polskie centrum bizarro

„Coś na wycieraczce” by Slartibartfast Gambolputty

In Opowiadania on Marzec 6, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtHistoria zna wiele podobnych przypadków. Choć podręczniki i inne annały zwykle na ich temat milczą… Zaraz, zaraz, o czym my tu…? A tak – Paskud otrzymał właśnie opowiadanie sprokurowane przez niejaką Slartibartfast Gambolputty (zdaje się, że to pseudonim, choć ręki ani żadnej innej kończyny nie damy sobie za to uciąć!), której porażająca wizja przyprawiła go o oczopląs i nawrót paranoi otchłannej. Niniejszym zapraszamy do lektury wszystkich, zwłaszcza tych odważniejszych, niedobroliterkowych czytaczy.

Nawiasem mówiąc (pisząc?), jak obiecuje (grozi?) autorka, obecnie pracuje nad kolejnym tekstem, który zaludniać będzie stado niezwykle groźnych kreatur: przerażająca Babka Klozetowa, dzierżąca w dłoni Mokrą Ścierkę Zagłady, Szczur z Wychodka, krwiożercze transylwański kurczaki zwane Drakurami… i wiele, wiele innych.

h

Coś na wycieraczce

h

Dla Potterka, najdoskonalszej istoty we Wszechświecie

h

Tak, to prawda, że poćwiartowałem teściową, udusiłem żonę, a starą zniedołężniałą sąsiadkę zatłukłem jej własnym chodzikiem. Podłożyłem też ogień pod siedzibą Koła Gospodyń Wiejskich, a do ewakuujących się babsztyli strzelałem. Zmasakrowałem również przewodniczącą kółka różańcowego, dyrektorkę szkoły i jej dwie podstarzałe podwładne. Piłą mechaniczną, bo skończyła mi się amunicja.

I tak kontynuowałem dzieło zniszczenia, aż nie ostał się ani jeden odziany w moher łeb.

Zrobiłem to, ale nie jestem żadnym mordercą. Czy Dratewkę nazwali mordercą, kiedy ubił smoka? Nie, ogłosili go bohaterem, nawet pół królestwa w nagrodę dali. Wprawdzie w superpromocji czy w ramach innej umowy wiązanej wcisnęli do kompletu rękę królewny, ale to i tak lepsze niż kaftan pieprzonego bezpieczeństwa, w który mnie ubrano.

Co ma smok do teściowej – oprócz podobieństwa z mordy i charakteru?

Chodzi mi o to, że nie zabiłem człowieka, żadnego człowieka. I nie mam tu na myśli prastarej mądrości ludowej głoszącej, że teściowa to nie człowiek.

To, co ukrywało się pod i tak obmierzłą powłoką wrednych, złośliwych babsztyli to były potwory. Prawdziwe potwory rodem z horroru. Pradawne zło z kosmicznej otchłani, koszmar o jakim się nawet Lovecraftowi nie śniło.

Stwory te, tak wstrętne i plugawe, że opis ich został usunięty przez cenzurę z oryginalnego wydania „Necronomiconu“, a wspomina o nich tylko pewien starożytny chiński traktat oraz „Naturon Demonto“ zwane są „Pełzającą Zębatą Zgnilizną z N’gah-Arsh“ i są najstraszliwszymi ze wszystkich rezydentów piekielnych wymiarów. Albowiem inne przedwieczne kosmiczne plugastwa wiją się kulturalnie w Otchłani, czekając aż im się gwiazdy odpowiednio ułożą. Czasem czubek macki na zewnątrz wytkną, ale zazwyczaj nie przychodzą niewzywane. Potwory z zasadami…

A te kreatury? Zamiast jak reszta czaić się na progu, srają na wycieraczkę.

Sam Wielki Cthulhu się za tę hołotę wstydzi. Powiadają nawet, że to za ich sprawą oszalał Azathoth. Taki to kurwi gwiezdny pomiot…

Skąd to wiem? Kot mi powiedział. A potem ściągnąłem z Internetu „Naturon“. Audiobooka. To nie był dobry pomysł. Nigdy nie puszczajcie na głośnikach plików dźwiękowych zawierających inwokacje ze starożytnych ksiąg demonologicznych. Nigdy.

Rozpętało się piekło i byłem zmuszony ukraść sołtysowi kombajn zbożowy…

Ale zacznijmy od początku.

Człowiekiem często targają niepokoje egzystencjalne, zadaje sobie pytania o życie, Wszechświat i całą resztę. Od lat najbardziej palącą mnie kwestią było: „Po jaką cholerę ożeniłem się z tą babą?“.

Babsko było naprawdę paskudne, złośliwe jak nowotwór, wredne i kłótliwe. Dziób jej się nie zamykał, całymi dniami wygłaszała pełne pretensji tyrady. Gdyby ogłoszono konkurs na najgorszą zołzę świata, zajęłaby drugie miejsce. Bo pierwsze bezdyskusyjnie przyznano by jej mamuni. To dopiero była zaraza! Gdyby przyśniła się Freddy’emu Kruegerowi, z rozpaczy zjadłby własną rękawicę.

I po co ja się w to bagno wpakowałem? Musiałem być mocno pijany…

Albo zrobiłem to ze strachu. Strachu przed byciem uznanym za nieprzystosowanego społecznie i wpojonego przymusu udawania, że jest się takim jak inni. Skutki intensywnej tresury w dzieciństwie… Od najmłodszych lat byłem programowany przez matkę, tresowany na optymalną uległość. „Życie polega na kłamstwie“ wbijała mi do łba swe motto życiowe. „Masz robić, myśleć i zachowywać się tak jak inni, każdemu się przypodobywać, uśmiechać się, włazić w dupę. Ani się waż mieć niepopularnych poglądów, ani się waż odstawać od reszty. Morda w kubeł i do szeregu.“

Każda próba buntu była karana. Czasem biciem, częściej szantażem. W tym była mistrzynią. Potrafiła łyknąć garść proszków (najprawdopodobniej były to jakieś witaminy albo coś równie nieszkodliwego) wrzeszcząc, że się otruje, gdy odmawiałem wykonania jakiegoś polecenia lub nie chciałem bawić się z rówieśnikami („bo normalny człowiek garnie się do ludzi, a ty, odludku, dzikusie parszywy, tylko wstyd na każdym kroku przynosisz, co inne matki powiedzą…“ – lamentowała. “Co ludzie powiedzą?“, to pytanie słyszałem za każdym razem.) Ciągle groziła też oddaniem mnie do poprawczaka, pokazywała jakieś papiery mające być jakoby podpisaną przez nią zgodą na natychmiastowe umieszczenie mnie w owym przybytku, wykonywała też pozorowane telefony, twierdziła, że odpowiednie władze już o mnie wiedzą i planują się zająć. Żyłem w ciągłym strachu, miałem koszmary, bałem się nawet własnego cienia, każdy dzwonek do drzwi wywoływał panikę. Tylko w łóżko się nie moczyłem – bałem się, że za to odda mnie do zoo. Albo zawlecze do weterynarza i każe uśpić.

Wypełniałem więc rozkazy i starałem się udawać „normalnego człowieka“ zgodnie z jej wyobrażeniami. Nie wychodziło mi to najlepiej. Nigdy nie lubiłem ludzi, unikałem towarzystwa, nie umiałem rozmawiać, uśmiechać się ani utrzymywać kontaktu wzrokowego. Zero zdolności społecznych. A matka szalała, bo „wszyscy mają normalne, udane dzieci, tylko jej się taki wyrodek trafił, ludzie gadają, że pewnie psychicznie chory, palcami ją wytykają…“

Jeszcze gorzej zrobiło się, gdy poszedłem do szkoły. Nie umiałem się integrować, nie zawierałem przyjaźni. Inne dzieciaki wyczuwały instynktownie moją odmienność i tłukły mnie ile wlezie. A w domu obrywałem jeszcze od matki, bo „skoro mnie biją, to na pewno moja wina, musiałem im coś zrobić“. Nauczyciele też mnie nie lubili. Nie umiałem się podlizywać, byłem małomówny, paraliżowało mnie ze strachu, gdy kazano mi odpowiadać na pytania. I nigdy nie chciałem brać udziału w „życiu społecznym klasy“. Po każdej wywiadówce w domu była dzika awantura.

W szkole średniej (wybranej przez mamusię) odkryłem alkohol i narkotyki. Pomagały się znieczulić, zobojętnieć na otoczenie i jakoś brnąć przez życie, którego każdej sekundy nienawidziłem. Wywalili mnie z dwóch ogólniaków, w końcu skończyłem wieczorówkę. Matury nie zdałem, matki plany posłania mnie na studia wzięły w łeb. Myślałem, że mnie zamorduje.

Z każdej pracy, załatwianej przez matkę, wyrzucali mnie najpóźniej po miesiącu. Bo się nie angażowałem, nie integrowałem i w ogóle byłem jakiś dziwny, ludzie czuli się przy mnie niekomfortowo. I ciągle przesiadywałem w kiblu, stres związany z przebywaniem wśród ludzi wywoływał u mnie częste wymioty. Funkcjonowałem tylko na amfetaminie i wódce, prawie nic nie jadłem. Miałem wszystkiego dość, często myślałem o samobójstwie. Ale na to byłem zbyt tchórzliwy.

Matka wyzywała mnie od nieudaczników, tłukła po łbie i histeryzowała. Zająłem się pisaniem tekstów w Internecie (głównie horrorów), żeby jak najmniej wychodzić z domu. Nawet wyprawa do sklepu była dla mnie problemem. Coraz bardziej brzydziłem się ludzi.

Wtedy matka postanowiła wrobić mnie w małżeństwo. Miesiącami powtarzała, że wszystkie dzieci jej koleżanek mają rodziny, taka wspaniała normalna młodzież, a ona musi się za mnie wstydzić, ludzie mnie za wariata mają, kompromituję ją. Groziła, że się zabije, że mnie ubezwłasnowolni, jak od dawna jej wszyscy radzą, bo ona ma już dość bycia z mojego powodu pośmiewiskiem. Nadawała tak bez przerwy i w końcu dopięła swego. Wcisnęła mi córeczkę swojej przyjaciółki ze szkoły, mieszkającą we wsi Szambowice Dolne, słynącą na całą okolicę z paskudnego charakteru i ciętego języka.

Tak właśnie wylądowałem na zabitej dechami wsi, z żoną i teściową prześcigającymi się nawzajem w urządzaniu mi piekła na Ziemi. Na porządku dziennym były latające talerze, walenie wałkiem w łeb; od ciągłego babskiego jazgotu omal nie ogłuchłem. Nie było dnia bez awantury. Często nocowałem w stodole. Coraz więcej piłem i zażywałem. Zaprzyjaźniłem się z miejscowym bimbrownikiem, Józkiem. On też stronił od ludzi, łączyły nas wspólne zainteresowania, no i pędził świetną gorzałkę. Miał też w polu dobrze ukrytą plantację marihuany. A w bibliotece dzieła zebrane Roberta Antona Wilsona.

Przyzwyczajony do babskich rządów znosiłem wszystko, aż pewnego dnia przelała się czara goryczy. Z powodu kota.

Znalazłem w polu kociaka. Wracałem właśnie z degustacji nowego Józkowego produktu i usłyszałem rozpaczliwe miauczenie. Rozejrzałem się. Przy miedzy kulił się i trząsł mały futrzany kłębuszek. Zawsze kochałem koty.

– Chodź tu, maleńki. – Podniosłem go i przytuliłem. Kotek wczepił się pazurkami w koszulę i zamruczał. – Zaopiekuję się tobą.

Zaniosłem go do domu. W progu żona czekała z powitaniem.

– Znowuś się schlał, skurwysynu! – wydarła mordę. – Ja ci najlepsze lata życia… A to co? – Zauważyła kociaka. – Przybłędy mi tu ochlapus jeden do domu sprowadza! Sierściucha w worek i do rzeki!

I wtedy po raz pierwszy jej przywaliłem. Porządnie, takiego ciosu nie powstydziłby się sam Lennox Lewis. Wywinęła koziołka i nakryła nogami. Doskoczyłem i chwyciłem ją za gardło.

– Słuchaj, kurwo – wysyczałem. – Jeżeli ty, albo twoja kurewska mamusia chociaż spojrzycie krzywo na tego kota, zapierdolę was obie. I wynoszę się stąd – dodałem.

– Do… do… dokąd? – wyrzęziła zaskoczona.

– A w ciężką cholerę – odpowiedziałem. – I nie próbuj mnie powstrzymywać.

Tę noc spędziliśmy z kocurkiem w stodole. Miałem tam zabunkrowane zapasy jedzenia, także kociej karmy (czasem odwiedzały mnie okoliczne koty). Nakarmiony kotek wtulił się we mnie i zasnął. Mruczał przez sen. Był piękny, rudy i pręgowany, jak tygrys.

– Nazwę cię Pan Tygrys – postanowiłem.

Nie wyspałem się tej nocy, czuwałem w obawie, że te dwie wiedźmy podkradną się szukając zemsty. Bałem się o kotka.

Rano powędrowaliśmy do Józka Bimbrownika, negocjować wynajęcie poddasza. Chłop był w porządku, zgodził się bez wahania. W zamian miałem mu pomagać w pędzeniu gorzałki.

Zadomowiliśmy się i zaczął się najwspanialszy okres mojego życia. Wolność od bab (Józek z obejścia widłami przeganiał). Pan Tygrys rósł jak na drożdżach. Z maleńkiej kulki przeistoczył się we wspaniałego młodego kota. Kochałem go do szaleństwa, jak nikogo innego. Rozpieszczałem go, kupowałem przysmaki i zabawki, a on przytulał się i mruczał. Po raz pierwszy w życiu byłem szczęśliwy.

Z parszywą żoneczką spotykałem się okazjonalnie. Głównie w sklepie spożywczym, wymieniając nieuprzejmości. Dobrze, że nie mieliśmy dzieci. Po pierwsze, brzydziłem się bachorów. Po drugie, nie mogła mnie podać do sądu o alimenty.

Spotkania z teściową na gościńcu wiejskim… Gdyby spojrzenia mogły zabijać… Nie poprzestawała na tym, rzucała się z pazurami. Mam kilka blizn na twarzy, raz musieli mi szwy zakładać.

Pan Tygrys lizał moje rany i wszystko było w porządku.

Aż pewnego dnia spotykam teściową na miedzy. Wracałem właśnie ze sklepu, niosłem piwo i jedzenie dla kota. Raszpla tarasowała drogę. Postanowiłem iść przez pole. Chyba nikt nie lubi wdeptywać w gówno. Wtedy wyciągnęła w moją stronę rękę, zawodząc:

– N’gah ng phnlglui fhtagn khargh…

– Mamusia będzie rzygać? – zapytałem. – Było tyle nie żreć. – Teściowa zeżarłaby konia z kopytami.

I wtedy uniosła się w powietrze. Lewitowała pół metra nad ziemią. Oczy zaświeciły jej na czerwono.

– No i kurwa mam delirium – stwierdziłem. – Za dużo Józkowego samogonu.

Podfrunęła w moją stronę. Poczułem przenikliwy chłód. Nagle z trawy wyskoczył Pan Tygrys. Usiadł przede mną, uniósł łapkę i zamiauczał.

Babsztyla odrzuciło w tył, jakby oberwała niewidzialną pięścią.

– Paszoł won, demonie – przemówił kot. – On jest chroniony.

Teściowa zasyczała. Rzuciła się do przodu w próbie ataku, ale znów ją odrzuciło. Klapnęła na zad.

– Won, kurwo, mówiłem – powtórzył Pan Tygrys. – Nie masz mocy nad Panem Mrocznych Ścieżek. – Odwrócił się w moją stronę. – Bierz zakupy i wracamy do domu – zakomenderował. – Tuńczyka kupiłeś?

– Ty mówisz?

– A co, głuchy jesteś? Tuńczyk jest?

– Jest, jest – odpowiedziałem. – Ale…

– Pogadamy w domu. A ty leżeć, szmato! – wrzasnął na teściową, która próbowała podnieść się z ziemi. Przypłaszczyło ją, mordą prosto w krowi placek.

– Jak ty to robisz?– zapytałem.

– W domu. Idziemy.

Posłusznie podążyłem za nim. Mój kot, pogromca złego… Odważyłem się odezwać dopiero, gdy znaleźliśmy się w naszym pokoju.

– Ty mówisz! – stwierdziłem.

– Aleś ty spostrzegawczy – odpowiedział. – Mówię. Każdy kot mówi. Jak ma ochotę.

– A teściowa? Ona latała…

– To już nie jest twoja teściowa. Jej ciało przejął demon.

– Jak w „Evil Dead“?

– Dokładnie.

– A jak ci się udało ją powstrzymać?

– Jestem kotem. Mamy swoje sposoby. Żaden demon nam nie podskoczy. Zjadłbym tuńczyka.

Napełniłem miseczkę. Tygrysek zabrał się do jedzenia. Skończył, oblizał pyszczek i powiedział:

– Pyszne. A teraz musimy poważnie porozmawiać. Ciało twojej teściowej zajmuje obecnie Pełzająca Zębata Zgnilizna z N’gah-Arsh.

– Co??? – spytałem.

– Pełzająca Zębata Zgnilizna z N’gah-Arsh. To wyjątkowo paskudna odmiana bytów demonicznych, najgorsza z przenikających do tego świata. Istnieje tylko kilka ohydniejszych stworów, ale one nie pojawiają się w tych wymiarach, więc nikt tu o nich nigdy nie słyszał. O N’gah-Arshach wiedziano od dawna, ale są tak plugawe, że cenzura usunęła ich opis z oryginalnego wydania „Necronomiconu“ i innych tego typu ksiąg. Opisuje je tylko „Naturon Demonto“ i starożytny chiński traktat „Juh Shi Suh Mo Go Dohng Shee?” autorstwa mistrza Lio Coh Jwei Ji Neong Hur Ho Deh Yung Duh Buhn Jah J’wohn.

– Jakiego mistrza?!

– Lio Coh Jwei Ji Neong Hur Ho Deh Yung Duh Buhn Jah J’wohn to wybitny chiński demonolog, mistrz wiedzy tajemnej. Żył 4000 lat temu i stworzył wiele wybitnych dzieł okultystycznych, takich jak „Da Bian Hua”, „Ri Shiao Gou Shi Bing” czy „Da Shiong La Se La Ch’wohn Tian”. Niestety, żadne z nich nie zostało przetłumaczone. Jego wiedza na temat N’gah-Arshów nie miała sobie równych. Nazywał je Ung Jeong Jia Ching Jieh Soh. Prawdopodobnie autor „Naturonu” znał jego prace i w oparciu o nie opisał pokraki w swojej księdze.

– Skąd to wszystko wiesz? – zapytałem.

– Jestem kotem. No więc, N’gah-Arshe. Kiedy już pojawią się w okolicy, a przyłażą nieproszone, nikt nie musi ich wzywać, niepotrzebne są żadne inwokacje czy rytuały, jak w przypadku innych szanujących się monstrów… robią powtórkę z „Inwazji porywaczy ciał“.

– Widziałem ten film – wtrąciłem.

– Nie przerywaj. Lepiej podrap mnie za uszami. I słuchaj uważnie, bo nie chce mi się powtarzać. Włażą do świadomości upatrzonego nosiciela, zastępują ją i przejmują jego ciało.

– Którędy włażą?

– A przez dupę włażą. Mówiłem, nie przerywaj. Nie mogą opętać każdego, ofiara musi być kompatybilna. Dlatego wybierają najwredniejsze, najzłośliwsze babsztyle. Takie jak twoja teściowa. I żona, ją pewnie też już mają. Razem z resztą najpaskudniejszych bab na wiosce. To jak z transplantacją, musi być zgodność. Tylko tu zamiast czynników genetycznych liczą się duchowe. A pod tym względem twoim dwóm jędzom naprawdę niedaleko do rezydentów Otchłani. Gorszych suk w życiu nie widziałem…

– Przedstawiłbym ci mamusię…

– Wstrętne dziwki, podłe, nie lubiące kotów. A ta bladź, twoja żona, chciała mnie utopić! Mnie! Malutkiego, bezbronnego kociaka! Morderczyni pierdolona! Zabicie kota to najgorsza zbrodnia! Za to kara śmierci to mało!

– Nie pozwoliłbym cię nigdy skrzywdzić, skarbie – powiedziałem, drapiąc oburzonego kota za uszami. – Nigdy.

– Wiem – odpowiedział. – Ty jesteś mój. Ale jej wtedy pięknie przywaliłeś…

– Zasłużyła…

– Tak, na pluton egzekucyjny, ćwiartowanie i łamanie kołem. Wracając do tematu, N’gah-Arshe wybierają właśnie takie żmije o podłym charakterze, złośliwe mordziaste prukwy uwielbiające znęcać się nad innymi, podstępne, wieczne kombinatorki, dewotki i podobną hołotę. Takie, co nie lubią kotów. Których żaden kot nie kocha i nie ochroni.

– Ty mnie obroniłeś…

– Tak, przed bezpośrednim atakiem. N’gah-Arshe nie mogą cię opętać, nie nadajesz się na nosiciela. Ale mogą cię zeżreć.

– Zeżreć?! Jak zombie?

– Nie, im nie zależy na mięsie, chociaż czasem wykorzystują części ciał ofiar w swoich rytuałach. Wypiłyby z ciebie to, co nazywają duszą, odebrałyby ci energię życiową.

– Teraz już rozumiem, dlaczego na nosicieli wybierają baby takie jak moja żona czy teściowa. Mamusia też pewnie by się im spodobała – stwierdziłem.

– Tak, tego typu babsztyle są tak podobne demonom jak to tylko możliwe w przypadku istot ludzkich. Potrafią odebrać ci chęć do życia, zatruć i odebrać wszystko, aż zostanie tylko pusta skorupa. Nic dziwnego, że N’gah-Arshe ciągną do nich jak muchy do gówna. Pełna kompatybilność, nosiciele idealni. Właściwie różnią się tylko tym, że demony zżerają cię w bardziej widowiskowy sposób.

– Można się przed nimi jakoś obronić?

– Piłą łańcuchową, siekierą, ostrą amunicją. Rozwalić łeb, porąbać na kawałki. Spalić. Bez ciała nie mogą tu funkcjonować.

Przed oczami stanęła mi wizja teściowej pokrojonej na plasterki. Piękne, kurwa, piękne… Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Nieraz marzyłem, by zrobić jej z dupy jesień średniowiecza.

– Pozbawione nosiciela – kontynuował Pan Tygrys – muszą spieprzać do swoich wymiarów i czekać na następną okazję.

– Czyli mam kurwę poćwiartować? – zapytałem.

– Kurwy. Jest ich więcej. Zawsze przybywają stadem. Kolejna ich cecha wspólna z babsztylami. Zauważyłeś, jak baby zawsze gromadą lezą do kibla w dowolnym miejscu publicznym?

– No tak…

– A tu mogą w nosicielach przebierać, istna światowa stolica kurewstwa. Znasz najwredniejsze babsztyle w okolicy?

– Co do sztuki. – Pomyślałem o przyjaciółkach teściowej, odrażającej gromadzie starych plotkar i dewotek zebranych w Kole Gospodyń Wiejskich, pełniącym również funkcję kółka różańcowego. O sąsiadce czającej się z lornetką w oknie, z którego często wylewała mi na łeb zawartość nocnika, wrzeszcząc coś o degeneratach i zakałach społeczeństwa. O…

– O kurwa! Armia Ciemności! – stwierdziłem.

W okolicy była tylko jedna sympatyczna niewiasta, mieszkająca w leśnej chatce wraz ze stadem kotów babcia Abrakurwakadabra. Miejscowe baby nazywały ją parszywą wiedźmą i nienawidziły jak morowej zarazy. Spluwały na jej widok, gdy szła ulicą – często zataczając się ze śpiewem na ustach, bo nie stroniła od alkoholu. Nosiłem jej do chatki Józkowy bimber, a ona częstowała mnie nalewkami z owoców leśnych własnego wyrobu oraz wywarami ziołowymi, po których widziałem białe myszki i inne stworzenia z baśni i legend. Wyleczyła mi też hemoroidy.

– Babcia A.! – wykrzyknąłem. – Trzeba ją ostrzec!

– Ona już wie – odparł Pan Tygrys. – Przecież jest czarownicą.

– Czarownicą? Prawdziwą? Wiem, że ją tak nazywają, ale to złośliwe babsztyle i…

– Prawdziwą. To adeptka Hermetycznego Zakonu Srebrnego Kociego Pazura. Ją to N’gah-Arshe mogą co najwyżej w dupę pocałować.

– A Józek? Co z Józkiem? Gdzie się podziewa? – Nie było go w domu. – Może już go dopadły? – Zerwałem się na równe nogi.

– Siadaj – polecił mi Tygrysek. – Józek śpi pijany w polu, widziałem go po drodze. Zresztą poradzi sobie, jest w końcu magiem Chaosu.

– Czarownica? Mag? Kurwa mać! O czym jeszcze nie wiem?!

– Heniuś, ten który zawsze przesiaduje na ławeczce pod monopolowym, to wilkołak…

– A ja myślałem, że ma po prostu taką zarośniętą gębę…

– W lesie roiło się dawniej od skrzatów, ale je z kolegami wyłapaliśmy, bo skurwysyny szczały nam do miseczek z mlekiem. W jeziorze żył kraken, ale go kłusownicy prądem załatwili. Pamiętasz jak w spożywczym pojawiło się zatrzęsienie tanich owoców morza? Całkiem nieźle smakował… – Kot oblizał się wspominając. – A te kręgi w zbożu to ślady po lądowaniu kosmitów. Przylatują tu regularnie.

– Kosmici!? – Oglądałem wszystkie odcinki „Archiwum X“. – Co oni tu robią? Uprowadzają? Eksperymentują? Sondują? – Złapałem się przerażony za dupę.

– Spokojnie – powiedział Pan Tygrys. – Oni tylko bimber i zioło od Józka kupują. Czasem jakąś krowę z pastwiska na zakąskę podpierdolą.

– Coś jeszcze? – zapytałem.

– W sąsiedniej wiosce wampiry klub nocny otworzyły.

– Klub nocny? Znaczy się…

– Znaczy się burdel prowadzą. I nie narzekają na brak klientów.

– Skąd wiesz?

– Koty wszystko wiedzą. A poza tym byłem tam parę razy.

– Ty? W burdelu?! – Szczęka opadła mi do samej ziemi.

– A co? Byłem. Jak i wszystkie koty w okolicy. Krwiopijcy płacą nam haracz. W rybach i innych przysmakach. Zmęczyło mnie to gadanie. Muszę się przespać.

Wskoczył na łóżko i zwinął się w kłębek. Po chwili zasnął, mrucząc przez sen.

Nalałem sobie szklankę bimbru i opróżniłem jednym łykiem. Nalałem następną. Musiałem ochłonąć, jakoś to sobie we łbie poukładać. Świat wywrócił mi się na drugą stronę, zupełnie jak żołądek po spożyciu tych podejrzanych zapiekanek serwowanych na pobliskiej stacji benzynowej (Z czego oni je robią? Ze zdechłych szczurów?) Demony, czarownice, kosmici, wampiry? To się w jasnej dupie nie mieści!

Postanowiłem poszukać w sieci informacji o N’gah-Arshach. „Naturon Demonto“, tytuł brzmiał znajomo. Już o nim kiedyś słyszałem… Tylko gdzie? Nie mogłem sobie przypomnieć.

Znalazłem to w formie audiobooka. Włączyłem odtwarzanie i słuchałem popijając.

Monotonna recytacja naszpikowanego archaizmami tekstu plus Józkowy samogon sprawiły, że wkrótce zmorzył mnie sen.

Obudził mnie Pan Tygrys, tłucząc łapkami po twarzy.

– Wstawaj! – krzyczał. – Wyłącz to! Natychmiast to wyłącz!

Z głośników dobiegał jakiś bełkot. Powtarzało się w nim słowo „kanda“ czy jakoś tak. Innych nie byłbym w stanie wymówić. Co to za dziwny język?

Nastroszony kot doskoczył do listwy zasilającej i całej siły walił łapką w przełącznik.

– Wyłącz to w tej chwili! – wrzeszczał.

Wyrwałem wtyczkę z kontaktu.

– Co się stało? – zapytałem miotającego się kota.

– Wiesz, co narobiłeś? – Pan Tygrys biegał po pokoju, od ściany do ściany. Przykucnął w kącie i wysikał się na podłogę. – Przepraszam, to z nerwów.

– Co ja takiego zrobiłem?

– Co ci do łba strzeliło, żeby inwokacje z demonologicznej księgi na głos odtwarzać? – pieklił się kot. – Horrorów nie oglądasz? Takich o grupie małolatów w głębi lasu? N’gah-Arshów ci mało, żeby jeszcze inne stwory przywoływać?

– Co przywołałem? Co się stanie? – Przypomniałem sobie gdzie słyszałem ten tytuł. – Drzewa ożyją? Trupy wyjdą z grobów?

– A skąd ja mam to wiedzieć?

– Myślałem, że koty wszystko wiedzą.

– Prawie wszystko. Co ja jestem, pierdolona Wikipedia? Musimy iść z tym do czarownicy.

– Do babci A.? Teraz?

– Teraz. Weź coś do obrony, teściowa pewnie gdzieś tam lata po nocy. I bimber dla babci. Zabierz też coś dla moich kolegów, chyba widziałem w lodówce kurczaka. Po drodze ukradniemy bańkę z mlekiem.

Spakowałem plecak; kilka butelek, piersi kurczaka, wrzuciłem też dwa piękne, świeże szczupaki. Mieliśmy z Józkiem tego towaru… Jezioro obfitowało w ryby, a nam trafiały się najlepsze sztuki. Na wymianę za bimber. W szopie znalazłem siekierę. Niech no mi się tylko teściowa na oczy pokaże!

No i się pokazała. W towarzystwie córuni.

Czaiły się przy drodze, ślepia gorzały im czerwienią. W ciemności ich przygarbione sylwetki przywodziły na myśl ogromne płazy. Wprawdzie i w świetle dnia wyglądały jak stare ropuchy, miały to coś w rysach twarzy. Podobno rodzina wywodziła się z Innsmouth…

I jak ropuchy, które ktoś napompował helem, uniosły się nad powierzchnię ziemi. Poszybowały w naszą stronę zawodząc:

– N’gah srargh arsh fhtagn blaargh ph’nglui prdr wgah’sralgh…

Żona wysforowała się na przód. Już rzucała mi się do gardła, gdy Pan Tygrys odbił się w pięknym wyskoku, lądując jej na klacie i przygniatając do ziemi. Nie wiedziałem, że ma tyle siły. To musiała być ta kocia magia. Uniósł łapkę mówiąc:

– Leżeć, dziwko!

Żona miotała się, toczyła pianę z pyska, bezskutecznie próbując uwolnić się spod kociej mocy.

– Trzymam ją, zajmij się drugą – polecił Tygrysek. Teściowa nadlatywała, wyciągając ku niemu szponiaste łapy.

– Odpierdol się od kotka! – wrzasnąłem. Zamachnąłem się siekierą, odrąbując babie rękę w ramieniu. Trysnęła krew, świecąca w ciemności. Na zielono, jak radioaktywne gluty… Teściowa wrzasnęła, odsłaniając zębiska godne krokodyla. Od cuchnących wyziewów z jej paszczy w oczach mi pociemniało.

– Giń, szmato! – Zaatakowałem w ślepej furii. Tym razem odrąbałem nogę. Nacierała dalej, zawzięta suka. Chlasnęła mnie szponami po twarzy.

– Oż, ty pizdo! – Następny cios przeciął babę w pół. To również jej nie powstrzymało. Odwłok znieruchomiał na ziemi, ale reszta fruwała, wymachując jedyną sprawną kończyną. Zwieszające się z brzucha kłęby jelit falowały w powietrzu, wiły się jak robaki, wydawało się, że sięgają do mnie i próbują oplątać. Nie miałem najmniejszej ochoty ginąć uduszony babskimi flakami. Wbiłem siekierę w łeb. Utkwiła. Zakręciłem teściową młynka i z całej siły rąbnąłem o grunt. Rozległ się chrzęst łamanych kości. Trzonek od siekiery został mi w ręku, głownia nadal tkwiła w czaszce teściowej. Wbiłem ją głębiej kopniakiem. Na wszelki wypadek.

Pan Tygrys w dalszym ciągu przytrzymywał żonę.

– Może byś pomógł? – zawołał.

Podbiegłem do niego, ściskając trzonek od siekiery. Przydusiłem babsztyla. Charczała, prychała, wybałuszała gały. Zmiażdżyłem jej tchawicę. Znieruchomiała.

– Nie żyje czy udaje? – spytałem kota.

– Tak dla pewności, to lepiej ją zakołkuj.

Posłusznie wbiłem trzonek w serce. Wtedy przypomniał mi się oglądany kiedyś horror, w którym wampir ożył po wyciągnięciu kołka. A zombiakom w każdym filmie trzeba było rozwalić łeb… Rozejrzałem się, wzrok padł na leżący przy drodze kamień. Chwyciłem i tłukłem w czerep aż mózg wyprysnął.

– Wiesz, to wyglądało jak scena z „Martwicy mózgu“ – skomentował kot. – Teraz musimy zorganizować mleko.

Zakradliśmy się na podwórko sołtysa. Przodem szedł Pan Tygrys. Dumnie, z uniesionym ogonem, wmaszerował na teren, spojrzał spode łba na stróżującego psa i powiedział:

– A tylko, kurwa, spróbuj zaszczekać! – Pies podkulił ogon i schował się do budy.

Wkrótce wyruszyliśmy w dalszą drogę, taszcząc dwie wypełnione po brzegi bańki (u Babci A. mieszkało sporo kotów). Byliśmy już pod lasem, gdy za plecami usłyszałem złowieszcze skrzypienie. Odwróciłem się. To była sąsiadka, ta od lornetki i wylewanej zawartości nocnika. Skrzypiał chodzik, na którym się zwykle poruszała. Tym razem trzymała go stopami, wlekąc po ziemi nad którą lewitowała.

– No, kurwa, następna – mruknąłem, odstawiając mleko. Wprawdzie mogłem wykorzystać bańkę w charakterze broni improwizowanej, ale nie chciałem pozbawiać kotów napoju.

– Mógłbyś użyć mocy? – poprosiłem Tygryska. – Tak jak wtedy w polu?

Kot machnął łapką i baba poleciała w tył. Zerwałem się do biegu, dopadłem, wyrwałem babie chodzik i zacząłem okładać. Tłukłem i tłukłem, aż ubiłem na miazgę.

– Skończyłeś? – zapytał Pan Tygrys.

– Tak. – Odrzuciłem precz umazane posoką, powyginane żelastwo.

– No to idziemy. Po drodze opłuczesz się w strumieniu. Wyglądasz jakbyś się z glutami pobił. – Krew bestii była zielona i cuchnęła zgnilizną.

Weszliśmy do lasu i wkrótce, z przerwą na doprowadzenie się do porządku, pukaliśmy do drzwi czarownicy.

– A kogóż to diabli po nocy przynieśli? – powitała nas w progu gospodyni ubrana w ciuchy z demobilu. Siwe włosy miała ostrzyżone na jeża. W pokrytej tatuażami ręce trzymała na wpół opróżnioną butelkę piwa. Przyjrzała mi się uważnie. – Właźcie do środka. Zaraz znajdę ci jakieś czyste ubranie. N’gah-Arshe, co?

– Skąd…? – zaskoczyła mnie.

– Mówiłem, że to czarownica. – Pan Tygrys wszedł pierwszy. – Cześć, chłopaki. Mamy mleko. I kurczaka.

 Obecne w izbie koty powitały go zbiorowym miauknięciem. Było ich około dwudziestu, wylegiwały się na łóżku i fotelach.

– Co tam słychać na wiosce? – odezwał się ogromny pręgowany kocur. – Demony się włóczą?

– Włóczą. Po drodze ubiliśmy trzy sztuki – odpowiedział Tygrysek.

Babcia A. grzebała w szafie.

– Mam tu jakieś rzeczy po myśliwych, powinny pasować – oznajmiła.

– Po myśliwych? – zdziwiłem się.

– Ano szlajają się typy po lesie, kotki drażnią, no to przydarzają im się różne wypadki…

– Babcia A. im się przydarza – wtrącił czarny kot, przerywając na chwilę wylizywanie podogonia. – Giną bez śladu, zaś łachy i sprzęt zostają…

– A co się ma dobro marnować… – Babcia podała mi stertę ubrań.

Przebrałem się. Czarownica rozlewała mleko do kocich miseczek. Wypakowałem z plecaka bimber i resztę zawartości. Koty od razu zainteresowały się rybami. Babcia A. podeszła i wykonała dłonią skomplikowany gest. Wytrzeszczyłem oczy. Szczupaki zmieniły się w pokrojone na kawałeczki filety.

– Magia w praktyce – wyjaśniła. – Nie lubię się babrać w kuchni. Jedzcie, kotki ukochane.

Nalała bimbru do szklanek.

– Co was do mnie sprowadza?

– Mamy problem – powiedział Pan Tygrys przełykając kawałek ryby.

– Z N’gah-Arshami?

– Nie tylko. Ten mój – wskazał na mnie – chciał się czegoś o nich dowiedzieć i ściągnął audiobooka. „Naturon Demonto“. Puścił na głos jakąś inwokację.

– Wiesz, co to było?

– Nie, ale pamiętam słowa.

– No dobra. – Abrakurwakadabra wstała i podeszła do półki z książkami. – Poszukajmy. „Necronomicon“, „Unnaussprechlichen Kulten“, „Autostopem przez Galaktykę“, „Da Shiong La Se La Ch’wohn Tian“… O, jest, „Naturon Demonto“ – wyciągnęła oprawioną w podejrzanie wyglądająca skórę księgę. Położyła na stole i przekartkowała.

– Inwokacje, inwokacje – mruczała. – A, tu są. Która to była?

Pan Tygrys zajrzał do tekstu.

– To nie ta. – Czarownica przewracała kartki. – Ta też nie. Nie. Nie. To ta! – Wskazał łapką odpowiedni fragment. – Ale bez ostatniej linijki, kazałem mu sprzęt wyłączyć.

– No i dobrze. – Babcia uważnie przyjrzała się wskazanemu przez kota zaklęciu. – Inaczej mielibyśmy powtórkę z „Evil Dead“.

– A teraz co mamy?

– Najprawdopodobniej ożywione demoniczne warzywa.

– Co?!

– Oglądałeś „Attack of the Killer Tomatoes“? Co tu rośnie na polach?

– Kapusta, buraki… Nie mam pojęcia.

– To nie zdziw się jak do gardła skoczy ci kalafior-morderca.

– Kurwa! Jak się przed nimi bronić?

– Posiekać na sałatkę. Ugotować. Usmażyć. Najlepiej napalmem.

– A nie ma jakiegoś przeciwzaklęcia?

– Nie ma. A poza tym, chciałbyś wylądować w średniowieczu? Jest inwokacja przywołująca Gwiezdną Kozę-Pożeraczkę z Golgafrincham, lecz to zbyt niebezpieczne. Wprawdzie zeżarłaby warzywa, ale z całą planetą. Nie ma mowy. To zaklęcie zakazane.

– Czyli jesteśmy w dupie?

– Mam pewien pomysł, tylko że wykonanie zajmie trochę czasu. Póki co noś ze sobą nóż kuchenny.

– Nóż kuchenny? A nie zostało przypadkiem po myśliwych coś z uzbrojenia? Bo tam na zewnątrz demoniczne babsztyle grasują…

– Zostało, zostało. Ale po cholerę ci strzelba? Dam ci coś lepszego.

– Magiczną różdżkę?

– Automat Kałasznikowa. – Babcia otworzyła stojącą pod ścianą skrzynię i wyjęła z niej AK-47.

– Jak się z tego strzela? – zapytałem, bo nigdy wcześniej nie miałem w rękach kałasza.

– Poczekaj, załaduję ci odpowiedni program.

– Jak w „Matriksie“?

– Coś w tym stylu. – Czarownica palnęła mnie otwartą dłonią w łeb. Błysnęło przed oczami, potem ujrzałem stado tańczących białych myszek. I nagle umiałem strzelać! Wziąłem automat, rozłożyłem, z powrotem złożyłem, przeładowałem.

– Tu masz zapasowe magazynki. – Babcia wręczyła mi pudło. Spakowałem zawartość do plecaka. Byłem gotowy na starcie z demonami.

– Musisz znaleźć kwaterę główną N’gah-Arshy – rzekła czarownica. – Jak już się nażrą, zbiją się w stado i będą próbować otworzyć bramę dla Wielkiego Arsha.

– Wielkiego Arsha?

– To ich przedwieczne bóstwo, zbyt straszliwe i ohydne by o nim opowiadać. Nie można dopuścić by wydostał się z Otchłani.

– A co z warzywami? Nie pobiją się między sobą o dominację nad planetą albo co?

– Niestety. N’gah-Arshe jako bardziej zaawansowany i potężniejszy gatunek demoniczny mają władzę nad pomniejszymi infestacjami. Czyli pewnie przejmą nad nimi kontrolę i użyją do własnych celów. Na przykład do obrony. Już wiedzą, że ktoś tu na nie poluje.

– Poszczują mnie marchewkami?

– Albo powołają do życia warzywne monstrum o sile straszliwej. Złożone z wielu.

– Przesrane – skomentowałem. Chwyciłem broń. – Czas skopać babsztylom dupy.

– Idę z tobą – zerwał się Pan Tygrys.

– A nie będziesz tu bezpieczniejszy? Nie przeżyłbym, gdyby tobie się coś stało.

– Nie puszczę cię samego! – odparł, ocierając mi się o nogi. Kochany kot!

– Powodzenia – życzyła nam czarownica. – Wkrótce do was dołączę. Tylko coś na warzywa przygotuję. Upolujcie mi, kotki kochane, trochę zajęcy – poprosiła swoich ulubieńców. Koty wstały i wybiegły w las. My z Tygryskiem podążyliśmy w stronę wioski.

– Jak myślisz, gdzie one mogą siedzieć? – spytałem kota.

– Baby? Pewnie w Kole Gospodyń Wiejskich.

Przyznałem mu rację. Za życia teściowa z żoną spędzały tam na plotkach całe dnie.

Szliśmy przez pole. Wokół unosiła się upajająca woń świeżego obornika. Wtem Pan Tygrys zastrzygł uszami.

– Słyszę coś – szepnął. – Tam jest. Rusza się.

Ostrożnie podkradliśmy się bliżej. To były kapusty. Tarzały się w nawozie, wydając obrzydliwe mlaszczące dźwięki. Odbezpieczyłem broń. Szczęk zamka je zaalarmował. Zafalowały liśćmi i potoczyły w naszą stronę. Nie czekając aż zaatakują, opróżniłem w ich kierunku magazynek.

– Jebać zdrową żywność! – wzniosłem okrzyk bojowy.

Strzępki liści powoli opadały na ziemię. Wyciągnąłem z plecaka nowy magazynek, zapasowe poupychałem po kieszeniach.

– Przydałoby się parę granatów – powiedziałem.

– Tak, świętych ręcznych. Albo królik-morderca – odpowiedział kot. – Lepiej stąd odejść. Za dużo obornika.

Przekradaliśmy się przez zboże. Potknąłem się o leżące ludzkie ciało.

– Kurwa mać! – rzekło.

Był to Józek Bimbrownik odsypiający wcześniejsze pijaństwo.

– A, to ty. Co tu robisz? – zapytał zbierając się do pionu. – I skąd wytrzasnąłeś tego kałasza?

– Od czarownicy – wyjaśnił Pan Tygrys. – Mamy tu inwazję N’gah-Arshy. A po polach latają demoniczne warzywa.

– N’gah-Arshe? Można się było tego spodziewać. – Józek nie wydawał się być zdziwiony. – Tyle tu wrednych suk w okolicy… A skąd te warzywa?

– To on – odpowiedział kot. – Audiobooka se ściągnął. „Naturon Demonto“.

– Nie mogłeś mu naszczać w głośniki? No dobra. – Józek otrzepał się z zielska i ziemi. – Skoczę do chałupy po moje magiczne widły i dołączam do imprezy.

– Magiczne widły? – zdziwiłem się.

– A co? Zakamuflowana laska maga. Oglądałeś „Władcę Pierścieni“? Jako broń kłuta też skuteczne. To gdzie się spotykamy?

– Pod Kołem Gospodyń Wiejskich – odparłem.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Gdy dotarliśmy do zabudowań, powitała nas dziwna cisza. Brakowało normalnych odgłosów wsi nocą. Nie było słychać zwierząt, żadne pijackie śpiewy nie niosły się od strony monopolowego. Chyba po raz pierwszy w historii świata znajdująca się pod nim ławeczka była pusta. Zazwyczaj o każdej porze dnia i nocy urzędował tam przynajmniej jeden menel. Teraz leżała tam tylko, w kałuży cuchnącej zgniłymi owocami, na wpół pełna butelka alpagi. No to już po prostu się w głowie nie mieściło! Niedopity jabol! Zwiastun Apokalipsy, nie ma co!

Parę kroków dalej natknęliśmy się na rozwłóczone po bruku szczątki czegoś przypominającego wielkiego psa. Pan Tygrys obwąchał znalezisko.

– Warzywa zeżarły wilkołaka – poinformował. – To były brokuły. – Wskazał łapką walające się wśród strzępów futra różyczki. – Oj, dupa. Likantropia jest cholernie zaraźliwa.

– To znaczy? – spytałem.

– To znaczy, że gdzieś tam w mroku czają się teraz brokułaki.

Ścisnąłem mocniej kałasza czujnie rozglądając się na boki.

Dotarliśmy do celu. Z okien budynku, w którym mieściło się Koło Gospodyń Wiejskich, biła zielona poświata, iluminując paskudne ozdoby trawnikowe. Czego tam nie było! Cała kolekcja krasnali ogrodowych, jeden szpetniejszy od drugiego, gipsowy muchomorek, wyłupiastooka żaba, jakieś różowe ptaszysko podobne do strusia, drewniany wiatraczek, plastikowy kundel. Nawet oczko wodne było, pływały po nim plastikowe kaczuszki. Od samego patrzenia zbierało się na pawia. Założę się, że w środku na ścianach wisiały ozdobne talerze i przynajmniej jeden wizerunek jelenia na rykowisku..

Zajrzałem przez okno. Były tam. Siedziały w kręgu, mamrocząc i zawodząc, wokół czegoś zielonego i świecącego, wyglądającego jak wielka kupa nawozu organicznego. Powtykane w nią były pourywane głowy ludzkie. Rozpoznałem w nich mieszkańców wsi.

– Co to za gówno?

– To zielone? – Pan Tygrys wskoczył mi na ramię. – To rzeczywiście gówno. Odchody N’gah-Arshy, używają ich w większości swoich rytuałów. Teraz ulepiły z nich bramę. Chcą sprowadzić Wielkiego Arsha.

– Obrzydliwe – skomentowałem. – To co, wpadamy i rozwalamy?

– Lepiej do tego nie podchodzić. Śmierdzi. Wykurzmy je na zewnątrz.

– Jak?

– Podpalmy ten burdel! Sołtys ma w stodole zapas paliwa do kombajnu.

I znów zawitaliśmy w celach rabunkowych w obejściu sołtysa. Tym razem nie musieliśmy się kryć. Nikogo nie było. Nawet pies zniknął. Została tylko obroża.

Załadowałem kanistry z benzyną na stojące przed chałupą taczki.

– Nie możesz wziąć traktora? – zapytał kot.

– Wziąłbym i kombajn, ale nie umiem prowadzić.

Podtoczyłem łup na miejsce przeznaczenia. Babsztyle dalej odprawiały swoje obrzędy. Zawodzenie przeszło teraz w śpiew, gorszy niż chór meneli pod budką z piwem. Rozlałem benzynę naokoło, obryzgałem ściany, drzwi i framugi okien. Na koniec ulałem wąską ścieżkę, by podpalić cholerstwo z bezpiecznej odległości. Wtedy okazało się, że nie mam zapałek.

– Kurwa mać! – wykrzyknąłem.

– Co jest? – zainteresował się Tygrysek.

– Nie mam zapałek.

– Józek będzie miał. – Machnął łapką w stronę nadchodzącego Bimbrownika. Przez plecy, na podobieństwo miecza, Józek przewieszone miał widły, w ręku taszczył piłę łańcuchową. W drugiej trzymał butelkę, z której popijał. Od stóp do głów umazany był keczupem.

– Pomidory – wyjaśnił. – Dobierały mi się, skurwysyny, do zacieru. A wy co kombinujecie?

– Chcieliśmy podpalić ten burdel, ale nie mamy zapałek.

– Łap. – Rzucił mi pudełko. – Są w środku?

– Całe stado. Odprawiają jakiś rytuał naokoło kupy świecącego gnoju.

– Wezwanie Wielkiego Arsha. – Józek znał się na rzeczy. – To co, podpalamy, a jak wylecą zapierdalamy co do sztuki? Na pohybel kurwom prastarym! Do dna! – Podał mi flaszkę. Wypiłem.

Uniósł piłę. Jeszcze nigdy takiej nie widziałem. Wyglądała jak wykonana z czystego srebra, błyszczała w świetle księżyca. Rękojeść i ostrze pokrywały ozdobne grawerunki.

– Skąd wytrzasnąłeś tę piłę? Jest magiczna? – zapytałem zachwycony.

– To Święta Piła Łańcuchowa, pobłogosławiona przez samego Bruce’a Campbella. Stop srebra z adamantium. Skuteczna przeciwko wszelkim bytom demonicznym, zombie, upiornym warzywom, wilkołakom, urzędnikom państwowym i innym piekielnym tworom. Napęd ma magiczny, nie wymaga paliwa.

Wytrzeszczałem oczy w niemym podziwie. To tak, jakbym miał przed sobą Excalibura.

– Podpalaj! – przerwał mi kontemplację kot.

– Gotowy? – spytałem Józka. Odpalił piłę. Co za piękny dźwięk! Podpaliłem. Buchnęły płomienie.

– Kiepsko się pali – rzekł Józek i złożył palce w gest zapewne magiczny, choć wyglądał jak brytyjskie „Up yours“. Dopiero wtedy zaczęło palić się na całego.

Babsztyle wypadły z budynku. Razem z drzwiami. Puściłem serię z kałasza, Józek zaszarżował z piłą. To była piękna masakra! Zmieniałem magazynki, aż skończyła mi się amunicja. Wtedy tłukłem kolbą. Obok Józek ciął baby na plasterki.

Część nam uciekła.

– Gonimy? – spytałem.

– Poczekaj – odpowiedział Józek. – Nie masz amunicji. Weź to – podał mi piłę. Upadłem ze wzruszenia na kolana.

– Piła błogosławiona przez samego Bruce’a Campbella! – wyjąkałem.

– Przyjmij ten święty oręż i grom ścierwo wszelakie na drodze swojej – uroczyście rzekł Józek. Ucałowałem ostrze.

– Żadnej kurwie nie przepuszczę! – przyrzekłem.

Z płomieni wyłaniał się wielki, mackowaty kształt.

– O cholera! Udało im się! Wywołały Wielkiego Arsha! – krzyczał Pan Tygrys.

– Ja się tym zajmę – powiedział Józek, wyciągając zza pleców widły. – Miło było was poznać. Wybijcie babsztyle co do sztuki.

– Józek! – wrzasnąłem.

– Nie martw się, spotkamy się jeszcze – odrzekł i podążył w stronę bestii.

– Nie przejdziesz! – krzyknął prostując się. Postać miał imponującą (wyglądał jak sobowtór Lemmy’ego z Mötorhead). – Ni chuja! Nie przejdziesz! Jam jest uzbrojon! W widły do gnoju! Won, kurwa, do Otchłani! Klaatu barada nikto, motherfucker! – Z tym okrzykiem rzucił się na formującą, ohydną postać. Błysnęło, huknęło i nagle oboje zniknęli.

– Józek zamknął portal – powiedział kot.

– Zginął? – Miałem łzy w oczach, Józek był moim najbliższym ludzkim przyjacielem.

– Nie wiadomo – odpowiedział kot. – Jest magiem Chaosu, może sobie poradzi.

– Co teraz? – Otarłem łzy.

– Wykańczamy resztę Arshy – odrzekł kot. – Kilka uciekło do szkoły. Widziałem dyrektorkę.

Pognaliśmy w stronę szkoły. Co za wstrętny przybytek! Od małego marzyłem, by taki zrównać z ziemią. Lub przynajmniej zamordować ze szczególnym okrucieństwem kilku nauczycieli. Wyglądało na to, że życzenie miało się wkrótce spełnić.

W środku cuchnęło zgniłą kapustą. Unosił się także tradycyjny szkolny odór, będący mieszaniną skisłego potu, brudnych skarpet i pasty BHP.

– Chyba się porzygam – stwierdził kot.

Przemierzaliśmy korytarze oświetlone jedynie wpadającą przez okna poświatą księżyca. Usłyszałem łoskot, jakby odbijanych od ziemi piłek lekarskich. Źródło dźwięku przybliżało się. Wytężyłem wzrok. To były dynie. W podskokach zmniejszały dzielący nas dystans.

Odpaliłem piłę. Ostrze zabłysło w mroku, rozświetliły się wygrawerowane magiczne symbole. Cóż to była za broń!

– Spieprzać, dziwki! Halloween dopiero za dwa miesiące! – krzyknąłem ruszając do boju. Pierwszą atakującą dynię przeciąłem wpół. Rzuciły się na mnie pozostałe. Wywinąłem piłą młynka nad głową tnąc, miąższ napastników na kawałki. Obsypały mnie pestki.

Pan Tygrys wskoczył na stojącą pod ścianą ławkę, nastroszył się i zasyczał. Poczułem ugryzienie w kostkę. Spojrzałem w dół. Podłoga falowała. Skierowałem tam ostrze piły, jej blask oświetlił brukselki, setki brukselek pokrywających podłoże jak zielony dywan…

Nagle okno eksplodowało. Do środka wleciała na miotle Abrakurwakadabra. A za nią… zające! Stado latających zajęcy! Rzuciły się na brukselki, rozszarpując warzywa ostrymi siekaczami. Poruszały się jakoś dziwnie. Przyjrzałem się najbliższemu, przyświecając piłą. Miał mętne oczy i najwyraźniej złamany kark.

– Podobają ci się moje zajączki? – zapytała czarownica.

– One są żywe?

– Nie. To zombie. Warzywożerne zombie.

– Skąd się wzięły?

– Koty upolowały, łowne są moje kocurki. A ja nekromancji uczyłam się u samego Barona Samedi – wyjaśniła.

Uszate zombiaki rozprawiały się z liściastą hołotą, wygryzając nam ścieżkę w morzu zieleniny.

– Ciemno tu jak w dupie – Babcia A. pstryknęła palcami. Zapaliły się światła. – A teraz dorwijmy babska!

– Gdzie one mogą być? – zapytałem.

– Podążaj za brukselkami. – Wskazała na niedobitki warzywnego natarcia toczące się w stronę sali gimnastycznej. Spieprzały aż się kurzyło. Gubiły liście. Zombie-zające nie odpuszczały, kicając wytrwale za uciekinierkami, co chwila dopadając i rozrywając kolejną.

Babcia wyciągnęła zza pazuchy maczetę. Pan Tygrys wskoczył na miotłę.

– To ty umiesz latać na miotle? – Mój kot ciągle mnie zaskakiwał.

– Chodziłem do szkoły latania.

Drzwi do sali gimnastycznej były lekko uchylone. Babcia A. walnęła w nie z kopa. Wpadliśmy do środka, stając oko w oko ze szczerzącą ogromne zębiska zieloną poczwarą. Wyglądała jak obdarty ze skóry zmutowany wilczur skrzyżowany z Obcym z Nostromo. Cielsko pokrywały narośle nieodparcie kojarzące się z różyczkami brokułów. Pełzały między nimi robaki. Z pyska skapywała cuchnąca zgnilizną ślina.

– Co to, kurwa, jest?

– Brokułak – wyjaśnił kot. – Pamiętasz szczątki wilkołaka pod monopolowym?

Stwór przymierzał się do skoku. Wtem zawył z bólu. Jeden z zajęcy-zombie podkradł się niepostrzeżenie i odgryzł mu jajca. Bestia wierzgnęła nogami, posyłając szaraka w powietrze. Wtedy dopadła ją Babcia, cięła na odlew maczetą, odrąbując pół łba. Bryznął zielony mózg. Następnego brokułaka załatwiłem ja. Trzeciego oblazły zające. Miotał się zżerany żywcem, tryskając na wszystkie strony warzywną posoką.

Coś skoczyło mi na kark. Ujrzałem przed oczami polakierowane na czerwono szpony.

– Zostaw go, kurwo! – krzyknął Pan Tygrys nadlatując na miotle i machając łapką.

Po raz kolejny ocaliła mnie kocia magia. Kurwę zmiotło. Wyrwała mi przy tym garść włosów. Chrzanić wygląd!

 Była to dyrektorka szkoły.

– Kaganiec oświaty ci w dupę, suko! – Święta Piła Łańcuchowa błogosławiona przez samego Bruce’a Campbella odjęła ondulowany łeb od tułowia.

O następnym ataku uprzedził mnie pęd powietrza. Babsko zasuwało spod sufitu jak naddźwiękowy samolot. W locie furkotała obleśna kwiecista kieca. To zdaje się była polonistka.

Odskoczyłem w bok. Nie zdążyła wyhamować. Rąbnęła pyskiem w parkiet. Pluła zębami wśród połamanych desek, gdy ją dopadłem. O jedną bladź mniej!

Tymczasem Pan Tygrys wyczyniał na miotle akrobacje powietrzne, robił zwody i uniki. Goniący go babsztyl siedział mu na ogonie, ale nie mógł go dosięgnąć. Wyglądało na to, że kot umyślnie ją prowokuje i świetnie się przy tym bawi.

– Goń mnie, dziwko! – krzyczał. – Zapierdalaj, zapierdalaj! I tak mnie nie złapiesz! – Udało mu się nawet puścić w locie precyzyjnie wycelowaną strużkę moczu spod ogona. Mój wspaniały kot! Potraktowany szczochem babon rzucił się za nim w dziką pogoń. Ganiali się tak pod sufitem, aż w pewnym momencie Tygrysek przywarł płasko do miotły i przeleciał od góry przez obręcz do koszykówki. Wściekła, opętana żądzą mordu stwora zrobiła to samo. I utkwiła. Zadowolony z siebie kot podleciał bliżej i jeszcze raz ją obsikał.

– Nie podskakuj kotu! – powiedział.

Babcia A. walczyła z dwoma demonami. Maczetą i kopniakami. Postanowiłem się przyłączyć. Zaszedłem jednego N’gah-Arsha od tyłu i rozprułem od pierdzieli do gardzieli. Łeb rozdeptałem. Druga pokraka zarobiła od czarownicy takiego kopa, że szczęka wypadła jej z zawiasów. Babcia poprawiła maczetą. Prawie odcięty czerep zawisł na skrawku skóry. Wtedy Babcia wyskoczyła w powietrze; kopnięty łeb oderwał się i rozbił o ścianę.

– Jedna jeszcze żyje. – Pan Tygrys wskazał łapką unieruchomionego w koszu babsztyla.

Babcia cisnęła maczetą. Celnie. Po chwili wykonała palcami skomplikowany gest. Broń wróciła jej do dłoni.

– Co teraz? – zapytałem.

– Idziemy w teren szukać pozostałych. Wy przetrzepiecie wioskę, ja zrobię zwiad lotniczy – zarządziła czarownica.

Pod remizą strażacką dopadliśmy przewodniczącą kółka różańcowego. Pociąłem ją na plasterki. Było ich pewnie więcej niż koralików w różańcu, ale ja tam się na religijnych rekwizytach nie znam. Towarzyszyło jej stado morderczych marchwi. Zające się nimi zajęły, zrobiły z naci Wiosnę Ludów.

Zawędrowaliśmy pod sklep. Pić mi się chciało. W środku nikogo nie było. Zabrałem zgrzewkę wody, plastikowe miseczki, tuńczyka i skrzynkę piwa. Usiedliśmy z Tygryskiem na ławeczce, nalałem mu wody, nałożyłem rybkę. Resztę wody zużyłem na opłukanie się z demonicznej posoki. Cały byłem nią ubabrany. Potem otworzyłem piwo.

Zdążyłem wypić dwa, gdy nadleciała Abrakurwakadabra. Zeskoczyła z miotły, chwyciła butelkę piwa, opróżniła jednym łykiem i powiedziała:

– Są na polach. Zrobiły Buraczaną Babę! Idzie tu!

– Buraczaną Babę?

– Właściwie Buraczano-Ziemniaczaną – wyjaśniła. – To monstrum, warzywna Godzilla!

– Co robimy?

– Szybko, na podwórko sołtysa!

Pobiegliśmy. Babcia w biegu opróżniła kolejne piwo, po czym wyjęła z kieszeni smartphone’a.

Wpadliśmy na sołtysowe podwórze. Czarownica skierowała się do stodoły.

– Wyprowadź kombajn – poleciła.

– Nie umiem. Załaduj mi obsługę maszyn rolniczych.

Palnęła mnie w łeb, aż w uszach zadzwoniło. Odłożyłem na bok piłę i wyprowadziłem maszynę. Tygrysek wskoczył za mną do kabiny. Babcia A. wygrzebała gdzieś kawałek sznurka od snopowiązałki. Zamruczała coś nad nim, sznurek zaczął się skręcać, jeden koniec wpełzł do portu USB w telefonie.

– Masz. – Podała mi urządzenie. – Drugi koniec przytknij do stacyjki.

Zrobiłem, co kazała. Sznurek wpełzł do otworu.

– A teraz uruchom magiczne zaklęcie.

– Jak?

– Dotknij paluchem trupiej czaszki na ekranie.

Dotknąłem. Kombajn zazgrzytał i powstał. Naprawdę powstał, jak pierdolony Transformer! Zmieniał kształt, aż stał się olbrzymim robotem.

Babcia podniosła moją piłę. Wsiadła na miotłę.

– Za mną! Załatwisz Buraczaną, ja zajmę się resztą N’gah- Arshy!

Ruszyłem do przodu, grunt dudnił mi pod stopami. Sterowało się łatwo. Pan Tygrys pomagał, nadając ruchom machiny kociego wdzięku.

 Szliśmy przez pole na spotkanie bestii. Ujrzeliśmy ją z daleka. Była ogromna. I paskudna.

Widziałem kiedyś zdjęcia kamiennych figurek ludów pierwotnych przedstawiających monstrualnie otłuszczone babsztyle. Buraczana miała podobną figurę. Przysadzista, dupa jak stodoła, obwisłe cyce (dwa worki ziemniaków) – uderzeniem jednego zgniotłaby wołu, klocowate nogi i łapy zwisające do ziemi zakończone pięściami jak koła młyńskie. O mordzie lepiej w ogóle nie wspominać. Była koloru buraka. A na czubku wiecheć słomy.

Na nasz widok ryknęła jak parowóz i rzuciła biegiem do ataku. Zatrzęsła się ziemia, huśtały ziemniaczane wory.

Pierwszy cios posłał nas w powietrze. Co za siła straszliwa w tym buractwie tkwi! Stery przejął Pan Tygrys, kombajn płynnie obrócił się w locie i opadł na cztery mechaniczne łapy. Wysunęły się z nich ostrza. Kątem oka zarejestrowałem jak Babcia A. pikuje na stado babsztyli wywijając piłą. Spieprzały aż miło. Czarownica ruszyła w pościg.

Wiochdzilla szarżowała z pochylonym łbem. Pan Tygrys sprężył kombajn do skoku, wylądowaliśmy na buraczanym karku. Poszły w ruch stalowe pazury, polał się sok. Monstrum wierzgało jak byk na rodeo, próbowało nas sięgnąć ogromnymi łapami. Przewróciło się na plecy, by nas zmiażdżyć, ale udało jej się tylko wgnieść blachę. Przetoczyliśmy się po ziemi. Stwór już stał nad nami. Przywaliliśmy od dołu w monstrualny kałdun. Zachwiała się. Poprawiliśmy. Pazur zahaczył o jeden z worów, posypały się ziemniaki. Uskoczyliśmy spod kartoflanej lawiny. Bestia za nami, młócąc łapami jak cepem. Wymienialiśmy ciosy, braliśmy za bary, przepychaliśmy i rzucaliśmy sobą nawzajem. Sypały się kawałki warzyw, gniotła blacha.

Przekotłowaliśmy się do zabudowań. Można się było dodatkowo uzbroić. Chwyciłem najbliższy traktor i rozwaliłem na buraczanym łbie. W odwecie cisnęła we mnie kurnikiem, w powietrze wzbiła się chmura pierza i sproszkowanego kurzego gówna.

Zerwałem dach obory. W środku nie było krów, stała za to wielka metalowa kadź, cholera wie do czego jej używali. Pan Tygrys czytał w moich myślach. W pięknym kocim skoku założyliśmy baniak na głowę bestii. Oślepiona kręciła się w kółko. Wyrwałem przydrożny słup i zacząłem grzmocić w zakuty łeb. Ale dzwoniło!

  Wycofując się na oślep, wpadła w szopę, rozpieprzyła ją w drobny mak i wylądowała na wielkiej stercie nawozów sztucznych.

– Mam pomysł – powiedział kot. Kombajn skoczył na stwora, przygniatając do podłoża. Wbił pazury.

– Katapultuj się – polecił Tygrysek.

– Co?!

– Włączę autodestrukcję. Wyskakuj.

– Ty pierwszy! – Kot był dla mnie najważniejszy.

– No to razem.

Katapultowaliśmy się, lądując jakieś pięćdziesiąt metrów dalej. Pan Tygrys jak zwykle na cztery łapy, ja nie miałem tyle szczęścia. Coś chrupnęło w nodze, poczułem ból. Była złamana.

– Co z tobą? – Kot podbiegł i zaczął się ocierać. – Zaraz pierdolnie!

Przytuliłem go mocno, osłaniając własnym ciałem. Pierdolnęło! I to jak! Eksplozję musieli słyszeć w sąsiednich wsiach. W okolicy powylatywały wszystkie szyby z okien. Buraczaną Babę przerobiło na ćwikłę.

Tygrysek tulił się do mnie, mrucząc. Podrapałem go za uszami.

– Kocham cię, Tygrysku.

Wtedy usłyszeliśmy syreny. Antyterroryści! Kto ich tu, kurwa, zapraszał? Pierdolony monitoring, pierdolone państwo policyjne, pierdolona permanentna inwigilacja!

– Uciekaj, Tygrysku! Ratuj się!

– Nie zostawię cię – odpowiedział kot.

– Skarbie, kochanie, błagam! Nie może ci się stać żadna krzywda, nie chcę żyć bez ciebie! Uciekaj!

– Wrócę! Sprowadzę pomoc… – obiecał, biegnąc w ciemność.

Tak właśnie wylądowałem w psychiatryku. Sprawdziły się matczyne przepowiednie.

Nie wierzycie w ani jedno moje słowo?

Mówię prawdę! Nie jestem wariatem! Wypuśćcie mnie stąd! Chcę do mojego kota! Muszę go nakarmić!

h

*    *    *

h

Nie mogłem spać w nocy. Kaftan uwierał. Cały czas myślałem o Tygrysku. Gdzie jest? Czy nie jest głodny? Czy nie jest mu zimno? Czy jest bezpieczny? Tęskniłem.

Ściana przed moimi oczami zaczęła się ruszać, falowała. Myszy gąbkę wpieprzają, czy co? Zaświeciła. Radioaktywne myszy? Czego oni do tych czubkowych prochów dodają? Rozbłysła i się rozstąpiła, ukazując lśniącą błękitną powierzchnię, zupełnie jak czynne gwiezdne wrota. Wybiegł z nich Pan Tygrys.

– Wróciłem po ciebie! Załatwiłem nam boską interwencję!

Zapachniało sosem pomidorowym. Z wrót wysunęła się makaronowa macka. Latający Potwór Spaghetti! Padłbym na kolana, ale gips przeszkadzał.

– Naprawdę wolałbym, żebyś był wolny – przemówił Jego Makaronowa Doskonałość. Wiązania kaftana puściły. Wyswobodziłem się i przytuliłem kota.

– Tego gipsu też wolałbym nie widzieć.

Gips rozsypał się w proch, odsłaniając zdrową nogę. Nie ma co, prawdziwa boska interwencja!

– Zorganizowałem transport – powiedział Pan Tygrys, wskazując wrota. – Na Kocią Planetę. Adoptowałem cię oficjalnie. Już nigdy się nie rozstaniemy.

– Z tobą pójdę wszędzie, koteczku. Tak tęskniłem…

– Ja też. Idziemy?

Wstałem. Pan Tygrys ocierał mi się o nogi. Kocia Planeta? Brzmi pięknie… Na Ziemi nic mnie nie trzymało. Liczył się tylko Tygrysek, mój skarb, moja miłość. Tylko z nim chciałem być. Nie chciałem żyć bez niego.

Wkroczyłem w międzywymiarowy portal z ukochanym kotem u boku.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: