polskie centrum bizarro

„Artystki” by Rafał Kuleta

In Akcje Literackie, Opowiadania on 8 marca, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtJako osobnicy głęboko zakorzenieni w tradycji, obchodzimy różne święta. Ostatnio mieliśmy na tapecie Dzień Pierogów (gdybyście nie zauważyli, a coś tak osobliwego jak celebracja popularnego dania ciężko przeoczyć), dziś trafiło na Dzień Kobiet.

Istoty owe, znane z przecudnej wręcz urody, niebanalnej inteligencji oraz uroku osobistego zdolnego przenosić góry i zwodzić na manowce, czasem ciężko… zrozumieć. Całkiem prawdopodobne, że wynika to z tego, iż osobnikom płci przeciwnej nadmiar testosteronu i innych hormonów z rodziny piwno-sportowej rzuca się poważnie na mózg, nikt nie zaprzecza, ale Mars, Wenus i tak dalej… Pomóc w zrozumieniu, a nawet porozumieniu mogą – choć nie gwarantujemy! – drabble powracającego na nasze łamy Rafała Kulety,  zebrane w cyklu Artystki. No i rzecz jasna (nie)stosowne grafiki Tomasza Woźniaka.

h

Artystki

h
h

Aktorka

h

Na scenie wszyscy już czekali gotowi na próbę. Reżyser sztuki się wściekał, gdyż gwiazda jakoś nie raczyła zaświecić nad ich skromnym teatrem.

Minął kolejny kwadrans. Aktorzy zaczęli się niecierpliwić, oburzać. Zaszeleściły szepty, mruknęły głosy niezadowolenia. Co pokusiło reżysera, żeby skorzystać z usług tak nieodpowiedzialnej osoby, która z nikim i niczym się nie liczy? Za kogo ona się uważa, że nie szanuje ani pracy, ani reszty obsady? A może lepiej zacząć bez niej?

Reżyser wychodził z siebie. Pozostali też odchodzili od zmysłów. Ich ciała stały się bezwolne, opanowane przez potężną siłę.

Nikt nie zauważył, jak mistrzowsko wcieliła się w każdą postać.

h

Tancerka

h

Ludzie uwielbiali jej występy. Wyzwalała w nich najniższe instynkty. Gwizdali, gdy tylko się pojawiała. Łamanym, pokracznym krokiem wychodziła na scenę i nieudolnie tańczyła dla szydzącej, wyśmiewającej ułomność i kalectwo gawiedzi.

Jej taniec przeczył prawom fizyki. Potrafiła wykręcić ciało jak korkociąg, uwalniając przy tym psyche. Można było odnieść wrażenie, że tańczyły dwie zupełnie różne osoby: jedna zwijała się na podłodze, druga promieniowała świetlistą aurą.

Rozszczepiła się cieleśnie i duchowo. Cielesna osobowość zahipnotyzowała publiczność; w artystycznym natchnieniu uwiodła widzów, przebudowując ich wewnętrznie, gruntownie, antyanatomicznie. Duchowa się roztańczyła, porwała w pląsy uwolnione dusze, które zawirowały i odleciały od skręcających się ułomnie powłok właścicieli.

h

Malarka

h

Znajomi, do tej pory podziwiający jej prace, talent, nagle się odsunęli. Przerażał ich ponadprzeciętny intelekt artystki, intuicja, zdolność postrzegania rzeczy, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy. Nawet najlepsza przyjaciółka – najpiękniejsza modelka w studio – odeszła.

Ostrożnie dobierała kolory, pieszczotliwie muskając pędzlem. Obraz ślicznotki stawał się realistycznie żywy na ożywionym płótnie. Chciała utrwalić przyjaciółkę w najdrobniejszym detalu.

Po namalowaniu układu kostnego, pokryciu go tkanką mięśniową, wypełnieniem go ścięgnami, żyłami i krwią, przyszedł czas na skórę. Jeszcze parę przedłużonych pociągnięć włosów i gotowe: piękna, żywa natura na zmartwychwstałym tle.

Czule dotknęła pustej, wyposzczonej przestrzeni. Razem łakomie się oblizali. Przyjaźń, która przetrwa wieki.

h

Woźniak001

h

Kosmetyczka

h

Wyjątkowo nijakie personalia wymagały skomplikowanej operacji. Usunęła powłokę, mięśnie. Przystawiła chirurgiczne dłuto do kości pacjenta. Energicznymi uderzeniami dokonała potrzebnych zmian.

Nie podobały jej się zbyt wyłupiaste, niepewne siebie oczy. Wydłubała je, zeszlifowała bielma. Wstawiła do oczodołów. Twarz nabrała nowych, dwuznacznie moralnych cech. Pokruszyła kość nosową. Pilarką kątową wygładziła czoło. Potrafiła wyprofilować dowolny kształt.

Wszelkie braki i nierówności uzupełniła kawałkami skóry wyciętymi z innych obszarów na ciele. Na koniec odcięła głowę i wstawiła ją do dziewiczego, nie używanego, przystosowanego do wyjątkowych celów korpusu.

Jeszcze tylko peeling zbędnych słabości, niedopowiedzeń, korekta powierzchownych myśli. Nie ingerowała głębiej. Pozostawiła wolną wolę na pastwę losu.

h

Poetka

h

Za uchylonymi drzwiami skrywa się mrok: światło dnia przegrywa z zasłoniętymi żaluzjami.

Podchodzi powoli, bardzo ostrożnie, żeby niczego nie naruszyć. Aury wciąż jeszcze wiszą nad ciałami siedzącymi bez ruchu na kanapie. Sztywne palce podrygują. Nie powinny, ale jednak.

Z największą troską zbiera nie wypowiedziane słowa z ust martwych ludzi. W pamięci notuje wiersze: szepty, żale, treny, epitafia.

Nie ma czasu, gdyż kolejna rodzina wzywa. Intuicyjnie, metaforycznie wyczuwa nadchodzącą śmierć.

Ciała jeszcze dogorywają. Nie może nic zrobić, a oni nie mogą jej zobaczyć.

Kryje się w pustym pomieszczeniu. Nasłuchuje. Tamci jeszcze nie skonali. Słyszy paniczne oddechy. Męczą się.

Decyduje się pomóc.

h

Pianistka

h

Jak opętana uderzała w klawisze pianina. Od jej gry zależało życie najbliższych.

Kiedy napadli na dom, zaczęła grać w jakimś nadzmysłowym amoku, jakby chciała odegnać ich samą muzyką. Niezwykle intensywna moc melodii kompletnie zaskoczyła żołnierzy. Zagłuszyła umysły, złamała, zdławiła. Martwe ciała długo rozdrapywały rany. Oficer w ostatniej chwili powstrzymał się od samobójstwa. Zamiast tego zabił jej męża. Zupełnie nieoczekiwanie kazał kobiecie grać dalej. Zagroził, że jeśli przestanie, powystrzela dzieci.

Klawisze pokryły się krwią z poranionych, uderzających w obłąkanym transie palców. Mimo bólu nie mogła przestać. Sadystyczny oficer groził jej dzieciom.

Coś ją natchnęło. Zmieniła melodię. Oficer wycelował pistolet i strzelił.

h

Ilustratorka

h

Ilustrowała głównie książeczki dla dzieci. Każdy rysunek w innym stylu. Każdy wyjątkowo dobrany do malucha, dla którego rysowała.

Kuba bardzo się cieszył z otrzymanego prezentu. Właśnie tę książeczkę chciał dostać na urodziny. Rysunki przedstawiały strasznego potwora, który wyszedł na spacer po suficie i znienacka zjadł braciszka.

Agnieszka uwielbiała słuchać. Nie tylko szeptu kaloryferów. Mimo astmy mamusia zawsze czytała jej na dobranoc. Podczas lektury z książki wyskoczył wielki owad, później jeszcze większy, a potem największy. Owady kopulowały jak zwierzęta z ludźmi. Potomstwo się pożerało.

W innym pokoju dziecięcym rysunki się rozrysowały, zarysowując całą otaczającą rzeczywistość.

Ilustratorka namiętnie powielała swoje liczne wcielenia.

h

Iluzjonistka

h

Oskalpowani niewolnicy siłą woli zostali wepchnięci do szklanej klatki.

Ściany drgnęły. Mężczyźni dusili się, krztusili strachem. Ściany coraz ciaśniej się ściskały. Stłamszeni nieszczęśnicy bezskutecznie walili pięściami.

Patrzyła obojętnym wzrokiem. Stłoczeni, zbici, zmiażdżeni w kiszonkę mężczyźni leniwie się mielili.

Otwory w ścianach trysnęły krwią. Buchnęła mlaszcząca masa przypominająca masło orzechowe z bakaliami ze zgęstniałą żelatyną.

Niektórzy na widowni zemdleli. Inni odetchnęli z ulgą, że koszmarna iluzja na scenie wreszcie się skończyła.

Goście chcieli wyjść z sali, zniesmaczeni pokazem. Podeszli do drzwi, których nie było.

Były ściany, które zbliżyły się do siebie. Obmacywały się, wymieniały płynami, tworząc magiczny, pełen lirycznej miłości spektakl.

h

Woźniak003

h

Poławiaczka szumu z muszel

h

Spacerowała po plaży, wyławiała co lepsze okazy, przystawiała je do ucha. Okładała nimi później katakumby zamków nad brzegami wodorostów.

Przemykała między ziarenkami piasku jak promień słońca. Postronni widzowie widzieli tylko podskakujące głowy wyrywane z korzeniami. Głowy otwierały się pąkami kwiatów, albo jak kto woli – rozpryskującymi czerepami. Pod muszlami z czaszek szumiało, więc wracali jak ślimaki. Brała ich ból w delikatne dłonie. Muszle czyli czaszki łupała na skorupki, kruche jak okruszki.

Przez cały sezon turystyczny ten sam rytuał. Nasłuchiwała. Pukała. Otwierała. Rączkami jak szczypcami macała.

A potem wyrzucała na wiatr: szum, jęk, ciszę i żal, że tak szybko koniec.

Nagle znikała.

h

Masa Żystka

h

Żystek rozlewał się po całym solarium. Masa ciała nie mieściła się w żadnym z opromienionych łóżek.

Dziewczyna zapraszała do masażu. Zwały tłuszczu falowały pod jej zwinno-zręcznymi palcami. Mogła w każdej chwili spowodować zatrzymanie akcji serca, albo po prostu sięgnąć po portfel i podziękować. Wolała poznęcać się nad obleśnie wulgarnym cielskiem. Jak w ogóle można było doprowadzić siebie do takiego stanu?

Troszkę posmyrała, pospuszczała. Próbowała odnaleźć organ rozrodczy, ale ten zniknął, przypuszczalnie nie żył, leżąc jak nieżyt na dnie odbytu.

Dokonała cudu. Zmniejszyła masę Żystka. Przestał być oblechem. Stał się ciastem między palcami, wiaderkiem potu i certyfikatem na ścianie na dowód.

h
  1. Pozdrawiam serdecznie Wszystkie Kobiety 🙂

  2. …i ich kotki 😉

  3. Splendidly abstract. Wielkie dźwięki ode mnie i od Szprychy też (tak, to moja kota! 😉 ).

  4. Bardzo dziękuję! Kocham Was, Bizarromaniacy!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: