polskie centrum bizarro

„O przekraczaniu” by Daria Węsierska

In Opowiadania on Kwiecień 14, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDzisiaj mamy dla Was coś nieco poważniejszego niż zwykle.

Spośród wielu stron Paskuda, od których go nie znacie, jest jedna, od której nie znacie go w szczególności. Otóż, oprócz spełniania się w roli lidera polskiej sceny bizarro (sami przyznacie: z takim wyglądem jest urodzonym artefaktem bizarro sam w sobie!), pasjonuje naszego Paskuda szeroko rozumiany temat twórczości. I dobrze się składa, bo intrygująco i nieco przekornie o twórczości (to nie jest dokładne wyjaśnienie) opowiada Daria Węsierska w swoim tekście O przekraczaniu. Miło nam zatem powitać na niedobrych literkach nową autorkę!

Zapraszamy do lektury!

h

O przekraczaniu

h

Pan Krzysztof był bardzo pracowitym człowiekiem. Potrafił całymi dniami przesiadywać przy biurku, na którym piętrzyły się stosy wierszydeł i kronikarskich zapisków, rozpaczliwie poszukując weny. Tonąc, z coraz większym trudem wspinał się na pokłady własnej energii. A miał zaledwie 35 lat. 35 lat, mieszkanie w przytulnej kamienicy, no i własną twórczość.

Pytany o swoje szczególne życiowe osiągnięcia zawsze odpowiadał jednym, wyuczonym frazesem: „Gajusz Juliusz Cezar przekroczył Rubikon, Aleksander Macedoński Indus, a ja… ja nie przekroczyłem nic. Chyba jedynie kałużę po popołudniowym deszczu.”

Uśmiech jaki pojawiał się na twarzy po wypowiedzeniu ostatniego zdania sprawiał, że zdezorientowany rozmówca zazwyczaj wolał na chwilę się oddalić.

Jedyną osobą, z którą pan Krzysztof nadal utrzymywał stały kontakt, była jego przyjaciółka z czasów dzieciństwa, która od kilkunastu lat nie mieszkała już w kraju ojczystym, lecz bawiła na Capo Verde. Tylko do niej ośmielał się czasami wysłać jakiś list, chociaż odpowiedzi napływały bardzo sporadycznie.

Czas upływał spokojnie. Każdy dzień zaczynał pan Krzysztof od wyjrzenia przez okno, aby sprawdzić czy główną ulicę miasta wypełniają korowody czarnych parasolek. Zawsze spieszyły się i rozpraszały raz po raz w różnych kierunkach. Niekiedy obserwował też jak między kamienicami przelatują co jakiś czas gołębie pragnące dotrzeć do kościoła, którego dzwon wybijał właśnie czwartą rano. Następnie filiżanka mocnej kawy, kilka godzin spędzonych nad pożółkłymi kartkami i obowiązkowy spacer. Ta ostatnia czynność była niewątpliwie najciekawsza w całym harmonogramie dnia.

Najdroższa Przyjaciółko,

Przechodząc dzisiaj ulicami miasta zastanawiałem się, ilu przechodniów, których codziennie mijam, ma świadomość, że uczestniczy w prawdziwym cudzie. Ja cały czas staram się przekonać samego siebie, iż życie jest cudem. Jednak kiedy spoglądam na te udręczone twarze, których cienie spieszą się do podejmowania codziennych trudów, zaczynam tracić wiarę. Czy nie powinno być bowiem tak, że to człowiek z ochotą przyjmuje nowe wyzwania i chętnie o nie zabiega, a nie na odwrót? Może powoduje to brak słońca… przynajmniej Ty na Capo nie znasz takiego pretekstu. Wyobrażam sobie, że w tej słonecznej krainie życie jest nie tyle prostsze, co przyjemniejsze, chociażby ze względu na uwarunkowania klimatyczne.

Takie oto listy, okraszone pogłębioną refleksją każdego spaceru, kolekcjonował po to, by wysłać wszystkie razem ostatniego dnia miesiąca. Ale po serii monotonnych dób nadszedł dzień, który odmienił dotychczasową stagnację…

Kiedy pan Krzysztof błądził uliczkami miasta, to tylko po to, aby bacznie przyglądać się twarzom przechodniów. Tamtego popołudnia nie było jednak nikogo, na kim mógłby „zawiesić” oko. W obawie, że jego studium człowieka będzie niekompletne, rozpoczął rozpaczliwe poszukiwania. Mijał ociekające bluszczem kamienice, sine parkowe aleje, którym drzewa niemalże kłaniały się w pas. Przyglądał się przez dłuższą chwilę placowi zabaw w nadziei, że jakiś mały człowieczek wróci tu w poszukiwaniu zagubionej foremki. Ale nikt się nie pojawił. Usiadł zatem na ławce i zaczął liczyć spadające liście.

Nagle z transu uwolnił go dźwięk trzaskających okiennic. Mężczyzna gwałtownie odwrócił głowę, stwierdzając z ulgą, że nie ma tam niczego poza szeregiem dalszych ławek. „Wiatr dzisiaj stroi sobie żarty z jedynego śmiertelnika, który nie bał się go odwiedzić” – pomyślał i powrócił do przerwanej czynności. Jednak hałas jeszcze kilkakrotnie się powtórzył. Pan Krzysztof, skonsternowany, wstał i bacznie rozejrzał się dookoła. Dopiero teraz jego popielatym oczom ukazał się całkiem ciekawy widok. Za gęsto splecionymi gałęziami drzew, które już dawno zdążyły pozbyć się liści, stał niepozorny budynek.

Pisarz miał wrażenie, że z jego ścian wylewają się krople burgundzkiego wina. W rzeczywistości były to jednak zwykłe zacieki. Na pierwszy plan wysunęły się wrota z masywną klamką. Kierując wzrok wyżej dostrzegł podłużne okna, szczelnie przykryte okiennicami. Jedna z nich, niedokładnie zamknięta, powodowała hałas, który zwrócił uwagę mężczyzny. Na niewysokiej wieży widniał lekko zardzewiały krzyż.

Pan Krzysztof zdał sobie sprawę, że przechodząc tędy setki razy zawsze omijał ten kościół. Nie dlatego, że nie wiedział o jego istnieniu, wręcz przeciwnie. Znał bardzo dobrze ton dzwonów, które budziły go ze snu. Omijał go jednak dlatego, iż jego uwagę przykuwały zawsze bardziej atrakcyjne gmachy. Teraz, z nadmiaru wolnego czasu, postanowił zajrzeć do środka. Może tam odnajdzie jakąś żywą duszę.

Wnętrze kościoła przedstawiało się imponująco. Chyba nie tego oczekiwał zanim zdążył przekroczyć jego próg. Na wejściu ujrzał zdobioną inskrypcjami posadzkę, która prowadziła prosto do ołtarza. Przy murach stały masywne ławy. Ich inkrustowane poręcze splatały się niczym konary wiekowych drzew. Na oparciu ktoś wyrzeźbił ornamenty roślinne, przywodzące na myśl raczej arabeski epoki kalifów niż elementy sztuki europejskiej. Najbardziej jednak wyróżniał się ołtarz zdobiony ogromną tarczą zegarową.

Poczuł, jak budzi się w nim dziecięca ciekawość, która zaczynała popychać go coraz bliżej do centrum mistycyzmu. Pan Krzysztof od zawsze był jedną z tych osób, którą kiedyś Jezus nazwał dyplomatycznie „człowiekiem małej wiary”. Każda wizyta w kościele, podobnie jak i ta, była czynnością czysto formalną, co więcej, może trochę rekompensowała pisarzowi jego codzienną monotonię. W końcu to najlepsze miejsce na obserwowanie ludzi, ich wewnętrznych zmagań między poczuciem obowiązku modlitwy, a natarczywymi myślami. Na szczęście on nigdy do niczego się nie zmuszał.

Teraz stał na samym środku i powoli obracał się w prawą stronę, tak aby uchwycić jak najwięcej szczegółów. Krople wody, osiadające na tynku, wyrzeźbiły imponujące obrazy. Między nimi dostrzegł coś, obok czego nie mógł przejść obojętnie. Pomiędzy szarymi zaciekami dostrzegł jeszcze jeden, znacznie ciemniejszy niż pozostałe. Gdyby nie strach przed bólem, dałby sobie rękę uciąć, że oto ukazał mu się cień człowieka. Zaniepokojony rozejrzał się. Tak długo kogoś poszukiwał, a gdy już znalazł, dopadł go strach. Cień przemykał bardzo szybko między kolumnami, aż zatrzymał się za jedną z nich i trwał tak nieruchomo przez dłuższą chwilę. Pan Krzysztof w skupieniu i milczeniu oczekiwał, co będzie dalej.

Suknia ponownie zaszeleściła, a jej fragment nieśmiało wystawał zza kolumny. Gdyby nie wrodzone wścibstwo, pisarz zapewne wyszedłby stamtąd jak najszybciej, ale coś kazało mu wytrwale czekać do końca. Zobaczył, jak powoli wyłania się blada kobieca dłoń i delikatnie obejmuje trzon kolumny, przesuwając się z góry na dół. Był to ruch tak zmysłowy, że na czole pana Krzysztofa mimowolnie wystąpiły kropelki potu. Tymczasem druga dłoń spokojnie uchylała rąbek powłóczystej sukni, to znów zasłaniała, na zmianę odkrywając i zasłaniając zgrabną nogę.  Mężczyzna mimowolnie odwrócił wzrok, lecz zaraz potem spojrzał jeszcze raz w to samo miejsce z większą śmiałością. Tym razem zauważył również jej włosy, które ocierały się o wilgotny tynk.

Skrzywił się. Nie tego oczekiwał od swojej weny. Nie pragnął prowokacji ani skandalu. A już na pewno nie profanacji. Zresztą to wszystko już było. Świat od lat bazuje na tych samych tematach i rozwiązaniach. Zaś on jako artysta powinien nareszcie wyjść naprzeciw nowatorskim pomysłom.

Kobiety przy filarze już nie było. Zniknęła wraz z całą nadzieją pisarza na jakąkolwiek zmianę. Wyszedł z kościoła niepocieszony i być może lekko sfrustrowany.

Przystanął i cofnął się kilka kroków. Znowu stanął. Uczynił kilka kroków w przód. „Jak to jest – myślał – że kiedy nakazuję coś mojemu ciału, ono od razu to spełnia… jak to jest, że nakazuję coś duszy, a ona stawia opory…”

Mógłby jeszcze tak filozofować przez dłuższy czas, gdyby nie fakt, że zbliżała się pora obiadu. Mimo iż nie czuł głodu, postanowił wstąpić do jednej z pobliskich restauracji. Bo pan Krzysztof nigdy sam nie gotował. Po pierwsze dlatego, że wiedza o łączeniu składników była mu zupełnie obca, po drugie z powodu wrodzonej niechęci do gotowania.

W przeciwieństwie do ciała, umysł pana Krzysztofa był nad wyraz aktywny. Nie istniała bowiem sekunda, w której coś nie zaprzątałoby jego myśli i zazwyczaj nie była to kwestia małej wagi. Nawet wtedy, gdy pochylał się nad talerzem zupy. Kiedy tylko wrócił do domu, od razu spoczął na starej kozetce. Służyła mu już kilkanaście lat.

Najbardziej niepokojącą sprawą, z jaką zmagał się od dłuższego czasu, był niewątpliwie nadmiar myślenia. W czasach, gdy człowieka zalewa tyle informacji, gdzie ludzie dzielą się swoimi życiowymi mądrościami i pouczają nawzajem, przekonując, że wiedzą jak żyć, on czuł się totalnie zagubiony. Chciał mieć w sobie coś, co zależałoby wyłącznie od niego, a jednocześnie rozwiązało życiowy problem, którego nawet nie potrafił jednoznacznie sformułować. Niewiele czasu wystarczyło, aby – otoczony takimi właśnie myślami – pogrążył się w głębokim śnie.

Nawet tam nie mógł zaznać spokoju. Skoro tylko oddalił się od tego świata, już coś innego zaczęło zwracać jego uwagę. Śniła mu się brama. Nie wiadomo, czy była to brama o jakimś znaczeniu symbolicznym, czy to brama do piekieł czy niebios, do raju czy czeluści Hadesu. W każdym razie nie tamtędy chciał podążać. Nie był w końcu Eneaszem czy Odysem, aby odwiedzać swoich przodków w podziemiach. Szedł zatem w przeciwnym kierunku, aby po chwili znaleźć się na skraju przepaści.

– To już? – zapytał sam siebie zaskoczony.

– Nie lubię rozwlekłych form. Historie takie jak twoja powinny być jak najkrótsze.

Już chciał zapytać, do kogo należy głos, który udzielił mu nieoczekiwanej odpowiedzi, ale uznał, że to byłoby zbyt banalne. A może wcale nie chciał tego wiedzieć. Owszem, zgadzał się, że ani przez moment jego historia nie była ciekawa. W końcu ileż można patrzeć na kogoś, kto wędruje na skraj rozpaczy. Ale czy to powód, aby od razu skakać w dół?

Okazało się jednak, że już ktoś inny zadecydował o jego losie, gdyż zanim wypowiedział w myślach ostatnie zdanie, poczuł, jak spada z dużej wysokości. Było to nawet bardzo przyjemne. Nareszcie nie musiał wykonywać żadnych ruchów. Jedyny problem mogła teraz stanowić myśl o tym, co znajduje się na dnie. Ale nawet na to nie miał czasu, bo w ułamkach sekund opadł na miękki fotel. Przed nim znajdował się stół, który odgradzał go od siedzących naprzeciw trzech elegancko ubranych mężczyzn.

„Coś mi to przypomina…” – zamyślił się, sięgając pamięcią do wszystkich sądów, których dotychczas był świadkiem, poczynając od Sądu Ostatecznego, a kończąc na zwykłej osiedlowej rozprawie sądowej.

– Panowie, ale to już było! – krzyknął w stronę domniemanych sędziów.

Panowie spojrzeli po sobie z ukosa i w okamgnieniu wszyscy, zamiast siedzieć na fotelach, leżeli wygodnie na sofach, ubrani w zużyte rzymskie togi. Sfrustrowany pan Krzysztof wstał.

– Czy panowie myślą, że im dziwniej, tym bardziej nowatorsko? Nie tego przecież szukam.

Nikt się nie odezwał. Pan Krzysztof opadł ponownie na sofę i również milczał. A była w tym milczeniu jakaś olbrzymia moc, która przypominała niewidzialną kulę energetyczną.

– Znamy ludzi takich jak pan – odezwał się w końcu jeden z mężczyzn. – Chodzą po świecie z jednym tylko pragnieniem. Chcą stać się kimś w rodzaju nadczłowieka, chcą stworzyć coś, czego do tej pory nie wymyślono, głęboko wierząc, że to odkrycie uczyni ich wyjątkowymi. W gruncie rzeczy uważają, że świat nie potrzebuje zmian, natomiast jednostki potrzebują dowartościowania. Zmiany jakie powstają przy takich procesach są jedynie skutkiem ubocznym.

– Nie rozumiem – przerwał pan Krzysztof zmieszany.

– Dlaczego Cezar przekroczył Rubikon? – zapytał drugi sędzia.

– Bo… – zaczął pan Krzysztof.

– Bo kości zostały rzucone! – zaśmiał się trzeci.

– Dlaczego Aleksander przekroczył Indus? – padło kolejne pytanie.

– Bo chciał zbudować wielkie imperium? – zapytał nieśmiało pan Krzysztof, ale nie otrzymał żadnego potwierdzenia.

– Dlaczego Napoleon przekroczył Niemen? – zapytał trzeci.

– Dlaczego Chopin przekroczył kulturowe reguły w scherzu h-moll?

– Dlaczego Gagarin przekroczył granicę pozaziemską?

– Dlaczego Dali przekroczył surrealizm?

– Dlaczego…

Po serii wyczerpujących pytań pan Krzysztof czuł się bezbronny. Jego zmieszanie osiągnęło apogeum, gdy wreszcie sędziowie dotarli do ostatniego pytania:

– Dlaczego ty niczego nie przekroczyłeś?

– Nietzschego? – wymamrotał pan Krzysztof.

– Przekraczanie własnych granic to podstawa filozofii Nietzschego, a zdaje się, że taką właśnie wyznajesz. – podsumował pierwszy sędzia.

– Chyba się pogubiłem…

Nagle pomiędzy sędziami a mężczyzną zsunęła się ogromna bladoniebieska kotara. Pan Krzysztof ujrzał na niej cień swojej sylwetki. Z góry, jak snop światła zaczął spływać ogromny napis Ü B E R M E N S C H. Rozwarte usta pana Krzysztofa łapczywie chwytały każdą literę. Przeżuwał je, połykał najszybciej jak tylko się dało, czując jak jego odwieczne pragnienia właśnie zaczynają się spełniać. Ale nie wystarczyło miejsca na ostatnią literę. Nieważne jak bardzo starał się ją pochwycić, H okazało się oporne i niemrawo podskakiwało. Nie pomagały nawet wyciągnięte ku górze ręce.

Znowu niepełny, skulił się na sofie i zapłakał. A z jego łez uformował się potok, z potoku natomiast rzeka. Płynął teraz pan Krzysztof, niesiony nurtem własnej bezsilności. Kiedy machał bezładnie rękami, próbując ratować się z tego szaleńczego prądu, pochwycił przypadkiem papierowy samolocik, który właśnie przelatywał nad jego głową. Rozwinął go w powietrzu i przeczytał nagłówek:

Najdroższa Przyjaciółko…

Zaraz potem głowę Krzysztofa zaatakowała seria podobnych papierowych samolocików, które celowały prosto w jego czoło. Do ust napływała słona piana rzeki. Stracił przytomność.

Obudził się już na drugim brzegu. Gdzieś poza nim rysowała się granica, cienka jak pajęcza nitka.

Reklamy
  1. Daria, witaj w Świecie Bizarro! 😀

  2. Daria, Witaj w Magicznie Zwariowanym i Pokręconym Świecie Bizarro! 🙂

  3. I oby więcej tak udanych spotkań 🙂

  4. Meeeeega! 🙂 Wielu takich Krzysztofów chodzi po świecie…

  5. Pełna refleksji treść,podoba mi się,brawo!

  6. Zgadza się. Czegoś takiego jeszcze nie było w polskim świecie bizarro. Inne, klasyczne ujęcie. Nowy, klasycystyczny trend. Tak właśnie powinno się rozwijać bizarro: rozgałęziać na następne dziedziny, zdobywać kolejne obszary poznawcze. Droga Dario, bizarrofani czekają na więcej!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: