polskie centrum bizarro

„Turkusowe Gacie” by Istvan Vizvary

In Opowiadania on Czerwiec 24, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtSprawy garderoby są dla niektórych ważniejsze niż dla innych, ale ci niektórzy nadrabiają za tych innych, przejmując się zagadnieniami z zakresu faszyn nie tylko nadmiernie, ale i niepomiernie. Paskud ma z tym problem, bo on chciałby być bardziej stylowy, ale z racji tego, że jest istnieniem głównie głowowym, zostały mu tylko szlafmyce w awangardowych kolorach z kutasikami i hipsterskie monokle o różnej grubości oprawkach.

Opętanie modą to jedno, zaś namiętne oglądanie żywych wieszaków na ciuchy obnoszących po wybiegu swą anoreksję, to drugie. Choć może prowadzić w niezdrowe rejony mentalne, istnieją znacznie gorsze sytuacje garderobiane…

O przerażającym momencie, kiedy krzyk mody zaczyna głośno domagać się uwagi, opowie wam dziś Istvan Vizvary. Pamiętajcie, uważnie dokonujcie zakupów w szmateksach!

h

Turkusowe Gacie

h

Antoni Wydra kupił turkusowe gacie za siedem dych na targu staroci. Wiedział, że muszą być niesamowite, skoro kosztują dziesięć razy więcej niż stara szczoteczka do zębów bez włosia albo sweter z brakującym rękawem (czy może kamizelka z nadmiarowym). Dlatego nie wahał się ani chwili i spędził wieczór opijając z kolegami nowy nabytek.
– Gdzie, do kurwy nędzy, są moje gacie? – wychrypiał zaspany Wydra następnego ranka, usiłując wymacać porozrzucane wokół pryczy ubrania.
– Tutaj, kochanie – odezwał się słodki niczym syrop fruktozowo-glukozowy, kobiecy głos.
Antoni zacisnął powieki, policzył do tyłu od siedmiu do trzech i zapytał:
– To ty, Szarlota?
Grzegorz Jabłkiewicz (pseudonim Szarlota) był jedyną osobą we wsi, która dysponowała trzyoktawowym głosem. Pasjami zwracał się do sprzedawczyń w sklepie GS falsetem, który brały (słusznie zresztą) za drwiny z ich piskliwych głosików i w odwecie żądały okazania dowodu, jeśli akurat chciał kupić piwo.
– Nie, skarbie. To ja, twoje gacie. – Soczysty, barwny sopran spinto zdecydowanie nie mógł należeć do Jabłkiewicza. – Leżę na zimnym kaloryferze. Może byś mnie ogrzał troszkę? Najchętniej przeszłabym się na spacer i rozprostowała trochę kolana.
Wydra zerwał się na równe nogi, rzucił biegiem do łazienki i wsadził rudy łeb pod strumień lodowato zimnej wody. Odczekał, aż zniknie typowe dla niedzielnego poranka dzwonienie w uszach i skrzypienie stawu skroniowo–żuchwowego lewego. Stuknął się dla pewności otwartą dłonią w otwory uszne i kiedy był już pewien, że wszystko, co słyszy, dochodzi ze świata zewnętrznego, zawołał:
– Gacie!
– Słucham, kotku? – odezwało się śpiewnie spod okna. – Idziemy?
Od razu przypomniało się Wydrze, że kiedy jego ojciec zaczął słyszeć głosy, zostały mu już tylko trzy tygodnie życia, które zakończył skacząc do studni, byle tylko uwolnić się od zrzędzenia swojej teściowej, która – jakby nie było – zmarła sześć lat wcześniej.
– Idziemy – jęknął zrezygnowany Antoni Wydra. – Pokażę ci okolicę.
– Ale nie zamierzasz założyć do mnie tej odrażającej koszuli w kratę, pyszczku? – strwożyły się gacie, jednak Wydra zignorował pytanie. Zakasał tylko rękawy i zabrał się za wciąganie na tyłek nowego, gadającego nabytku. Ale się chłopaki zdziwią, pomyślał i zachichotał. Szykowała się niesamowita niedziela.
– Posłuchaj, gacie – zagaił, kiedy szli do szosy. – Wypiorę cię w jakimś fajnym proszku, tylko nie odzywaj się bez pytania, dobrze?
– Jak sobie życzysz, pączusiu. Kupisz mi jakiś mięciutki płynik?
– Tak, i wyprasuję – rzucił lekkomyślnie i poczuł, jak spodnie zaciskają się na jego pośladkach na chwilę. – Co to było?
– Dreszcz mnie przeszedł na myśl o żelazku. Masz takie z wytryskiem pary, pysiaczku?
Wydra nie zdążył zastanowić się, jaki konkretnie wytrysk miały na myśli gacie, gdyż na horyzoncie (czyli trzy domy dalej) ujrzał Szarlotę, którego godzinę wcześniej podejrzewał o przesiadywanie pod swoim łóżkiem.
– Tosiu! – wykrzyknął Jabłkiewicz nazbyt czule, jak to przy niedzieli. – Czemu masz na sobie tak zajebiście niebieskie gacie!?
– Turkusowe – rozległo się agresywne warknięcie.
– Czy mnie się zdaje, Tosiu, czy zostałeś dupomówcą? – Szarlota przeszedł na drwiący falset.
Wydra aż oblał się rumieńcem, który postronnym obserwatorom zdawał się docierać wyłącznie do kołnierzyka kraciastej, flanelowej koszuli, naprawdę sięgał jednak aż po fałdę na pępku.
– Nic się nie tłumacz, ja wszystko rozumiem. – Szarlota przybrał troskliwy, braterski ton. – Nadchodzi w końcu ten moment, kiedy człowiekowi nie starcza monolog i trzeba z kimś inteligentnym porozmawiać. Dupa jest wtedy doskonałym partnerem.
Tego było już gaciom dość. Zbyt wiele razy nazwano je wulgarnym określeniem ich ulubionej części ciała. Gwałtowny skurcz nogawki zmusił prawą nogę Antoniego Wydry do mimowolnego wyprowadzenia kopa wycelowanego prosto w jądra Jabłkiewicza.
– Uch – zdążył tylko jęknąć Szarlota, zanim zwalił się ciężko na bruk. Wydra usiłował się schylić, żeby pomóc koledze, ale gacie boleśnie upiły go w pasie i zmusiły do pozostania w pozycji wyprostowanej.
– Zostaw go, cukiereczku. Niech trochę pocierpi, chyba cię nie docenia – szepnęły gacie i czule zacisnęły się na męskości Antoniego. Ten, zupełnie bezwiednie, pogłaskał się po pośladku, czy może raczej po gaciach. Tak czy inaczej, westchnęły lubieżnie i popchnęły go serią delikatnych skurczów w kierunku sklepu GS.
Niedzielny, trzygodzinny dyżur miała akurat Małorzata Uderz, na którą wszyscy mówili „Jebnij”. Kiedy nie słyszała, oczywiście. Do niej zwracali się po prostu „Ślicznotko”, prawdopodobnie z racji pozostałości po operacji usunięcia zajęczej wargi. Wykonał ją pijany anestezjolog, który miał dyżur akurat tego dnia, kiedy Uderz się urodziła, bez zajęczej wargi zresztą.
Wydra stanął w drzwiach sklepu i ze słabo skrywanym obrzydzeniem spojrzał na sprzedawczynię.
– Piwo – rzucił, a po chwili, kiedy wtaszczyła swoje sto dwanaście kilo na stołek, żeby sięgnąć jedną z ostatnich butelek, dodał: – mocne.
Uderz z głuchym stęknięciem wróciła na podłogę i schyliła się do lodówki po butelkę Mocnego Kętrzyńskiego. Antoni przyzwyczajony był do widoku iście hotentockiego zadu Uderz, dlatego zdziwiło go uczucie drętwienia części ciała, która reagowała tak raczej w obecności szczuplejszych i subtelniej pachnących przedstawicielek przeciwnej płci. Przekrzywił z zaciekawieniem głowę i pomyślał, że chyba zaczyna się starzeć.
– Proszę. – Potniejąca z wolna butelka wylądowała na kontuarze pokrytym wieloletnimi pokładami muszego guana i zwyczajnego sklepowego brudu.
– Dziękuję – odparły gacie, a Uderz wybałuszyła intensywnie bursztynowe, kocie oczy na Wydrę. Nawet Słoik, ślepy sklepowy kundel, przebudził się i, przekrzywiwszy w zdziwieniu łeb, zaczął głośno węszyć. – Masz wspaniałą dupę, maleńka.
Sprzedawczyni spąsowiała i przełknęła głośno ślinę. Antoni nie mógł mieć świadomości, że gacie sprawiły właśnie pierwszy w życiu komplement nieoficjalnej mistrzyni świata w masturbacji długodystansowej, którą Uderz uprawiała wyłącznie z konieczności, nie znalazłszy w całym swoim czterdziestoletnim życiu amatora na skryte głęboko pod sklepowym fartuchem wdzięki. Jej oszpecona głębokimi bliznami twarz odstraszała nawet najbardziej odurzonych etanolem i opioidami miłośników przygodnych kontaktów seksualnych, którzy zjeżdżali co sobotę z okolicy na dyskotekę w remizie.
– Idziemy … – wyszeptała i spłoniła się jeszcze bardziej. Przymknęła oczy i, zaczerpnąwszy głęboki haust powietrza, dokończyła ledwo słyszalnym dyszkantem – … do ciebie? Mógłbyś się jej przyjrzeć z bliska.
Ręka Wydry zastygła w połowie drogi do szyjki butelki. Zamrugał nerwowo, jak gdyby wpadło mu coś do oka i rozejrzał się podejrzliwie wkoło. Gdyby jego koledzy usłyszeli, a potem rozgłosili treść tej krępującej, acz w perwersyjny sposób podniecającej rozmowy, do szczętu zrujnowaliby mu reputację!
– Schowam twarz w poduszce – nieśmiało dodała Uderz i zaniosła się płaczem. – Jestem taka szczęśliwa, że to właśnie ty!
– Chodźmy, cipeczko – rzuciły ostentacyjnie pozbawionym emocji głosem gacie i pociągnęły Wydrę w kierunku wyjścia, obdarzając serią pieszczotliwych obkurczeń jego pośladki i genitalia. – Mam nadzieję, że się dziś umyłaś.
Uderz tylko mruknęła przeciągle i zaskakująco sprawnie przeskoczyła przez kontuar. Zajęczał żałośnie pod jej ciężarem, ale wytrzymał.
Uderz była pierwszą kobietą, która zaproponowała mu pójście do łóżka, do tego w sposób, jaki znał jedynie z filmów i krew uderzyła mu dość intensywnie do głowy. Dlatego nie pomyślał nawet, że ktoś mógłby zobaczyć razem na ulicy.
Droga zajęła dłużące się w kwadranse sześć minut.
– Opuść rozporek – zakomenderowały gacie, kiedy zamknęły się wreszcie za nimi drzwi zapuszczonego domostwa Wydry, a Uderz oparła się biustem o ścianę, skrywając oszpeconą twarz w długich włosach.
– Twój podniecony głos tak bardzo mnie podnieca – wyszeptała ekspedientka, rozpinając powoli suwak tanich, lycrowych dżinsów w rozmiarze XXXL. – Słyszę tak wyraźnie, że przestajesz nad sobą panować.
– Do ciebie mówiłam, Wydra – rzuciły spodnie, zaciskając boleśnie nogawki na łydkach Antoniego. Ten, zahipnotyzowany zupełnie niezrozumiałą sceną, posłusznie wypełnił polecenie. Dreszcz przebiegł wzdłuż podwójnych szwów gaci, kiedy obły wisiorek suwaka osiągnął swój cel. – A teraz do góry. I potem znowu w dół.
– Mam go tak w tę i z powrotem suwać? – szepnął Antoni, zbaraniały na widok różowego paska, który nikł pomiędzy obnażonymi, gigantycznymi pośladkami ekspedientki. Skojarzyły mu się ze świńskim zadem i z kompletnie niezrozumiałych powodów podekscytowały.
– Tak, w górę i w dół! Tylko mocniej, łechtaczki nie da się tak łatwo oberwać!
– Kimkolwiek jesteś, Antoni, pragnę cię – wyjęczała Uderz. – Zawsze marzyłam o kimś tak troskliwym i dominującym. Weź mnie! Teraz!
– Dobra, wyskakuj ze mnie – warknęły gacie. Wydra posłusznie zaczął ściągać spodnie. Ekspedientka też zastygła pod ścianą.
– Przecież jeszcze na ciebie nie weszłam, Tosiu ¬– szepnęła.
– Nie ty, cipciu – powiedziały gacie. – Jak on mnie zdejmie, ty mnie załóż. Dowiesz się, co to orgazm.
– Ja cie nie rozumiem, Tosiu. To ty chcesz mnie, czy jednak nie? – spytała Uderz bezbarwnym nagle i pozbawionym radości głosem.
– On ciebie po prostu chce, a ja pragnę cię nad życie, dupeńko. Wsuń się w turkus – lubieżnym tonem odpowiedziały gacie, które zrezygnowany Wydra podał sprzedawczyni.
– Ale ja sie nie zmieszczę. To są rurki – zaoponowała nieśmiało.
– Nie gadaj, tylko włóż mnie, pizdeńko! ¬Razem odlecimy do nieba. A Ty, Wydra, zrób drinka!
Ogłupiały do reszty gospodarz przez chwilę przyglądał się, jak Uderz posłusznie wbija się jakimś cudem w turkusowe, wąskie gacie, ale pogoniony agresywnym warknięciem, ruszył do kredensu, w którym trzymał karton z sokiem i spirytus. Kiedy wrócił z kuchni z wysoką szklanką wypełnioną mętną cieczą o barwie nadgniłej brzoskwini i lodem, ekspedientka leżała na łóżku zaciekle podciągając i opuszczając suwak z intensywnością, która zabiłaby już dawno każdy plastikowy, chiński rozporek, a jednak turkusowym gaciom nie czyniąc żadnej krzywdy. Wielorybie ciało przechodziły raz po raz dreszcze, które zdawały się mieć źródło w nogawkach i stamtąd rozchodziły się, wprowadzając w falowanie wszystkie fałdy i bukłaki Małgorzaty Uderz.
– Tak, tak, tak! – jęczała ekspedientka, a dłoń jej zmieniła się w oczach Wydry w zamazaną, beżowo-różowawą wstęgę. – Kocham was, spodenki!
– I ja ciebie kocham, świneczko! – odpowiedział zdławiony, czuły szept.
Wydra wychylił drinka duszkiem i odwrócił się na pięcie. Chyba nie był tam potrzebny.
Gdzieś w oddali rozbrzmiały kościelne dzwony. Zapowiadała się niesamowita niedziela.

h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: