polskie centrum bizarro

Dzień Sprzeciwu

In Akcje Literackie, Opowiadania on Kwiecień 30, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW naszych smutnych czasach utarło się, że należy świętować. Albo celebrować, albo chociaż obchodzić. Dziś akurat przypada światowy dzień sprzeciwu wobec bicia dzieci. Jako, że niedobre literki nie chcą być gorsze, he he, postanowiliśmy dać wyraz, a nawet dużo wyrazów na wspomniany temat.

W sukurs naszym paskudnym ambicjom pośpieszyły tym razem dwie autorki: Agnieszka Pilecka i Zeter Zelke, oraz – graficznie – Tomek Woźniak. Czyli stosunkowo często spotykany zestaw 2 + 1. Zapraszamy!

A tak w ogóle, to jesteśmy przeciwni! Żeby nie było!

h

Głupia Chińczyka

by Agnieszka Pilecka

h
h

Tekst ten został napisany

na specjalne życzenie specjalnej osoby,

dlatego też specjalnie zostaje zadedykowany.

Uwaga, dedykuję!

Grzegorz Aleksander Schroeder…

byłeś inspiracją do powstania „Głupiej Chińczyki”.

Można wręcz powiedzieć, że jesteś jej ojcem,

choć w kontekście całego opowiadania

chyba nie najlepiej to o Tobie świadczy.

Chcesz czy nie, to dla Ciebie. „No właśnie”!

h

– Głupia Chińczyka! Oj ty Głupia Chińczyka! Dlaczego to zrobiłaś?! – krzyczała Jadwiga na drobną, żółtą kobietę, która od niedawna pracowała w ośrodku.

– Pani… Ja przeprasza… Ja nie chciała… – tłumaczyła się kobieta przez łzy. Jednakże pocięte dłonie i obita twarz nie były powodem płaczu. Poprzypalane papierosem przedramiona i świeże rany cięte w okolicach brzucha także nie sprawiały, że ryczała teraz, błagając o litość. – Pani… Ja nie chciała nic złego… Pani… Pani nie wyrzuca. Pani wybaczy! – zawodziła dalej.

Zirytowana Jadwiga wyszła z gabinetu bez słowa i zamknęła swoją pracownicę w środku. Przekręciła klucz, aby ta nie mogła uciec. Już i tak za dużo namieszała. Zbyt wiele z nią problemów w ostatnim czasie. Fakt, pracowała dobrze. Świetnie zajmowała się dzieciakami. Nie każdy nadawał się do domu dziecka, nie każdy wytrzymywał to psychicznie. Ona, choć nie mówiła aż tak dobrze po polsku, dawała sobie radę. Dzieciaki ją uwielbiały, choć nikt tak naprawdę nie wiedział dlaczego. Ale teraz… To co zrobiła ostatnio jest karygodne! Jadzia, jako kierowniczka placówki, nie może tego tak zostawić!

Jadwiga zwołała zebranie kadry, aby omówić sprawę Głupiej Chińczyki. Jej pseudonim wziął się stąd, że tłumacząc się kiedyś, sama powiedziała, że jest „głupia chińczyka”. I tak już zostało. Całej kadrze spodobało się to określenie. Poza tym nikt nie był w stanie zapamiętać jej idiotycznego imienia, a przeczytać go nie umieli. Szefowa zaprosiła wszystkich do swojego gabinetu, aby wspólnie zastanowili się jak rozwiązać problem. Gdy weszli do środka, zobaczyli sprawczynię tego całego zamieszania siedzącą w kącie, na podłodze. Na ich widok znów zaczęła płakać i błagać o wybaczenie.

– Cicho! Siedź w kącie i nic nie mów! – powiedziała stanowczo Jadźka.

Wychowawcy usiedli przy stole w drugiej części pokoju. Zaczęli dyskutować szeptem, aby ich nie słyszała. Zresztą nie mogła słyszeć. Równomierne uderzenia głową w ścianę robiły taki hałas, że nie mogła skupić się na innych czynnościach. Kiedy skończyli rozmowę, wstali i podeszli do kobiety. Strużka krwi delikatnie spływała po jej czole.

– I jeszcze ścianę pobrudziła krwią – westchnęła jedna z opiekunek.

– Pani, ja przeprasza… – Chińczyka znów zaczęła bełkotać. – Ja nie chciała… Ja chciała dobrze… Tylko trochę literków pozmieniałam. Trochę tylko sensy się zmieniły tych papierków. Trochę tylko…

– Jakich papierków? – Jadzia była zbita z tropu.

– No tych o, tutaj… – Wskazała kartki leżące na biurku.

Kilka drukowanych kartek. Pamiętała je. Nawet czytała. Przysłali je z ministerstwa jakiś czas temu. Mnóstwo bzdurnego tekstu, tak jak to bywa w takich mądrych instytucjach. I tak nikt tego nie czyta w całości. Tylko powierzchownie. Wszyscy wychodzą z założenia, że najważniejsze rzeczy to są te największe. A największy tekst głosił: „Zakaz bicia dzieci przy użyciu standardowych metod przemocy!”. Dalej były jakieś oklepane teksty w stylu „kreatywność w cenie”, „rozwój jest istotny” itd. Czyli w zasadzie to co zawsze. Jednakże ten zakaz wzbudzał najwięcej podejrzeń. To on sprawił, że Jadzia przeczytała jeszcze kawałek dalej. Za złamanie zakazu groziła grzywna. A grzywna to nic dobrego, to najgorsza kara na świecie, bo traci się kasę. Nie mogła sobie na to pozwolić, szczególnie teraz, gdy kupiła nowy samochód i spłacała kredyt za dom. Niechętnie, ale wiedziała, że musi dostosować się do nowego rozporządzenia. Zarówno ona, jak i wszyscy inni pracownicy muszą pamiętać, że bicie dzieci powinno być kreatywne. Nie można tego robić normalnie. Pas, kapeć czy pięść – to wszystko są przestarzałe metody. Teraz czas na innowację. Coś czego w ośrodku jeszcze nie było. Przypalanie petem, cięcie kolorowym blokiem rysunkowym z Kubusiem Puchatkiem na okładce. Od czasu do czasu jakieś głodzenie czy budzenie w nocy co pięć minut, aby bachory nauczyły się posłuszeństwa. Szło dobrze, bardzo dobrze. Wiedzieli, że kara im nie grozi – byli kreatywni.

– Dlaczego pokazujesz mi te kartki, Głupia Chińczyko?

– Głupia Chińczyka zepsuła. Głupia Chińczyka głupia… Namieszała, naplątała, przeprasza… – Płakała tak żałośnie, że mieli ochotę ją uciszyć raz na zawsze, ale tak podobno też nie można.

Na początku nie bardzo wiedzieli o co chodzi. Romek chwycił pismo w swoje wielkie, silne łapska, którymi wychował w swym życiu już niejednego dzieciaka. Przyjrzał się i pokazał reszcie swoje odkrycie. Okazało się, że ta Głupia Chińczyka powycinała swoimi małymi, chińskimi rączkami literki, aby zmienić szyk zdania. W oryginale był zakaz bicia dzieci w ogóle! Cóż za głupota. Co za durny pomysł. Jak niby chcieli, aby te bękarty wyszły na ludzi, bez odrobiny przemocy? No, ale nie to jest tutaj najważniejsze. Ta żółta paskuda sfałszowała dokumenty. Okłamała ich wszystkich! Ach, Głupia Chińczyka!

– Nie za to masz przepraszać, ty Głupia Chińczyka! Nie za to jesteśmy na ciebie źli! – krzyknęła Jadzia. Wróciła powrotem do stołu, przy którym naradzali się poprzednio. Teraz, ślęcząc nad kartkami, zastanawiali się co robić dalej.

Chińczyka nie wiedziała o co chodzi. Myślała, że fałszerstwo to wystarczający powód, aby chcieli ją wyrzucić z pracy. Co innego mogła zrobić źle? Przecież nie zrobiła chyba nic nieodpowiedniego? Zawsze zajmowała się dziećmi tak jak chcieli. Lubiły ją, nawet nie musiała krzyczeć. W sumie dobrze, że nie musiała krzyczeć, bo jakby krzyczała tym swoim piskliwym głosikiem, to tylko by się z niej śmiali. Ale przecież dobrze pracowała. Dobrze wykonywała powierzone jej obowiązki… No, może jedna rzecz mogła się im nie podobać. Ale przecież to nic takiego… Chińczyka od zawsze lubiła ból. Mama nauczyła ją, że krzywda jest fajna. Mama też lubiła ból. Jak tata ją bił, to zawsze się uśmiechała. Jak tata bił Głupią Chińczykę, to też próbowała się uśmiechać, bo chciała być taka jak mama. Na początku płakała, ale wkrótce nauczyła się, że krzywda to naprawdę świetna zabawa. Z czasem, gdy dorastała, poszukiwała coraz więcej metod na zadawanie sobie bólu. Dlatego bardzo dziwiło ją to, że tutaj, w Polsce, ludzie są tak nudni i ograniczeni. Nie starają się, nie wymyślają nic nowego, aby zaspokoić tę palącą potrzebę zadawania sobie bólu. W ogóle nie są oryginalni. Brakowało jej tego. Codziennie, jak wychowawcy ją bili, nie cieszyła się, tylko płakała. Była smutna, bo ten ból stawał się już nudny. Zawsze taki sam. To nie było to, do czego przywykła w czasach swej młodości. Dlatego też postanowiła sfałszować pismo. Ale najwyraźniej nie to okazało się problemem. Nie to ich tak zdenerwowało.

Z rozmyślań wyrwały ją słowa Jadwigi.

– Czy ty w ogóle wiesz, co zrobiłaś źle?

– Te papiery… ja je sfałszowała… Przeprasza…

– O papierach nawet nie wiedzieliśmy, nikt tego nie zauważył! Ot taki urzędowy bełkot. Zresztą to teraz nieważne, tym zajmiemy się później. Wiesz co zrobiłaś? Dlaczego masz kłopoty?!

Chińczyka rozpłakała się jeszcze bardziej i zaczęła przecząco potrząsać głową. Nie miała pojęcia o co może chodzić.

– Oszukiwałaś nas od samego początku. Wcześniej tego nie zauważyliśmy. Wy wszystkie żółtki jesteście takie małe i durne. Trochę pudru, by zakryć ten wasz dziwny kolor skóry, jakieś kolorowe dziecięce ubranka i już, wyglądacie jak takie bachory. Przebierałaś się za gówniarza, udawałaś, że jesteś jednym z nich, gdy akurat nie miałaś dyżuru. Po jaką cholerę? – zirytowała się Jadwiga.

– Pewnie nie ma gdzie mieszkać. Siedzi tu cały czas. Albo w robocie, albo ściemnia, że jest dzieciakiem. Dobrze wie, że nikt tego nie sprawdzi, nikt się tak szybko nie doliczy, ile tych bękartów tu jest. Sprytna Chińczyka! – wywnioskował Roman.

– Nie, nie, ja nie tak… –  zaczęła tłumaczyć się przez łzy. – Chińczyka ma gdzie mieszkać. Chińczyka chciała ból…

–  Ból?! – wykrzyknęli jednocześnie wszyscy zgromadzeni. Spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.

– Ból… Chińczyka lubi krzywda. Chińczyka potrzebuje krzywda, by żyć. By cieszyć się życiem. Dlatego się przebrała. Dlatego udawała dzieciaka. I dlatego te papiery… Bo wy nudno biliście. Zawsze to samo. Kapeć, pasek, ręka czasem. Chińczyka lubi urozmaicenie. Lubi nowe doznania. Dlatego sfałszowała dokumenty. Chciała czegoś nowego. Chciała nowe cierpienie. Ciekawsze, lepsze, mocniejsze… I udało się, plan działał… – To był chyba najdłuższy wywód w jej życiu. Nikt nawet nie śmiał jej przerwać. Wszyscy obserwowali ją zaskoczeni. Nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Ciszę przerwała Jadwiga:

– Faktycznie, plan działał. W zasadzie to powinniśmy ci podziękować. Spodobało nam się. Takie urozmaicenie jest też dobre dla nas. No i dla dzieciaków. Kreatywność podobno jest ważna, niech uczą się od najlepszych, niech obrywają w oryginalny sposób, to może coś sensownego z nich w końcu wyrośnie! Ale nie w tym rzecz. Papiery fałszywe czy nie, i tak zostaniemy przy nowych procedurach, bo jest po prostu ciekawiej. Jesteśmy źli z innego powodu.

Mała kobiecina rozszerzyła oczy w przerażeniu. W dalszym ciągu nie domyślała się, czym rozwścieczyła szefową.

– Przez twoje udawanie, te durne przebieranki, dużo dzieci ucierpiało – kontynuowała. – Albo raczej nie ucierpiało. Podszywając się pod te bachory, obrywałaś za nie. Wiesz ile dzieci jest teraz nie dobitych odpowiednio? Wiesz, jakie to straty dla placówki? Wiele z nich uniknęło kary, bólu, cierpienia. Przez ciebie nasze wychowanie jest niekompletne i cala wieloletnia praca poszła na marne!

Chińczyka rozpłakała się. Nie, nie dlatego, że dzieci będą źle wychowane. Nie płakała dlatego, że przez jej wybryk bachory nie poradzą sobie w życiu, bo za rzadko były bite. Płakała z innego powodu. Wiedziała, co znaczy odebrać komuś cierpienie. Wiedziała, co znaczy dla człowieka brak bólu przez dłuższy czas. Rozumiała jak straszne i traumatyczne dla tych małych istot musi to być przeżycie. Bite regularnie, z dużą siłą, a pewnego dnia zostaje im to odebrane. Współczuła im z całego serca. Chciała naprawić to, co zepsuła. Chciała odpracować wszystkie zmarnowane godziny.

– Pani… Ja przeprasza… Nie chciała tego. Myślała tylko o sobie. Teraz już rozumie. Wie jak to wygląda. Wie, że tak być nie powinno. Pani, dajcie mi jeszcze jedna szansa. Odpracuję za darmo te godziny. Zleje dzieciaki porządnie, jak należy, z fantazją. Znam takie metody, o jakich wam się nawet nie śniło, tatuś mnie nauczył. Pani, proszę…

Pani, znaczy się Jadzia, wraz z resztą ekipy zastanawiali się przez chwilę co zrobić. Po pięciu minutach burzliwej dyskusji, doszli do wniosku, że Chińczyka zasłużyła na jeszcze jedną szansę. Zasłużyła, gdyż otworzyła im oczy, pokazała świat cierpienia, którego wcześniej nie znali i nawet nie śniło im się, że mógłby być tak niesamowity. Zgodzili się, aby dalej pracowała.

Chińczyka ucieszyła się przeogromnie, a z czasem jej sadystyczne zabawy z podopiecznymi stały się jeszcze bardziej wymyślne i interesujące. Nota bene reszta kadry także korzystała z tych metod, niejednokrotnie sprawdzając je na sobie, a dopiero później na podopiecznych.

Placówka rozwijała się i sprawowała lepiej niż kiedykolwiek. Jak się później okazało, wcześniejsze niepowodzenia były spowodowane zbyt delikatnym traktowaniem wychowanków. Teraz, gdy sesje przemocowe zostały wprowadzone jako stały punkt dnia, dyscyplina poprawiła się i dzieciaki po opuszczeniu ośrodka znacznie lepiej radziły sobie w życiu.

Oczywiście pismo, które zostało wysłane, to oryginalne, nie podrobione, nie było rozesłane bez powodu. Jak się okazało, kilka lat później, 30 kwietnia, z okazji dnia sprzeciwu wobec bicia dzieci, została przeprowadzona inspekcja. Pech chciał, że komisja sprawdzająca ośrodek Jadwigi, trafiła akurat na porę, w której Głupia Chińczyka prowadziła swe autorskie zajęcia. Kobieta nadzorująca ośrodki była w szoku, podobnie jak jej towarzysz. Jednakże gdy nieco wnikliwiej przyjrzeli się wszystkiemu, uznali, że procedury i metody wprowadzone przez Chińczykę są tak intrygujące, że warto je sprawdzić. Zaś po szczegółowym zapoznaniu się ze statystykami tego typu placówek, a także przejrzeniu historii osób opuszczających ośrodek, uznali że stosowanie wspomnianych metod przynosi wymierne korzyści. Owszem, zgodnie z obowiązującymi przepisami, powinni natychmiast zamknąć placówkę. Ale nie zrobili tego. Co więcej, postanowili udać się do instytucji wyższego szczebla, odwalić masę papirologicznych bzdur, zagadać z kim trzeba… Trochę to trwało, trochę zabawy z tym było, ale udało się. Osiągnęli to, co chcieli. Co prawda to tylko jedno słowo, ale zmienia naprawdę wiele. Odtąd raz do roku możemy świętować tę zmianę podczas cudownego dnia. Tym dniem jest: dzień sprzeciwu wobec nudnego bicia dzieci! Oj, ty Głupia Chińczyka, udało ci się i tym razem!

h

Wozniak002

h

Copper

by Zeter Zelke

h

– Jesteś zwykłą szumowiną. Nawet nie próbuj myśleć o sobie w lepszych kategoriach.

Mężczyzna prychnął, wykrztuszając kropelki śliny zmieszanej z krwią. Zaczerwieniony knebel pozwalał na niewiele więcej.

Błagałby o śmierć, gdyby mógł. Poza tym w zupełności zgadzał się z oprawcą. Nie trzeba było psychopaty; wszak jego własne odbicie za każdym razem, gdy spoglądał w lustro, zarzucało mu konotacje z najgorszymi spośród szumowin. W ciągu tych kilku koszmarnych godzin przez głowę przewalił mu się huragan myśli. Między innymi ta, że los zesłał mordercę, aby dokonał tego, na co jemu nie starczyło sił, gdy trzy miesiące wcześniej próbował popełnić samobójstwo.

Dawno stracił czucie w rękach; wiedział jedynie, że gdzieś tam były, skrępowane drutem kolczastym. Klęczał w kałuży własnej krwi, a jego ciało stanowiło apoteozę bólu, jedną wielką ranę. W istocie zadano mu ich tylko… z kilkadziesiąt. Mimo to serce uparcie tłukło się w przeklętej piersi.

– Całe życie przygotowujemy się na śmierć – kontynuował zamaskowany drań. – Moi bardziej sarkastyczni bracia i siostry powiedzieliby, że życie jest jeno śmiertelną chorobą. – Sadysta podsunął mu lufę pistoletu pod brodę i delikatnie uniósł jego głowę. Makalski spojrzał w parę czarnych, błyszczących jak w gorączce oczu. Resztę twarzy zakrywała rozciągnięta w ponurym uśmiechu, miedziana maska. – Jeśli tak, to chyba oznacza, żem jest twym wytchnieniem.

Zamaskowany wariat wnet się obrócił, jakby coś zaskakującego zmaterializowało się tuż za nim. Makalski widział przez mgłę niespokojne oczy, przeczesujące sklepienie. Wkrótce socjopata znowu na niego spojrzał. Tym razem w czarnych paciorkach oprócz gorączki było coś jeszcze, coś czego nie umiał zinterpretować. Głos zza maski również zabrzmiał inaczej, dorzeczniej:

– Wiesz dlaczego tu trafiłeś?

Sponiewierany gliniarz zacisnął powieki, kiwnął głową. Spod jego rzęs popłynęła pojedyncza łza.

– Jesteś detektywem. Masz szczególną misję. Mało tego – miedziana maska przysunęła się jeszcze bliżej – specjalizujesz się w ściganiu złych ludzi, którzy krzywdzą dzieci.

Makalski pisnął, pozwalając łzom płynąć. Dobrze wiedział, do czego świr zmierzał. Chciał prosić, aby wreszcie się zamknął i wpakował mu tę cholerną kulę w łeb! Oboje byli przekonani, że na nią zasłużył. Szaleniec nie musiał niczego więcej udowadniać.

– Wydawałoby się, że powinieneś strzec ich losu, tymczasem, draniu, pozwoliłeś dziecku zginąć, by chronić tyłek zboczonemu skurwielowi! – Maska z westchnieniem opadła na pierś. – Dla twojej informacji, moja serdeczna przyjaciółka wymierzyła tamtemu oprychowi stosowną sprawiedliwość. Ja zamierzałem wymierzyć ją tobie tej nocy, ale wiesz co? – Coś trzasnęło, detektyw podskoczył. Oprawca rozsunął telefon komórkowy i wybrał numer… na policję. – Halo? – mówił do aparatu, prześwietlając jeńca wzrokiem. – Wiem, gdzie jest wasza zguba, detektyw Kubuś Niegrzeczny Chłopiec Makalski. Zostawiam przy nim włączoną komórkę. Fant czeka na znalazcę. Jeśli się pospieszycie, może będzie jeszcze żywy!

Dłoń w czarnej rękawiczce położyła telefon obok Makalskiego, któremu z kolei zaczęło kręcić się w głowie. Widział tylko szczupłą, wysoką sylwetkę o zamazanych konturach; wyrastała nad nim niczym anioł zemsty i pochylała się z zaciekawieniem. Potem zapanowała ciemność, lecz zanim wchłonęła go bez reszty, dostrzegł w ciemnych oczach dwie plamki złotego światła – dwa tunele do innej rzeczywistości.

h

Sześć lat później…

h

Makalski żałował, że stare pudło nie mogło wydobyć z silnika więcej mocy. Gnał przez ulice jak dziki, jeździł po chodnikach, wymijał zmotoryzowanych idiotów, którzy nie byli w stanie zauważyć pstrokacizny radiowozu na sygnale – a sam sygnał słyszało chyba z pół miasta. Był najbliżej miejsca zdarzenia, wiedział, że będzie tam pierwszy, mimo to wciskał pedał do dechy.

Jego „partner” usiłował ustalić miejsce przetrzymywania dziesięcioletniego Janka – świadka kilku morderstw, nieszczęśliwego dzieciaka, któremu przyszło urodzić się w rodzinie przemytników broni i żywego towaru, głównie jego równolatków. Janek był uroczym chłopakiem, jakby wyrwanym z przygodowej książki dla nastolatków: jasna, piegowata buzia, włosy koloru pszenicy i niebieskie oczy, które nigdy nie powinny być takie smutne i nigdy nie powinny widzieć tylu okropieństw.

Jakub Makalski miał dar – umiał pozyskiwać zaufanie dzieciaków z najtrudniejszych środowisk. Janek mógł przyczynić się do rozbicia siatki groźnych kryminalistów, operującej na terytorium co najmniej kilkunastu krajów, toteż Jakub zaczął przeciągać go na jasną stronę mocy. Była to bardzo niebezpieczna gra, włożył w nią już wiele energii, a i potencjalny rezultat był warty świeczki. Zawiódł tylko jeden jedyny raz, co pozostawiło w nim piętno, które zmyłaby chyba tylko śmierć. Dlatego prędzej zginąłby, niż dopuścił do krzywdy chłopaka. Wyrywał sobie włosy z głowy, gdy dowiedział się o jego zniknięciu. Dwa tygodnie wcześniej Jakub otrzymał partnera do pomocy – Alberta Slokke. Makalski nie miał nic przeciwko pomocy, ale Albertowi nie ufał. Było w nim coś… śliskiego. A później Janek przepadł jak kamień w wodę.

Kilkanaście minut temu Slokke zadzwonił, by poinformować zduszonym szeptem, że odnalazł Janka, lecz niespodziewanie ktoś inny odnalazł jego. Jakaś paniusia w skórze i miedzianej masce przegoniła go po zrujnowanym blokowisku, strzelając z glocka i rzucając nożami. Ponoć Albert był ranny w udo. Potem nadział się na kolejnego zamaskowanego zbira, który przegonił go w drugą stronę. Gdy Slokke uzmysłowił sobie, że jest otoczony, a szajbusów mogło być w okolicy więcej, postanowił zadzwonić po posiłki. Makalski próbował jeszcze dowiedzieć się w jakim stanie był Janek, ale wtedy w słuchawce rozległy się strzały, przyspieszony oddech Alberta i połączenie zostało zerwane. Jakub przeklął w kilku słowach samowolkę Slokke, wezwał posiłki i z piskiem opon ruszył w stronę bloków, przeznaczonych do rozbiórki. Modlił się w duszy do boga, w którego nie wierzył, aby Janek był cały i zdrowy.

Strachowisko – tak okoliczna dzieciarnia nazywała grupę siedmiu opuszczonych bloków mieszkalnych, pamiętających jeszcze początki komuny. Strachowisko miało w naturze ponurość, która wyłaziła nawet w słoneczny, letni dzień. Jakub oficjalnie zwalał winę na czynniki estetyczne: powybijane szyby, drzwi wypadające z zawiasów, fragmenty szkła i mebli walające się po zaniedbanych chodnikach oraz kable zwisające ze ścian. Tak naprawdę jednak przyczyniał się do tego prosty fakt, że nikt tutaj nie mieszkał. Nawet bezdomni i narkomani omijali to miejsce szerokim łukiem, a wagarowicze i żądne przygód nastolatki wolały ich szukać wszędzie, byle daleko stąd.

Detektyw stanął bezradnie przed szarymi bryłami budynków, zastanawiając się, w którym z nich może być Slokke, gdy ten jak na zawołanie pojawił się w jednym z okien. Machnął szybko ramieniem, po czym zniknął z widoku. Makalski usłyszał dwa strzały, wyszarpnął broń z kabury i truchtem ruszył Albertowi na pomoc.

Jak tylko wkroczył w zaklęty krąg siedmiu bloków, dostał gęsiej skórki. Coś tutaj pulsowało, powietrze wibrowało w jakiejś niskiej, niemal nieuchwytnej częstotliwości. Jego postrzeganie też się zmieniło – rzeczywistość wewnątrz Strachowiska była ulepiona z wyblakłych, zwiędłych kolorów, zaś odgłosy otoczenia przytłumione. To tylko strach o dzieciaka, to tylko stres – racjonalizował, wspinając się po klatce schodowej na trzecie piętro. Gdy tam dotarł, zdębiał. Od trzeciego piętra w lewo odchodził długi przełyk korytarza. Taki korytarz mógłby łączyć dwa budynki, ale bloki Strachowiska – Jakub był tego pewien – stanowiły odseparowane od siebie elementy. Na sto procent.

Dźwięk rozbijanej szyby dotarł z drugiego końca korytarza. Jakub przełknął i ruszył wzdłuż połączenia, które nie miało prawa istnieć. Gruz, plastik, fragmenty szkła grzechotały pod podeszwami butów. Trzymając broń w pogotowiu, spojrzał przez brudne okno. Nic nadzwyczajnego – zrujnowane blokowisko, to wszystko. I kilka odzianych w czerń, zwinnych sylwetek, przemykających za oknami sąsiednich bloków.

– Makalski, tutaj!

Jakub podskoczył jak oparzony. Z drugiego końca korytarza wypadł Slokke. Kuśtykał, opierając lewą dłoń na udzie, w którym głęboko tkwił jakiś przedmiot.

– Widziałeś chłopca? – Makalski pozwolił Albertowi wesprzeć się na swoim ramieniu. – Gdzie jest Janek? Żyje?

– Zapomnij o chłopaku! Wiesz, co tu się dzieje?! – Slokke rzucił spłoszone spojrzenie w stronę, z której się przywlókł.

– Mówiłeś, że jest gdzieś tutaj! – Jakub mimowolnie potrząsnął rannym partnerem. Powinien z nim sympatyzować, powinien zadbać o jego bezpieczeństwo, lecz czuł tylko złość i obsesyjną potrzebę odnalezienia dziecka. – Gdzie on jest?

Zanim Slokke zdążył cokolwiek powiedzieć, usłyszeli dochodzące z daleka, niespieszne kroki.

– Idą! – wyszeptał Albert. – Musimy się ukryć, aż do przybycia posiłków. Oni są niebezpieczni. Patrz, co mi zrobili! – Wskazał ranne udo.

Makalski westchnął. Wszystko wskazywało na to, że Slokke miał tym razem rację. Wycofywali się rakiem, Slokke obserwując koniec korytarza, skąd dochodziły kroki, Jakub obserwując drugi koniec, wiodący z powrotem do klatki. Kiedy byli niemal przy schodach, drogę zagrodziła im wysoka postać odziana w czerń. Makalski spojrzał w górę, lecz zamiast twarzy zobaczył przywołującą niemiłe wspomnienia miedzianą maskę.

– Janek jest w tamtym kierunku. – Nieznajomy wskazał palcem drugi wylot korytarza.

– Zastrzel go! – wrzasnął Albert, trzepocząc się, jak ryba wyrzucona z wody. – To świr! Zastrzel go!

Zamaskowany patrzył na Slokke z rozbawieniem. Od czasu do czasu czarne paciorki oczu spoglądały na Makalskiego. To on! – myślał detektyw. – On wie, że nie jestem w stanie zrobić mu krzywdy. On wie, gdzie jest…

– Gdzie jest Jan? – Jakub usiłował zachować spokój. – Jeśli wiesz, gdzie jest, powiedz mi. Muszę go odnaleźć!

– Wiesz, co to za miejsce? – zapytała miedziana maska. – Założę się, że twój partner wie. O! Doskonale wie. Wszakże zwabił tu twojego młodego świadka.

– Nie słuchaj tych bzdur! – fuknął Slokke. – Aresztuj skurwiela za napad na funkcjonariusza!

Ale Makalski słuchał. A nieznajomy tłumaczył:

– Dzieci przepełnia pierwotna energia, zauważyłeś? Silna i czysta, pozwala zaspokoić nie byle jaki głód. Rzecz w tym, że pierwotny potencjał dziecka jest pozytywny, a potwory, takie jak to, co nazywasz Slokke, żerują jedynie na jej negatywnym biegunie. Tylko śmiertelnie przerażone dziecko jest zjadliwe, czy nie tak, Enim? – Makalski mógłby przysiąc, że miedzian maska puściła do rozsierdzonego Slokke oko.

– Nie słuchaj lunatyka! – zawołał Albert.

– To, co mówisz, nie trzyma się kupy – ostrożnie zgodził się Jakub.

– Nie trzyma się kupy, bo dostrzegasz tylko cieniutki fragment rzeczywistości. – Nieznajomy sięgnął w tył, skąd wydobył miedzianą maskę, dokładnie taką samą, jaką sam nosił. – Świat składa się z wielu warstw. Daję ci okazję, abyś zobaczył kilka z nich. Wystarczy, że to założysz. – Potrząsnął maską. – Jednak, gdy już się na to zdecydujesz, ona przywrze do ciebie na zawsze.

– Boże, Kuba! – jęknął Slokke. – Chyba nie bierzesz tego świra na poważnie? On…

– Pomiędzy ludźmi krążą potwory w ludzkiej skórze – kontynuował nieznajomy. – Tylko ona pozwoli ci ich dostrzec i da siłę, aby z nimi walczyć.

– Chcę tylko znaleźć Jana! – zawołał Makalski, usiłując opanować napierające poczucie absurdalnej abstrakcyjności.

– Jan jest bliżej niż myślisz. Enim uwięził go dokładnie tam. – Maska znowu wskazał palcem drugi koniec korytarza. – Jednak będzie on poza twoim zasięgiem, jak długo nie zechcesz rozszerzyć swojej percepcji.

Wreszcie w Makalskim coś pękło. Jeśli odnalezienie chłopca miało zależeć tylko od tego, czy włoży ten miedziany bubel czy nie, nad czym się zastanawiać? Wariat będzie zadowolony, a jeśli naprawdę wiedział, gdzie uwięziono dzieciaka, zacznie gadać. Jakub wyciągnął dłoń po maskę i przyłożył do twarzy. A potem miedź zaczęła wtapiać się w jego skórę. Makalski krzyczał, próbując zdrapać toto z siebie, lecz metal od strony zewnętrznej zdawał się śliski, nieuchwytny. Szczęściem wrażenie, że jego głowa stanęła w płomieniach, szybko minęło. A gdy serce wyrównało rytm, a płuca złapały głębszy oddech, Jakub otworzył oczy i, w rzeczy samej, zobaczył zupełnie inny świat.

Jego dręczyciel z przeszłości nie miał już zakrytego oblicza. Makalski patrzył na zupełnie przeciętną twarz oraz zupełnie nieprzeciętne oczy: ciemne, ze złotymi źrenicami, których przeznaczeniem było widzieć znacznie więcej, znacznie dalej. Korytarz nie był już korytarzem, lecz mostem złożonym z kości oraz czaszek. Ściany były obite skórą: pokaleczoną, pociętą, pulsującą, żywą. Jakub z obrzydzeniem zauważył, że z jej połaci miejscami wypływała krew z ropą.

– Przed wiekami – mówił dziwnooki mężczyzna – w tym miejscu grupa Enim wybudowała świątynię poświęconą Molochowi. Zarówno Moloch, jak i jego wyznawcy, żywią się dziecięcą energią, ale tylko tą, powstającą z bólu i strachu. Kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi umarło tutaj w męczarniach, a gdy świątynię zamierzano zrównać z ziemią, Enim ukryli ją w jednej z wielu pod-rzeczywistości.

– Enim? – zapytał Jakub.

– Dzieci Molocha. – Mężczyzna skinął w kierunku Slokke.

Gdy Makalski spojrzał na Alberta, chciał krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle i jedynie się zakrztusił. Zerwał się na nogi, odskoczył od stworzenia, które niedawno wyglądało jak Albert Slokke i niemal przytulił się do człowieka o złotych źrenicach. Slokke przypominał grube, wyrośnięte dużo ponad miarę dziecko. Obwisłą, lśniącą od potu lub innych wydzielin skórę znaczyła sieć czarnych żył. Gdzie nie spojrzeć, na całym rozlanym ciele rozsiane były jątrzące się rany, liszaje i krosty. To coś patrzyło na niego dużymi, czarnymi oczami, szczerzyło ostre zęby i oblizywało cienkie usta długim językiem.

Przy tej okazji Jakub zauważył też Janka – był tam, na końcu korytarza, uwięziony w niematerialnej klatce z niebieskiego ognia. Stało już przy nim kilka osób, dwie kobiety i jeden mężczyzna, wszyscy odziani w czerń, wszyscy o złotych źrenicach. Nieznajomy wsunął Makalskiemu pistolet w dłoń. Detektyw nie zastanawiał się długo, wycelował Enim między oczy i nacisnął spust. Stworzenie zarzęziło i osunęło się na bok, z rany po kuli zaś wylała się czarna krew.

– Ścigaliśmy go od wielu lat. – Nieznajomy spojrzał na Jakuba, a ten mógł przysiąc, że w tych oczach błysnęło rozbawienie. – Tak czułem, że należało cię wtedy oszczędzić. Teraz będziesz miał całą wieczność, by odpokutować swoją zbrodnię. Jak my wszyscy.

Makalski wyminął potworną, martwą masę i truchtem podbiegł do drżącego w kącie klatki dziecka. Niebieski ogień rozwiał się, trójka nieznajomych odstąpiła, umożliwiając Jakubowi porwanie Janka w ramiona. Chłopak rozpłakał się, rozszlochał, jednak ściskał szyję detektywa z całych sił.

Rocznie niemal w każdym kraju ginęła bez śladu porażająca liczba dzieci – od kilku do kilkudziesięciu tysięcy. Część uciekała z domów, część padała ofiarą handlarzy ludzkim towarem, teraz zaś do zagadki doszedł kolejny czynnik. Jakub tulił dzieciaka, a gdzieś z daleka nadciągały posiłki, oznajmiając swoje przybycie wyciem syren. Gdy jego spojrzenie padło na rozległą kałużę krwi, która w tej drugiej rzeczywistości – tej, z której pochodził – mogła być większym fragmentem rozbitej szyby, w odbiciu widział swoje oczy: zielone ze złotą tęczówką. Te oczy widziały dalej. I więcej.

h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: