Tomkowi poczołganie się do własnego domu, mimo że z koncertu, na którym był, miał do pokonania raptem kilometr. Jeszcze tylko szybkie opróżnienie zbędnych resztek z żołądka (sąsiad się chyba nie obrazi o ten ogródek, co?!) i możemy szturmować furtkę. Pierwszy zamek poszedł zadziwiająco łatwo. Gorzej było z drzwiami frontowymi, które za nic nie chciały wspomóc swojego biednego pana. Zlitowały się dopiero po dwudziestu minutach, okraszonych trzema złamanymi kluczami.

Kiedy Tomek w końcu wtaszczył się do chałupy, od razu walnął swoje prawie studwudziestokilogramowe, wypływające spod przykrótkiej koszulki, cielsko na kanapę. Kurwa, cóż to był za koncert! Żal tylko, że nie wytrzymał nawet do pierwszej piosenki. No ale to nie jego wina, że chłopaki miały ze sobą amfę i LSD. Zresztą, należy mu się coś po całym tygodniu harówki. Chuj tam, że jest środa.

Leżąc tak na kanapie i podziwiając migające gwiazdy, Tomek nagle poczuł, że burczy mu w brzuchu. W sumie praktycznie nic dzisiaj nie jadł. Zdałoby się coś wrzucić na ruszt. Mężczyzna niechętnie zwlókł się z mebla, po czym zaczął pełznąć w kierunku lodówki. Podczas wyboistej kilkumetrowej wędrówki przypomniał sobie, że jego kochana żonka obiecała na dzisiaj zrobić pierogi. Ha, chociaż się nażremy porządnie!

Wizja kulinarnych rarytasów skłoniła Tomka do wzmożenia wysiłków. Dzięki temu już w pięć minut później stał, chwiejąc się lekko, przy lodówce. Zdziwił się bardzo, usłyszawszy dochodzące z niej odgłosy muzyki. Czym prędzej więc złapał za kant stojącej obok kuchenki, z niejaką obawą otworzył drzwiczki. Widok, jaki zastał, zdziwił go jeszcze mocniej. Ściągnął z głowy przepoconą bandanę i przetarł nią oczy. Czy to możliwe?

Tuż przed jego twarzą, na trzeciej półce lodówki (licząc od dołu), pierogi najzwyczajniej w świecie robiły coś, co w przybliżeniu można nazwać tańcem. Przynajmniej te z prawego talerza, bo te z lewego leżały i miały jakieś nietęgie miny.

Zszokowany Tomek w pierwszym momencie osunął się na ziemię. Szybko jednak pozbierał członki i znów postawił je do pionu. Ponownie zajrzał do lodówki. Kurwa, pierogi dalej tańczyły.

Trzydziestolatek postanowił ostrożnie je wyjąć. Była to rzecz zaiste arcytrudna, szczególnie w przypadku rozhasanego prawego talerza. Udało się jednak jakoś donieść wszystko do stołu.

Tomek usiadł wolno na krześle i wlepiał wzrok w pierogi. Kurwa, całkiem ładnie tańczą. Tylko co to za muzyka…

Nagle z lewego talerza podniósł się jeden z pierogów.

– Ej, ty! – zwrócił się do Tomka. – Żresz czy jak?

Mężczyzna zadrżał, jakby poraził go prąd. Nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Nigdy jeszcze nie gadał z pierogiem.

– Ee… namyślam się – odparł.

– To się pośpiesz, do chuja wafla. W lodówce mieliśmy chociaż przyjemny chłodek.

Tomek nie odpowiedział.

– A te po prawej, to co takie rozbujane są? – spytał po chwili.

– Kalinkę tańczą, ruskie kurwy.

Ach, no tak. Stąd ta muzyka.

– A wy czemu z nimi nie tańczycie? – zapytał Tomek.

– Brzydzą się nas.

Co prawda trzydziestoletniemu mężczyźnie ciężko oceniać urodę pieroga, ale Wolski nie dostrzegał, by z jego rozmówcą było coś nie tak.

– Wyglądacie całkiem do rzeczy – stwierdził niepewnie.

– Kurwa, nie o to chodzi – odparł pieróg. – Grzyby mamy.

Rzeczywiście, to jest spora przeszkoda w kontaktach z płcią żeńską.

– To jesz wreszcie czy nie? – Pieróg był coraz bardziej poirytowany.

No dobra, czemu nie? Tomek wziął do ręki kawałek swojego nowego kompana, po czym odgryzł mu połowę twarzy. Zaraz jednak poczuł, że nie był to najlepszy pomysł. Gardło zaczęło go palić, wnętrzności przekręciły się do góry nogami, on sam zaś wyrzygał na podłogę resztki swoich żołądkowych zasobów, z poranną kawą włącznie. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, a ciało poczęło drżeć jak wyziębiony kundel. Tomek padł w spazmatycznych ruchach na swoje kolorowe wymiociny. Po drodze strącił jeszcze ze stołu talerz, z którego wyleciała kartka:

Pamiętaj, Tomuś. Te pierogi są dla rodziców na czwartek, przyjdą na obiad. Jak się naćpasz, to ich nie jedz, pamiętaj, że masz uczulenie.

Trzy godziny później drzwi ponownie się otwarły. Do środka weszła sponiewierana blondyna z rozmazanym makijażem, wyglądem przypominając zwykłą dziwkę. W ręku trzymała swoją bandanę.

Stanęła w progu kuchni i pogardliwie spojrzała na leżącego Tomka.

– Oj, mężuś, mężuś. Nigdy nie umiałeś wytrzymać do końca imprezy – powiedziała, po czym rozebrała się do naga i przyłączyła do kalinki z ruskimi kurwami.

h

Początek Wieczności by Zeter Zelke

h

 

Czy tak właśnie wygląda koniec świata?, zastanawiał się Dariusz, usiłując oderwać myśli od wydarzeń sprzed kilkudziesięciu godzin. Trąby nie zagrały na trwogę, rzeki nie spłynęły krwią niewinnych, nigdzie nie było widać zastępów anielskich ani gromów z nieba. Było tylko zapomnienie. Zaś od kilkudziesięciu godzin cisza, przerywana lepkimi odgłosami tkanki oddzielanej od kości.

A może rację miał świr z celi obok?

Przesiadywał za nią Tomek „Biedrona” Biedronecki; przesiadywał za handel bronią i narkotykami oraz za udział w rzeźni między konkurującymi gangami, podczas której wpadł w ręce funkcjonariuszy prawa. „Biedrona”, przynajmniej do niedawna, był skruszonym realistą. Twardo stąpał po ziemi, swoją sytuację przyjmował z pokorą, nigdy nie narzekał, uśmiechał się tylko ze smutkiem i dziękował przeznaczeniu, że skończył w pace, a nie dwa metry pod ziemią. Wyglądało na to, że jeśli istniało coś, czego naprawdę się obawiał, była to śmierć. Teraz, gdy o osadzonych z bloku C2 zapomniał chyba cały świat, a śmierć – jeden z jej najgorszych rodzajów – zajrzała wszystkim w oczy, „Biedrona”, ten racjonalny aż do bólu ateusz, zupełnie ześwirował. Przez trzy ostatnie dni z celi Tomka dobiegały naprzemiennie: szloch i potępieńcze wycie. „To czyściec!” – ryczał, waląc pięściami w pręty, odgradzające go od wolności. „To pokuta za nasze grzechy! To kara! Wszyscy jesteśmy martwi, a to jest czyściec! Czyściec!”. Wrzaski ucichły dzisiaj rano. Widocznie „Biedrona” w końcu zmierzył się ze swoim największym strachem i poniósł klęskę.

Dariusz przełknął obmierzły kawał mięsa, próbując nie myśleć o jego pochodzeniu. Pomagał sobie, zadając w kółko to samo nurtujące pytanie, na które być może nie uzyska odpowiedzi. Co się stało tam, na zewnątrz? Co się stało, że od tygodnia żaden strażnik nie zajrzał do bloku? Gdzie się podziali wartownicy, gdzie echa rozmówek, odgłos zamykanych drzwi, zatrzaskujących się zamków i szybkich kroków na korytarzu, którymi niegdyś rozbrzmiewał cały zakład karny? Kto by pomyślał, że kiedykolwiek zatęskni za tymi prostymi objawami więziennego życia. „W końcu to czyściec” – szepnął głos w jego głowie. Szepnął na tyle wyraźnie, by Darek odruchowo podniósł wzrok, szukając człowieka. Żywego człowieka – poprawił się w myśli, albowiem ludzi w pobliżu było co najmniej dwóch; obaj, niestety, martwi: Biedronecki po lewej oraz Rzepecki z tyłu.

Dariusz dzielił z Mirkiem Rzepeckim celę. Mirek był ratownikiem pogotowia medycznego, przyłapanym na handlu ludzkimi organami. Dodatkowo oskarżenie bez powodzenia usiłowało udowodnić „Doktorkowi” przyczynienie się do śmierci kilkunastu staruszków, którzy zaufali mu swe życie i gdyby nie kolosalny pech (ostatni staruszek, jaki zmarł podczas dyżuru Rzepeckiego był krewnym prokuratora), Mirek pewnie wciąż cieszyłby się wolnością albo przynajmniej wyrokiem w zawieszeniu. Prokurator jednak nie mogąc „uwalić skurwysyna” w majestacie prawa, odwołał się do majestatu ludzkiej chciwości, posmarował gdzie trzeba i „Doktorek” otrzymał wyrok sześciu lat więzienia. Rzepecki był spokojnym, wzorowym wręcz więźniem, a osadzeni woleli mieć z nim dobre układy. Więzienna codzienność jednak sprawiała, że z roku na rok popadał w coraz głębszą depresję, usychał, zdobywając się nawet na kilka prób samobójczych. Ostatecznie dopiął swego, choć w dość szczególny sposób.

Od siedmiu dni (chyba od siedmiu, jeśli Darek nie pomylił się w rachubach, a od momentu, w którym w bloku zapanowała nieopisana cisza, świadomość upływu czasu zaczęła mu szwankować), więc od siedmiu dni osadzeni nie mieli w ustach jedzenia. Ci, którzy nie zaoszczędzili wody w kubkach, umarli z odwodnienia, inni – jak Biedronecki – popadli w obłęd. Wielu pozabijało się nawzajem w celach, lecz o tym Darek Zmukowicz tylko domniemywał po wrzaskach, trzaskach łamanych kości i głuchych uderzeniach pięści w ciała jeszcze żywych więźniów. Dariusz i „Doktorek” w pewnym sensie mieli szczęście. Mirek chciał popełnić samobójstwo, Darka zaś głód ściskał za żołądek, choć skąpe zapasy wody łaskawie ocaliły jego racjonalny umysł oraz pragnienie zachowania człowieczeństwa. „Doktorek” sięgnął do skarbnicy swej medycznej wiedzy i dokładnie wyjaśnił Zmukowiczowi, jak zabić człowieka w sposób szybki i bezbolesny.

– Popieprzyło cię jak „Biedronę” za ścianą! – szepnął wtedy, wytrzeszczając oczy na zmęczonego życiem kolegę.

Ale Rzepecki tylko potrząsnął głową i od nowa racjonalizował swoje postanowienie. W końcu Darek dał się przekonać. Nie chciał wiedzieć jak, ani kiedy. Nie chciał nawet pamiętać w jaki sposób przemógł się, by wyrwać kawał mięsa z jego ramienia, wbić w nie zęby, rozgniatać i przełykać. Wzdrygał się, czując krew na języku, rozrywając żyły, przegryzając chrząstki. Nie raz mu się cofnęło, a z oczu płynęły łzy – wstręt do siebie, wściekłość na upartego „Doktorka”, ale przede wszystkim na tych przeklętych klawiszy oraz cały ten pieprzony świat, który zapomniał o osadzonych w C2 i zmuszał ich do żerowania na swoim własnym gatunku.

– Dwa, trzy dni maksymalnie – powiedział Mirek. – Potem ta kupa mięsa zacznie się psuć. Wciąż będziesz mógł znaleźć część, która się nada, ale jeśli Bóg istnieje, do tego czasu wydobędzie cię z tej celi. Sam też się postaraj, „Darko”.

Mirek mówił coś więcej, ale Zmukowicz ledwo pamiętał. Coś o bakteriach gnilnych, które zaczynają swoją dekompozycyjną pracę, gdy tyko po organizmie rozprzestrzeni się chemia, uwalniana w chwili zaniku procesów życiowych. Lecz to nie miało znaczenia. Istotniejsze było to, że Darek zjadł kawałek człowieka, którego uważał za dobrego znajomego. Nie pomagała świadomość, że „Doktorek” ochoczo poświęcił swoje życie, że Zmukowiczowi groziła powolna śmierć głodowa, być może – o ile los okazałby się łaskawy – poprzedzona pomieszaniem zmysłów. Nieważne, jak bardzo uzasadniony był czyn, tak czy inaczej „Darko” czuł, że z pierwszym kęsem dokonała się w nim jakaś transformacja, jakaś degradacja, odczłowieczenie.

Choć Darek trzymał przed sobą skrwawiony ochłap, nie miał odwagi odwrócić się do jego prawowitego właściciela. Przez cały czas był zwrócony do nieboszczyka tyłem. Tylko niekiedy, w tej upiornej ciszy, oszołomiony własną czelnością umysł projektował groteskowe przeświadczenia o trupie bez ręki siadającym na zimnej posadzce, wpatrującym się z wyrazem oburzenia w jego zgarbione plecy.

A kiedy nagle światła w bloku więziennym zgasły, Darek żałośnie zakwilił. Nie poczuł jednak na ramieniu zimnej dłoni zmarłego, a głos zza grobu nie zabrzmiał mu przy uchu. Zabrzmiało coś o wiele radośniejszego – odgłos zwalnianych zamków elektronicznych. W ośrodku karnym właśnie wysiadło zasilanie; zabrakło światła, ale również pootwierały się cele. W pierwszym odruchu Dariusz chciał rzucić się do wyjścia, jednak intuicja (ta sama, która zawiodła go tylko raz, a właściwie nie zawiodła – po prostu jej nie posłuchał, przez co znalazł się tutaj), ta intuicja podpowiedziała mu, że przecież przy życiu w bloku mogą być jeszcze inni, kto wie czy nie jeszcze bardziej szaleni niż „Biedrona”.

Zmukowicz wstrzymał oddech i zaczął nasłuchiwać. Cisza. Stał w bezruchu niczym polujący kot może z pięć minut, może z piętnaście. Jestem tutaj zupełnie sam! – uzmysłowił sobie w pewnej chwili, a ta myśl wyrwała go z otępienia. Pomysł był otrzeźwiający, jak i przerażający. Otrzeźwiający, bo oto stanęła przed nim otworem droga do wolności. Przerażający, bo za brakiem przejawów ludzkiej obecności mogła kryć się tajemnica, którą niekoniecznie chciał poznawać. Mimo wątpliwości, wyciągnął ramię i pchnął palcem kratę. Odskoczyła z trzaskiem, od jakiego Dariuszowi ścierpła skóra; następnie zakratowane skrzydło odsunęło się na bok z metalicznym pobrzdękiwaniem.

Całą drogę od celi do wyjścia przebył wolno, po omacku. Trasa nie była długa, lecz i tak zdawała się trwać wieczność. Tylko ta ciemność – ta bezgraniczna ciemność. Ponoć, jeśli na wystarczająco długo odetnie się człowieka od bodźców zewnętrznych, na przykład ulokuje na wodzie w pozbawionym światła, dźwiękoszczelnym pokoju, może oszaleć. Co prawda Darek nie unosił się na wodzie, ale cała reszta się zgadzała. Odpierając szturmujący strach, uciekał myślami w przeszłość. Uciekł trzy lata wstecz, gdy jeszcze cieszył się brakiem wpisów w rejestrze sądowym.

W połowie kwietnia dowiedział się, że będzie ojcem.

– Karolcia bądź Karolek! – Natasza wtuliła twarz w jego pierś, cała w skowronkach.

Dariusz objął ją, przyciskając silniej do serca. Jego marzenia powoli się spełniały. Mieli dom w spokojnej dzielnicy, samochód, sporo oszczędności; wreszcie mieli siebie. „Związek, który nie rozpadł się przez pięć lat przeżyje nawet wojnę atomową” – mawiała Tasz i mówiła prawdę. Zaproszenie nowego życia na świat było ukoronowaniem ich starań. Wszystko pewnie dalej toczyłoby się jak w bajce, gdyby w lipcu nie dał o sobie znać stary kumpel Dariusza – Zygi.

Zygmunt „Zygi” Majewski był wieloletnim przyjacielem Darka sprzed studiów, potem w trakcie studiów, a następnie jeszcze rok po nich. Po ostatnim spędzonym razem sylwestrze ślad po Zygim zaginął. Dariusz usiłował skontaktować się z nim na różne sposoby, dzwonił do jego rodziców (których szanował i lubił), wypytywał wspólnych znajomych, lecz niczego nie wskórał. Zygmunt przepadł jak kamień w wodę. Darek zaś kontynuował swoje życie: znalazł dobrą pracę, poznał Nataszę, wziął ślub cywilny, wspólnie z nią zbudował dom, szykował się do roli taty. Wtedy w jego życie znowu wkroczył Zygi. Zjawił się nagle, na krótko, lecz w ciągu tych kilku dni zdążył zupełnie rozpieprzyć sielankę Zmukowiczów.

Majewski przybył po kasę. Był powiązany z szajką przestępczą, coś przeskrobał, a żeby ratować tyłek na gwałt potrzebował gotówki. Wszystkie swoje środki (a ponoć było tego niemało), miał ukryte w bardzo tajnym miejscu, ale przez jakiś czas nie mógł się do nich dostać, tymczasem szajka wypuściła za nim z dwóch hit-manów. Wiedząc, że Dariusz Zmukowicz dorobił się majątku, usiłował wykorzystać dawną przyjaźń, by szybko zdobyć szmal.

– Sto tysięcy – powiedział. – Oddam, jak tylko zaszyję się w bezpiecznym kącie.

Dariusz kategorycznie odmówił, a wtedy Zygi zrobił się niemiły. Groził pobiciem, potem śmiercią, ale Darek nie dał się zastraszyć. Dwa dni później Natasza została śmiertelnie potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych – przechodziła na zielonym, sprawca zdarzenia zaś odjechał z piskiem opon. Majewski był na tyle bezczelny, by jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, zapukać do drzwi zrozpaczonego mężczyzny. Dariusz, wrzeszcząc jak śmiertelnie zranione zwierzę, zatłukł niegdysiejszego przyjaciela pogrzebaczem. Na rozprawie przyznał się do winy, nie wyraził skruchy i otrzymał wyrok pięciu lat pozbawienia wolności. Adwokatowi nie udało się dowieść, że winę za śmierć Nataszy Zmukowicz ponosił Zygmunt Majewski, ale powiązania Zygiego ze światem przestępczym były ogólnie znane, między innymi stąd stosunkowo łagodny wyrok.

Echa wspomnień umilkły, gdy palce Darka natrafiły na obramowanie drzwi. Wymacał masywny uchwyt i ostrożnie rozsunął przejście. W pierwszej chwili szybko się wycofał, zasłaniając usta dłonią. Do ciemnego korytarza wlał się odstręczający fetor wymiocin, wymieszany z innym zapachem, zapachem dzieciństwa: karmel i wata cukrowa. Wyszedł na jadalnię. Przez wysokie, zakratowane okna wpadało tu tylko trochę światła, jednak wejście prowadzące na spacerniak stało szerokim otworem, wpuszczając do pomieszczenia olśniewającą jasność dnia. Tutaj też było pusto, a wyjąwszy brzęczenie much – także cicho. Dariusz pociągnął nosem. W miejscu, gdzie zaczynała się kuchnia i część przeznaczona na wydawanie jedzenia, smród był wyraźniejszy. Na stołach leżały tace oraz miski, na nich ziemniaki, jajka sadzone oraz gotowana marchewka; wszystko zepsute, przykryte zielonkawą pleśnią. Na podłodze w przypadkowych miejscach widniały żółto-białe kleksy. Darek pochylił się nad jednym i dostrzegł w nim pomarańczowe pozostałości marchewki. Zwykłe wymiociny, pomyślał. To one tak cuchnęły. Tam jedna plama pod oknem, kilka kolejnych wzdłuż lady, dwie przy wejściu do kuchni, całe mnóstwo na blatach, jeziorko wymiocin przy szeroko rozwartych drzwiach toalety. Przez krótką chwilę miał kuriozalne przeświadczenie, że wszyscy po prostu zarzygali się na śmierć, ale choć wymiocin wokół nie brakowało, nigdzie nie było ciał.

Poza nieznośnym smrodem, dokuczała jeszcze ta słodkawa domieszka, którą kojarzył z watą cukrową. Nie trzeba było lupy, aby zauważyć, że rzygowiny coś porastało. Zmukowicz przyjrzał się drobnym roślinom o grubych łodygach spowitych cienkimi jak włos niteczkami. Pośród tej zielonej plątaniny kwitły kwiaty w kształcie trójkątnych pierogów. To one rozsiewały słodkawą woń, wokół której uwijały się grupki owadów. Kwiat w kształcie pieroga rozwierał się tam, gdzie u pierogów było łączenie ciasta, a z rozwarcia wyciekała aromatyczna ciecz, nęcąc muszki owocówki, muchy, trzmiele oraz nieliczne pszczoły. Roje owadów wydobywały z kwiatów jakiś pyłek, a gdy oczy Darka przyzwyczaiły się w końcu do światła, zobaczył, że pyłku w powietrzu było mrowie.

„Gdzie są ludzie?” – szepnął głosik w jego głowie. Co się tu stało?!

Darek ruszył chwiejnym krokiem w stronę spacerniaka, osłaniając dłonią oczy przed słońcem. Żar letniego popołudnia lał się z nieba, a tak nieoczekiwanie oswobodzony więzień nagle odczuł skutki odwodnienia i niedożywienia. Zakręciło mu się w głowie, pociemniało w oczach. W rzadkich kępkach trawy cykały świerszcze, jakiś owad od czasu do czasu przeleciał tu i ówdzie – to wszystko. Po prawej znajdowała się brama. Za tą bramą był długi korytarz wyznaczony wysoką siatką, której szczyt wieńczyły zwoje kolczastego drutu. Potem kolejna brama, schody i drzwi prowadzące na zewnątrz. Zazwyczaj całą tę trasę strzegli uzbrojeni po zęby wartownicy z psami. Nie dzisiaj. Darek pokonał tę drogę, rozglądając się w poszukiwaniu kogoś żywego, lecz jedyne, co widział, to całe mnóstwo dziwnych roślin, kwitnących na całym mnóstwie ludzkich wymiocin. Dariusz podniósł rękę, by wytrzeć z czoła kropelki potu i wtedy to zauważył.

Ja chyba wariuję!

Oglądał swoją dłoń, jakby pierwszy raz w życiu ją na oczy widział… i na swój sposób było to prawdą. Niemal całe przedramię miał spowite cienkimi jak włos, zielonymi niteczkami. Wyrastały bezpośrednio spod jego skóry i były dokładnie takie same jak te, oplatające kępki pierogowych roślin. Istotnie, w kilku miejscach na przedramieniu dostrzegał białe koraliki pączków, z których lada moment wykwitną kwiaty. Kwiaty w kształcie pieroga, roztaczające mdlący, słodkawy zapach; kwiaty, jakie uwielbiały kwitnąć w…

Wtedy zebrało mu się na wymioty. Żołądek momentalnie podskoczył do gardła i chociaż nie zdążył zjeść wiele (Wybacz, Doktorku!), to i tak wyrzucił z siebie pokaźną porcję przetrawionego, Mirkowego ramienia. Zatoczył się, przetarł przegubem dłoni usta (To nie są moje usta!) i mozolnie parł w stronę wyjścia. Spanikowany głosik usiłował przedrzeć się do jego jaźni, lecz Dariusz zagłuszał go, ignorował, skupiał się tylko na ucieczce z więzienia. Coś cię obrasta, Darek! Coś wyrasta z twoich porów. „Nie mów mi, że to cię nie interesuje” – piszczał głosik. – „A poza tym, gdzie są wszyscy ludzie?”.

Zmukowicz jęknął, wczepił palce w oczka zbrojonej siatki (coś krępowało jego ruchy), ramieniem otarł twarz (jakąś taką szorstką) i spojrzał przed siebie. Koniec korytarza był bliski, zaś wrota do zakładu karnego były rozwarte na oścież.

Zmukowicz zebrał się w sobie, stłumił mdłości i dał naprzód z kopyta. Minął bramkę przy końcu korytarza, minął puste budki strażników i wypadł przez główną bramę na chodnik. Nieopodal stały zaparkowane radiowozy, samochody straży oraz cywilnych pracowników więzienia. Wszystkie auta pokryte dziwaczną rośliną przypominały raczej odpowiednio przystrzyżone krzewy. Pierogi były wszędzie! Porastały słupy, pięły się po ścianach domów, wchodziły na trawniki, na drzewa, na latarnie i światła sygnalizacyjne. W krajobrazie pojawiło się coś nowego – słupy. A przynajmniej wydawało mu się, że widzi słupy. Co najmniej kilka setek! Powoli, jakby zbliżał się do legowiska węży, podszedł do najbliższego „słupa”.

To nie był słup. To był człowiek. Człowiek, spowity od stóp do głów zielenią niczym pajęcza zdobycz kokonem. Pomimo kwitnącej plątaniny, dostrzegał w niej twarz – kobieta miała zamknięte oczy i lekko uniesione kąciki ust, jakby śniła przyjemny sen.

– O mój boże! – Dariusz krzyknął, przestraszywszy się własnego głosu. Krzyknął raz drugi, gdy kobieca twarz otworzyła lazurowe oczy.

– Witaj – powiedziała. – Czekamy na ciebie.

Zmukowicz nie był w stanie odpowiedzieć. Strach odebrał mu głos.

Kwitnąca twarz uśmiechnęła się łagodnie.

– To jest dobre miejsce – mówiła, a Darkowi zaczęło się wydawać, że te słowa rozbrzmiewają w jego głowie.

W istocie, kobieta nie otwierała ust. Coś się z nich wydobywało, lecz bardzo powoli – zielone pnącza albo pąki kwiatów. Mimo to Zmukowicz wyraźnie słyszał, jak mówi.

– To jest dobre miejsce. Dużo słońca. Będzie ci tu przyjemnie. To bezpieczne miejsce. – Pauza, a potem: – To jest dobre miejsce. Dużo słońca. To bezpieczne miejsce…

Kolejna fala torsji wstrząsnęła jego ciałem. Zwymiotował wprost na skryte pod zielenią nogi kobiety. Ta przerwała swój monotonny monolog i przymknęła powieki, zachowując na twarzy delikatny uśmiech madonny.

– Dziękuję – rozbrzmiał mu w głowie jej głos.

Dariusz zaczął wrzeszczeć. Wrzeszczał, dopóki się nie zmęczył. Chciał usiąść, ale zauważył, że wygodniej mu na stojąco, że spowijające go tysiące cieniutkich niteczek stanowiły niezgorsze oparcie. Wystawił zmęczoną twarz do słońca, mając nadzieję, że ciepło odpędzi panikę. Nie zawiódł się. A potem usłyszał rozmowy.

Tysiące, a potem miliony głosów prowadziły konwersację. Rozumiał je wszystkie, włączał się nawet, ale wyłącznie do tych, które go interesowały. Od czasu do czasu wymiotował, co przynosiło mu nieopisaną radość. Zupełnie jakby był na haju. Wkrótce, gdy wyhoduje dostatecznie dużo liści, gdy dzięki znojnej pracy owadów złączy się z pozostałymi w wielojedność, wystarczy już tylko fotosynteza. Jedna doba – tyle trzeba było, aby wszystko zrozumiał. Słońce dodawało mu energii, a po drugiej stronie globu, gdzie akurat nastała noc, kilka miliardów głosów śpiewało: To jest dobre miejsce. To bezpieczne miejsce. Będzie nam tu dobrze. To jest dobre miejsce. To bezpieczne miejsce. To początek wieczności.

h

Pierogowa Dolina Januszowych Marzeń by Karol Zdechlik

h

 

– O przybądź Szatanie i zrób mi śniadanie! – zawodzenie Matki Piotra niosło się po całym mieszkaniu. Pan Kozioł zabrał bowiem wszelakie naczynia i schował je w swoim małym świecie, gdzie nikt poza nim nie miał do nich dostępu.

Dzieła zniszczenia dopełnił Kij Od Mopa. Gdy nikt nie widział, zeżarł wszystko, co było, po czym pozamiatał okruchy z podłogi.

Jakby robiąc na złość Matce Piotra, ani Szatan, ani żadna inna jadalna gadzina nie pojawiła się w zagraconej zawiedzionymi nadziejami i życiowymi rozczarowaniami kuchni.

Pan Janusz wszedł do pomieszczenia, pogłaskał Matkę Piotra po jej zielonych włosach opadających aż na tyłek. Zamerdał jaszczurczym ogonem.

– Nie ma jedzenia – stwierdził fakt. – Zawiódł nas Pan Kozioł. Zamknął przed nami swój mały świat. Ale jest jeszcze nadzieja.

– Jaka? – Matce Piotra zaburczało przeciągle w trzewiach.

– Na syte jutro i smaczne dziś!

Efekt tego stwierdzenia popsuł Pan Kozioł. Wszedł do kuchni, zagrzechotały kopyta na kafelkach.

– Bóg mnie nie kocha, może wy mnie pokochacie?

– Tak jak lubisz. – Pan Janusz uśmiechnął się. – Kijem Od Mopa. Od tyłu. Ale najpierw oddaj naczynia.

– Nie mam ich już. – Pan Kozioł zasępił się. Opuścił łeb i spojrzał płaczliwie na obecnych. – Głosy kazały mi je pożreć.

– Pożarłeś nasze naczynia? Ale oprócz nich zabrałeś samowar po dziadku Romualdzie Śmietanie. Dziadek będzie się gniewał. – Matka Piotra spojrzała na Pana Kozła z wyrzutem, strzygąc uszami.

– Nie będzie. – Pan Kozioł zasmucił się jeszcze bardziej. – Bo przecież nie żyje.

– Ach, no w sumie.

– Chodźmy wszyscy do Pierogowej Doliny Januszowych Marzeń! – Pan Janusz przybrał pozę teleewangelisty, rozpościerając ręce w geście zaproszenia obecnych do Ziemi Obiecanej.

– Jeeeej. – Matka Piotra zaczęła klaskać.

Pan Janusz podszedł do drzwi w ścianie, otwierając je na oścież. Do kuchni wpadły zza nich promienie słońca, w powietrzu uniósł się zapach fiołków.

Zgromadzeni przepchnęli się obok krzywego stołu, by też zaglądnąć w nieznane rozpościerające się za przejściem.

– O jak tam pięknie – westchnęła Matka Piotra.

– Aż mi stanął – stwierdził Pan Kozioł i nastroszył sierść.

– Musimy tylko uważać na Pierogowe Bestie Zenona – wtrącił Pan Janusz.

– Po czym je rozpoznać? – spytała Matka Piotra.

– Po tym, że są Pierogowymi Bestiami Zenona – odparł Pan Janusz i pogładził wąs.

– Ach, to wyjaśnia wszystko – odparła Matka Piotra.

Pan Kozioł opadł na cztery łapy i wszedł do Pierogowej Doliny Januszowych Marzeń.

Pan Janusz zachwiał się i kichnął. Wypuścił z ręki przytrzymywane drzwi.

Siła kichnięcia była na tyle duża, że odrzuciła Matkę Piotra w drugi kąt kuchni.

Oprócz tego zatrzasnęła drzwi do Pierogowej Doliny Januszowych Marzeń. Pan Kozioł został w nieznanej krainie.

– O nie – powiedział Pan Janusz.

– O nie! – krzyknęła Matka Piotra, wstając niezgrabnie z podłogi.

– O nie – westchnął żałośnie Pan Kozioł zza zamkniętych drzwi. – Wpuśćcie mnie z powrotem! – dodał po chwili.

– Ups. – Pan Janusz spojrzał na trzymaną w dłoniach urwaną klamkę od drzwi. – No, to mamy kolejny problem, oprócz głodu.

– Aaaaaaa! – wrzasnął Pan Kozioł.

Drzwi załomotały, coś zza nich próbowało wedrzeć się do kuchni.

Krzyk Pana Kozła przeszedł w spazmatyczne jęki. Coś sapało przeraźliwie.

– Ojej – wyrwało się Panu Januszowi. – Cóż, Pierogowe Bestie Zenona są wiecznie niezaspokojone seksualnie. Ale jesteś w końcu kozłem, Panie Koźle, więc może nie będzie ci to aż tak przeszkadzać?! – krzyknął Pan Janusz w stronę zatrzaśniętych drzwi.

– A co z jedzeniem? – Matka Piotra załamała ręce.

– Cóż – powiedział Pan Janusz. Bardzo lubił używać słowa „cóż”. – Zawsze możemy iść do sklepu należącego do sieci popularnych dyskontów i kupić pierogi za 5,99zł.

– Ostatnio mieli tylko owocowe. – Matka Piotra musiała podnieść głos, by zagłuszyć meczenie i odgłosy intensywnej kopulacji dobiegające zza drzwi do Pierogowej Doliny Januszowych Marzeń.

– To kupimy owocowe, zjemy je posypane cukrem i polane roztopionym masłem.

– Dobrze – ucieszyła się Matka Piotra. – Ale na czym je zjemy? Nie mamy naczyń. Nie mamy nawet w czym ich ugotować.

– Faktycznie – przyznał Pan Janusz. – Nie przejmuj się jednak. Razem na pewno coś wymyślimy!

Pan Janusz otworzył drzwi do sklepu należącego do sieci popularnych dyskontów, po czym przeszedł przez nie. Matka Piotra poszła za nim, z dumnie podniesioną głową i nadzieją w sercu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: