polskie centrum bizarro

„Ono” by Michał Stonawski

In Opowiadania on Maj 15, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtRaz na jakiś czas mamy przyjemność gościć na niedobrych literkach teksty, które oprócz wyraźnego – nieco metalicznego – smaku bizarrowego, pachną także – truskawką i morelą – mniej lub bardziej klasyczną literaturą science fiction. Taka okazja ma miejsce dziś. Michał Stonawski (znacie, pamiętacie – jak nie, to szybciutku sprawdzamy w kajecikach!) zaproponował nam Ono, a Ono to wyjątkowo klawa jazda bez trzymanki przez takie dziwne miejsce, gdzie science fiction radośnie łączy się z bizarro, robiąc rzeczy o których nie wspominają w wiadomościach.

Ono nie jest długie, więc niewiele ryzykujecie. Nagroda gwarantowana w postaci satysfakcji do odbioru najpóźniej na końcu tekstu.

Zapraszamy do lektury!

h

Ono by Michał Stonawski

h

Ono obudził się pozytywny i pełen energii. Jeszcze wieczorem był całkowicie wypruty i smutny, jednak ustawa stanowczo określała, co znaczy być szczęśliwym obywatelem Unii Europejsko-Afrykańskiej. Jeden z paragrafów precyzował, że dobry obywatel to szczęśliwy obywatel. Tylko szczęśliwi mogli liczyć na specjalne zasiłki wypłacane od poziomu endorfin we krwi.

Pierwszym więc, co Ono zrobił po obudzeniu było uruchomienie chipa, który przesłał do Stacji Kontroli Endorfin informacje o poziomie zadowolenia swojego nosiciela. Ono stał się jeszcze szczęśliwszy, kiedy na soczewce pojawiło się saldo konta. Śniadanie, na jakie było go teraz stać, prawie dobiegało do Średniej Obywatelskiej. A to z kolei oznaczało, że prawie nie będzie dziś głodny. Mógł więc z góry uznać dzień za udany. Zwłaszcza, że dziś miał wykonywać kolejne zlecenie.

Ono zjadł dwie (i pół) pigułki odżywcze, które wypadły z podajnika, ubrał się w jednorazowe, biodegradowalne ciuchy i podszedł do drzwi. Na framudze zapalił się kontrolny ekran.

– Jak się dzisiaj określisz? – zapytał bezpłciowy głos. Jednocześnie na monitorze wyświetliła się długa (zawierająca około dziesięciu tysięcy pozycji) lista określeń płciowych. Ono zastanowił się przez chwilę – do dzisiejszej pracy najlepiej nadawał się profil, podchodzący pod płeć jego mózgu, jednak nagminne używanie tegoż kończyło się zwykle wizytą Feministycznej Policji, która miała obowiązek sprawdzić, czy dany obywatel nie identyfikuje się wyłączenie z jedną płcią. Ono w ostatnich tygodniach zdecydowanie zbyt często korzystał z motywów podpadających pod „męskie”. Nie miał jednak wyboru. Wybrał opcję na samym końcu listy – „Nieokreślony seksualnie osobnik jednopłciowy XY”.

– Czy jesteś pewien? – zapytał program.

– Tak.

– Uwaga, twoja subskrypcja na jedną płeć wygasa za pięćdziesiąt trzy godziny. Opłać teraz swoją subskrypcję.

Ono westchnął i zrezygnowany machnął ręką przed czytnikiem, niemal czując, jak wycieka z niego krwawica. Zaraz jednak uśmiechnął się, pamiętając o paragrafie. We framudze otworzyła się klapka i z podajnika wypadł świeży, ciepły penis. Ono rozerwał biodegradowalne opakowanie. Jego członek był różowy, miękki i miał na sobie wydrukowane tylko dwie reklamy słodzonych napojów, co było zasługą dodatkowych opłat zwalniających od nadmiernego tatuowania produktów.

Szybko zsunął spodnie. Następnie wykręcił zużytą i sflaczałą już cipkę. Nowy penis lekko skrzypiał podczas instalacji. Minutę później Ono, już wolny, ubrany i szeroko uśmiechnięty przemierzał ulicę pełną innych, szeroko uśmiechniętych istot wszelkich płci i kombinacji, mieszkających w gettcie białych.

***

Getto białych nie było zaprzeczeniem tolerancji – wręcz przeciwnie, było jej wynikiem. Biali ludzie zostali zamknięci dla ochrony Afroamerykanów, Afroeuropejczyków, Afroazjatoindianoirakijczyków i wszelkich innych multi-osobników. Ba, to sami biali wybrali tę opcję, słusznie zauważając, iż ich kultura nie jest kulturą równości i tolerancji. Poświęcając część swojej wolności, mogli jednocześnie egzystować w równym świecie, posiadając prawa obywatelskie przysługujące mniejszościom. Nie było w tym rozumowaniu wiele sensu, ale Ono nigdy się nad tym szczególnie nie zastanawiał – świat bowiem był jaki był i należało go akceptować, nie zmieniać. Akceptację uważano przecież za pierwsze z Wielkich Praw Człowieka.

Ono nigdy nie czuł się uwięziony, wolno mu było pójść gdziekolwiek chciał. Getto nie było zamknięte, stanowiło tylko strefę mieszkalną – taką, jak inne. Przeszedł przez bramki i wmieszał się w multikulturową ludzką masę.

Szedł pod ścianami kamienic, nie chcąc przedzierać się przez manifestacje. A manifestował każdy, kto był na środku – nie dlatego, że uznawał się za pokrzywdzonego, ale po to, by zaznaczyć swoją odmienność i swoje prawa. Ono przeszedł więc obok grupki zoofilów, gwałcących właśnie zbiorowo jakiegoś psa, kanibali, zajadających się sobą nawzajem i pedofili, z których każdy szedł otoczony przez gromadkę swoich uśmiechniętych, mniej lub bardziej zużytych podopiecznych. Tych ostatnich Ono doskonale znał, była to reprezentacja z sierocińca „Afropszczółek”, gdzie sam w młodości mieszkał, kiedy państwo uznało, że minął okres, w którym jego rodzice mają prawo się nim zajmować. Pomachał im przyjaźnie, a jeden ze starszych opiekunów ukłonił się mu w odpowiedzi.

Alarm budzika w płacie czołowym ostrzegł go, że nie zostało mu zbyt wiele czasu. Ryzykując utratę cennej energii, wydłużył kroku. Tłum był dzisiaj wyjątkowo duży, a Ono nie chciał się spóźnić do pracy. Zwłaszcza, że jego zajęcie należało do wyjątkowo ekscytujących, jeśli ktoś lubił adrenalinę. Ono był bowiem mordercą.

Bonusowym.

***

Zleceniodawca, nadprzeciętnych rozmiarów Afroeuropejczyk o delikatnych rysach, czekał na niego w drzwiach jednego ze starych bloków, pamiętających zapewne początki dwudziestego pierwszego wieku. Był rosłym mężczyzną, czego nie omieszkał podkreślić wystającym przez dziurę w spodniach nabrzmiałym kutasem i dwoma parami równie rosłych jąder, dyndającymi pod nim. Ono z zazdrością pomyślał o kwocie, jaką jego klient musiał zapłacić za ten luksus. Zainteresowały go też średnich rozmiarów piersi o sterczących sutkach, wyraźnie przebijających się przez cienki materiał tuniki. Olbrzym zauważył jego spojrzenie.

– Podobają ci się, co? – zagaił, ujawniając tym samym aksamitny, kobiecy tembr głosu. – Zostawiłem je sobie. Są naturalne, wiesz? Niejedna koleżanka z Feministycznej Policji mi ich zazdrości. Muszą się zadowalać wkrętami, cipochuje!

Murzyn zachichotał. Brzmiał bardziej jak trzyletnia dziewica, niż poważnej postury osobnik XY. Nie to jednak sprawiło, że Ono uniósł brwi.

– Jesteś z FP? To trochę… niezwykłe.

– Mam okres – wzruszył ramionami trans i wskazał na pałę. Ono dopiero teraz zauważył krwawy nalot na jej czubku. – Poza tym, zawsze chciałem kogoś zabić. Ty nie?

Tym razem to Ono okazał obojętność.

– To tylko praca. Masz już cel?

Szeroki uśmiech rozmówcy sprawił, że Ono poczuł w żołądku coś, czego nie czuł od dawna – podniecenie. Wbrew sobie, zaczął się zastanawiać, jak wyglądałby klient z jedną, dwoma, albo nawet trzema cipkami.

– Będzie lepiej, jak sam zobaczysz.

Afroeuropejczyk, którzy przedstawił się nickiem „Marcin”, poprowadził go przez śmierdzącą klatkę schodową do windy. Ono tymczasem kalkulował. Zapowiadała się grubsza sprawa. Klient nie był zwykłym czarnym indywiduum. Nawet w okresie reprezentował państwo. I – na co się zanosiło – szykował coś specjalnego. Ono usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio trafiła mu się podobna gratka, ale nie umiał. W swoim fachu mógł liczyć tylko na desperatów – morderstwa, choć zalegalizowane, ciągle nie należały do powszechnych. Wręcz przeciwnie, przyzwolenie na nie sprawiło, że nie bawiły jak dawniej. Poza tym, mógł liczyć tylko na określoną część społeczeństwa.

Rolą Przestępcy Bonusowego (szczególnie w specjalizacji Magistra Inżyniera Mordercy) było towarzyszenie czarnym złoczyńcom w ich przestępstwach. W ten sposób nikt z poszkodowanych nie mógł okazać się nietolerancyjny. Przestępstwo bowiem popełniał i czarny i biały osobnik. Była to dosyć niszowa praca, gdyż każda odmiana czynu uznawanego za szkodliwy (przynajmniej społecznie) miała swoją specjalizację i określonych, walczących ze sobą specjalistów. To, że do tak niestandardowego zadania został wybrany właśnie Ono, świadczyło, że od dziś postrzegany będzie jako mistrz swojego fachu, a jego zarobki znacznie wzrosną. O ile oczywiście wykona swoje zadanie.

Kiedy wysiedli z windy, Olbrzym poprowadził go korytarzem, aż do ledwo trzymających się w zawiasach drzwi, z których wisiały pasy skóry. Śmierdziało tu jak w gorzelni. Kiedy wchodzili, spod butów uciekały im karaluchy. Ono, który nigdy karalucha nie widział, nie mógł powstrzymać odruchu wymiotnego.

– Spokojnie, przyzwyczaisz się – w ciemności ukazały się białe zęby Transa. – Chciałem, by było bardziej… wiesz, retro.

Coś kliknęło, Ono zmrużył oczy od dziwnego, żółtawego blasku, po czym zastygł przerażony. Potem cofnął się. Krok, drugi, trzeci.

– To… żarówka? Co jest grane, chcesz mnie wrobić?! To… to zakazane przez Unię! To…

– To moje małe miejsce wytchnienia – przerwał mu Afroeuropejczyk. – Nie wrabiam cię. Znoszę tu od lat wszelkie zarekwirowane przedmioty. Podniecają mnie.

Wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Bonusowy Morderca od razu poznał mentole. Oprócz tego w pomieszczeniu walały się zakonserwowane zbyt proste banany, za krzywe ogórki, stare, nieocenzurowane egzemplarze biblii, katalogi pełne soczystych (zapewne naturalnych) owoców, a nawet pożółkłe kartki z napisem „Oscypek”. Część z tych rzeczy Ono poznawał, części nigdy nie widział.

Nie minęło pół minuty, jak uspokoił oddech. Był zawodowcem, jeśli osiłek chciał grać ostro, to dostanie czego chciał.

– Zdajesz sobie sprawę, że to znacząco podnosi koszty zadania?

Trans zaśmiał się perliście.

– Materializm! To mi się podoba! Inny na twoim miejscu już dawno wybiegłby stąd z krzykiem… Ach, gdyby nie okoliczności, z przyjemnością bym poprosił cię o gwałt dopochwowy. No chyba, że lubisz w pupę? Co?

Machnął znacząco kutasem. Ono jednak pozostał zimny.

– Chciałbym jednak poznać szczegóły zlecenia.

Tamten zrobił zawiedzioną minę, ale odwrócił się w stronę szafy i pogrzebał w niej chwilę. Wynurzył się, trzymając dwie napakowane kamizelki.

– OK, oto plan: za jakąś… – przymknął oko, udając że się zastanawia. – Za jakąś godzinę, dołem przechodzić będzie procesja Demokratycznej Partii Katolickich Księży. Walczą o prawo do własnych kościołów… wyobrażasz sobie? Jedna świątynia dla każdej religii! No, ale wracając… zabawimy się w stylu retro. Ubieramy ciemne szaty, wbiegamy w dwa krańce tłumu, krzyczymy coś w stylu Allah Akbar…

– Allah Akbar… – Ono mruczał do siebie, notując w potylicznym edytorze tekstowym. Zdawał sobie sprawę, że jest lekko anachroniczny wykorzystując pismo, ale nic nie mógł poradzić. Tak najlepiej mu się pracowało.

– Albo i nie Allah Akbar. Równie dobrze możesz krzyczeć „Darmowe cukierki!”, ważne, byśmy na nagraniach zostali uchwyceni krzyczący. Potem pociągamy za te oto linki przy kamizelkach i… BUM! Księża zamieniają się w krwawą papkę po mojej stronie, a na twoje konto płynie okrągła sumka. Dwa, nie, trzy razy większa, niż się umawialiśmy.

– Sześć razy.

– Słucham?

– Sześć. – Ono był nieugięty. – Widzę, w co mnie pakujesz. Nie dość, że popełniasz samobójstwo, co mnie, prawdę mówiąc, gówno obchodzi, to jeszcze wciągasz w polityczny shit. Ja wiem, co się dzieje. Partia Kościelna zyskała ostatnio dużo poparcia, musicie pokazać, że wracają czasy nietolerancji religijnej. A kiedy ty zmienisz się w rozerwany worek flaków, ja będę uciekał przed mediami. Sześć razy.

Olbrzym zmierzył go zadumanym spojrzeniem. Potem wolno kiwnął głową.

– Sprytny jesteś. Ale mam do ciebie słabość, niech będzie. Pod jednym warunkiem.

– Mianowicie?

Trans znów odwrócił się w stronę szafy. Po chwili trzymał w dłoniach wczorajszej świeżości (ale wciąż nieprzeterminowaną) cipkę. Ono zrozumiał i wcale nie miał nic przeciwko. Szybko pozbył się spodni.

***

Nad miasto nadciągnęły ciemne chmury. Zanosiło się na deszcz, choć meteorolodzy uspokajali, iż wkrótce zostaną wystrzelone odpowiednie drony rozganiające. Procesja zjawiła się punktualnie. Wychynęła zza zakrętu jak czarno-czerwony wąż. Piuski kiwały się na boki w rytm kroków członków Partii. Pieśni religijne słychać było już wcześniej, co dało im czas na przygotowania. Kiedy tłum zrównał się z zrujnowanym blokiem, od wejścia oderwały się dwie czarno odziane postacie, ktoś zauważył, ktoś krzyknął. Było za późno.

Potężna eksplozja zamieniła pierwsze szeregi w strzępy. Ci, którzy stali dalej, zostali pokiereszowani metalowymi kulkami i odłamkami bruku. Niemal natychmiast rozległy się syreny alarmowe.

Drugi z zamachowców, wykorzystując zaskoczenie, umknął do najbliższego zaułka. Porucznik Marta „Marcin” Kanapka z Feministycznej Policji uśmiechała się szeroko, zdejmując kamizelkę. Ciągle jeszcze czuła uderzenia adrenaliny – ta praca była warta każdego zagrożenia. Poza tym, ilustrowała prostą prawdę, znaną tylko tym, którzy – tak jak ona – interesowali się historią nowożytną.

Świat mógł zmieniać się dowolnie, ale polityka zawsze pozostawała taka sama.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: