polskie centrum bizarro

„Powtórne przyjście” by Karol Zdechlik

In Opowiadania on 24 kwietnia, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW kłębowisku filozofii, religii i takich tam wielkich spraw można się łatwo zagubić. Paskud raz spuścił się na linie (nie doniesiono nam, czy konopna i czy w ogóle konopie miały coś z tym wspólnego, czy może chodziło o jakieś mocniejsze dragi) w tę otchłań symboliki, prawd, półprawd i wierzeń, po powrocie oczywiście stwierdził, że never again. Co go tam spotkało? Któż to wie, nieautoryzowane źródła mówią o pojedynkach na miecze, demonicznych śmiechach, kulach ognistych, słupach soli jodowanej, deszczach krwi i mleka sojowego oraz spisaniu paru nowych (nie)świętych ksiąg.

Ale poważnie, Wielkie Idee i Systemy Ideowe to nie przelewki, głowa czasem boli.

Na szczęście Karol Zdechlik ma na nie sposób, prosty, aczkolwiek skuteczny. Ubrać wszystko w surrealizm, zamieszać w kotle znaczeń, dodać łyżkę lub dwie satyry i zamarynować w nietuzinkowej warstwie formalnej. No, a tak bez pierniczenia, to przed wami opowiadanie wybitnie dobre i (rymem) dające do myślenia.

h

Powtórne przyjście

h

Miliony gwiazd rozświetlały przestrzeń ponad płaskim, pustym Przestworem, przestrzeń bez dna i bez granic. A nad gwiazdami żył wąż pradawny, jadowitymi łzami poił strzaskany świat, łzami barwy szafiru i o zapachu szafranu.
Przez Przestwór od wieków płynęło zgęstniałe Nic. Poprzez to Nic odbywał się wieczny ruch milionów pojazdów, a pod nimi, hen, w otchłani poza Przestworem świeciły gwiazdy. Albo to te z wysokości odbijały się tam w dole, odbijały na opak, pokracznie, bluźnierczo.
Pojazdy płynęły nurtem nieprzebranym, nieustającym, wiecznym, pędziły znikąd donikąd i z powrotem. Pojazdy małe, wielkie, ogromne. Obok małych, kilkuosobowych, poruszających się na kołach, przez Przestwór kroczyły całe miasta na megametrowych, pałąkowatych nogach. Gnały obok siebie konstrukcje napędzane wodą, gazem, powietrzem i rozmaitymi paliwami kopalnymi, energią wiatru, słońca lub deszczu. Niektóre żywiły się uczuciami pasażerów, inne były na stałe podłączone do wielkiej pra-sieci.
Jeżdżące, skaczące, latające, przesuwające się – stojące, leżące. Żywe i martwe zarazem. Trwające naprzód.
Wszystko w blasku neonów, wszystko w gorączce pędu, wszystko w ryku muzyki, huku dział, wirów pulsującego życia, wytchnienia nagłej śmierci; szybciej niż dźwięk, bodźce pędziły po światłowodach marzeń.
Na wschodzie słońce stało w zenicie, na zachodzie panowała noc. Pod spodem było na odwrót.
Nad jedynym przejściem dla pieszych w okolicy życie toczyło się stałym trybem. Kilkutysięczny tłum nie znał dnia ani godziny, gdy powróci twarda, znaczona białymi pasami płaszczyzna asfaltu, po którym będzie można przejść nad Przestworem na drugi brzeg.
Od dawna nieczynne przejście stanowiło część małej wysepki, mającej raptem kilka tysięcy kilometrów kwadratowych, dzikiej, tylko fragmentarycznie maźniętej krzywym chodnikiem. Jak wszystkie pozostałe wyspy świata, wisiała w Niczym, obmywał ją nieustannie Ruch dokonujący się w Przestworze.
Tylko najstarsi mieszkańcy pamiętali czas przejścia na wysepkę ze starego brzegu, gdzie nie było już po co wracać, bo przecież cały czas kroczy się naprzód, jeśli jest się jednym z nieszczęśników, którzy kroczą, a nie płyną przez Przestwór.
Nagle, w mgnieniu oka, w chwili krótszej niż ruch skrzydeł owada, plama asfaltu zajaśniała i spłynęła swoim ciężkim, szarym ogromem, zasłaniając ocean pojazdów. Wybuchła panika. Ludzie tratowali się wzajemnie, porzucali tobołki ze swoim nędznym dobytkiem, porzucali sklecone z byle czego i zlepione razem kałem, krwią i spermą nędzne domostwa, ziemianki i wraki pojazdów. Kobiety porzucały płaczące niemowlęta. Czuwający przy śmierdzących łożach konających nędzarzy porzucali ich. Szał i chaos ogarnął zgromadzonych.
Eleutherios był wśród nich. Przedzierał się zamaszyście przez ludzkie mrowie, rozbijał się łokciami, krzyczał i lżył, wpatrzony w widoczne na horyzoncie cuda. Nie potrafił ich opisać w znanym przez siebie języku. To wznosiły się, to opadały, to drgały, to rozwierały się w blasku wschodniego słońca, to zamykały się w zimnej zachodniej nocy.
Nagle asfalt zniknął. Tysiące ludzi zgromadzonych na nim runęło w Przestwór, gdzie zostali starci na miazgę przez miriady pojazdów. Może kilka setek zdążyło przejść na drugą stronę.
Eleutherios zaklął, po czym szybko cofnął nogę. Właśnie miał wejść na przejście, gdy zobaczył pod sobą wirujące gwiazdy, hen, miliony kilometrów niżej, w głębi Przestworu, pod pasmami wiecznie trwającego Ruchu. Spojrzał wprost w niepojęty, nie dający się pojąć ogrom. Usiadł ciężko na piaszczystym podłożu. Kilka setek ludzi wpadło w panikę, wyło, płakało, wrzeszczało, darło włosy z głów i ubrania na sobie. Rżeli jak kolczaste konie, wyli jak autostradowe kozonosy. Mówili głosami świętych i potępionych.
Ale nie przeszli.
Ze spuszczonymi głowami wrócili powłócząc nogami do osady. Niektórzy woleli popełnić samobójstwo, skacząc w Przestwór. Lecieli z uśmiechami na ustach, aż zniknęli z oczu nielicznych obserwatorów.
Przestwór nasycił się taką dobrowolną ofiarą. Słupy blasku oświetliły Nic.
Populacja wysepki zmniejszyła się do kilku setek mieszkańców. Drugie tyle przeszło na drugą stronę Przestworu. Reszta zginęła, pochłonięta przez przestrzeń pojazdów, gdy asfalt nagle znikł.
Eleutherios nie wrócił do wioski. Patrzył w daleki ląd tak długo, aż wschód i zachód zamieniły się miejscami, a potem powróciły na pierwotne pozycje, a on postarzał się i porósł brodą. Jadowite łzy spadały na niego obficie, raz za razem. Paliły go, ale przyjął je wszystkie z nadzieją i radością jako cudowny sakrament, znak wężowej opatrzności. W świetle słońca i w lekkim blasku szronu jego sylwetka opalizowała zielonkawo, potężne mięśnie grały pod twardą skórą. Pewnej nocy, o najzimniejszej godzinie, wąż wyjawił mu słowa obłędu, po czym złożył na jego ustach namiętny pocałunek.
Bladym świtem odwrócił się więc Eleutherios od brzegu Przestworu i ruszył przed siebie. Minął szerokim łukiem zabudowania osady, w większości opustoszałe. Zostawił za sobą marne poletka założone tam, gdzie pozrywano płyty chodnika i kostkę brukową, by odsłonić żałosne, parujące trzewia świata, z których następnie wyrastały karłowate główki czerwonej kalarepy i niebieskiej sałaty.
Przeszedł przez tereny łowieckie, gdzie kryły się w swoich jamach mrówkice a w kopcach zagrzebane leżały szczupłaki. Nie oglądając się za siebie, przeszedł przez zagajnik karłowatych drzewek oponowych. Kłaki i ostrygi spijały nektar z ich zielonych kwiatów, szemrząc przy tym cicho.
Wędrowiec pozostawił daleko za sobą wschód słońca, aż w końcu doszedł do zmierzchu zachodu. Sypiał pod gołym niebem lub w zaroślach, wśród mięsistych liści. Jadł to, co zebrał lub upolował po drodze. Zerwał suchą gałąź z drzewa rosnącego nad samotną mogiłą, wystrugał z niej podróżny kij. Wcześniej w stalowym jeziorze znalazł mały zadzior, naostrzył go o rozsypujące się mury antycznej, żelbetowej świątyni i zabrał ze sobą jako nóż.
Nie wiedział dokąd i po co idzie – ale był przekonany, że postępuje lepiej niżby miał umrzeć w wiosce, czekając nadaremno na ponowne objawienie się asfaltu. A szedł już tak długo, że wydawało mu się, jakby szedł całe życie. Wspomnienia wioski, w której żył, z każdym zrobionym krokiem zacierały się w jego umyśle coraz bardziej.

h

Eleutherios siedział na jałowej polanie i medytował, gdy nagle ktoś zasłonił mu mrok nocy. Przybysz był krzywy i chwiał się na szeroko rozstawionych kozich nogach.
Satyr patrzył na człowieka, oczy lśniły mu niczym woda w głębokiej studni w świetle księżyca. Siedzący nie podniósł się, nie zareagował, trwał w napięciu. Jego duch błądził bardzo daleko, musiało upłynąć nieco czasu, aż powróci do ciała.
Wreszcie istota pokiwała długą, spiczastą brodą i odeszła, podskakując z wyraźnym przejęciem.
Po raz pierwszy od tysiąca lat księżyc zawisł na zachodzie. Gigantyczny, srebrzysty okrąg przesłonił horyzont. Zdławił blask gwiazd, przepłoszył węża.

h

Eleutherios nie mógł spać tej nocy, która przypominała mu dzień. Mimo zamkniętych powiek, trupio blade, nieprawdziwe światło księżyca oślepiało go. Czekał na węża, ale ten nie przyszedł do niego.
Na domiar złego nieopodal, w ruinach świątyni starszej niż rozdarcie świata, plemię satyrów szykowało się do czegoś. Wiatr niósł stamtąd echa podnieconych głosów.
Wąż niegdyś opowiadał mu o tym miejscu. Gdy mężczyzna wsłuchiwał się w jego opowieść, włosy niespokojnie wiły mu się po całym ciele, a broda zaplatała w supły.
Wędrowiec przeklął więc w myślach gadzie cielsko w niebiosach, aż księżyc wiszący nad krainą zabarwił się na niebiesko. Następnie ruszył wolnym krokiem w stronę świątyni. Budowlę trudno było mu dostrzec. Rozlała się zburzonym cielskiem w dolinie, potem zarosła – zdawałoby się – nieprzebraną puszczą.
Eleutherios stanął na krawędzi urwiska łagodnie przechodzącego w kamieniste zbocze. W niebieskim świetle świat wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie niż zazwyczaj.
Rosłemu mężczyźnie wydawało się, że stoi na brzegu. Rozejrzał się, tknięty nagłym impulsem, czy nie ma w okolicy kogoś, kto byłby gotowy pójść za nim. Po chwili błądzenia wzrokiem po szaro-niebieskiej równinie zganił się w myślach za taką niedorzeczność. Spostrzegł wąską ścieżkę, biegnącą prosto w kierunku lasu w dolinie, i śmiało ruszył nią naprzód.
Po kilku krokach zdał sobie sprawę, że kamienie po których idzie i które go otaczają, od małych okruchów po wielkie bryły o postrzępionych kształtach, nie są naturalnego pochodzenia. Niektóre miały kształty zbyt regularne, z innych wystawały kawałki metalu. Wieki mroźnych zim i deszczowych wiosen zrobiły z gigantycznego gruzowiska małą górę.
Droga zaczęła powoli zagłębiać się w ścianę zieleni, w niebieskim świetle księżyca wyglądającej jak krajobraz rodem z sennych wizji. W końcu płożące się pędy i skupiska krzaków przeszły w zarastające mchem pasma karłowatych drzewek, a te ustąpiły miejsca prawdziwej puszczy, gdy strudzony Eleutherios dotarł do doliny.
Gęsty las trwał w nienaturalnym napięciu. Nie ruszał się ani jeden liść na ani jednym drzewie. Liany wisiały sztywno. Połacie mchu na pniach i gałęziach zastygły w bezruchu, nawet te mające ograniczoną zdolność poruszania się.
Szykowało się coś niezwykłego, coś przełomowego. To była noc dobra na wypełnienie się pradawnych legend, na spełnienie wizji pogrążonych w transie szamanów, spowitych dymem tlących się, wysuszonych ziół.
Po kilku godzinach wędrówki przez gąszcz mężczyzna wkroczył odważnie na rozpościerającą się na końcu ścieżki polanę.
Rozejrzał się oszołomiony. Stał przed przewróconym cielskiem ogromnej budowli, pochłoniętym przez wieczny mrok, las i osadzający się przez tysiąclecia piach.
W blasku rozstawionych koliście pochodni widział setki sylwetek, dławionych szaleństwem, wijących się w rytm transowej muzyki wybijanej na bębnach. Powietrze było ciężkie od oparów ziół, młodego wina i potu. Pogrążone w ekstatycznym transie istoty, satyry i menady, tańczyły bezwładnie, kopulując ze sobą od czasu do czasu. Wiły się w konwulsjach z pianą na ustach. Nurzały się w błocie, w piachu wymieszanym z rozlanym winem.
Rozgorączkowane cienie tańczyły wraz z istotami je rzucającymi. Kontrasty – mrok i cisza lasu, gorączka i trans zbiorowiska – dopełniały obrazu misteriów, jakich Eleutherios był świadkiem. Tarcza księżyca przesłaniała niebo, tak ogromna i tak wyraźna, jakby miała lada moment runąć z firmamentu na skrawek ziemi.
Człowiek stał chwilę pośrodku trwającej orgii. Chłonął całym sobą dziką, pierwotną atmosferę. Od jednego z uczestników wziął złoty puchar z winem. Gdy zamoczył w nim usta, miał wrażenie, jakby wszechświat zatrzymał się w miejscu. Błoga nicość przeniknęła jego zmysły, błogie ciepło alkoholu rozlało się mu po żołądku. Roześmiał się na głos. Czuł się lekko, jakby spadł z niego wielki ciężar, uprzednio przygniatający jego ducha do samej ziemi.
Opuścił po chwili zgromadzenie nagich istot, łowił wzrokiem migające gdzieniegdzie kwiaty wplecione w czyjeś włosy.
Jego droga prowadziła w dół – więc poszedł nią śmiało, przyspieszył nawet kroku. Dotarł do najbardziej wysuniętego na zachód punktu wyspy na Przestworze. Nie wiedział, co jest poza nią, na innych brzegach, na innych wyspach.
I nie chciał wiedzieć.
Ścieżka wysypana odłamkami potłuczonego, kolorowego szkła skrzyła się w blasku księżyca. Z każdym krokiem idący zbliżał się do gigantycznej konstrukcji, wygrażającej niebiosom rozpostartymi elementami dawnych kształtów. Zawalona budowla budziła zabobonny lęk samym swym ogromem. Eleutherios nigdy przedtem nie widział czegoś tak wszechogarniającego, nie potrafił sobie wyobrazić, jak wielka i potężna musiała być ta rzecz w czasach swojej świetności. Pogruchotane ściany tworzyły coś w rodzaju kopuły, ponad którą wystawały gigantyczne filary, zapewne stanowiące niegdyś oparcie i szkielet dla większej całości.
Nieco dalej, za rumowiskiem, dało się dostrzec leżącą w nieładzie, spłaszczoną od strony podłoża, równie potężną i gigantyczną prawdziwą kopułę, niegdyś wieńczącą kompletną budowlę.
Trudności w zrozumieniu rozmachu ruin przysparzała dodatkowo zafascynowanemu mężczyźnie bujna roślinność, przykrywająca baldachimami zieleni ogromne połacie gruzu, znacząca puchowymi liszajami opierające się o siebie zawalone ściany, spływająca kaskadami lian i pnączy z wystających belek i rusztowań.
Gdy przekroczył próg portalu, skrytego pod obróconą w gruz, obaloną gniewem pradawnego bóstwa konstrukcją, mocno zabiło mu serce.
Najpierw poczuł stęchliznę wieków. Zamknął oczy, by przyzwyczaić wzrok do panującego w sztucznej pieczarze mroku.
Kiedy otworzył oczy, zrozumiał, że nie było to potrzebne. Przez szpary w pogruchotanym suficie wpadało do wnętrza dużo niebieskiego światła. Unoszący się w jego snopach kurz wyglądał jak plankton wiszący w morzu.
Przeciskając się przez zwały gruzu i resztek przygniecionego nim wyposażenia, Eleutherios nabił się prawym bokiem na kolczaste pnącza, porastające wszystko wokoło. Przeklinając pod nosem, przedzierał się przez załomy korytarza z gruzu, aż dotarł do ogromnej sali.
Była tak duża, że nie widział, jak daleko sięga. Jej centrum oświetlał blask księżyca, wpadający do pomieszczenia przez nieregularną dziurę w suficie.
Światło padało na wbity pionowo w podłoże krzyż.
Gigantyczny krzyż.
Człowiek podszedł do niego wolnym krokiem. Echo niosło odgłos stąpania po pierwotnej, brukowanej posadzce sali.
Dotknął lewą dłonią powierzchni krzyża. Po chwili zauważył, że drewno jest jaśniejsze pośrodku dwóch belek, jakby wisiał na nich jakiś kształt, który pewnego dnia został zdjęty. Drewno po zewnętrznej stronie od konturów zdawało się ciemniejsze i bardziej zniszczone.
Przetarł dłonią narzędzie kaźni. Było ciepłe. W niebieskim świetle blizny na ręku zdawały się układać w litery zapomnianego przed wiekami alfabetu.
Po chwili wahania zdjął z prawej dłoni cienką, czarną rękawiczkę. Nosił ją od zawsze. Dali mu ją rodzice, których już od dawna nie pamiętał. Uniósł rękę w stronę światła. Z kościstej dłoni wyrastało coś. Nie wiedział dokładnie, co to jest, ale rosło razem z nim, od zawsze. Patrzył przenikliwie na swoją dłoń, odczuwając przy tym mieszaninę fascynacji i obrzydzenia.
Powyżej nadgarstka, przed palcami, pulsowało coś. Bardzo małe, ale znajdowało się tam bez wątpienia. Wyglądało, jakby chciało wyjść z wnętrza jego dłoni, ale potem się rozmyśliło i wrosło tam na stałe. Kościstą konstrukcję, jakby nie ludzką, tylko mechaniczną, znaczyły setki małych, fioletowych plamek i niebieskich żyłek. Miniaturowy łeb, podobny do rybiego, zastygł w niemym zdumieniu, niewidzące oczka wpatrywały się w przestrzeń, rozwarty otworek gębowy odsłaniał kawałek przewodu pokarmowego. Pojedyncze skrzydełko ważki, wyrastające z wystającego przez skórę nosiciela obłego tułowia, poruszyło się, wyczulone na zmiany w cyrkulacji powietrza. Druga połowa tułowia żyjątka tkwiła w dłoni Eleutheriosa, drugie skrzydło być może nie urosło. Odwłok również nie wyszedł poza dłoń, stając się widocznym zgrubieniem pod zsiniałą skórą człowieka. Istota była żywa, raz na jakiś czas poruszała pająkowatymi odnóżami, tkwiącymi w ciele mężczyzny. Łaskotało go to.
Zastanawiał się, czemu w jednym, śmiałym napadzie szału nie wyciął sobie tego czegoś, chociażby noszonym stale przy sobie ostrym kawałkiem cienkiej stali. Wiele razy już zbliżał ostre narzędzie do potworności plugawiącej jego ciało. Jednak za każdym razem trzęsąca się dłoń opuszczała narzędzie mordu.
Stał tak w świetle księżyca, z dłonią gładzącą czule drewno krzyża, przez dłuższą chwilę.
Zanim usłyszał głos, do jego uszu dotarł odgłos kroków istoty, która wyszła z mroku.
Stary satyr miał siwą sierść, bujnie porastającą garb. Niewiarygodnie krzywy i wiekowy, stwór miał dodatkowe ramię wyrastające spod zwykłego prawego ramienia, które skarłowaciało i wykręciło się na stałe do tyłu. Wyglądał, jakby cały czas machał dłonią wieńczącą zniekształconą kończynę.
– Czekałem na ciebie – wyszeptał przybysz, zraszając przy tym obficie śliną posadzkę.
– Wiem – odparł człowiek po dłuższej chwili zastanowienia, głos mu przy tym zadrżał.
– Opowiem ci historię. – Satyr sapał, kaszlał, pochrząkiwał i dyszał ciężko. Mężczyzna musiał się pochylić, by dobrze go słyszeć. – Zostało to spisane w licznych świętych księgach starożytności. Księgi nie zachowały się, ale zapamiętał je ostatni Patriarcha, by przekazać je swojemu następcy. A jego następca przekazał świętą treść swojemu następcy. I tak aż do mnie. A teraz ty przybyłeś tu, by wypełnić pradawne proroctwo. Słuchaj uważnie.
Przed wiekami Wielki Bóg, Dionizos, zapragnął uwolnić Życie z więzów smutku i beznadziei. Słudzy Elohima wyśledzili go jednak, pojmali i skazali na kaźń. Zanim to nastąpiło, zadał sobie rany, a z nich wypłynęła święta krew. Zmienił ją w wino, a jego uczniowie pochylili się nad dwunastoma ranami i pili, każdy z jednej.
Dionizos został ukrzyżowany. Gdy zmierzał na miejsce, w którym poniósł śmierć za Życie, smutek świata uderzył go z całą siłą i Bóg upadł pod ciężarem krzyża. W pobliżu szedł jednak Diogenes z Cyreny, który pomógł naszemu Panu ponieść krzyż. Dionizos jednakże pobłogosławił go i odprawił, bo nikt prócz niego nie mógł wziąć tego brzemienia na siebie.
Kiedyorszak oprawców dotarł na miejsce, rozłożono boskie ciało na belkach krzyża i przybito je do niego. Dionizos jednak nie czuł bólu, bo myślami był przy Życiu, które przepełniło go. Wisząc na narzędziu męki, roześmiał się radośnie.
Jeden z tych, którzy nienawidzili Życia, pchnął naszego Pana włócznią, rozdzierając mu brzuch i odsłaniając żebra aż do wysokości serca.
Nasz Pan przeklął go i wszystkich takich jak on. Ziemia zadrżała w posadach, rozpadła się, a Życie rozdzieliło się od Ruchu, wepchniętego w Przestwór, gdzie pulsująca namiastka życia nie może znaleźć ukojenia.
Pod krzyżem stał najwierniejszy z uczniów Dionizosa, Fryderyk. Przekonał wcześniej sędziego Poncjusza Deleuzego, że nadszedł czas na nowe wartości. Jak tylko wrogowie Życia odeszli od krzyża, Dionizos skonał, lecz wcześniej obiecał, że powróci, by zjednoczyć z Życiem tych, którzy Życiu pozostaną wierni.
Obiecał Fryderykowi i Poncjuszowi, że przyśle Mesjasza, który przybędzie Autobusem i pozbiera wszystkich rozsianych na wyspach w Przestworze, tych, co będą czekać na objawienie asfaltu. Mesjasz zawiezie ich Autobusem do krainy Życia, gdzie sam Dionizos będzie z nimi królował na wieki wieków.
Gdy stary satyr skończył opowiadać, minęło sporo czasu, nim Eleutherios ośmielił się przerwać ciszę.
– W jaki sposób mam wypełnić to proroctwo?
– Nie wiem – odparł satyr i rozłożył wszystkie trzy ramiona w geście bezradności. – Legenda głosi, że to jest ten krzyż, na którym zginął Bóg. Zabrał swoje ziemskie ciało do Królestwa Życia. Legenda mówi też, że ze wschodu nadejdzie Mesjasz.
– To ja jestem tym Mesjaszem?
– Nikt inny nigdy wcześniej tu nie przybył. – Starzec podrapał się po koziej brodzie, sięgającej aż do posadzki. – Więc zapewne jesteś.
– Co mam robić jako Mesjasz?
– Nie wiem. Nie masz ze sobą Autobusu? – Głos wiekowej istoty zadrżał z przejęcia.
– Nie.
– To może trzeba cię ukrzyżować. Stracisz ziemskie ciało, ale sprowadzisz Autobus z Królestwa Dionizosa.
Eleutherios zasępił się.
– W porządku.
Wypowiedział te słowa bardzo cicho, a miał wrażenie, jakby wywrzeszczał je na cały wszechświat.
Zadowolony satyr pokuśtykał do wyjścia, by sprowadzić pomocników.
Człowiek nic nie zrozumiał z opowieści starca.
Może był zbyt głupi, by zrozumieć cokolwiek.
Ale zawsze pociągały go krzyże.

h

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: