polskie centrum bizarro

„Nienawiść w szklance mleka” by Marcin Rojek

In Opowiadania on 21 marca, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPamiętacie takiego gościa, co się nazywał Hitler? Z pewnością nie, bo żeby go pamiętać, musielibyście mieć z osiemdziesiąt lat. (Ale Was w konia zrobiłem, co? He, he!). Mogliście o nim co najwyżej słyszeć albo czytać. Mniejsza z tym. Koleś sobie ubzdurał, że trzeba wyczyścić świat z podludzi. Dla niego takimi podludźmi byli Żydzi. Tak, jak dla bohatera najnowszego opowiadania Marcina Rojka, niższą rasą są hipsterzy.

W wykańczaniu członków tego (nawet Paskud nie wie jak to nazwać, gatunku? Nurtu?) czegoś bohater Marcina wykazuje się iście ułańską fantazją. Krew leje się strumieniami, flaki bryzgają jak rzadki stolec z tyłka niemowlęcia z biegunką, dzieje się tak wiele, że można oszaleć.

Ostrzegamy lojalnie, że lektura tego tekstu grozi trwałym kalectwem umysłowym. Na wszelki wypadek załóżcie maseczkę i gogle. Wirus hipsterstwa fruwa w powietrzu, a chyba nie chcielibyście dostać granatem w tunele w uszach…

h

Nienawiść w szklance mleka

h

Najpierw był krzyk. Na tyle głośny, żeby zwrócić na siebie uwagę ludzi. Liczne oczy zwróciły się w poszukiwaniu źródła dźwięku. Dwie sekundy później, kiedy przechodnie nie zdążyli jeszcze wrócić do swoich tras, z budynku wybiegł płonący mężczyzna. Gnał przed siebie, wprost na ruchliwą ulicę. Za nim podążały echo wrzasku i jęzor ognia, resztka szalika. Zszokowany tym widokiem kierowca nie zdążył zahamować na czas. Wdusił pedał w podłogę dopiero, kiedy zobaczył rozpłaszczoną na przedniej szybie twarz. Wtedy i on zaczął krzyczeć. Po chwili wydawany przez niego dźwięk przeszedł w bulgot, gdy wymiotował na siebie i deskę rozdzielczą.

Na ulicy rozpętało się prawdziwe pandemonium. Ludzie biegali jak szaleni, zupełnie bez celu. Ktoś zadzwonił na policję i po karetkę. Większość jednak robiła zdjęcia temu dziwnemu widowisku. Błyski w oczach gapiów momentami przyćmiewały łunę bijącą od ognia. Oni też powinni płonąć. Za wyraz twarzy w tej chwili, za myśli krążące po umysłach, za plany snute w czasie, który powinna wypełniać trwoga.

Krzyki cichły stopniowo. Zastąpił je szum. Coraz więcej ludzi zbierało się na miejscu wypadku. Nie wiedzieli, że ta ciekawość będzie kosztować ich życie. Ostatnim człowiekiem, który stanął w tłumie, był bezdomny. Chłonął ciepło setek ciał, podsycone podnieceniem. Ludzie byli zajęci, nikt nie zwracał uwagi na wydzielany przez niego zapach. Przyszedł w sam raz na eksplozję.

Wybuch wstrząsnął posadami kilku okolicznych ulic. Nikt z obecnych na miejscu zdarzenia nie przeżył. Ogień i fala uderzeniowa nie brały jeńców. Ludzie umierali od szkła, żelaza i betonu. Wciągał ich roztopiony asfalt, samochody były ich trumnami.

Minutę później na miejsce zajechał pierwszy radiowóz. Dwóch młodych policjantów płakało, patrząc na żywe piekło.

Terroryzm będzie największym zagrożeniem XXI wieku.

Dostaję światłem po oczach. Amerykańsko bardzo się poczułem.

– Jesteś z siebie dumny? – wrzeszczy na mnie łysol, stojący po drugiej stronie biurka.

– Owszem, nawet bardzo.

Znowu zaczyna mnie bić.

Kot w okularach patrzy na mnie z troską w oczach. Znaczy tak mi się wydaje, bo oczu mu nie widać. Przecież ma okulary.

– Wszystko z tobą w porządku? – pyta, kładąc mi łapę na ramieniu.

– Tak. Nie. Nie wiem. Nie masz już żadnych tabletek, tych co mi wcześniej dawałeś, powiedz, że masz. Jeśli mi dasz jedną, to możemy dalej omawiać strategie, inaczej nie dam rady.

Meo z serowego Shire wzdycha ciężko. Wyciąga z kieszeni (gdzie ona ma kieszenie?) niebieską tabletkę. Łykam ją szybko. Czuję się lepiej. Małpa schodzi mi z barków i przestaje bić po głowie. Znów mogę myśleć. A myślę, że wcale nie chcę tu być. Mam dość tego wszystkiego, to za wiele jak na jednego człowieka. Potrzebuję kawy. Jest mi zimno. Przydałby się szalik, najlepiej długi.

Podnoszę się błyskawicznie i zaczynam tłuc głową o ścianę.

Meo smętnie kiwa pyszczkiem. Wiem, że jest ze mną źle. Ataki są coraz częstsze. Nie mamy zbyt wiele czasu. Za kilka dni stanę się jednym z nich. Włożę ciasne spodnie i narzekając, przejdę na stronę wroga.

Na taką ewentualność też jesteśmy przygotowani. Choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Nadzieja to podłe stworzenie jest. Żywi się lękami ludzi niepewnych swego. A kiedy się już nażre, porzuca ich wszystkich. Nie mam zamiaru być jednym z jej dzieci.

Nie teraz, kiedy jestem tak blisko celu.

Znów miałem koszmar. Śniło mi się, że gadam z kotem. Że siedzimy razem przy stole. Nie lubię stołów. Ja, kot w gigantycznych okularach i kilka antropomorficznych zwierząt, żywcem wyciągniętych z wyobraźni japońskiego zboczeńca. Jedno z nich dziwnie na mnie zerka. Samica królika. Figurę ma jak u ponętnej dwudziestolatki. Długie, zgrabne nogi, wąska talia, okrągłe piersi, z sutkami wyraźnie zaznaczonymi pod cienką bluzeczką. Chodzi na zakończonych ostrymi pazurami palcach, ma kostkę tam, gdzie ja kolano. Dziwne. Dalej jest jeszcze ciekawiej. Mianowicie ogon. Biała puchowa kulka zawieszona nad pośladkami. Ogromne oczy zajmują większą część twarzy. Pod nimi jest miejsce tylko na małe, pokryte futerkiem policzki i nos. Czarny punkcik, będący w nieprzerwanym ruchu, wciąż wilgotny i drżący.

Patrzy na mnie i uśmiecha się. Jej jedynki są wielkości pięciozłotówek.

Słyszę głosy. Ktoś krzyczy, ktoś płacze. Czarna łapa uderza w stół. Kot patrzy na mnie. Mówi coś, a ja kiwam głową. Wychodzimy z mysiej nory i zmierzamy w losowo wybranych kierunkach. Ja idę za zajęczycą. Wbijam wzrok w ogon. Słyszę śmiech. Dotykam jej dłoni. Piersi. Choć pokryte futrem, też są niczego sobie. Światło gaśnie, a ja leżę na łóżku. Czuję na sobie pocałunki. Ciepłe wargi i zimne zęby błądzą po całym moim ciele. Dziewczyna porusza się szybciej niż jestem w stanie zauważyć. Kładę się na niej. Ciągnę za uszy. Ściskam za ogon. Gdzieś w oddali słychać jęki rozkoszy.

Świat nagle gna do przodu. Patrzę na cztery małe króliczki, które przyniosła w koszyku. Ciężko mi ją rozpoznać. Wszystkie zające wyglądają tak samo.

Żaden z malców nie jest do mnie podobny.

– Mamo! Mamo! – Budzi mnie własny krzyk. Oddycham ciężko. Ledwo ściągam przepoconą piżamę. Wsuwam na nogi kapcie w dinozaury i idę na dół. Łzy ciekną za mnie jak woda z zepsutego kranu.

Odór alkoholu uderza tuż po zejściu ze schodów. Aż szczypią oczy.

Dopiero wtedy przypomniałem sobie w jakim domu mieszkam. Próbowałem uciekać, ale matka była szybsza. Złapała mnie za kołnierz i posadziła przy stole. Przyszedł czas na śniadanie.

– Może nie jestem idealną matką – tak zawsze zaczynała swoje zawodzenie – ale jednego cię nauczę. Musisz być zdrowy. A zdrowie zaczyna się od tego, co jesz. Śniadanie jest najważniejsze. Daje energię na cały dzień. A teraz jedz.

Stawiała przede mną miskę płatków, do których dosypywała kociego żarcia. Stała nade mną z drewnianą łyżką i patrzyła czy jem. Kiedyś próbowałem się buntować, ale źle się to kończyło. Biła mocno i często, czasem nawet wołała ojca. Zawsze był wściekły, kiedy przerywało mu się pijacki sen. Po płatkach przychodził czas na jajecznicę, smażoną na boczku i psim tłuszczu. Skąd ona go brała, bałem się domyślać. Patrzyłem jak w dłoniach kobiety, która wypluła mnie ze swojego łona, porusza się kawałek drewna. Jeden ruch góra-dół, jeden ohydny kęs. Przeżuwałem i połykałem ten syf, pełen strachu, choć miałem ochotę wymiotować. Potem były kanapki. Suchy chleb, zjełczałe masło i obślizgła szynka. Do tego karaluchy schwytane pod lodówką. Jeszcze się ruszały, kiedy kruszyłem zębami ich chitynowe ciała.

Najgorsze było jednak mleko. Symbol zdrowia i szczęścia. W pamięci wciąż mam setki reklamówek, uśmiechnięte twarze dzieci i zadowolone matki. Sielanka. Dla porównania mój tłumiony płacz, pustą szklankę szybko napełniającą się białym płynem. Ale tylko do połowy. Resztę stanowiły łzy. Matka dużo płakała. Za każdym razem zbierała mokre kulki do słoika, żeby rano dopełnić nimi szklankę. Mleko mętniało, wyglądało jakby ktoś dolał do niego wody. Drżałem na ten widok. Przykładem szkło do ust, cofałem język i brałem cztery szybkie łyki. Przełyk zwężał się i nie chciał przyjąć tego syfu. Trząsłem się i upadałem na podłogę, a matka stała nade mną i uderzała łyżką w otwartą dłoń. Musiałem jej pokazać, że wszystko przełknąłem. Dopiero wtedy mogłem pognać na górę. W swoim pokoju wymiotowałem do miski. Codziennie, przez prawie dziesięć lat.

– Czy mógłbyś się skupić chociaż na chwilę? – kot w okularach nie był zadowolony. – Nie mamy czasu na te gierki. Musimy wyruszyć jutro, albo wszystko stracone.

No tak, czyli z fryzjera nici. Pięknie, po prostu pięknie. Będę musiał iść na misję z tłustymi włosami. A taką miałem ochotę zrobić sobie porządną fryzurę. Wystrzyc boki, ułożyć grzywkę, niech zakręca się jak fala na kalifornijskiej plaży.

Co ja gadam?

O Perunie najsłodszy, co ja gadam?

Źle z nami.

Chwilowo przełączam się na inną osobowość, tą najmniej zarażoną.

No skąd mogłem wiedzieć, że hipsterstwo roznosi się drogą kropelkową? Myślałem, że to przez głupotę ludzi, brak wyobraźni i mózgi od małego prane przez reklamy. Może, ale tylko może, ci biedni ludzie nie są niczemu winni? Może oni naprawdę chcą być indywidualnymi jednostkami, i tylko przez zupełny przypadek zarazili się tym syfem. Czuję go we krwi. Jest we mnie, powoli przenosi się coraz dalej, zajmuje coraz więcej komórek jak wirus. A nie, zapomniałem. Retrowirus, musi przecież być wintaż, co nie?

Pyk.

Wyłączyłem mózg.

Ostatnia moja osobowość dała się zarazić. Co ja teraz zrobię? Gdy tylko ponownie odpalę silniki, znów odczuję potrzebę zapuszczenia brody i noszenia ogromnych okularów, najlepiej zerówek, albo bez szkieł.

Światło.

Widzę je nawet przez zamknięte powieki.

Choć nie chcę, otwieram oczy.

Meo siedzi koło mnie i liże się po jajkach.

– No, wstałeś nareszcie.

Wyciera pysk w rękach. Podaje mi łapę. Wychodzimy z mysiej nory.

Światło.

Widzę je nawet przez zamknięte powieki.

Choć nie chcę, otwieram oczy.

Policjant siedzi koło mnie i drapie się po jajach.

– No, wstałeś nareszcie.

Wyciera pysk w rękaw. Rozpina mi kajdanki. Wychodzimy z celi.

– Wciąż twierdzisz, że to wszystko prawda? – mówi. Trzyma mnie na smyczy, prowadzi nie wiem gdzie.

– Nie wiem. Masz tabletkę? Daj mi tą niebieską i możemy dalej planować, znaczy rozmawiać. Inaczej nie dam rady.

– Mogę ci dać kawę, choć i tak na nią nie zasłużyłeś.

– A mogę frappucino?

O nie.

– On przeżył! – wrzeszczę.

– O czym ty bredzisz?

– On żyje, jakim cudem on jeszcze żyje? Miał zginąć, razem z resztą, miał już nie żyć, ja miałem być zdrowy!

– Zabiłeś ponad czterysta osób, mało ci?

Nagle jestem spokojny. Wiem, co muszę robić. Wyrównuję oddech. Trzask łamanej kości roznosi się echem po korytarzu. Pęknięty nadgarstek łatwo opuszcza kajdanki. Łysol nie zdążył nawet odpiąć kabury. Wgryzam mu się w szyję. Martwemu zabieram broń. Ktoś krzyczy. Milknie dopiero, gdy kula przebija mu czaszkę. Tak samo następnych kilka osób. Wychodzę na dwór, zostawiając za sobą stygnące ciała w mundurach i garniturach.

Już tu nie wrócę.

Na ulicy życie trwa dalej. Patrzę na przechodzących obok ludzi. Jeśli gdzieś pomiędzy nimi są jeszcze jacyś hipsterzy, to znajdę ich i zabiję.

Widzę jednego. Młody chłopak, zawinięty szalikiem tak długim, że ciągnie się pół metra za nim.

Podchodzę i zaczepiam. Koleś najpierw zdejmuje słuchawki z uszu, później poprawia pingle. Dopiero wtedy widzi, że mam krew na twarzy. Zaczyna krzyczeć. Chwytam za szalik, przekręcam się i ciągnę w dół. Hipster dusi się prawie półtorej minuty. Trzepie dookoła rękami, próbuje uciekać. Jasne, bo mu pozwolę zwiać. Czuję jego ducha, jak ucieka z ciała. Teraz wzmocni pozostałych z jego gatunku. Następny level, spodnie robią się ciaśniejsze, okulary większe. Wybierz jedno z dwóch, wiedza o zespołach garażowych, albo podniesienie krytyki na poziom mistrzowski.

Ludzie krzyczą i biegają. Prawie jak wtedy, kiedy wysadziłem BUW.

– Jesteś pewien, że nie ma innej opcji? – pyta Meo. – Możemy wysłać z tobą mały oddział, jakoś ci pomóc. Albo poszukamy lekarstwa na twój stan. Jesteśmy za słabi na frontalny atak.

Uciszam go gestem ręki. Koty są takie niemodne. Jeśli chce, bym go słuchał, niech znajdzie świnki morskie grające mało znanego progresywnego rocka.

Ręka sama sięga do kieszeni. Wyciąga okulary. Nawet nie wiem, kiedy lądują na moim nosie.

Meo ściąga je ze mnie i tłucze.

Przez chwilę jestem sobą. Patrzę na to i płaczę.

– Idziemy jutro. Ty i ja. Może ktoś jeszcze z nami pójdzie. Weźmiemy tak dużo trotylu, ile zdołamy unieść. Wysadzimy skurwysyna.

Kiwam głową.

Okulary. Były takie piękne. Trochę zeszły rok, ale wciąż modne. Teraz nie ma w nich szkieł. Dobrze, że Meo na mnie nie patrzy.

Polska. Warszawa. Jak ja dawno tu nie byłem. Nie jesteśmy ani największym krajem, ani najbogatszym. Jesteśmy Meksykiem Europy, stadem durniów, którzy myślą, że są fajni. Fajniejsi od innych. Dlatego on zamieszkał u nas. Umysły tak podatne na jego wirusa, że nawet nie musiał się starać. Siedział tylko i szeptał do uszu blogerom. Reszta robiła się sama.

BUW. Kiedyś, gdy byłem jeszcze na studiach, była tu biblioteka. Teraz, kilka lat i chorób psychicznych później, stał się światowym centrum hipsterstwa, choć nikt nie powie tego na głos.

Oddycham powoli.  Meo stoi koło mnie. Jakich czasów dożyliśmy, skoro nikt nie zwraca uwagi na kota w okularach?

Ja pierdolę, wchodzimy.

Drzwi otwierają się powoli.

Parter. Zamiast książek są budki z żarciem, piciem i kawą, której nazwy nie umiem wymówić. Ale ma ochotę się jej napić. Łykam tabletkę od Meo i mi przechodzi. Jest ich tu pełno. Jedna, wielka, szara masa rurek i szalików. Gdzieniegdzie z tłumu wystaje tylko czyjaś wymodelowana grzywa. Idziemy. Ja  i mój kot. Pat i kot, kot i Pat. Przyjaciele, od kiedy wyciągnął mnie z piekła. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Wypełniony materiałami wybuchowymi plecak ciąży mi na ramieniu.

– Tam w podziemiach jest sklep. Tam smród jest największy.

Kiwam głową.

Kierujemy się do przybytku usługowego. Pocę się jak świnia.

Jesteśmy w środku.

Podchodzi do nas dziewczyna. Młoda, ale już przemieniona. Kołnierz i krawat odcinają dopływ krwi do mózgu.

– W czym mogę pomóc? – pyta.

– Zaprowadź nas do króla – odpowiadam.

Dziewczyna albo udaje, albo nie wie, o co chodzi. Szybkim ruchem skręcam jej kark. Znów te krzyki. Co wam, kurwa, przeszkadza, że kogoś zabiłem, lepiej dla was, jak jest mniej ludzi, łatwiej się wyróżnić.

Wyciągam pistolet i strzelam w sufit.

Hipsterzy przestają biegać. Milkną i patrzą na mnie.

– Gdzie wasz król?

Cisza.

Dwa strzały, dwa ciała leżą na podłodze.

Cisza.

Kolejny strzał.

Cichy płacz. Siostra, matka albo dziewczyna łka nad ciałem. Ją też zastrzeliłem. Wkurwiała mnie.

– Odpowie mi ktoś, czy mam zabić was wszystkich?

Ktoś z tyłu wciska ukryty guzik. Kawałek ściany odsuwa się, ukazując schody, prowadzące w dół.

Łapię stojącego koło mnie kolesia i wchodzimy do środka. Zanim ściana zamknie się za nami, wrzucam do sklepu odbezpieczony granat. Prawie nie słychać wybuchu.

Przerażony hipster błaga o życie. Tunele w uszach ma tak wielkie, że granat mieści się bez problemu. Dobrze, bo już myślałem, że będzie musiał go połknąć. Spycham łajzę ze schodów. Toczy się kilka sekund, po czym słyszę odgłos uderzenia. Ściana albo kolejne drzwi. Potem wybuch. Schodzimy z kotem po schodach. Po drodze widać resztki strażników. Czerwono dookoła, czasem biało trochę, ogólnie lepko i tak jakoś dziwnie. Uzewnętrznili chłopaki swoje wnętrze za bardzo. No ale dobra, granaty mają takie działanie na ludzi. Hipsterów najwidoczniej też.

– Idziemy? – pyta Meo.

Kiwam głową i na nowo rozpoczynamy przerwaną wędrówkę. Trochę mi ciężko, materiały wybuchowe ważą swoje.

Zastanawiam się, ile jeszcze, zanim dojdziemy do króla. Ale tylko chwilę. Bo trzydzieści osiem sekund później mam worek na głowie, a Meo gania za czerwoną kropką po podłodze. Musiałem iść na misję z kotem, musiałem. Nosz…. mogłem zabrać ze sobą, którąś z tych króliczyc dziwnych, albo nie wiem, lwa, aligatora, albo chociaż psa, to nie, trafiłem na kota. No to teraz mam.

– Zaprowadźcie mnie do swojego przywódcy – krzyczę, kiedy ciągną mnie gdzieś w siną dal.

Tak się dzieje. Widzę przywódcę. Jest okropny. próbuję go opisać, ale niedobre literki gdzieś uciekają. No staram się, a nie da się. Może, gdybym za młodu czytał słowniki, to znałbym określenia typu, wyrafinowany, czy ekskluzywny, a tak to mogę jedynie powiedzieć, że wygląda jak papuga na weselu pawia. Ktoś rozumie, o co mi chodzi? Nie? To dobrze. Ja też nie bardzo.

Jego ubranie zmienia się co chwilę. Przecież kiedy jest na nim dłużej niż kilka sekund, to znaczy, że ktoś już wcześniej je nosił, co nie? A król nie może sobie pozwolić na taką obrazę. Twarz też ulega stopniowym zmianom. Kiedy zaczynałem ten opis, wyglądał jak Eskimos, teraz jego rysy powoli przechodzą w coś, jakby krzyżówkę z Mongołem. Zanim skończę następne zdanie, twarz Mongoła zacznie nabierać rysów południowoafrykańskich.

Król patrzy na mnie i wyszczerza wszystkie swoje zęby w podłym uśmiechu. Ma je dwa, więc wygląda jak bezdomny menel, próbujący zarobić na wino.

– Czego ode mnie chcesz? – pyta.

Wtedy rozpętałem prawdziwe piekło.

h
h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: