polskie centrum bizarro

Dzień Sąsiada

In Akcje Literackie on Maj 27, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW niedobroliterkowej redakcji dość długo trwały spory, czy powinno się pisać sąsiada z małej czy z dużej litery. Wreszcie Paskud stwierdził, że dyńka go napieprza i żebyśmy przestali się kłócić. Ma być z dużej. Argumentował, że skoro już zdecydowaliśmy się uhonorować święto tegoż stwora, sorry, sąsiada, to deko szacunku nie zawadzi.

Jakby nie patrzeć na ten temat – wiadomo wszak, gdzie dwóch naszych tam przynajmniej trzy opinie – dziś dostaniecie od nas, nomen omen, cztery świetne opowiadania autorstwa Zeter Zelke, Agnieszki Pileckiej, Rafała Kulety i Artura „Dzikowego” Olchowego. Wszystko to okraszone mini komiksem Tomka Woźniaka. Endżoj!

h

Zeter Zelke

Domek pod oknem

h

Ania otrzymała domek dla lalek na swoje piąte urodziny. Była to wspaniała, misterna konstrukcja z akacjowego drzewa, ze wszystkimi detalami wykonanymi ręcznie i tak wiarygodnie, że nawet dorośli, wchodząc do jej pokoju, zatrzymywali się na chwilę pod oknem, gdzie stał, by go podziwiać. Prezentu zazdrościły Ani nie tylko koleżanki z sąsiedztwa, ale nawet mama. Ileż to razy, gdy opowiadała jej bajki do snu, spoglądała na miniaturę i wzdychała z tęsknoty za minionym dzieciństwem.

Pewnego letniego wieczoru Ania podeszła do okna, aby po raz kolejny przyjrzeć się życiu ludzików. Myślała, że rezydenci będą stali tam, gdzie zawsze, zastygli w pozach takich, jak zwykle, lecz gdy zapaliła światła i zajrzała przez okienka, uśmiech spełzł jej z twarzy.

W bawialni, gdzie zazwyczaj przebywało najwięcej mieszkańców, panował bałagan: figurki leżały na podłodze, połamane, pogruchotane, częściowo zanurzone w kałużach ciemnej mazi. Stoły, krzesła, wysoki zegar z kukułką, kredensy i szafy – wszystko poniszczone i zbryzgane jakąś cieczą. Rezydenci w sypialniach leżeli na swych łóżkach lub obok nich, rozczłonkowani. W jadalni, gdzie również było ich sporo, niemal wszyscy zwisali z sufitu, powieszeni na długich linach. Ania patrzyła przez łzy na zmasakrowanych domowników, nie potrafiąc pojąć, jak mogło do tego dojść. Długi, czerwony szlak wiódł od schodów na pierwszym piętrze do piwnicy, gdzie dwie służące rozwieszały pranie. Teraz obie lalki wisiały na hakach, a niegdyś biała pościel nasiąkła brązowymi plamami. Tuż przy niej stała laleczka, której wcześniej tam nie było. Nosiła ciemny płaszcz, miała jasną buzię, krótkie, czarne włosy, zaś w jej drobnej rączce tkwił miniaturowy nóż.

Ania zdusiła krzyk, gdy ludzik drgnął i udał się schodami w górę. Rezydenci domu, chociaż bardzo dokładnie wykonani, przecież nigdy się nie poruszali! Lalka podeszła niespiesznie do okna, położyła dłonie na szybie i ostentacyjnie spojrzała na dziewczynkę pustymi, namalowanymi oczami.

– Dopiero co się wprowadziłam – dobiegł zza okienka cienki, nieprzyjemny głos. – Zaraz wezmę się za sprzątanie.

– Co zrobiłaś ludzikom?! – pisnęła Ania, przełykając łzy. – Dlaczego?!

Lalka w płaszczu obróciła się, jakby chciała oszacować poziom dokonanych zniszczeń. Następnie wzruszyła ramionami.

– Toż to tylko drewniane kukły. Nie były prawdziwe. – Przekrzywiła głowę, a Ani zdawało się, że prosta linia ust na chwilę się rozwarła, ukazując wilczy uśmiech. – Ale ja jestem prawdziwa. Jestem prawdziwa i lepiej żyj ze mną w zgodzie, bo w przeciwieństwie do nich, ja mogę stąd wyjść.

Nowy mieszkaniec domku pod oknem przedstawił się jako Berta i w przeciągu zaledwie tygodnia faktycznie doprowadził wnętrze rezydencji do porządku. Ani nie podobał się nowy wystrój: zbyt ciemne tapety, brzydkie obrazy na ścianach oraz do niczego niepodobne, zniekształcone rzeźby. Nocami zamiast żyrandoli i lamp ciemności rozjaśniały świece, nad którymi dziewczynka nie miała żadnej kontroli.

Ania żyła z Bertą przez trzy lata we względnej zgodzie, lecz była to trudna koegzystencja. Berta miała cięty język i niewybredne żarty. Co gorsza, swoim postępowaniem wzbudzała strach. Pewnego razu zażyczyła sobie, aby wpuścić jej do domku mysz lub szczura, którego mogłaby zjeść żywcem. To wtedy dziewczynka zaczęła sobie uświadamiać, jak niebezpieczne to sąsiedztwo. Dzisiaj mysz, jutro domowy kot, a pojutrze, kto wie, może jej rodzice? Ania podjęła decyzję o zniszczeniu domku jeszcze tej samej nocy.

Następnego dnia w gazetach można było przeczytać o pożarze, jaki zniszczył gospodarstwo państwa Rostków. W ogniu zginęła cała rodzina: Ryszard, Maria i ich ośmioletnia córka Anna. Strażacy ustalili, że pożar powstał w pokoju dziewczynki i błyskawicznie rozprzestrzenił się po całym budynku. Jedną z nielicznych rzeczy, które nie zostały strawione przez niszczycielski żywioł, był akacjowy domek dla lalek. Po przeprowadzeniu postępowania spadkowego, trafił do pogrążonej w żałobie cioci Anny Rostek, która też miała córeczkę, siedmiomiesięczną Rozalię.

W akacjowej miniaturze dziesiątki drewnianych ludzików zajmowało się swoimi sprawami, ciesząc oczy dorosłych oraz dzieci. Pomiędzy nimi znajdowała się też Berta, ukryta gdzieś w piwnicy, gdzie dwie służące rozwieszały uprane prześcieradła. Była tam i cierpliwie czekała na swój czas.

h

Rafał Kuleta

Bajka o śpiącym smoku

h

Był sobie pech, którego nosił w garbie pewien garbaty chłopiec o imieniu Zgarbek; albo niech będzie Bartek, czemu nie. Kiedy tylko Bartek wychodził z siebie albo przed dom, niekoniecznie żeby się pobawić, wszystkie maminy zabierały swoje pociechy jak najdalej w drzewiejszą dal. Bartek zarażał swoim pechem, infekował pech innych, który rozpychał się, stawał się większy, zgrabniejszy i pechowniejszy. Kogokolwiek Bartek skazał na zabawę, tego od razu nawiedzały wypadko-przypadki. Nierzadko zresztą groźne, coś na gruźliczną modłę: a to ktoś sobie nogę wkręcił w szprychy roweru jak nitkę w igłę, a to inny zakopał się w piaskownicy i z piaskownicą, a to kogoś skusiły gwałtozapałki i się podpalił w samozabawie, coś w ten dryg (c.w.t.d). Wszyscy obwiniali za te skręty-incydenty Bartka.

Pewnego dnia Zgarbek (na chwilę zapomniałem, że umówiliśmy się na Bartka) postanowił pobawić się samotnie w lesie. Tu nie musiał się przejmować, że ktoś go będzie prześladować. Powiedział mamie, dokąd idzie, usłyszał tradycyjną wiązankę przekleństw i zamknął za sobą drzwi.

Drzewa blokowały mu drogę, więc zaczął łamać ich gałęzie. Od razu ustępowały, a przynajmniej tak się wydawało.

„Wszędzie to samo, tylko drzewa, nudno tu”, pomyślał i już chciał zawracać, kiedy między gałęziami mignęła mu ruda kita wiewiórki. Postanowił ją gonić. Wiewiórka okazała się zwinniejsza i sprytniejsza. Szybkim śmigiem zniknęła mu z pola widzenia. Za to jego oczom ukazała się polana, za którą była jakaś czarna ściana.

Bartek powoli przeszedł przez polanę i zbliżył się do czarnej ściany, która okazała się wejściem do jaskini.

– Chrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr – usłyszał dziwnie przeciągłe mruczenie.

– Chrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr – powtórzyło się.

Chłopiec wszedł ostrożnie do środka. Zobaczył ogromne cielsko smoka, podnoszące się i opadające w rytm przesuwających się obrazów z projektora jego snów. Bartek (Zgarbek) ostrożnie się wycofał. Czuł, jak coś wysuwa mu się z kieszeni i upada na wyścieloną liśćmi ziemię. Bał się nawet sprawdzić, co mu wypadło z kieszeni. Czym prędzej wyszedł z jaskini, przeszedł przez polanę i pobiegł do domu, nie zważając na raniące go gałęzie cholernie złośliwych drzew.

– Mamo, widziałem w lesie smoka! – krzyknął do mamy, która łaskę zrobiła, że przygotowała dla rodziny obiad.

– No i co z tego? – burknęła zaniedbana kobieta i splunęła do zlewu.

– Co będzie jak się obudzi?

– Nie obudzi się – warknęła-mruknęła matka.

– To wierzysz mi, że widziałem smoka? – chłopiec z przekory nie dowierzał własnym uszom.

– A dlaczego mam nie wierzyć? Sama go uśpiłam.

Bartek wybałuszył gały.

– Opowiedziałam mu bajkę o chłopcu, którego wiewiórka poprowadziła  do jaskini smoka, i od razu zasnął. Pewnie mu się śnią polędwiczki z nieboraka. Mam nadzieję, że go nie obudziłeś?

– Nie, szybko stamtąd uciekłem.

– To dobrze, aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby smok się obudził. Nie pierwszy raz miał chrapkę na nasze miasteczko. Żywy nikt by stąd nie wyszedł.

Bartek niczego już nie rozumiał.

– Mamo, ty wiedziałaś, że ten smok tam jest?

– Oczywiście, że tak. Sama go zresztą sprowadziłam w nasze okolice. Tak na wszelki wypadek, gdyby naraził mi się któryś z sąsiadów. Na ich szczęście nic takiego się nie wydarzyło, więc chodzę co noc do smoka i opowiadam mu różne wymyślone na poczekaniu bajki, żeby spał dalej. Ale – machnęła ręką – jak smok śpi, to niech śpi. Obiad na stole. Tylko najpierw umyj ręce.

Bartek powlókł się do łazienki.

Przed samym obiadem chciał sprawdzić, czy nie dostał od Maćka smsa. Maciek był jego jedynym kumplem. Również jako jedyny nie bał się pecha Bartka.

W kieszeni nie było komórki. Bartek cofnął się na korytarz i sprawdził kieszenie kurtki. Te również były puste, poza kilkoma czaszkami szczurów, które kiedyś zabił w kanalizacji pod domem.

Wtedy przypomniał sobie, że to właśnie komórka wypadła mu z kieszeni w jaskini smoka. Pamiętał, że była włączona. Jeszcze dzisiaj rano ją doładował. Usiadł przy stole w kuchni i zaczął wolno przeżuwać mięso z pieczonego kurczaka.

Kilka domów dalej Maciek któryś z kolei raz wybrał numer Bartka.

– Co on nie odpowiada? – krzyknął do telefonu. – Przecież się umówiliśmy. Mieliśmy dzisiaj skopać tyłek jakiemuś pierwszemu lepszemu dzieciakowi, który odważy się wyjść z domu po ósmej.

Postanowił przetrzymać sygnał tak długo, aż telefon sam się wyłączy. Po jakichś dziesięciu sekundach coś chrzęsnęło w słuchawce, mniej więcej tak, a może więcej niż mniej, jakby ktoś ją odbierał. Maćka ogłuszył potworny ryk.

Bartek właśnie skończył obiad i wstawił talerz do zlewu.

– Może tak pozmywasz po sobie? – ugryzła go matka.

– Nie będę zmywał. Nie smakowało mi – odgryzł jej syn.

– Ty gówniarzu! Uważaj z jęzorem, bo kiedyś go zjesz na śniadanie.

Bartek wzruszył ramionami. W tym samym momencie powietrze dziwnie zgęstniało, domem zatrzęsło, a szyby wleciały do środka wraz z ogłuszającym rykiem, który rozrywał bębenki uszne dłutem i obcęgami znalezionymi przypadkowo, jak wszystko zresztą w życiu. Matka Bartka wzniosła ręce do góry, jakby chciała coś złapać i po chwili runęła na podłogę obok martwego syna.

h

Dzień sąsiada - mini komiks

h

Artur „Dzikowy” Olchowy

Radio

h

Wprowadziłem się na początku lipca. Przed dziesiątym, bo na dziesiątego miałem wyznaczoną wizytę w skarbówce na Lindleya. Starszej kobiecie w okularach w grubej oprawie i z tapirem niemodnym od czasów „Fatalnego zauroczenia” nie podobał się mój PIT.

– Nie wpisał pan dochodu ze sprzedaży samochodu – stwierdziła wiercąc mnie wzrokiem. Nie przywitała się. Nie zaproponowała, żebym usiadł. Od razu wyjechała z tym samochodem. Dwie godziny tłumaczyłem, że samochód zamieniłem na gotówkę, a tę na kilka metrów podłogi w mieszkaniu nowym tylko z nazwy, bo w budownictwie z lat pięćdziesiątych.

– Jaki to niby dochód, skoro samochodu już nie mam, a miałem? To raczej strata, bo nie mam czym jeździć? – powtarzałem do znudzenia. Chyba w końcu zrozumiała, że trafiła na twardszego zawodnika niż miętoszący czapkę z nerwów Kowalski, płaszczący się przed organem urzędniczki, pasący energetycznego wampira. Odpuściła, a ja mogłem wrócić do rozpakowywania pudeł.

Przywiezioną półciężarówkę mojego życia rozpakowywałem trzeci dzień. No, nie tylko, bo też skręcałem meble, nawlekałem poszewki na pościel, wieszałem plakaty na niedbale wbitych dnem rondla gwoździach. Cały czas miałem na uszach słuchawki, dlatego dopiero wieczorem, gdy kładłem się spać, odkładając sfatygowanego iPoda, zza ściany słyszałem serwisy informacyjne, badziewne dżingle, modlitwy i pieśni patriotyczno-tetryczne. To trafiłem na rozrywkowe sąsiedztwo – myślałem sobie, ale po chwili zasypiałem, wymęczony powtarzanymi czynnościami: schylić się, rozkleić, wyjąć z pudła, odwinąć z papieru, ustawić na półce.

Sąsiadkę po raz pierwszy spotkałem kilka dni później, już po wizycie w skarbówce. Starsza kobieta z przyjemnie siwymi włosami, ale za to z nieudolnie namalowanymi hiperbolicznymi brwiami. Akurat zamykała drzwi, gdy wychodziłem rozejrzeć się po okolicznych straganach z warzywami, skarpetami i podróbkami zegarków, pomiędzy którymi zawsze krążyło stadko dresów z ruskimi fajkami. Staruszka zakręciła kluczem, sięgnęła po śmieci, spojrzała na mnie, a potem bez słowa odwróciła się i poszła w stronę schodów. Zauważyła mnie, to pewne, ukłoniłem się nawet, ale nie zareagowała.

– Przepraszam panią! – krzyknąłem przez cały korytarz. – To pani słucha radia?

– Że co? Jakie radio? – spytała spłoszona, na co uspokoiłem ją gestem.

– Niech się pani nie martwi. – Podszedłem. – Dopiero się wprowadziłem i zastanawiałem się, od kogo dochodzi ta muzyka. Nazywam się Krzysztof Podrzucki – przedstawiłem się i uśmiechnąłem najszczerzej i najbardziej przyjaźnie, jak tylko potrafię. Kobieta nadal nie reagowała. – Pozwoli pani. – Sięgnąłem po trzymane przez nią wiadro. – Niech pani wraca do domu, a ja zaraz obrócę do komórki i odniosę wiaderko, dobrze?

– Ale… – próbowała protestować. Przerwałem jej gestem.

– Rodzice kazali wyręczać starsze osoby, poza tym jesteśmy sąsiadami. Musimy sobie pomagać. Niech sobie pani zrobi herbatę, radio włączy, a ja za chwilę wrócę, kosz oddam – zapewniłem i nie czekając na odpowiedź zbiegłem po schodach. Wyrzuciłem śmieci i po chwili znów byłem na swoim i sąsiadki drugim piętrze. Zadzwoniłem do drzwi. Otworzyły się po dwóch sekundach, jak gdyby kobieta na mnie czekała.

– Pani wiaderko. Życzę miłego dnia – pożegnałem się i skinąwszy poszedłem w stronę wyjścia z budynku. Nadal zamierzałem obejrzeć te stragany.

Pudeł ubywało, półki i szafki zapełniały się różnym badziewiem. Pojawiły się rolety i taborety, kosmetyki i płyty. Nadal pracowałem ze słuchawkami w uszach i wieczorem nadal, mimowolnie, słuchałem modlitw i rozmów w radiu zza ściany.

Sąsiadkę spotkałem ponownie dopiero po tygodniu, gdy sam osobiście, instalując lampę nad umywalką, wywaliłem korki na całym piętrze. Po chwili usłyszałem pukanie do drzwi, a potem dźwięk dzwonka model „standard dwutonowy”. Otworzyłem i zobaczyłem staruszkę z mieszkania obok, wyraźnie zdenerwowaną. Ubrana była charakterystycznie dla wieku, nieodpowiednio do pogody. Na wyblakłą sukienkę założyła gruby sweter z wełny w trudnym do określenia odcieniu zieleni. Na nogach miała zupełnie rozdeptane i postrzępione bambosze. Jej chude ręce z widoczną pod skórą siatką żył trzęsły się od emocji.

– U pana też nie ma? – spytała bez przywitania. Postanowiłem udawać idiotę. Na szczęście było wczesne popołudnie, wszystkie okna wychodzące na południe odsłonięte, a słońce świeciło całą lipcową mocą.

– Czego nie ma? Radia?

– Nie, prądu nie ma. Telewizja nie działa, a serial zaraz… – biadoliła.

– Ma pani taki motylek do skrzynki? Taki z kwadratowym otworem.

Przytaknęła i pokuśtykała do swojego mieszkania. Ja też się odwróciłem i zgarnąłem składaną aluminiową drabinę. Po chwili wróciła z kluczem, ja zaś otworzyłem skrzynkę z bezpiecznikami i licznikami, namierzyłem główny i pociągnąłem dźwignię na pozycję „ON”. W otwartym mieszkaniu kobiety rozległ się dźwięk grającego radia. Jeszcze chwilę naprzemiennie dziękowała wylewnie i narzekała, że ta dzisiejsza młodzież, że coraz trudniej trafić na porządnego człowieka, a tu taki dobry sąsiad się trafił. Chciałem jeszcze poprosić, żeby czasem radio ściszyła, ale zniknęła za drzwiami swojego mieszkania, zostawiając mnie w skarpetkach i z drabiną na ramieniu. Pewnie się na serial spieszyła.

Radio zaczęło mi dokuczać wraz z końcem urlopu, który wziąłem na czas przeprowadzki. Wróciłem do normalnego trybu życia urzędnika średniego szczebla na etacie. Wyjazd do pracy, osiem godzin przerzucania papierów i biegania między piętrami, zakupy w drodze do domu, kanapa, pilot i to cholerne radio. Przez chwilę skakałem po kanałach, ale przez jakiś wojskowy marsz nie mogłem skupić się na godach czapli siwej, przez oazowe wycie na prognozie pogody, przez chóralne klepanie różańca na serialu, w którym zagadki kryminalne rozwiązuje spektometr masowy, a ludzie tylko wkładają próbki i dokonują aresztowania. Jestem życzliwym człowiekiem, dlatego starałem się wytrzymać i nawet się udało. Zasnąłem dopiero o świcie, po godzinach zatykania sobie uszu poduszką lub ramieniem. Wcześniej co chwilę spoglądałem na budzik. Z rosnącą paniką wyobrażałem sobie mój dzień w robocie. Osiem bitych godzin przysypiania na siedząco, żłopania kawy i układania pasjansa.

Zadzwonił budzik, ale chyba za wcześnie, przecież dopiero zasnąłem! Zza ściany dochodziło rytmiczne pikanie, a potem dżingiel. Serwis informacyjny, pełna godzina. Znikąd pojawiła się wściekłość. Nożeszku! Ile można?!

Dobre uczucie po nieprzespanej nocy. Pozwala zerwać się z łóżka po trzech godzinach snu, porządnie wyszorować się pod prysznicem, sypnąć więcej niż zazwyczaj kawy. Niech mnie trzyma przynajmniej do wyjścia. Piłem na stojąco, wsłuchując się w dźwięki płynące do mnie przez beton, zbrojenia, tynki, rury i farbę. Chyba program dla dzieci, bo mówili coś tym wkurzającym pieszczotliwym tonem. Ziusiek cię kocha, bo kocha wszystkie dzieci. Ma duże serduszko – bębni mi w głowie. Odstawiłem pusty kubek i założyłem buty, po chwili wahania zrezygnowałem z marynarki i wyszedłem. Zatrzymałem się przed drzwiami sąsiadki. Pukałem i dzwoniłem naprzemiennie przez dobrą minutę. Radio ucichło, coś szeleściło za drzwiami – pewnie sąsiadka spoglądała przez Judasza, szurała zakładanym łańcuchem, w końcu drzwi się otworzyły

– Tak? – Zobaczyłem tylko połowę twarzy staruszki.

– Dzień dobry – przywitałem się najsłodszym możliwym głosem. – Mam ogromną prośbę. Czy mogłaby pani ściszyć radio? Słychać je u mnie w całym mieszkaniu.

– Ale ja nie mam żadnego radia. Nic nie wiem.

Zamknęła drzwi, zanim zdążyłem zareagować.

Wytrwałem do weekendu, ratując się stoperami i słuchawkami bezprzewodowymi. Stację podłączałem naprzemiennie do telewizora, komputera i, o ironio, do radia. Najgorsze były noce. Oczywiście nadal próbowałem przekonywać sąsiadkę, ale nawet nie otwierała, choć za każdym razem wyłączała na chwilę radio. W sobotę zadzwoniłem do Klary, starej kumpeli od zawsze bywającej na pielgrzymkach i oazach.

– Zrozum, to pewnie samotna osoba. Nie ma znajomych, nie umie korzystać z budynków publicznych, nie ma z kim porozmawiać, spotkać się. To radio ratuje ją od szaleństwa – wytłumaczyła, gdy przedstawiłem jej sytuację.

– Ale mnie wpędzi w szaleństwo!

– To je zastąp – zaproponowała.

– Jak mam zastąpić?

– Bądź dobrym sąsiadem. Pomagaj, rozmawiaj, odwiedzaj. Zaprzyjaźni się z tobą i z czasem pewnie da się przekonać. Na razie chcesz jej zabrać coś, co kocha. Nikomu krzywda się nie stanie, jeżeli się nią zaopiekujesz.

Warto było dzwonić do Klary z pytaniami.

Do wieczora czatowałem przy drzwiach. Siadłem na drabince, przyłożyłem oko do okulara Judasza, wcisnąłem w uszy słuchawki i puściłem „The Wall” Floydów na cały regulator. Doczekałem się. Staruszka wyszła z wiaderkiem. Odsunąłem drabinkę, rzuciłem empetrójkę na stół w kuchni i udając spokój wyszedłem.

– O, dzień dobry – przywitałem się udając zaskoczenie. Nie odpowiedziała.

– Chętnie wyniosę te śmieci, jak ostatnio.

Spojrzała na mnie nieufnie. Nasza ostatnia rozmowa i późniejsze natrętne walenie w drzwi zbudowały nową barierę, którą musiałem rozbić.

– Ale ja i tak muszę zakupy zrobić.

– Ja właśnie po zakupy idę. Zrobię i dla pani. Przyniosę paragon i się rozliczymy, dobrze?

Czekałem chwilę na odpowiedź, uśmiechając się promiennie. Staruszka się przełamała. Podała mi wiadro i patrzyła jeszcze, gdy zbiegałem po schodach z koszem na śmieci i listą zakupów. Listeczką: bułka, dwa plastry salcesonu i śmietana.

Po powrocie do domu wyjąłem z szuflady stary zeszyt, jeden z wielu, w których zapisałem pierwszą stronę i rzuciłem w kąt. Wydarłem arkusz, na czystej kartce zapisałem u góry datę. Poniżej w oddzielnych wierszach „wyniesienie śmieci” i „zakupy”. Zeszyt pozostawiłem na widoku. W radio kończył się przegląd prasy.

Pani Halinka. Śmieszne, prawda? Przedstawiła się dopiero po dwóch tygodniach. Po codziennym rytuale wynoszenia odpadków, robienia zakupów. Do nich dołączyło okazjonalne zmywanie naczyń, podlewanie kwiatów zawieszonych pod sufitem na balkonie. Przełamaliśmy lody. Teraz to pani Halinka przychodziła do mnie z zaproszeniem na ciasto i herbatę. Rozpaćkane ciasto z nadzieniem ze skorupek jaj i najtańszą czarną herbatę dostawałem po odkurzeniu, przesunięciu szafy, wymianie żarówki. Ciasta zjadałem malutki kawałeczek, ledwo kęs czy dwa. Częstowała mnie starożytnymi ciastkami – rozmiękłymi herbatnikami, kamiennymi biszkoptami, pokrytymi białym nalotem czekoladowymi Michałkami, które trzymała w kryształowych misach, od lat czekających na gości na półkach meblościanki za szybą. Te po pierwszej próbie przełknięcia po prostu zostawiałem na spodku obok szklanki w metalowym koszyczku. Widziałem nie raz i nie dwa, jak pani Halinka zabiera je i odkłada z powrotem do kryształów. Herbaty nie piłem, zasłaniając się nadwrażliwością zębów.

Po każdej wizycie otwierałem zeszyty. Dwa, bo miałem teraz dwa. Do jednego wpisywałem ciasto lub herbatnik, do drugiego wszystkie akty życzliwej pomocy. Lista rosła z każdym dniem, tygodniem i miesiącem. Tak miesiącem.

O radio nie pytałem. Coraz częściej łapałem się na tym, że go nie słyszę. Co nie znaczy, że słyszałem swoją muzykę, swój telewizor czy przynajmniej swój telefon. Skąd! Żyłem w świecie białego szumu.

Jakoś w październiku zaproponowałem sąsiadce remont.

– Pani Halinko, przecież tutaj są takie pęknięcia, że zaraz cała farba odpadnie, do gołego betonu. A korki to jak często pani wywala? Instalacja jest stara i trzeba ją wymienić, bo w końcu pożar wybuchnie. Zajmę się tym, a przy okazji zużyję materiały. Zostały po poprzednim właścicielu mojego mieszkania – skłamałem, bo żadnych nie było, poza drabiną, dwoma wałkami malarskimi i tubą silikonu. Broniła się, ale w ostatecznie dała się przekonać.

Remont zaczęliśmy w sobotę. Trwał dwa miesiące, bo miałem czas tylko w weekendy i popołudnia. Odgłosy kucia i wiercenia zakłócały radio. Przy szpachlowaniu i malowaniu słuchałem Floydów przez słuchawki. Wyrobiłem się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Nie wyjechałem na święta do rodziny. Zamiast tego zamówiłem w pobliskiej restauracji dwanaście potraw wege i z górą naczyń, kolorową paczką z kiczowatym obrazkiem, kiczowatym albumem i kiczowatą figurką stanąłem przed drzwiami do mieszkania sąsiadki. Przełamaliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia. Pani Halinka rozpłakała się na całego, gdy rozpakowała prezent. To był bardzo miły wieczór. Radio waliło jedną kolędę za drugą z hałasem na granicy bólu.

Na Sylwestra zapraszali mnie znajomi, w tym Klara. Odmówiłem. Odmówiłem też pani Halince usprawiedliwiając się, że będę zajęty całą noc. Nie potrafiła ukryć rozczarowania.

Przed zmrokiem wyjąłem z lodówki szampana i kilka koreczków ze śledzia, oliwek i innych marynowanych pierdółek. Postawiłem wszystko na stoliku w salonie, uszy zatkałem stoperami. Uruchomiłem komputer i z zeszytami na kolanach metodycznie wpisywałem każdą kolejną pozycję do arkusza. Zeszytów było teraz jedenaście. Sześćset stron moich dobrych uczynków i pięćdziesiąt dwie pani Halinki. W połowie trzeciego brulionu za oknem pojawiły się kolorowe błyski. Bez pośpiechu otworzyłem butelkę i wypiłem kieliszek cierpkiego napoju. Telefon świecił i drżał od przychodzących wiadomości z życzeniami. Obróciłem go ekranem do dołu, żeby mnie nie rozpraszał i wróciłem do pracy.

Spisane zeszyty zapakowałem do foliowego worka. Dołożyłem płytę CD z zestawieniem i schowałem do szuflady z innymi dokumentami. Koniec notowania. Szczęśliwego nowego roku.

Na początku lipca poszedłem na umówione spotkanie z urzędniczką skarbówki na Lindleya. Po drodze zabrałem wystawiony przed drzwi worek ze śmieciami.

Przyjęła mnie starsza kobieta w okularach w grubej oprawie i z tapirem niemodnym od czasów „Fatalnego zauroczenia”.

– Tutaj mam udokumentowane i wycenione korzyści, których nie zadeklarowała pani Halina Kącka – wyjaśniłem, podając urzędniczce zeszyty, płytę i ciągnący się na dziesiątki stron wydruk tabeli. – Swoje korzyści dołączyłem do deklaracji, wyceniłem według średnich stawek rynkowych i odprowadziłem podatek.

Cały czas się uśmiechałem. W urzędzie, w drodze do domu, w domu. Nuciłem „Boże Twa łaska nad nami jest”.

Walę ciężkim młotem wybijając dziurę w ścianie. Wczoraj otrzymałem zgodę na połączenie dwóch mieszkań. Drugie, niedawno wyremontowane, dostałem w spadku od sąsiadki. Staruszka zmarła miesiąc temu, gdy otrzymała wezwanie do zapłaty podatku od kilkuset tysięcy. Ktoś doniósł. Wiadomość podcięła jej nogi na klatce schodowej przy skrzynkach.

Stare meble wyrzuciłem. Podobnie telewizor z przepalonym kineskopem, rupieć udający pralkę, emaliowane gary, fajansową zastawę, badziewne sztućce, starożytną lodówkę, ubrania, książki, gazety i durnostojki, kiczowate obrazki i figurki, albumy ze zdjęciami ludzi, których nie znam, listy, których nawet nie chce mi się czytać, przeterminowane jedzenie, zwietrzałe przyprawy, tanie kosmetyki, szczotki z pożółkłym od starości włosem, nadgniłą gąbkę. Odpadki.

Zostawiłem tylko nowy regał, który kupiłem sąsiadce na urodziny. Stylem pasował do moich mebli.

Radia nie znalazłem.

Agnieszka Pilecka

Dzień Sąsiada

 

h

Dzień sąsiada, dzień sąsiada,

sąsiad moje ciasto zjada.

 

Dzień sąsiada świętujemy,

ciasto wódą zapijemy!

 

Dzień sąsiada – wielkie święto,

Stachu, podziel się butelką!

 

Dzień sąsiada…

h

 

– Cicho już! Wystarczy! – ryknął zdenerwowany Zbyszek.

– Ale…

– Nie ma „ale”! Święto świętem, ale ile można tych wierszyków słuchać?! Polej lepiej, a nie bzdury gadaj. Nie na tym to święto polega!

– A na czym? – Jarek był zdezorientowany. Zawsze świętował w ten sposób. Uważał, że wierszyki są lepsze niż durne pioseneczki, jakie ludzie mieli w zwyczaju śpiewać z powodu różnych okazji. Przypuszczalnie myślał tak dlatego, że w jego wykonaniu nawet proste „sto lat” brzmiało tak, że gdyby nie słowa, nie można by było zorientować się co to za utwór. Wierszyki były lepsze, łatwiejsze. Uwielbiał je układać. Bawiło go to. Niestety, najczęściej wyłącznie jego.

– Nie wiesz jaki jest sens tego święta? Nie wiesz po co ono jest?! – Tym razem to Zbychu zgłupiał. Trudno mu było uwierzyć, że jego kompan nie ma pojęcia o jednym z ważniejszych dni w roku.

– No… nie bardzo… – przyznał i ugryzł się w język, by nie zrymować po raz kolejny, gdyż wiedział, że tym jeszcze bardziej zirytuje kumpla od kielicha.

– Ehm… – westchnął ciężko. – Chodź, pokażę ci…

Opróżnili szybko zawartość kieliszków i wyszli z mieszkania. Jarek nie wiedział, gdzie idą, ale w zasadzie było mu to wszystko jedno. Ledwo już stał na nogach, więc nawet nie zauważył kiedy znalazł się kilka pięter niżej, w piwnicy. Nie przejmował się tym zbytnio, bo do domu nie miał daleko. Mieszkali drzwi w drzwi. Byli najbliższymi sąsiadami, bo z jednego piętra. W zasadzie to na piętrze było aż pięć mieszkań, ale Jarek nie wiedział nawet kto je zamieszkuje. Nigdy nie widział tam nikogo. Pewnie mają inny styl życia, mijamy się wiecznie – tak sobie tłumaczył ową sytuację.

W piwnicy było dość ciemno i potwornie cuchnęło. Nie tylko wilgocią, ale czymś jeszcze. Mimo mocnego upojenia alkoholem, czuł to. Zbyszek wskazał mu korytarz i pokazał ręką, aby tam poszedł. Gdy skręcił we wskazaną stronę, to nie tyle poczuł, co bardziej usłyszał głuche uderzenie czegoś twardego, rozbijającego się o jego potylicę. Upadł na ziemię, tracąc przytomność.

Obudził się kilka godzin później. Siedział na chłodnej posadzce w towarzystwie kilkunastu innych osób. Wszyscy mieli ręce przykute kajdanami do grubej rury umocowanej na ścianie. Nie miał jak się uwolnić. Chciał krzyknąć, jednakże knebel skutecznie uniemożliwiał mu jakąkolwiek komunikację werbalną.

– No w końcu, ocknąłeś się Jareczku… „Jareczku, Jareczku, mój ty sąsiadeczku!” chciałoby się rzec! – Zbyszek szydził z kumpla. Trzeba przyznać, że sprawiało mu to niemałą satysfakcję.

Jarek niepewnym wzrokiem rozglądał się po pomieszczeniu. Czaszkę rozsadzał mu ból, gdyż niestety zaczynał już trzeźwieć i alkohol, który w siebie wlał, dawał o sobie znać.

Z początku próbował się wyrwać jakoś, uciec, ale jego towarzysze ze smutkiem i rezygnacją kręcili głowami, dając mu znak, że nie ma szans się uwolnić. Po prostu siedzieli, niektórzy leżeli w pozach wyrażających pełną apatię. Dopiero teraz dostrzegł, że za każdym z nich stoi mały nocniczek, jak dla dziecka. Plastikowe, kolorowe kibelki z namalowaną kaczuszką czy misiem, wyglądały dość groteskowo w tej ciemnej, ponurej piwnicy. Nie były puste, co wyjaśniało smród, który poczuł tu na początku. Jarek spojrzał pytającym wzrokiem na swego sąsiada, którego jeszcze kilka godzin temu nazwałby dobrym kumplem.

– I co, stary… rozumiesz już sens tego święta? – spytał podekscytowany.

Jarek przecząco pokiwał głową. Cała reszta zgromadzonych westchnęła ze znużeniem i dezaprobatą. Słyszeli to już niejednokrotnie. W zasadzie słyszą to co roku.

– Pozwól, że ci wyjaśnię… Ale teraz chyba pora karmienia. – Wyciągnął z szafeczki stojącej nieopodal wielkie pudło z przygotowaną wcześniej karmą. Ni to sałatka, ni to żarcie dla zwierząt.

Nikt nie pytał, co to takiego. Czekali na swoją kolej, podczas gdy ich oprawca podchodził kolejno i podawał każdemu po kilka łyżek, odsuwając wcześniej knebel z ust. Nie krzyczeli, wiedzieli, że nic im to nie da. Gdy nakarmił już wszystkich poza nowo przybyłym, podszedł do niego i spokojnym głosem zaczął tłumaczyć.

– Póki co nie dostaniesz jedzenia, bo jeszcze nie przygotowałem ci nocniczka. Ale spokojnie, jutro już wszystko załatwię. Wracając do tematu… – kontynuował z zaangażowaniem. – Jak wiesz, dziś jest dzień sąsiada. W końcu z tej okazji piliśmy. Z tej okazji układałeś te swoje kretyńskie wierszyki. Nie wiem jak ty, ale ja obchodzę to święto już od dawna. – mówiąc to, uśmiechnął się do grupki więzionych nieszczęśników. – Ach, gdzie moje maniery?! Poznajcie się! To jest Angelika, mieszkała pod szóstką. Piotrek spod ósemki. Maja i Bartek mieszkali pod trójką. Roman z Błażejem pod czwórką. – Podniósł rękę i zerknął na zegarek. – A zresztą, jakie to ma znaczenie? Nie ma czasu na takie zabawy, muszę jeszcze zdążyć do sklepu i kupić ci wyprawkę. Wiesz, żeby nie było, że o was nie dbam! Dostajecie żreć, kibelek macie, czasem go nawet opróżniam. Pozwalam wam się umyć, znaczy się ja was myję, bo tak jest szybciej i łatwiej. I nie martw się, ta posadzka wydaje się być zimna, ale na noc dostaniesz kocyk i nawet poduszeczkę. Oczywiście, jeśli zdążę do sklepu. Dlatego na szybko wytłumaczę ci sens tej całej szopki, a resztę przedstawię ci jak wrócę… Święto jest banalne. Obchodzę je sobie, co roku z nowym sąsiadem. Bawimy się dobrze, pijemy sobie, gramy w coś. Ty byłeś wyjątkowo upierdliwy z tymi wierszykami. Szczerze mówiąc to cię nie bardzo lubię i był moment, że chciałem ci po prostu strzelić w łeb, abyś ucichł już na zawsze.

Jarek wzdrygnął się. Przerażenie mieszało się ze zdziwieniem. Jak dotąd wszyscy kochali jego poezję. A najbardziej on sam.

– Jednak uznałem, że martwy mi się nie opłacasz, bo zburzysz cały mój plan. Poza tym, twoje mieszkanko było najładniejsze z tych wszystkich, musiałem je mieć. No i już, można powiedzieć, że mam. Za chwilę będę miał – mówiąc to, sięgną do kieszeni Jarka i wyjął z niej pęk kluczy, przy którym dyndał mały otwieracz do wina. – O proszę, jaki ładny breloczek, a jaki praktyczny! – ucieszył się. – No, i plan jest ogólnie taki, że jestem królem i tworzę swe królestwo. Nie znam się na budowie, więc nie mogę od nowa postawić swego zamku. Ale ten blok w którym się znajdujemy, jest całkiem, całkiem. Dlatego też po kolei, z roku na rok przyłączam sobie kolejną komnatę. Kolejne mieszkanie. Zostało już tylko kilka. Wkrótce mój zamek będzie kompletny! Będę mieć swój wielki, piękny pałac!

Jarek uznał, że chyba alkohol tak go zmroczył, że takie głupoty widzi. A może czegoś się naćpał? Nie pamiętał. Ból głowy mówił mu, że jednak jest trzeźwy. To Zbychu zwariował. Nieistotne. Nie miał teraz wyjścia, musiał dalej słuchać tego bełkotu. Choć zastanawiał się, po co on tu jest? Przecież nawet jeśli to co tu się dzieje jest prawdą, to po co on ich tu trzyma? Jeśli chce odebrać ich mieszkania, to po jaką cholerę zamykać ich w piwnicy, dokarmiać, zajmować się nimi? Nie łatwiej ich po prostu zabić?

– A, zapomniałbym! Robert, zapomniałeś mi tu podpisać rachuneczek. – Podszedł z plikiem kartek, podał  mu długopis i czekał aż ten posłusznie złoży podpis w wyznaczonym miejscu.

Ach tak, no przecież. Wszelkie formalności, rachunki, opłaty… No i przecież znajomi, rodzina. Wszystkie te sprawy trzeba było jakoś załatwiać. Pewnie wysyła do nich maile, albo nawet listy. Wymyśla, że są na wakacjach, że kto inny podlewa kwiatki i zajmuje się domem na czas nieobecności. Jedna wielka ściema. Co za psychol! Swoją drogą to godne podziwu. Tyle czasu, tyle lat, a nikt nawet nie podejrzewał, że ten przemiły mężczyzna robi coś takiego. Nikomu przez myśl nie przeszło, że obecnym właścicielem czy raczej użytkownikiem większości mieszkań jest ta sama osoba. Pytanie tylko, jak długo to potrwa? Ile będą tu siedzieć? Kiedy Zbyszek popełni błąd? Kiedy wydarzy się coś, co ich ocali?

Dziesięć lat później i kilkadziesiąt osób w piwnicy więcej, na osiedlu „Beztroski uśmieszek” rozległ się potężny huk. To z bloku naprzeciwko wystrzeliła kula armatnia i uderzyła w zamek króla Zbyszka. Kolejne leciały w jego kierunku. W tym przypadku nawet fosa, którą wykopał dawno temu, nie była w stanie ich uchronić.

– Arghhhh! – krzyczał Bogdan, stojący na balkonie w bloku nieopodal. – Gińcie! Arghhhh! – Na jego ramieniu siedziała kolorowa papuga. Jedno oko miał zasłonięte czarną opaską, przez co słabo widział i miał problem z wyczuwaniem odległości. Ale zdobycie drugiego statku było teraz dla niego priorytetem, więc strzelał dalej, co chwilę popijając z butelki rum. Był szczęśliwy. Od wielu lat przejmował mieszkania sąsiadów, aby mieć swój wymarzony statek. Zawsze chciał zostać piratem, w końcu udało mu się! Wiele musiał poświęcić, dużo się napracował dbając o tych wszystkich ludzi, którzy teraz wyszli spod pokładu (piwnicy) i zaczęli wbiegać na balkony, gdzie czekały przygotowane armaty. Strzelali, aby pokonać wroga w statku obok.

Z tym, że ów statek, statkiem nie był, tylko zamkiem. Zamkiem, pełnym rycerzy, których w tym właśnie momencie, w chwili zagrożenia, król Zbyszek wypuścił z lochów (piwnicy), aby pomogli mu odeprzeć atak. Szło im całkiem nieźle. Z początku obawiał się, że nie będą chcieli mu pomóc. Jak widać nie docenił wielkiej mocy syndromu sztokholmskiego – obecnie najpotężniejszej broni zarówno jego, jak i jego przeciwnika. Walczyli zawzięcie. Pomimo iż żyli w różnych epokach, używali innej broni, walka była wyrównana. Mimo świadomości, że pewnie zginą, bawili się wyśmienicie, gdyż robili coś, o czym marzyli od zawsze. Zdobyć drugie królestwo, drugi statek. Trwałoby to dłużej, niestety, obok było kolejne osiedle. Nowiutkie, piękniutkie. Dzieło dewelopera, który zawsze ogradza swe śliczniutkie bloki płotkiem, aby mieszkańcy czuli się jak zwierzęta zamknięte w zoo. I ci mieszkańcy faktycznie czasem zachowują się jak zwierzęta, co też zrobili i tym razem. Zazdroszcząc dobrej zabawy, zadzwonili na policję, aby ta rozgoniła towarzystwo. I faktycznie tak też się stało.

Jaki z tego morał?

„Syndrom sztokholmski sprzyja dobrej zabawie, a zawiść i zazdrość nie”. Tak powiedział Jasiu, bawiący się w psychologa, molestującego swą młodszą siostrę. Już od dawna wiedział, że gdy dorośnie, zabije swego ojca, aby mieć matkę wyłącznie dla siebie. Ale do rzeczy. Miał być morał, a nie teksty gówniarza z kompleksem Edypa… Morał jest taki, że sąsiadom nie można ufać. Nawet w dniu ich święta. W sumie w każdym innym dniu także. I w zasadzie to nie tylko sąsiadom. Tak naprawdę, to nikomu nie można ufać. Jedynie swojej wyobraźni. Wyobraźnia jest bardzo ważna. Bardzo ważna. Bardzo. A przynajmniej tak powiedział mój sąsiad Filip, rozbierając w myślach sklepikarkę i…

Może lepiej nie dokończę. Bo sąsiad nie byłby zadowolony, gdyby jego żona dowiedziała się, co tam robi na dole. Szczególnie dziś, w dniu takiego święta. Ups. Chyba już wie, bo słyszę wybuchy pistoletów laserowych za ścianą. Zawsze lepsze to, niż rzucanie talerzami. Szkoda talerzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: