polskie centrum bizarro

„Fashion victim” by Sylwia Błach

In Opowiadania on Kwiecień 3, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtWszyscy kochamy kupować. Na pewno zaś ci, którzy jeszcze pamiętają, co wspólnego miał długopis z kasetą magnetofonową, czy kolekcjonowali różne drobiazgi silnie zalatujące komuną. Zbierało się resoraki, naklejki z gum do żucia, obrazki z batoników Kuku-Ruku…

Nadeszły jednak nowe czasy, dwudziesty pierwszy wiek podobno i takie pierdoły nikogo już nie obchodzą. Teraz zbiera się markowe zegarki, prawdziwe samochody, kolekcjonuje zaliczone cipki. A kobiety kupują drogie ubrania. O tym ostatnim traktuje tekst znanej i lubianej (ponoć nawet Paskud ślini się na jej widok iperytem, a jedno jedyne oko wychodzi mu na wierzch na całą długość nerwu wzrokowego) Sylwii Błach.

Zakupoholizm to niestety niezdrowa przypadłość, tak dla psychiki jak i dla portfela. Dlatego tekst Sylwii jest przestrogą dla wszystkich tych, którym na widok nowego gadżetu skacze ciśnienie, przyspiesza puls, puchnie w rozporku i nie wiadomo co jeszcze. No, dość już pitolenia, Niedobre Literki zapraszają na show.

 

h

Fashion victim

h

Już myślałam, że to będą kolejne nieudane łowy, gdy ją dostrzegłam. Wzywała mnie z oddali, kusiła bladoróżowym blaskiem i niedbałą pozą. Wyobrażałam sobie jak w niej tonę, jak się rozpływam. Jedno spojrzenie i moja żądza posiadania wzięła górę nad rozumem.
Wiedziałam, że jesteśmy dla siebie stworzone. Tak pięknie byśmy się uzupełniały. Pieściłaby moje ciało, grzała w złych chwilach, swoją bladą urodą podkreślała moją śniadą karnację. Byłaby na każde skinienie.
Czy tak wygląda miłość? Jeśli tak, to byłam prawdziwie zakochana.
Rzuciłam się biegiem, lawirując między wieszakami. Już, już, byłam coraz bliżej, coraz bardziej pewna siebie, już wyciągałam rękę, gdy ten gruby babsztyl pojawił się znikąd. Chwycił ją, moją jedną jedyną wymarzoną, miętosząc w dłoni niczym starą szmatę, a potem porwał w stronę kas.
Z rozpaczą rzuciłam się na wieszak, półki, zaczęłam przeglądać towar wokół. Nic! To była ostatnia sztuka. Moja wymarzona ramoneska trafiła w ręce grubej baby, a ja nie mogłam nic na to poradzić. Na pocieszenie chwyciłam dwa proste t-shirty, powtarzając sobie, że basic nigdy nie wychodzi z mody. Ale nie mogłam przestać o niej myśleć…Do domu wracałam przygnębiona. Niebo, jakby chcąc dodać dramaturgii mojemu samopoczuciu, płakało deszczem. Myślałam o tym, że gdybym nie stała jak ciołek wpatrując się w cudo, nie marzłabym teraz na ulicy. Delikatna skóra doskonale chroniłaby mnie przed natrętnymi kroplami, nie pozwalając zamoknąć cienkiemu sweterkowi. Chciało mi się wyć – i nie kryłam się z tym szczególnie, rosząc łzy i cicho złorzecząc na swoje życie. Zostawił mnie chłopak, przyjaciółka strzeliła focha o jakąś pierdołę, a jedyna miłość, która mi została – miłość do zakupów, nie dawała już takiej satysfakcji. Mówiąc wprost – najnowsze kolekcje były albo beznadziejne, albo horrendalnie drogie. I gdy w końcu trafiłam na ideał, gdy po raz pierwszy od kilku tygodni maraton po sklepach miał się zakończyć sukcesem – babsztyl wszystko zepsuł.
Ale byłam zła! Oczami wyobraźni obserwowałam ten moment niczym film w zwolnionym tempie: jestem coraz bliżej. Wyciągam dłoń, dostrzegam moje piękne miętowe paznokcie (hit sezonu). Usta otwierają się coraz szerzej w uśmiechu, serce przyspiesza rytm… I nagle, znikąd, pojawia się sto kilo żywej wagi, radośnie potrząsając fałdami. Wyciąga grube łapsko o tłustych paluchach i miętoli nimi, miętoli i gniecie szlachetny delikatny materiał!
Na co tak grubej babie kurtka w rozmiarze M – pytam siebie raz po raz i przewijam film przed oczami dalej. Wyobrażam sobie, że baba się potyka. Upadając roztrzaskuje swój pusty czerep o kant eleganckiego stolika z torebkami. Tryska krew, wszędzie wokół jest jej mózg, a ja jednym ślizgiem, niczym bobsleista, sunę po krwawej kałuży. Moje stopy znaczą białe pasmo wśród czerwieni, ona wyciąga dłoń, by chwycić mnie za kostkę, ostatkiem sił próbuje się podnieść, ale kopię ją w oczy, z satysfakcją obserwując pękające gałki. Białka wypływają dokładnie w tym momencie, gdy z okrzykiem zwycięstwa chwytam swój skarb…
Po chwili jednak potrząsnęłam głową. Znów byłam na ulicy, wśród kamienic i kubłów na śmieci. „Cholera! Dziś dzień wywozu!” – wściekłam się na siebie, że jak zwykle zapomniałam. Z najprawdziwszym w świecie wkurwieniem obserwuję jak sąsiad wciąga kubeł z powrotem na podwórze. Czyli śmieciarka już była. W sumie czego się spodziewałam o dziewiątej wieczorem! Znowu całe piątkowe popołudnie straciłam na łażenie po galeriach!
Co za parszywy dzień! Weszłam do mieszkania, pogłaskałam łaszącego się kota, zrzuciłam ciuchy i padłam na łóżko. Odkąd nie spotykam się z Michałem nawet nie dbam o to, by dobrze się prezentować w sypialni. Zamiast więc wyciągnąć rękę w kierunku toaletki po jakieś seksowne perfumy – zanurkowałam dłonią pod łóżko w poszukiwaniu miski z chipsami. I choć były już trochę namokłe i nie chrupały tak jak w pierwszy dzień po otwarciu, to po raz pierwszy tego dnia poczułam się choć trochę szczęśliwa. Włączyłam ukochany „Seks w wielkim mieście” i zaczęłam zażerać smutki, aż wreszcie zasnęłam.

***

Weekend. Jak zwykle zwlekłam się z łóżka w godzinach popołudniowych. Opychając się tłustym żarciem i połową słoika Nutelli po raz pierwszy od wielu długich dni zadałam sobie pytanie, które już dawno powinno paść z moich ust: „Co ty, kurwa, ze sobą robisz?!”. Wpychając łyżkę gęstej czekoladowej papki do ust, stanęłam przed lustrem i załamałam się.
Byłam najzwyczajniej w świecie zaniedbana. Przerażała mnie kępka włosów wystających spod pach niczym dawno niestrzyżony trawnik. Moje włosy przypominały ptasie gniazdo, nawet gdzieś wśród splątanych loków udało mi się dostrzec kawałki chipsów, którymi wczoraj zasyfiłam całe łóżko. Sylwetka też nie prezentowała się najlepiej – nie znałam tych wałeczków tłuszczu, które wylewały się z przyciasnych majtek, które kiedyś chyba były białe. Najbardziej jednak przerażały mnie oczy: wielkie i okrągłe, a jednocześnie jakby puste. Jedyne co było w porządku to idealnie zrobione paznokcie – z dwojga złego wolałam wywlec się z domu i poczłapać do Madame Manic, mistrzyni sztuki manicure, u której na wizytę byłam zapisana od pół roku, niż stracić te kilka dych zaliczki.
Zdecydowanie za dużo nocy przepłakałam przez tego dupka!
Wściekła na siebie postanowiłam, że nie spędzę kolejnego weekendu przed telewizorem. Ostatnio przemieniałam się w starą babę. Taką, która tylko pracuje, żre i narzeka, że jej dupa rośnie. I że nikt jej nie rozumie, oczywiście.
Pora wziąć się w garść! Wyciągnęłam ukochaną ultrakrótką kieckę z szafy i spędziłam godzinę w łazience doprowadzając się do porządku. Czułam przypływ dziwnej mocy. Znów byłam sobą, młodą kobietą naiwnie wierzącą, że wszystko jej się uda. Kiedyś w moim ukochanym serialu padło stwierdzenie, że po związku trzeba cierpieć tyle, ile związek trwał. Głupie, a jednak w pewnym sensie zgodne z prawdą!
Gdy już wcisnęłam się w sukienkę – nowe kilogramy nie ułatwiały mi zadania – i doprowadziłam się do stanu używalności, zawahałam się chwilę. Gdzie tu iść?
Wieczorem – do klubu, to oczywiste. Pokręcić tyłkiem na parkiecie, uchwycić kilka męskich spojrzeń i pozwolić, by pewność siebie skoczyła o dwieście procent. Ale teraz?
Jedyne co mi przychodziło do głowy to spacer po galerii handlowej, ale po wczorajszej zakupowej porażce bałam się, że mój dziwnie dobry nastrój diabli wezmą. Ostatecznie więc uznałam, że połażę po deptaku, może wpadnę do jakiejś kawiarni i przeczekam te kilka godzin do otwarcia pierwszego z brzegu klubu. Byle nie siedzieć w domu!

***

Nie wiem, gdzie popełniłam błąd… To chyba wina mojej matki, wychowywała mnie w poczuciu, że kobieta musi być zawsze elegancka i szykowna. Albo ojca, który obdarowywał mnie drogimi prezentami, tłumacząc, że lepiej wydać więcej pieniędzy na coś porządnego niż kupić podróbkę. Ale od początku.
Mój wczorajszy plan wypalił. Połowicznie. Nie udało mi się bowiem uniknąć zakupów…
Spacerowałam ciesząc się słońcem. Odchylałam twarz, radosna niczym dziecko, by złapać pierwsze wiosenne promienie. Marzyłam o tym, by siąść w przytulnej kawiarni, poparzyć język małą czarną i się odgryźć wypijając ją powolutku, przedłużając jej agonię bycia smakowaną i językiem sponiewieraną… I gdy już byłam u celu – zaklęłam siarczyście. Zamknęli moją ukochaną kawiarnię, a w jej miejsce wstawili jakiś sklep z odzieżą skórzaną.
Nazwa marki nic mi nie mówiła – GOhome. Wystawa nie kusiła – sklep musiał być naprawdę świeży, bo za szybą dostrzegłam tylko jakieś chustki i apaszki w jaskrawych kolorach, czyli towar kompletnie nieadekwatny do gigantycznego napisu „GOhome – galanteria skórzana nie z tej ziemi!”. Mimo to weszłam… Jedna z apaszek, czarna w różowe i zielone grochy, zdawała się idealnie pasować do torebki, którą wypatrzyłam wczoraj w galerii i zamierzałam kupić przy najbliższej wypłacie.
„Jestem nałogową zakupoholiczką” – taki napis powinnam sobie wytatuować. Na czole. Wściekle różowym kolorem. I najlepiej tak, by migotał.
Wydałam pół pensji na kawałek szmatki! Ale za to jaki kawałek… Ekspedientka zachwalała towar tłumacząc, że jest to nowy rodzaj ekskluzywnej skóry pozyskiwanej od nieprzeciętnego nowo odkrytego w Australii gatunku zwierząt, którego nazwy nie może zdradzić. Mocne jarzeniowe oświetlenie i tajemniczy uśmiech spod czarnej szminki podkreślały ekskluzywny charakter jej słów. Apaszka sprawiała naprawdę luksusowe wrażenie – miękka w dotyku, śliska, jakby ciągle wilgotna, ale nie pozbawiona specyficznej chropowatej struktury… Nigdy nie miałam w dłoniach czegoś równie dziwnego i pięknego. Kupiłam ją bez wahania, powtarzając, że warto inwestować w produkty, które na pewno będą modne. W końcu to inwestycja w lepszą przyszłość! Poza tym okazja – z okazji otwarcia salonu apaszka była przeceniona! No jakbym mogła jej odmówić? Jak, tej pięknej jedwabistej nowej przyjaciółce? Takich rzeczy się ubraniom nie robi.
A potem zgodnie z planem poszłam się schamić. Pociesza mnie fakt, że obudziłam się w swoim łóżku, w swoich ciuchach. Impreza musiała być udana, ale nie na tyle, bym zrobiła coś głupiego. I dobrze, należało mi się!
Tylko czy ta cholerna głowa musi mnie aż tak napierdalać…? Jakby stado reniferów stepowało w kamieniołomie.
Zwlekłam się z wyra tylko po to, by łyknąć aspirynę i się wysikać, a potem wróciłam do miękkiej pościeli, wmawiając sobie, że wcale mnie nie kują tryliardy okruszków, które zebrały się w ciągu ostatnich miesięcy i ze smutkiem stwierdzając, że jutro się nie wyśpię – poniedziałek. Nie lubię tego!

***

Wczesna pobudka, mycie zębów, służbowy garnitur (i nowa apaszka, oczywiście!) i biegiem do pracy – tak się zaczyna każdy dzień tygodnia. Jestem sekretarką, a właściwie przynieś-podaj-pozamiataj spasionego gościa, który odziedziczył firmę po ojcu i nie bardzo wie jak zająć się interesami, natomiast ma niezwykłą wprawę w chwytaniu swoich podwładnych za cycki. Dzisiaj jednak.. nie przyszedł, a w zastępstwie przysłał… brata! Jakim cudem taka spasiona świnia ma takie ciacho w rodzinie, ideał o dwóch krągłych pośladkach i długich smukłych palcach, niosących w sobie obietnicę? Nie wiem. Ale Marcin, bo tak mój nowy-chwilowy szef i przyszły mąż miał na imię, to coś więcej niż figura. Jego ruchy były nie z tej ziemi! Pełne gracji, elegancji, a przy tym tak naturalne! A jego skóra, och, tego dopiero nie da się opisać – niby normalna, ale dziwnie błyszcząca, idealnie gładka, ciemna niczym mahoń. Zawsze lubiłam mężczyzn o ciemnej karnacji… Ten odcień wskazywał ponadto, że także w łóżku nie jednym będzie mógł mnie zaskoczyć. Najdziwniejsze i najpiękniejsze miał jednak włosy – białe, po prostu. Zupełnie nie pasujące do jego rasy, lecz cudownie harmonizujące z jego urodą.
Odpłynęłam na jego widok, a hormony buzowały mi niczym u nastolatki. Pierwszy raz w życiu czułam radość usługując mężczyźnie, który w dodatku nie odburkiwał „nie przeszkadzaj”, tylko kulturalnie mi dziękował. I świdrował mnie tymi zielonymi oczętami. Wyglądał, jakby kot się w nim zadomowił. Chciałam sprawić, by mruczał… Przynosiłam kawę, ciasteczka… I gdy po raz kolejny przekraczałam próg jego gabinetu z figlarnym uśmiechem i naiwnym pytaniem, czy nie chciałby schrupać czegoś innego niż ciastka (mnie?), zrobiło mi się słabo.
Przeszył mnie nagły ból w okolicach szyi. Chwyciłam się za nią, próbując wyartykułować cokolwiek, co mogłoby przypominać prośbę o ratunek, jednak słowa uwięzły mi w gardle. Rozpaczliwie zaczęłam szamotać się z apaszką, przerażona, że materiał mnie uczulił, gdzieś na dnie rozpaczy wygrażając firmie, że pozwę ich o TAKĄ kwotę!
Mój nowy szef zauważył, że coś jest nie tak. Podszedł do mnie, trochę zbyt wolno, jak na stan, w którym się znajdowałam. Nie mogłam złapać tchu, moja twarz musiała już być purpurowa. Agonia. Otwierałam usta niczym karp w wannie, obserwując jak zbliża się mój wybawca, krok za krokiem, zbyt kurwa wolno, by mi pomóc. Apaszka samoistnie i absurdalnie zaciskała się mi na szyi… Próbowałam wepchnąć palce pod materiał, poluźnić elegancki węzeł, jednak moje wysiłki były na nic. Wtedy szef mnie wyminął i zamknął drzwi. Wylądowałam w dziwnej pozycji, ni to leżąc, ni kucając i szamotałam się z kawałkiem materiału. Ból był potworny, a sytuacja tak absurdalna, że gdzieś w duszy miałam ochotę głęboko się roześmiać. Umieram, zabija mnie apaszka, jakie to zajedwabiste, kurwa! Cha cha cha!
Ostatkiem sił odwróciłam się w kierunku Marcina, sinoblada jak zombie, z łapami wyciągniętymi niczym nagle przebudzony Nosferatu. „Pomóż” – wycharczałam. Usłyszałam cichy trzask, gdy materiał zacisnął się jeszcze mocniej, łamiąc pierwsze kości. Upadłam w kałużę. Pachniała amoniakiem. Gdy dotarło do mnie, że się posikałam, a krew w postaci bulgoczącej piany zaczęła wypływać z moich ust, zrozumiałam, że to koniec. Ostatnia absurdalna myśl pojawiła się w mojej głowie: „Pissing. Spoko, też lubię”. I bezsilnie zamknęłam oczy.

***

Marcin podszedł do ciała dziewczyny. Jednym ruchem zdjął z niej kolorową apaszkę. Materiał w jego dłoni ożył, wślizgując się w rękaw marynarki. Przez kilka sekund chłopak stał z zamkniętymi oczami, smakując wspomnienia i poznając nowe doznania. Z każdą kolejną ofiarą coraz bardziej rozumiał jak płytkie i nudne jest życie na jego rodzimej planecie…
Ale już niedługo. Przy okazji wiosennej wylinki naukowcy odkryli, że ich porzuconą skórę można ponownie wykorzystać. W ramach eksperymentu wysłali niewielką liczbę skrawków na Ziemię. Gdy okazało się, że ludzie oszaleli na punkcie nowej tkaniny, zlecili produkcję tysięcy apaszek. To miał być złoty interes, sposób na pozyskanie funduszy na szkolne wycieczki na tę dziwną, niedawno odkrytą planetę.
Nikt się nie spodziewał, że wylinka ma właściwości żywej materii. Gdy kolejna z klientek GOhome zginęła przez uduszenie, rozpoczęli dodatkowe badania. Wylinka, wcześniej po prostu utylizowana, w postaci apaszki zaczęła atakować nosicieli, wchłaniając ich wspomnienia. Po kolejnych miesiącach prac nad materiałem i prób neutralizacji efektów ubocznych, postanowili zmienić plany – doszli do wniosku, że cicha inwazja prowadząca do podbicie nowej planety nie jest złym pomysłem. Zamiast pracować nad wyciszeniem morderczych skłonności materiału, znaleźli sposób, by je kontrolować, a pozyskane wspomnienia zaszczepiać w organizm dawcy. Każdy z Agentów wysłanych na Ziemię miał na przedramieniu zdartą skórę, zaś wylinka z radością wracała do swojego pierwotnego właściciela… Trochę bolesne było jej ponowne wycinanie, ale czego się nie robi, by skolonizować kosmos? Ziemskie agencje od zbyt dawna marudziły, że jeszcze nie pora, by mieszkańców informować o nawiązaniu kontaktu z obcymi… A ile można się prosić o cholerną wizę?!

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: