polskie centrum bizarro

„Hells Kitchen” by Miss.Swiss

In Opowiadania on Kwiecień 11, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDynie są nie tylko jednym z ulubionych narzędzi Paskuda (wykorzystuje je – nie pytajcie o szczegóły – do polowań na co bardziej upierdliwe muchy). Są także megakultowym i zawsze aktualnym motywem opowieści halloweenowych i pokrewnych (po-krew, po-krew… przyszłam po-krew… – wysapała znajoma dynia i zasnęła, bidulka). W takich właśnie okolicznościach poznacie dzisiejszą bohaterkę opowiadania niedobroliterkowego. W sensie: dynię, nie tę drugą.

Autorką tekstu jest tajemnicza Miss.Swiss. To już jej drugi tekst na niedobrych literkach, ale mamy niejasne przeczucie, że na tym nie koniec… Jeszcze o tej pani usłyszycie. Czy też: jeszcze ją poczytacie. Tymczasem, miłej lektury Hell’s Kitchen.

I smacznej dyni!

h

Hell’s Kitchen

h

Choć bywam tu od ponad dziesięciu lat, nigdy jej wcześniej nie widziałam. Stała trochę z boku, lekko zgarbiona, za stołem zastawionym porcelanowymi bibelotami. Wydawało się, że nie zwraca na nikogo uwagi, ja jednak od razu poczułam, że mi się przygląda.

Przyspieszyłam kroku, chcąc jak najprędzej minąć jej kramik. Okazało się to wcale nie takie proste. Właśnie w piątki na pchlim targu w Hell’s Kitchen bywa najwięcej ludzi. Jakiś gruby Meksykanin odciął mi drogę, usiłując wynegocjować lepszą cenę za kuty, mosiężny żyrandol oferowany przez Głuchego Paula, a z przeciwnego kierunku nadjeżdżał powoli niewielki pick-up, którego pomalowaną na krzykliwy czerwony kolor karoserię zdobił czarny napis Eat!Shop!Love!Hell’s Kitchen Market Gourmet Food. Tak. Do tego już właśnie doszliśmy, delikatesy na pchlim targu! Tłum zwiedzających i klientów, przyjemnie podrażniony zapachem świeżej grillowanej wołowiny i ostrych tajskich przypraw zwrócił się w kierunku ciężarówki, skutecznie tarasując mi drogę w stronę północnych straganów,  gdzie spodziewałam się znaleźć oryginalną biżuterię. Byłam zła, ale chcąc nie chcąc przystanęłam przy stoliku staruszki i udając, że nie widzę jej taksującego spojrzenia, zaczęłam oglądać upchnięte na stoliku zakurzone, poobijane figurki i zaśniedziałe miedziane i srebrne ozdoby.

– Porcelanowa dynia na Halloween! Tylko dwa dolary – odezwała się dźwięcznym młodym głosem, nie pasującym do zaniedbanych starych rąk i zmarszczek. – Oryginał z lat dwudziestych, vintage! – zachichotała, podkreślając ironicznie ostatnie słowo.

Uniosła niepozorną, pomarańczową bryłę ozdobioną wyblakłym zielonym listkiem i trójkątnym otworem na świeczkę. Blade październikowe słońce nie było w stanie przysłonić brzydoty eksponatu. W krzywym napisie „Happy Halloween” czas zatarł fragmenty liter. Lakier na spodzie dawno już odpadł, ukazując brzydką siateczkę pęknięć, do złudzenia przypominajacą zmarszczki na twarzy sprzedawczyni. Brzydactwo, żaden antyk, po prostu stary rupieć. Uśmiechnęłam się uprzejmie.

– Dziękuję, ale nie szukam ozdób na Halloween, i tak już za dużo kupuję… – przepraszająco wskazałam na dwie płócienne torby pełne „skarbów”, które wykorzystywałam podczas zajęć ze sztuki ze starszymi uczniami.

– Niech pani weźmie – powiedziała z naciskiem, chwytając mnie niespodziewanie za rękę.

– Nie, naprawdę…

– Za dolara – przerwała mi obcesowo, wyzywająco spoglądając w twarz. Skuliłam się pod tym spojrzeniem. Miała niesamowite oczy, chwilę zajęło mi rozpoznanie na czym polega ich niezwykłość. Różniły się kolorem tęczówek. Jedno oko porażało widza intensywnym błękitem, drugie błyszczało niespotykanym, szmaragdowozielonym blaskiem. Czułam fizyczną niechęć przed dotykiem jej kościstych palców zaciśniętych teraz na moim nadgarstku i nieświeżym, starczym oddechem.

– Dobrze, proszę… – pospiesznie wysupłałam dwie pięćdziesięciocentówki z portmonetki, wcisnęłam dynię na wierzch torby, obiecując sobie w duchu pozbyć się jej od razu, gdy znajdę się poza zasięgiem wzroku straganiarki. Przysięgłabym, że monety rozpłynęły się w powietrzu, zanim dotknęły dłoni sprzedawczyni.

– Niech ci nie przyjdzie do głowy wyrzucić ją do śmietnika – syknęła stara na pożegnanie z krzywym uśmiechem ścisnąwszy jeszcze raz moją rękę. Miała uścisk jak mistrz sumo. Nie znam wprawdzie żadnego osobiście, ale wydaje mi się, że tak właśnie rozprawiają się z kruchymi kośćmi przeciwnika.

Pospiesznie ruszyłam dalej, przeciskając się energicznie wśród napierających na mnie z bywalców targowiska. Ochota na szperanie po straganach Hell’s Kitchen minęła mi bezpowrotnie, tak samo jak mój dobry humor z okazji wolnego dnia, który zamierzałam spędzić na Manhattanie. A tak się dziś cieszyłam na lunch z Phoebe w Oyster Bar, shopping w East Village i kubek genialnej latte w Java’s… Czułam ucisk w żołądku i nadciągającą migrenę. Odwołałam lunch, kupiłam sobie kanapkę na wynos w Carnegie Deli i skierowałam się na Central Station. Pociąg wlókł się niemiłosiernie wolno w stronę Brooklynu.

Gdy dotarłam do mojego małego domku w Bensonhurst, który kupiłam tuż po rozwodzie, byłam już porządnie zmęczona. Upchnęłam niedbale zakupy spożywcze w lodówce i spiżarni, po czym zaległam na kanapie z najnowszym numerem New York Timesa. Nie udał mi się dzień. Na szczęście chłopcy mieli wrócić od ojca dopiero wieczorem.

Przez okno widziałam światła u sąsiadów i halloweenowe dekoracje na domach po drugiej stronie naszej uliczki. Wszyscy czuli się w obowiązku, na dzień przed świętem, ozdobić swoje domostwa świecącymi dyniami, białymi plastikowymi szkieletami lub wiszącymi wiedźmami sunącymi na sabat na obowiązkowych miotłach. Jak zwykle standard i obowiązkowy kicz.

Jedynie dom Josha, fizyka, nie był nigdy udekorowany. W oświetlonym kwadracie okna widziałam jego sylwetkę pochyloną nad komputerem. Josh Forester uchodził w naszej małej społeczności za dziwaka, nie obchodził żadnych świąt i, choć pozdrawiał każdego zawsze bardzo uprzejmie, nigdy nie angażował się w nasze życie. Lubiłam tego sympatycznego chudego okularnika, choć czerwienił się na mój widok i zaczynał mocno jąkać. Po początkowych oporach zaakceptowano go wraz z jego dziwactwami, szczególnie, gdy rozeszła się wieść, że zdobył poważną międzyuczelnianą nagrodę. Pracował podobno nad teorią światów równoległych w powiązaniu z pętlą czasu. Nigdy nie starczyło mi siły, by wypytać go o szczegóły. Miałam dość kłopotów w jednym świecie.

Poczłapałam do kuchni. Mój wzrok padł na dynię, niedbale zawiniętą w bibułę i wciśniętą do płóciennej torby razem ze szklanymi paciorkami i hebanową głową słonia, które kupiłam na targu. No tak, miałam się przecież pozbyć tego brzydactwa.

Przypomniałam sobie sytuację z przedpołudnia i znów wezbrała we mnie złość za brak asertywności. „Łagodnieję na starość“, pomyślałam. Nawet staruszki mają mnie za nic…

Chwyciłam porcelanowy przedmiot i od razu poczułam piekący ból w nadgarstku. Dynia ważyła chyba z pięć kilo! To niemożliwe, przecież poczułabym jej ciężar już przy straganie! Wyglądała tak samo niepozornie jak rankiem. Wzięłam głęboki oddech, uniosłam ją oburącz i wyniosłam do śmietnika. Gdy klapa pojemnika opadła, poczułam się lepiej. „Mam cię z głowy” – mruknęłam do siebie i wróciłam do domu. Od razu poczułam się lepiej. Przygotowałam zupę z porów i zapiekankę z makaronu i, czekając na powrót synów, zasiadłam z kieliszkiem wina przed telewizorem. Chłopcy wrócili w świetnym humorze.

– A co to za paskudztwo stoi na ganku? – spytał Phil, nakładając sobie po raz zapiekanki. Przeszył mnie dreszcz niepokoju.

– Co masz na myśli?

– No, to odrapane warzywo tuż pod drzwiami! – oświadczył Tom z pełnymi ustami. – Miałaś niczego nie kupować, umawialiśmy się, że to my udekorujemy wejście, pamiętasz?

– Yyyyy – zawył mój pierworodny wyciągając z kieszeni maskę z filmu „Krzyk” i usiłując nałożyć ją bratu na głowę.

Z bijącym sercem wybiegłam na werandę. Dynia stała sobie spokojnie przed drzwiami. Albo mi się tylko wydawało, albo naprawdę była większa. Tak, na pewno była wyższa i pełniejsza.

Wróciłam do domu i oparłam się o kuchenną ścianę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że chłopcy wpatrują się w mnie uważnie. Mdliło mnie.

– Co jest, mamo? – zapytał Phil z niepokojem w głosie. – Zobaczyłaś ducha, czy co?

– Nic mi nie jest. To nie jest nasza dynia, chyba ktoś sobie zażartował… Rzeczywiście, jest paskudna. – Odwróciłam się do kuchenki, przygotowując kolejny dzbanek herbaty i usiłując opanować drżenie głosu. – Może po kolacji wyniesiecie ją gdzieś… nie wiem… Może kilka domów dalej?

– Okay, mamo, nie ma sprawy – Tom przypuścił atak na resztę zapiekanki, ale Phil nie dał się zbyć. Pozbierał talerze po zupie i zbliżył się do mnie.

– Co się dzieje?

– Nnic, naprawdę… – Skrzyżowałam obronnie ręce na piersiach.

– A co to? Skaleczyłaś się? – Teraz był naprawdę zaniepokojony. Podążyłam za jego wzrokiem. Nadgarstek, za który chwyciła mnie sprzedawczyni na Hell’s Kitchen, otoczony był sino-fioletową obwódką, po wewnętrznej stronie widniała cienka kreska świeżej, dopiero co zaschniętej rany.

– Tak… dziś rano… zupełnie zapomniałam – skłamałam.

Po kolacji chłopcy wyszli i wrócili po dwudziestu minutach, meldując wykonanie zadania – podrzucili niechciany przedmiot staremu Aleksowi Crawfordowi, który słynął w całej okolicy z tego, że z całego serca nienawidził dzieci. Do ośmioletniego Phila mierzył kiedyś nawet przez okno z dubeltówki, ale nie udało się tego nigdy udowodnić. Dzieci odpłacały mu równie szczerą i gorącą nienawiścią. Uspokoiłam się trochę, ale wieczorem staranniej niż zwykle sprawdziłam zamknięcie okien i drzwi. Halloweenowe przedpołudnie minęło nam bardzo przyjemnie, chłopcy przygotowywali kostiumy, a ja napełniłam kilka salaterek czekoladowymi cukierkami i upiekłam ciasto marchewkowe. Spodziewałam się, jak co roku, licznych wizyt okolicznej dzieciarni.

Chłopcy wychodzili wraz z przyjaciółmi na tradycyjny obchód domów w sąsiedztwie. Zmierzch już dawno zapadł, jednak do naszych drzwi nikt nie zapukał. Poprzebierane dzieciaki krążyły w grupkach po ulicy, słyszałam odgłosy dzwonków, stuk otwieranych drzwi i przekomarzania nachodzonych sąsiadów z przebierańcami. „Przyjdą pewnie w drodze powrotnej” – pomyślałam. Około dziesiątej rozległo się wreszcie energiczne pukanie. Otworzyłam i cofnęłam się zdumiona. Na progu stała piękna, młoda dziewczyna w czarnej aksamitnej pelerynie, trzymając przed sobą tacę z czerwono lukrowanymi jabłkami.

– Zdaje się, że pani coś zgubiła – odezwała się lekko szyderczym tonem. Znanym mi głosem. Oczywiście, że znanym mi, bo… u moich stóp leżała znów nieszczęsna dynia, ta sama, którą własnoręcznie przyniosłam do domu. Pobyt u Aleksa chyba jej posłużył, bo znów podrosła. Była teraz wielkości pulchnego trzylatka.

Cofnęłam się gwałtownie, chcąc zatrzasnąć drzwi, ale było za późno. Dynia przetoczyła się po moich stopach, miażdżąc mi palce i poturlała się do pokoju. Krzyknęłam z bólu i chciałam wybiec na zewnątrz, ale paraliżujący wzrok dziewczyny zatrzymał mnie na miejscu.

– Wybrała ciebie. To zaszczyt. – Zachichotała szyderczo i zatrzasnęła drzwi. Usłyszałam szczęk przekręcanego zamka i odgłos oddalających się lekkich kroków. Rzuciłam się do tylnego wyjścia. Zamknięte od zewnątrz! Z prawego buta wypłynęła cienka stróżka krwi, zamieniając się od razu w dziwną, czarną masę. Ciągnąc za sobą poranione nogi, zdołałam dotrzeć do salonu. Dynia, ogromna teraz, miała chyba bowiem z metr średnicy, stała przed kominkiem i przeżuwała właśnie moją etażerkę z książkami, wydając z siebie głośne beknięcia. Kawałek tysiącstronnicowego albumu o nowojorskich fasadach sklepowych niknął właśnie w górnym otworze błyszczącej kuli. Nie wyglądała już na stary rupieć. Lakier mienił się intensywnym oranżem, napis był równiejszy i bez zatarć, nie ma co, wracała do formy!

Pozbawiwszy mnie najcenniejszej pozycji z księgozbioru, dynia potoczyła się w stronę kanapy i zaczęła wciągać w coraz szerszy otwór skórzany fotel wraz z kawałkiem podłogi. Światło zgasło w całym domu, gdy pochłonęła moją ulubioną mosiężną lampę. Stojąca na parapecie świeca zachybotała się. Przesunęłam się za stół w jadalni, usiłując otworzyć znajdujące się z tyłu okno.

Oczywiście, ani drgnęło. Zapewne dynia i jej troskliwa opiekunka pomyślały o wszystkim składając jej ze mnie ofiarę. Chwyciłam za świecznik i uderzyłam nim z całej siły w szybę, ale szkło nawet nie wydało żadnego dźwięku. Byłam pewna, że moja ostatnia godzina wybiła. To dziwne, ale czułam spokój. Miałam tylko nadzieję, że chłopcy wrócą, gdy będzie po wszystkim i nie wpadną w pułapkę. Zresztą… chyba tylko ja jestem wybrana.

Wdrapałam się z trudem na stół. Moje buty nasiąknęły krwią, czułam też, jak spuchły mi palce u nóg. Ale przecież i tak wszystko jedno… może nie będzie bolało. To się chyba wszystko w niej od razu rozpuszcza. Nie miałam już salonu. Dynia dokonywała systematycznego spustoszenia. Znów wykonała piruet, zatrzymała się na chwilę, jakby węsząc i nasłuchując, po czym przetoczyła się do jadalni. To tu, gdzie ja…

Nie miałam już dokąd uciekać. Spojrzałam tęsknie w stronę schodów… Gdyby udało mi się do nich jakoś przecisnąć, wbiec na górę… Ale były stanowczo za daleko. Poczułam zapach dyni. Zupa z dyni z imbirem, zapiekanka z dyni i ziemniaków, słodka dynia hokkaido smażona na maśle, w mojej głowie tłukły się jakże nieprzydatne teraz, idiotyczne przepisy kulinarne, które z wielkim zapałem realizowałam jeszcze przed miesiącem na kursie gotowania w lokalnym domu kultury.

Chyba dobrała się do moich myśli, bo fuknęła z dezaprobatą. Przesunęłam się na koniec stołu, tuż pod ścianę. Mogłam przedłużyć tę grę o kilka minut, gdyby udało mi się zsunąć pod stół. Może byłoby jej trudniej. Nie warto. Przymknęłam oczy. Jeśli to ma się stać, niech się dzieje szybko…

Rozległ się potężny huk i okno od tarasu wypadło wraz futryną do pokoju. Josh torował sobie drogę przez odłamki szkła, w dłoniach trzymał małe pudełko przypominające radio tranzystorowe, którym nerwowo obracał.

– Josh! Uważaj na… – krzyknęłam co sił w płucach.

– Annie! Nie bój się! Zaraz będzie po wszystkim!

Dynia mruknęła gniewnie i wykonała półobrót w stronę nowoprzybyłego. Josh cofnął się o kilka kroków, nadal usiłując uruchomić swój instrument. Zimne powietrze wtargnęło do domu. Dynia chyba się zawahała. W końcu wybrała mężczyznę i skierowała się w jego stronę. W tej chwili padł strzał, Josh wrzasnął z bólu i chwycił się za ramię, a dynia zatrzymała się w miejscu i rozpadła na milion pomarańczowych kawałków, które po chwili wyparowały z głośnym sykiem. Za Joshem stał Aleks z wykrzywioną wściekłością twarzą i największym okazem ze swoich zbiorów broni, ogromnym sztucerem.

– Rozwalę was, cholerne manhattańskie przybłędy, intelektualiści do kurwy nędzy! Co to za cholerne eksperymenty po nocy! Zachciało ci się fajerwerków?! – zwrócił na Josha lufę sztucera.

– Zniszczył pan dagalonera! – jęknął mój uczony sąsiad i zemdlał z bólu.

Trzy godziny później było już po całym zamieszaniu. Policja odjechała zabierając mimo naszych protestów Aleksa, a ja i Josh po opatrzeniu na szczęście powierzchownych ran siedzieliśmy w jego zagraconym gabinecie. Towarzyszyło nam dwóch spoglądających na nas podejrzliwie policjantów.

– Od dawna śledzę pochłaniające materię dagalonery, są niezwykle rzadkie. Pojawiają się w formie niepozornych przedmiotów codziennego użytku wprowadzane do naszego świata przez dagalonów – wyjaśniał Josh. – To tacy terroryści z jednego ze światów równoległych, zawsze lubią namieszać i poprzez dagalonery powiększyć zasoby własnej energii. Udało mi się stworzyć niezwykle czuły instument do ich wykrywania i jak mi się wydawało, unieruchamiania. Ale nad tym – dodał lekko zakłopotany. – Muszę jeszcze chyba popracować…

– Ty, o czym ten facet pieprzy? – spytał teatralnym szeptem jeden z policjantów. Jego kolega w odpowiedzi wymownie przewrócił oczyma i narysował palcem kółko na czole.

– Prawdę mówiąc – szepnęłam do Josha – mam nadzieję, że już żadnego nie spotkam. Są wyjątkowo nie w moim guście.

– Przyszłam was zluzować, chłopcy. – W drzwiach stała młoda, śliczna policjantka.

– Pani Davies i pan Forester muszą odpowiedzieć jeszcze na kilka pytań.

Odwróciłam się i spojrzałam jej prosto w oczy. Jedno było intensywnie błękitne, zaś drugie…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: