polskie centrum bizarro

„Knajpa pod sfrustrowanym budowlańcem” by Paweł Milczarek

In Opowiadania on 11 marca, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtInternet jako narzędzie do wyżycia się. No, jest to znany temat. Trolle, hejterzy, emo-blogaski i takie tam. Na pewno znacie, w końcu każdy egzystuje przynajmniej w połowie online. Magia względnej anonimowości (bo Wielki Brat jednak patrzy, uporczywie niczym Paskud), hamulce puszczają, palce hasają po klawiaturce i ulewa się żółć.

Ale, dajmy frazesem, nigdy nie wiesz kto jest po drugiej stronie. Poza Wielkim Bratem, NSA, botami Googla i innymi wiadomymi.

Paweł Milczarek pokaże dziś do czego może zaprowadzić internetowe wyżalanie się. Prezentując przy okazji jakże znany, ale wciąż dołujący obraz egzystencji w kraju bez perspektyw… Przynajmniej od tego zacznie, bo potem, potem zrobi się, jak to u nas, dziwnie.

h

Knajpa „Pod sfrustrowanym budowlańcem”

h

Kurwa mać, znowu ta jebana praca. Za oknem świeci słońce, przyroda budzi się do życia. Wiosna przyszła! Aż się prosi, żeby pójść na działkę, wyciągnąć leżak, otworzyć piwko i mieć w dupie cały świat. Ale nie, kurwa. Trzeba zapierdalać po dziesięć godzin dziennie.

Adam Hauczyński należał do grona nielicznych osób, których nadejście wiosny w żaden sposób nie cieszyło. Mało tego, wkurzało jak cholera. Znowu na trawniki wyjadą te hałaśliwe kosiarki. Rozkrzyczani smarkacze będą tłuc piłką pod blokiem od świtu do nocy. Wszyscy wokół zaczną się częściej do ciebie uśmiechać, a ty – urobiony po łokcie – w duchu nawciskasz im od najgorszych…

Adam kiedyś był jak inni ludzie. Cieszył się wiosną, odgłosem kosiarki, krzykiem dzieci na ulicy. Kiedyś był młody. Mimo, że to właśnie ten okres zalicza się do najbardziej udanych w jego życiu, wręcz nienawidzi go wspominać. Migawki dawnych dni wciąż prześladują umysł mężczyzny, upewniając go, że spierdolił sobie pobyt na tym świecie. Wszystkie młodzieńcze plany, marzenia, postanowienia, wszystko poszło się jebać. Idź na kulturoznawstwo, mówili. To zajebisty kierunek, mówili. Owszem, w kontekście studiowania jest wręcz idealny. Możesz do woli imprezować, pić, zaliczać kolejne panienki i bezustannie cieszyć się życiem. Tylko co potem? Z której strony by na to nie spojrzeć – gówno. W końcu rodzice wiecznie balang sponsorować nie będą.

Adam dokładnie pamiętał dzień, w którym dostał dyplom uczelni. Był uradowany jak cholera, że w ogóle zdał. Kurde, przecież takie rzeczy nie dzieją się na co dzień! Trzeba było to uczcić. Jego rocznik zorganizował w akademiku jedną z najdzikszych imprez w historii tamtego budynku, którą dzień później lokalne gazety określiły mianem „Gorącego skandalu”. Tytuł ten nawiązywał do wybuchu i pożaru, którzy wywołali studenci ciekawi jak zachowa się petarda odpalona w mikrofalówce. Nietrudno domyśleć się, że zachowała się cokolwiek wybuchowo. Cud, że nikomu nic się nie stało… Adam do dziś ma przed oczami artykuł, przez który leżał ze śmiechu na ziemi. Dziewięćdziesięcioletnia pani Wiesława, mieszkająca w bloku koło akademika, żywo relacjonowała przebieg wydarzeń, sugerując, że to mogą być nawet pierwsze symptomy wojny. Przecież pamięta, jak to Niemcy do Polski wkraczali.

Taki incydent rzecz jasna nie mógł przejść bez ingerencji służb porządkowych. Dziwne, że nikogo wtedy nie przymknęli… Mniej dziwił fakt, że rodzice Adama dowiedzieli się o całej sprawie już następnego dnia. Jasna cholera, chłopak nie pamiętał, aby jego starzy byli kiedykolwiek tak wkurwieni. Matka prawie zawału dostała, a ojciec osiwiał w jedną noc. Oboje podjęli decyzję o zakręceniu Adamowi „kurka”, uzasadniając ją smarkatym, nieodpowiedzialnym i po prostu głupim zachowaniem ich syna. Stwierdzili, że może zostać w tym swoim mieście, ale odtąd musi sobie radzić sam. Liczyli choćby na minimalne jego otrzeźwienie…

Otrzeźwili go, a jakże. Trudno nie otrzeźwieć, gdy zostajesz sam w dużym mieście bez grosza przy duszy, z niepotrzebnym dyplomem z gównianego kierunku i brakiem perspektyw na życie, które dotąd ograniczało się wyłącznie do baletów. Adam znalazł się w sytuacji wręcz dramatycznej. Nie mógł ciągle mieszkać w akademiku, musiał sobie znaleźć jakieś lokum. Tylko jak, kurwa, skoro nie miał pieniędzy?! Kulturoznawstwo jebane nie daje ci szansy nawet na dziurawy stołek w firmie produkującej papier toaletowy. Koniec końców udało mu się znaleźć pracę na budowie. I tak właśnie zaczął swoje gówniane życie… Kumple z roku już dawno znaleźli robotę, pozakładali rodziny, a on zapierdalał od świtu do nocy jak dziki osioł, żeby mieć co zjeść i gdzie mieszkać. A mieszkanie w dużym mieście kosztuje! Powoli zaczynał żałować lat spędzonych na imprezach. Dostrzegał, że to wszystko, co zrobił na studiach, było po prostu głupie. Nie może być dobrze, gdy człowiek zaczyna żałować czynów zamiast tego, czego nie zrobił.

Adam starał się o tym wszystkim zapomnieć. Odciąć się od przeszłości, żyć normalnie. Nie było to jednak wcale łatwe… A już na pewno nie po kolejnym gównianym dniu w robocie. Hauczyński, ubrany w poplamione robocze szelki i szarą koszulkę, wspinał się wolno w górę schodów, w kierunku swojej klitki na ostatnim piętrze. Klął siarczyście pod nosem, narzekając na cały świat. Jeszcze tylko chwila i da upust swoim emocjom…

Kiedy udało mu się w końcu wtaszczyć do domu, zrzucić tę cholerną torbę z przeciążonego ramienia, pierwsze, co zrobił, to włączył komputer. Kurwa, ładuj szybciej tego Windowsa, jebana kupo złomu! Nerwy same się nie złagodzą. Chwilę później Adam podłączył internet, otworzył przeglądarkę i wpisał adres. Ładuj się, kurwa, ładuj. Wreszcie, po kilku minutach oczekiwania, przed oczami mężczyzny ukazała się czarna szata graficzna „Knajpy pod sfrustrowanym budowlańcem”.

Możliwości, jakie daje człowiekowi internet Adam odkrył mniej więcej trzy lata wcześniej. Natrafił na bloga, gdzie pewien młody człowiek opisywał swoje życie. Robił to w sposób bardzo ciekawy; pisał o imprezach, wyrażał swoje opinie. Hauczyński stwierdził, że taki blog to bardzo ciekawa rzecz… Nareszcie będzie mógł się wszystkim wyżalić. Niech zobaczą, jakie ma spierdolone życie. Niech wiedzą, że źle się na tym świecie dzieje i ogólnie panuje smród, brud i ubóstwo. Adam nawet nie zastanawiał się zbytnio nad ostatecznym kształtem strony. Nadał jej pierwszą nazwę, jaka przyszła mu do głowy, po czym od razu zabrał się pisania. Rany, jak mu wtedy ulżyło! Wyrzucał z siebie wszelkie negatywne myśli. Wyżywał się na innych, mieszał ich z błotem. A cieszył się przy tym jak małe dziecko! Wkurwiało go jedynie, że „Knajpa” ma bardzo mało odsłon i ani jednego komentarza. Widać ciemne społeczeństwo nie akceptuje prawdy prosto między oczy i z przekleństwem w co drugim słowie.

Dziś jednak było inaczej. Po trzech latach codziennego zapisywania wypełnionych frustracją przemyśleń ktoś w końcu je skomentował. Adam siedział na krześle i jak zahipnotyzowany czytał komentarz osobnika o nicku „Albert”.

„Masz bardzo ciekawy sposób pisania. Pociąga mnie twoja skłonność do skupiania się na swojej samotności.”

O ty w mordę! Ciekawe, że koleś o męskim pseudonimie używa słów „pociągasz mnie”. Takie rzeczy zdecydowanie śmierdzą jakimś marnym żartem… Tfu, jakim żartem, kurwa. Mamy pierwszy w życiu komentarz! Adam, otrząsnąwszy się z początkowego szoku czym prędzej przystąpił do odpowiedzi.

„Stary, dzięki wielkie za komentarz! Cieszy mnie, że mnie rozumiesz.”

Upojony szczęściem Hauczyński z uśmiechem na ustach poszedł wziąć prysznic i zrobić sobie kolację. Kurwa, ogórki kiszone jeszcze nigdy nie były tak smaczne.

Czterdzieści minut później ponownie zasiadł przed monitorem, mając w zamiarze napisać jakiś kolejny ohydny tekst. Zdziwił się bardzo, gdy zobaczył, że pod ostatnim widnieje już nowy komentarz. To znowu pisał Albert.

„Rozumiem cię aż za dobrze. Samotność człowieka jest bardzo smutną częścią życia.”

Ktokolwiek by to nie był, mądrze gadał. Adam odpisał czym prędzej.

„Pierwszy raz trafiłem na człowieka o takim sposobie myślenia. Kurwa, zajebisty z ciebie gość. Ta… nie da się obejść samotności, niestety.”

Pisząc te słowa, Adam po raz pierwszy od czasów studiów doznał uczucia, że jednak jest ktoś, z kim może się podzielić swoim marnym żywotem. Albert wzbudził w nim zaufanie, otworzył klapki blokujące jego wyalienowany umysł. Zasiał w głowie Adama ziarnko nadziei na poprawę swojej osamotnionej egzystencji, by nie rzec wegetacji. Myśli Hauczyńskiego natrafiły nawet na słowo, o którym dawno już zapomniały: przyjaźń.

Albert odpisał niemal natychmiast.

 „Ależ nie ma co dramatyzować… Samotność można obejść w bardzo prosty sposób. Wystarczy, że spotka się dwóch samotników, którzy mają ten sam pogląd na życie. Jeśli się zaprzyjaźnią, już nie będą samotni.”

Adamowi wystąpiły na czoło obfite krople potu, palce zaczęły drżeć. A może by tak…

„To może się spotkamy? Pójdziemy na jakieś piwko.”

Albert odpowiedział dziesięć minut później.

„O odpowiedniej porze.”

I nic więcej? Tylko tyle? A gdzie jakieś konkrety, miejsce spotkania? Przecież Adam nawet nie wiedział, jak się ten facet – jeśli był facetem – nazywa ani gdzie mieszka.

 „Jakieś szczegóły? O której, gdzie?”

Mimo iż Hauczyński czekał ponad dwie godziny, ze załzawionymi i przekrwionymi oczami wpatrując się w monitor, nie uzyskał odpowiedzi. W końcu stwierdził, że jednak za dużo sobie wyobrażał i to wszystko nie jest warte funta kłaków. Pewnie jakiś frajer chciał zrobić sobie z niego jaja. Kurwa, samotny człowiek pozostanie samotnym człowiekiem i nic tego nie zmieni. Z taką oto myślą, a także poczuciem kolejnego spierdolonego dnia, Adam położył się na kanapie i zasnął, śniąc o jebanej petardzie w mikrofalówce.

Kilka godzin później obudził go dzwonek do drzwi. Zaspany mężczyzna spojrzał na zegarek. Była trzecia w nocy. Kto się, kurwa, dobija o tak bestialskiej porze?!

– Już idę, cholera.

Głośno ziewając i przeciągając wyleżane kończyny Adam poszedł otworzyć drzwi. W progu stał zadbany mężczyzna pod pięćdziesiątkę. Miał ciemne włosy, a ubrany był w długi płaszcz. W ręku trzymał stary egzemplarz francuskiej gazety z nagłówkiem „En Avant!”. Sprawiał wrażenie bardzo inteligentnego.

– To co, Adam, idziemy? – spytał.

Hauczyński stał jak zamurowany. Kto to jest? I skąd wie, jak się nazywa?

– Nie znam pana, więc nie życzę sobie, aby zwracał się pan do mnie po imieniu. I skąd pan w ogóle zna moje imię?!

– Adam… My, samotnicy, musimy się trzymać razem. Zresztą to ty zaproponowałeś spotkanie.

O kurwa! Czy to?

– Albert? – wyszeptał Adam.

– A spodziewałeś się kogoś innego?

Matko jedyna… Hauczyński z początku kompletnie nie miał pojęcia, co zrobić. Jeszcze parę godzin temu uznał tego gościa za frajera, a teraz on przychodzi do niego udowadniając, że jednak mu zależy. Tylko skąd wiedział, gdzie Adam mieszka? I czemu, do jasnej cholery, przychodzi o takiej godzinie? Chuj tam, nieważne. W końcu pojawiła się możliwość wyjścia z tego depresyjnego zakątka. Znalazł się ktoś, z kim będzie można pogadać, zbudować jakąś relację… Nie, takiej szansy to my nie przegapimy.

Adam błyskawicznie podjął decyzję.

– Nie – odparł, wciąż przejęty. – Może wyskoczymy na jakieś piwko?

– Dobra myśl – powiedział Albert. – Znam świetny lokal niedaleko. Potrzebujesz czasu, żeby się ubrać?

– Kurwa, idę w piżamie i papuciach, co za różnica – odrzekł Adam.

– Świetnie.

To „niedaleko” Alberta w praktyce oznaczało półtorej godziny marszu. Adam nic jednak nie mówił, nie chciał niczego spierdolić. Nie przeszkadzało mu nawet, że podczas drogi Albert bardzo mało mówił i Hauczyński niewiele mógł się o nim dowiedzieć. Spokojnie. Przyjdą do baru, usiądą sobie, wypiją parę kufelków i od razu nawiąże się dialog.

Knajpa, o której mówił Albert, znajdowała się na skraju lasu położonego za miastem. Wyglądała dosyć staro, jakby postawiono ją w mniej więcej dziewiętnastym wieku i od tego czasu nic w niej nie zmieniano. Drewniane okiennice oraz szpadzisty dach przywodziły na myśl karczmy, w jakich zwykła kiedyś przesiadywać polska szlachta.

– To tutaj – powiedział Albert, po czym pchnął ciężkie, skrzypiące drzwi.

Wisząca na drewnianej belce koło futryny pordzewiała, metalowa tabliczka z napisem „Rzym” zakołysała się lekko na wietrze.

Wnętrze budynku urządzono, jak można się domyśleć, bardzo staromodnie. Drewniane stoły i krzesła wprowadzały nieco ponury nastrój, tym bardziej, że nie było śladu po jakichkolwiek gościach. Zdawać by się mogło, że nikt tu nie zaglądał od co najmniej stu lat. Jak gdyby knajpa stała samotnie w tej ścianie drzew, czekając na równie samotnych przybyszów.

Z tyłu pomieszczenia znajdowała się brązowa lada, za którą stała stara, siwa kobieta wycierająca kufle.

– Coś podać? – zapytała.

– Dwie litrowe nalewki. – powiedział Albert.

 „O kurwa, mocny łeb musi mieć ten Albert” – pomyślał Adam. Nic jednak nie powiedział. Nie chciał wyjść na cienkiego w uszach.

Obaj wzięli swoje butelki i usiedli przy stoliku koło okna. Albert mierzył Adama przenikliwym spojrzeniem.

– Dużo potrafisz wypić? – spytał.

– Jeśli jest z kim – odparł Adam z uśmiechem.

Albert spojrzał za okno, w kierunku drzew. Po chwili znów przerzucił wzrok na Hauczyńskiego.

– Proponuję na początek małe zawody – rzekł. – Sprawdźmy, kto da radę więcej wypić.

– Wchodzę – stwierdził Adam. – Nie masz szans.

Hauczyński był przekonany, że jego wieloletnie doświadczenie nabyte na studiach pozwoli mu wygrać. A wtedy sobie z Albertem pogadają jak przyjaciel z przyjacielem.

Niestety, Adam zdecydowanie przecenił swoje siły. W miarę jak z obydwu butelek powoli schodziły kolejne krople trunków, mężczyzna wpadał w coraz większe upojenie. Czego nie można było powiedzieć o Albercie, który zdawał się w ogóle nie odczuwać procentów zawartych w napoju. Tajemniczy autor komentarzy patrzył tylko z uśmiechem na Adama, dostrzegając coraz bardziej spitą twarz.

W końcu obydwie butelki zostały opróżnione do czysta. Hauczyński nie posiadał nawet krzty siły, żeby wstać od stolika. Miał świadomość, że poległ sromotnie, ale jednocześnie chciał zgrywać twardziela do końca.

– A… Al… Alet – wybełkotał. – U… mesz jesze?

– Twardy z ciebie zawodnik – odparł Albert. – Miło się z tobą pije, ale pragnę zauważyć, że nadal nie rozwiązaliśmy problemu naszej samotności.

Kurwa, ma rację. Rzeczywiście, przykra sprawa.

– I… co… zobimy? – próbował sformułować pytanie Hauczyński.

– To, co większość ludzi robi w takich wypadkach. Chyba będziemy musieli popełnić samobójstwo. Wziąłem nawet pistolet, bo nie byłem przekonany, czy nam się razem uda.

Adam spojrzał na wypolerowany, czarny rewolwer.

– Ty pieszy – rzucił.

– Nie widzę przeszkód. Pamiętaj tylko, że masz się zastrzelić zaraz po mnie.

Albert wziął broń do ręki, przyłożył sobie do skroni i pociągnął za spust. Kula przeszyła głowę na wylot. Krew obficie bryzgnęła na szybę okienną, niemalże do połowy zabarwiając ja na czerwono. Adam stwierdził, że to zdecydowanie ohydny widok.

Albert siedział jednak przed Adamem jak gdyby nigdy nic.

– A.. czemu… ty… kurwa. Zy… kurwa. Żyesz? – spytał wciąż upojony, ale równocześnie zdziwiony i wstrząśnięty Hauczyński.

Albert spojrzał na broń z zaciekawieniem.

– Przypadek – odparł. – Zawsze akcentowałem przypadkowość ludzkich losów.

No tak, to wiele wyjaśnia.

– To teaz ja – rzucił Adam.

Mężczyzna podniósł broń, wsadził ją sobie do ust i strzelił. Kula doszczętnie zmasakrowała mu podniebienie, ostatecznie zatrzymując się w jego mózgu. Hauczyński padł bez życia na ziemię, a z ust obficie pociekła mu krew.

Kobieta przy barze przestała wycierać kufle.

– Co teraz? – rzuciła w stronę Alberta.

– To, co było planowane od początku. On już od dawna miał przygotowane u nas miejsce.

h

***

h

Adam Hauczyński powoli otworzył oczy. Siedział teraz w piżamie na słonecznej plaży nad Bałtykiem. Nie pamiętał jak się tu znalazł, ani co tu robi.

Kilkadziesiąt metrów przed nim, tuż przy brzegu, klęczał wąsaty, siwiejący mężczyzna w średnim wieku. Wykonywał dziwne ruchy ręką, jak gdyby próbował pocierać kobiecą waginę. Widać było, że sprawia mu to przyjemność.

– W końcu do nas trafiłeś. – Tuż obok Adama rozległ się znajomy głos.

Hauczyński odwrócił się. To… Ach, to ten koleś, Albert. Tylko… moment. Adamowi nagle przyszła do głowy myśl. Chyba już wszystko zrozumiał.

– Czy ja jestem w piekle? – spytał.

– Tak, jak najbardziej.

Adam przez chwilę milczał.

– A ten przy brzegu to kto? – spytał.

– Adaś Miauczyński. Ciągle mu się wydaje, że dupi tę swoją laskę… Jedyny równie wyalienowany człowiek jak ty. Teraz możesz do niego dołączyć. W końcu nie będziesz sam.

– Dzięki! – powiedział Hauczyński z rozradowaną twarzą i również poszedł na wieki dupić wyimaginowaną laskę.

Ciemnowłosy mężczyzna siedział jeszcze chwilę na plaży, obserwując Adamów, po czym westchnął sfrustrowany.

– Kurwa, było nie szukać ratunku w humanizmie – powiedział Albert Camus, po czym po raz kolejny poszedł zginąć w wypadku samochodowym.

h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: