polskie centrum bizarro

„Niezaspokojony głód” by Zuzanna Popiel

In Opowiadania on Marzec 26, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWbrew pozorom dziś nie o żywieniu będzie rozprawka, o nie, choć tytuł taki, a nie owaki. Są różne głody; te przyziemne i te bardziej metaforyczne, a zaspokojenie niektórych graniczy z niemożliwością albo przynosi ze sobą takie konsekwencje, że lepiej głodować. Różne głody mogą sprawić, że życie obróci się w tę, a nie w inną stronę, różne głody mogą zniszczyć to życie. Tak to już jest na tej syfiastej planecie, drodzy przyjaciele.

Rozkmina powyżej to może zaskoczenie, ale dziś będzie raczej na poważnie. Czasem i Paskud ma taki dzień.

A ziemski brud i rozrywające duszę dylematy serwować będzie Zuzanna Popiel i zapewniamy was, można się i wzdrygnąć, i wzruszyć.

h

Niezaspokojony głód

h

Zobaczyłem w metrze kogoś, kto był do mnie podobny, ale wcale mnie nie przypominał. Jego twarz odbijała się w szybie. Była świeża, ale też zmęczona. W zasadzie sam nie wiedziałem, czy jest kobieca, czy męska: może za męska na kobiecą, ale też zbyt kobieca na męską. Zbyt ostra na dziecięcą, ale za łagodna na dorosłego. Może po prostu był czymś innym, może stał na granicy pomiędzy pojęciami jak mur oddzielający dwa światy albo cienka, półprzepuszczalna błona intercelularna. Głębokie cienie odznaczały się na białej skórze, a jego uśmiech przepełniał ból.

Obaj byliśmy ze starszymi facetami. Twarzy jego faceta, ukrytej w cieniu, nie mogłem dostrzec. Mój miał krople piwa na wąsach i prawie wcale nie wydawał się stary. Nasi faceci obejmowali nas w ten sam sposób – delikatnie, starczymi pedalskimi dłońmi. Spojrzeliśmy na nich.

Mój facet się uśmiechnął. „Wykąpiemy się razem w hotelu?”. Odparłem: „Gdyby moje życie było piosenką, byłoby smutną balladą o samotności. Śpiewałby ją facet o delikatnym, chłopięcym głosie, który czasem by się załamywał. Niezrozumiałym bełkotem wyrażałby same bezsensowne emocje”. Facet nie zrozumiał nic z tego, co mówię. Powiedział, że stać go tylko na godzinę w hotelu. „Moje życie jest tylko połową. Dużo krzyku, a poza tym nic więcej”.

Spojrzałem na tamtego chłopaka, a on spojrzał na mnie. Obaj istniejemy pomiędzy, pomyślałem, ale nie jesteśmy do siebie podobni. Może przypomina kogoś, kim kiedyś byłem. Albo to ja przypominam kogoś, kim był on. Zastanowiłem się, który z nas jest prawdziwy. Ja wrzeszczałem, a on się uśmiechał. Ja płakałem, a jego oczy nawet nie były wilgotne. Ten ktoś nie mógł nic czuć. Miał twarz podobną do twarzy z reklam, bladych twarzy z fałszywymi uśmiechami i pustymi oczami. Jak można mieć tak bezczelną twarz, pomyślałem, skoro żyje się na tym świecie? Poczułem do niego nienawiść. Niech zdycha, pomyślałem, niech zaraz zdechnie.

h

Widziałem tę samą twarz odbijającą się w lustrze w łazience. Była jeszcze bardziej obca. Miała pomalowane oczy i usta, upiętą grzywkę.

Chłopak poruszał się sprawnie w butach na bardzo wysokich obcasach. Pod rajstopami i stringami rysował się ściśnięty elastycznym materiałem penis.

„Jestem dziwką”, poruszył bezdźwięcznie ustami. Zawołał go jego facet. Miał włosy na klatce piersiowej i obwisły brzuch; siedział w lekkim rozkroku na łóżku, wciąż w spodniach, z rozpiętym rozporkiem. Chłopak położył się obok. Facet przejechał sękatymi dłońmi po jego żebrach, a potem biodrze. „Natura obdarzyła cię szerokimi biodrami”. To był komplement. Chłopak wzruszył ramionami. Miał półprzymknięte oczy i wyglądał, jakby drwił z faceta. „Zmieniałeś płeć? To znaczy, czy byłeś kiedyś kobietą?”. Facet położył teraz obie ręce na jego biodrach i wyraźnie był nimi bardzo zainteresowany. „Oczywiście, że nie. Zawsze byłem stuprocentowym mężczyzną”, odpowiedział nonszalancko.

Poczułem niewysłowiony wstyd na myśl, że ktoś mógłby zarzucić mi bycie kobietą. Poczułbym ogromny wstyd, mówiąc o sobie „mężczyzna”. Wiedziałem, że jestem pomiędzy i nie potrafiłbym siebie oszukać.

Facet włożył palce pod cienki pasek czerwonych stringów i zsunął je powoli z bioder chłopaka. Z napięciem patrzył na jego włosy łonowe, jakby do samego końca nie wiedział, co znajdzie poniżej. Zobaczył penisa w stanie erekcji i sam nie mógł pohamować wzwodu. Zsunął pospiesznie spodnie do kolan, chłopak w tym czasie powoli, jak książę, łaskawie uniósł nogi, a facet bezceremonialnie rozchylił mu pośladki dwoma kciukami i wszedł w niego. „Jak w masełko”, zaśmiał się. Chłopak uśmiechnął się zadziornie i położył mu nogę na ramieniu, a facet polizał go delikatnie w łydkę pokrytą jasnymi, cienkimi włosami. Zaczął wykonywać szybkie i silne ruchy biodrami, stękał przy tym jak dzikie zwierzę, a chłopak jęczał głośno i przeciągle. Patrzyłem na tę scenę: widziałem falujący tyłek faceta posuwającego tamtego chłopaka.

Widziałem twarz chłopaka. Ten człowiek nie ma wstydu, pomyślałem, jaki jest obrzydliwy. Zawartość żołądka podeszła mi do gardła: jego półprzymknięte puste oczy i otwarte usta, włosy poruszające się z każdym posunięciem faceta, nogi w damskich butach i czerwone stringi, które ściskał w dłoni. Istota ulepiona z seksu i zepsucia, tyle mogłem o nim pomyśleć, twarda skorupa z czerwonego, suszonego mięsa. W środku miał może tylko jajeczka much, z których później wyklują się larwy, a one z kolei pożrą jego ciało. Żywią się zgnilizną, świat im za to podziękuje, małym, białym jak śnieg, błyszczącym stworzonkom, którym zostało powierzone ważne zadanie.

Tego chłopaka mógł ulepić tylko Szatan.

h

Wieczorny pociąg zapełnił się niskimi ludźmi o ciemnej karnacji i ciemnych włosach. Wracałem razem z nim, ale tym razem był sam – zamiast faceta trzymał trochę pieniędzy w kieszeni. Uśmiechał się, patrząc na banknoty. Brzydziłem się go, widziałem wciąż, jak pieprzy go tamten facet, jak tryska na jego twarz. Chłopak miał na policzkach niewidzialną błonę, składającą się z milionów plemników od różnych facetów. Dziwiłem się, jak jeszcze potrafi utrzymać się na nogach – żywy śmietnik, do którego ludzie wyrzucają wszystkie swoje nieczystości. Ale on czuł się lekko, jego wyruchane ciało nie miało ciężkości. Jedynym żywym organem w jego ciele był odbyt, który pulsował, kiedy klienci wpychali w niego swoje nabrzmiałe penisy. Reszta służyła do odbierania zapłaty i żywieniu odbytu, dlatego nic nie ważyła: była tylko iluzją, wypaczoną przez Szatana; kuszące bezwartościowe opakowanie, puste w środku.

Odwróciłem wzrok. Nie chciałem już na niego patrzeć, może wtedy zdechnie, pomyślałem. Byłem pewien, że on wciąż spoglądał z miłością na pieniądze, które zarobił całym sobą, całym swoim ciałem i niczym więcej. W głowie słyszałem smutną balladę o samotności, brzmiącą w rytm stukania pociągowych mechanizmów.

Nagle morze czarnych głów poruszyło się, głowy zebrały się przy ścianach pociągu, wyglądały, jakby w sam środek wagonu uderzył meteoryt, pchały się na mnie, niektóre coś krzyczały. Przysunąłem się bliżej ściany.

„Czy jest tu lekarz?!”

„Mój Boże, ja rodzę!”, krzyknęła gruba kobieta i usiadła na podłodze. Podbiegł do niej jakiś facet w okularach. „Ludzie pomóżcie, potrzebne nam są ręczniki!”. Jedna z czarnych głów zdjęła z szyi szalik i podała facetowi. Ludzie krzyknęli z przerażenia, kiedy cuchnąca woda wylała się z kobiety na podłogę. Facet podniósł jej spódnicę i szybko ściągnął majtki. Uspokajając, kazał kobiecie się położyć. Zobaczyłem dokładnie jej nogi i to, co było między nimi: czarne, gęste włosy i mięsiste wargi sromowe. Kobieta krzyknęła z bólu i wypchnęła z siebie coś włochatego.

„Widzę główkę, widzę główkę, proszę przeć!”, krzyczał facet. Wszyscy patrzyli na całe zajście zupełnie, jakby byli w kinie. Niektórzy zakrywali dłońmi usta w obawie, że coś może stać się dziecku. Kobieta leżąca na podłodze naprężyła brzuch i włochaty przedmiot w jej pochwie poruszył się. Po chwili zrobiła to samo jeszcze raz i jeszcze, aż w końcu coś, co z niej wychodziło, zaczęło przypominać ludzkie dziecko. Poczułem zapach świeżego gówna: kobieta jednocześnie srała i rodziła. Nieforemna włochata głowa wychodziła z niej razem z cienkim sznurem kału.

Facet wcale nie zwracał na to uwagi, pochwalił kobietę i powiedział, że to już ostatnie parcia. Chwycił noworodka za główkę. Sinozielona ręka wytrysnęła z waginy kobiety razem z gównem, mieszanina wód płodowych, krwi i kału rozprysnęła się wokół. Facet otarł czoło z potu, a wtedy kobieta naprężyła brzuch po raz ostatni i noworodek wypadł z niej jak pocisk, pociągiem szarpnęło, dzieciak sunął po mokrej podłodze w moim kierunku. Ludzie odskoczyli na boki, a ja nie zdążyłem uciec i dziecko uderzyło głową o moje buty, pępowina drżała lekko.

„Podnieś dziecko”, powiedział ktoś do mnie. Zakręciło mi się w głowie. Wstrząsnęło mną i poczułem rzygi na języku, wstrząsnęło mną znów i nie mogłem się pohamować, strużka żółtych wymiocin pociekła mi po brodzie i spłynęła prosto na noworodka, który cuchnął jeszcze matczyną cipą. Usłyszałem głosy oburzenia: „Narzygał na dziecko”, „To obrzydliwe”, „Zabierzcie od niego to maleństwo”. Haftowałem nieustannie, ktoś zabrał noworodka, a wtedy ja uklęknąłem, nie byłem w stanie unieść dłużej mojego ciała, które było tylko iluzją. Czułem niesamowity ciężar mojego odbytu, czułem ciężar spermy, jaką miałem na sobie i w sobie, i czułem ciężar wspomnień: pamiętałem każdą twarz spuszczającego się na mnie faceta – pamiętałem swoją twarz, która nie wyglądała jak moja, słyszałem swój własny głos, który nie należał do mnie, który jęczał i krzyczał „Mocniej, mocniej!”.

To nie ja, powtarzałem sobie, wierzyłem, że jeżeli będę to powtarzał za każdym razem, naprawdę nie będę tamtym chłopakiem, że będę kimś innym, może prawdziwym sobą. Poczułem presję dwóch światów, pomiędzy którymi byłem rozdarty, dwóch pojęć, dwóch rzeczywistości, dwóch osobowości… dwóch mnie. Rozerwał mnie świat, rozerwał na pół. Wszystko, co w sobie miałem, rozsypało się i wymieszało z wydzielinami ludzkiego ciała. Powinienem wrócić tam, skąd przyszedłem? Czy ja też nie rodziłem się w gównie i kobiecym śluzie?

Ludzie klęczeli i nachylali się nad szpetną matką i szpetnym dzieckiem. Patrzyli na nie z czułością. Chociaż było oblepione i śmierdziało jak zepsute mięso, kobiety chętnie je dotykały i mówiły: „Ach jaki słodki, ma oczy po mamie”. Pogłaszczcie mnie, pomyślałem, pogłaszczcie i powiedzcie, że jestem słodki. Powiedzcie, że mam oczy po mamie i zmyjcie ze mnie ten brud. W czym jestem gorszy od tego dziecka? Proszę, niech ktoś mi pomoże.

Zrozumiałem to. Dziecko było brudne na zewnątrz, a ja w środku. Zewnętrzny brud łatwo zmyć, wystarczy trochę matczynej miłości i czystej wody. Kto zmyje mój brud? Dla mnie nie istniał już żaden ratunek. Życie jest takie nieskomplikowane. Poczułem, jak natura wywiera na mnie presję, niszczy mnie przez całe życie, ucieleśnia moją duszę i zmusza do robienia rzeczy, których nie chcę robić. Bóg mnie odrzucił, odrzucił moje ciało i moją zepsutą duszę. A tamta kobieta krzyczała, mówiła: „Mój Boże, ja rodzę!”. Powierzyła Bogu swoje dziecko, powiedziała mu, „Mój Boże”, jakby chciała powiedzieć „Boże, rodzę dla Ciebie dziecko”. Jak prezent, jak szczęśliwy prezent, który może zmienić świat. Jak prezent, który w naturalny sposób zastąpi wadliwy organizm. Jak ewolucja albo dobór naturalny. To ja byłem szpetny. Dziecko było piękne, oni wszyscy mieli rację. Było czyste i szczere, szczerze płakało na rękach matki. Moja twarz była fałszywa. To maska, nie twarz. Bóg zrobił to, bo wiedział, że popełnił błąd, tworząc mnie. Byłem wadliwy od samego początku.

Chciał, żebym to zobaczył, chciał żebym zobaczył te obrzydliwe cielesne narodziny i zrozumiał, że jestem niczym.

h

Z moich oczu popłynęły prawdziwe łzy. Oto moja twarz, pomyślałem. Szkaradna, tak niesamowicie szkaradna. Byłem jak rozkładające się zwłoki, ale umarłem za życia. Brązowe światło miasta oświetlało delikatnie błyszczącą, ciemną krew na moich nadgarstkach. Siedziałem nagi przed lustrem – ogołocony z ubrań i fałszywych emocji. Urodziłem się sobą i umrę sobą. Oto porażka Boga. Człowiek ulepiony z najgorszych ludzkich wad. Patrzyłem sobie w oczy. Nie mogłem zrozumieć, co widziałem na ich dnie. Czy to było moje prawdziwe ego?

Taki kruchy i delikatny, tak niewiele pozostało ze mnie po zdarciu skorupy, tylko kilka łez i trochę krwi, nic poza tym. Czułem ssącą pustkę w żołądku. Mówiłem do krwi: proszę, płyń szybciej. Moje serce biło głośno. Krew wypływała powoli. Rytmicznie. Mówiłem sobie, żebym się uspokoił. Jeszcze chwila, chciałem rozedrzeć nadgarstki, żebym wykrwawił się szybciej. Nie wahałem się, wiedziałem już od dawna, że kiedyś to zrobię, czekałem tylko na odpowiedni moment. Dostałem dziś znak od Boga, znak przez który Stwórca powiedział mi: „Umrzyj”.

Miałem pustkę w głowie. Wsłuchiwałem się w swój oddech i patrzyłem na swoją twarz. Nie widziałem w lustrze kogoś, kto chciałby umrzeć. A przecież byłem osobą w lustrze! Nie chodziło o poczucie obowiązku ani o chęć śmierci. Chciałem… Po prostu skończyć z bólem. Żałowałem, że w tak wyjątkowej chwili nie jestem w stanie wygłosić pożegnalnej mowy.

Nagle pustka przerodziła się w straszne pragnienie, poczułem lęk. Przypomniało mi się: robiłem wszystko, żeby żyć, cały czas, byłem dziwką, bo chciałem żyć, bo chciałem kochać i być kochanym. Ogarnęła mnie przerażająca tęsknota za miłością, widziałem różne sceny z mojego życia i zdałem sobie sprawę, że nie było w nim nic, za czym bym tęsknił, nic oprócz mojego odwiecznego pragnienia miłości. Przypomniałem sobie dziecko i matkę, gniewne spojrzenia ludzi, którzy mówili: „Odejdź, nie chcemy cię”. To Bóg przez nich przemawiał, jestem tego pewien. W wyobraźni odpowiadałem im: „Ja chcę tylko, żeby ktoś mnie kochał”. Ludzie patrzyli na mnie, a wtedy wszystko wybuchało, wszystko oprócz mojego wyobrażenia siebie, wróciłem do swojego ciała.

Poczułem ból w nadgarstkach, wpadłem w panikę, kręciło mi się w głowie, dusiłem się, byłem jeszcze bledszy niż zwykle, wiedziałem, że zaraz umrę. Rozpłakałem się głośno na myśl, że nigdy nie zaznam szczęścia, owinąłem nadgarstki ciasno ubraniami, cały się trzęsąc, nagle poczułem jak bardzo chcę żyć. Powtarzałem do sobie: „Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem?!”, prosiłem Boga, żeby mnie ocalił, ale przecież On chciał mojej śmierci, chciał żebym zniknął na zawsze, chciał zapomnieć o swojej pomyłce. Krzyczałem „Ratunku”, ale nikt mnie nie słyszał, prosiłem o pomoc, chciałem, żeby ktoś mnie uratował, czułem, że słabnę, bałem się, że umrę i zapragnąłem mocniej miłości, chciałem to poczuć chociaż przez chwilę, nie, nie, nie! Wcale nie chcę umierać!

Chwyciłem za telefon w panice, nie wiedząc, co z nim zrobić.

Bezmyślnie wybrałem pierwszy lepszy numer z listy.

Trząsłem się i płakałem, błagając, by udało mi się przeżyć.

Odezwał się znajomy męski, ciepły głos, którego nie słyszałem od bardzo dawna. Powiedział cicho: „Halo?”.

Zanosząc się od płaczu i z trudem oddychając, powiedziałem: „Proszę przyjedź, podciąłem sobie żyły, ja nie chcę umierać”.

Usłyszałem dźwięk odkładanej słuchawki.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: