polskie centrum bizarro

„Srundial” by Dominik Derkacz

In Opowiadania on Lipiec 11, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtW Afryce mamy epidemię gorączki krwotocznej, w Polsce jak na razie tylko gorączki piłkarskiej. Ludzie zamiast zażywać snu wpatrują się w ekrany telewizorów jak cielaki w malowane wrota. Choć nasza reprezentacja na szczęście pozostała w domowych pieleszach, to i tak piłka jest jedna, bramki są dwie, a nieudolnych sędziów od… pi… pi… Cóż, i tak miliony lubią to oglądać.

Dominik Derkacz, nawiązując nieco do niedawnej aneksji Krymu i separatystycznych zapędów niektórych Ukraińców o dziwnie rosyjsko brzmiących nazwiskach, kreśli przed nami wizję historii alternatywnej, w której krakowscy piłkarze grają na mundialu. Oj, i to jak grają! Napomknę jedynie, że ich selekcjoner pił wódkę z Wiktorem Frankensteinem, który po cichu zdradził mu kilka ze swoich sekretnych trików…

Reszty dowiecie się sami. Zapraszamy do lektury!

h

Srundial

h

– Wielka radość! Niespodziewanym zwycięzcą dwudziestych rozgrywek mistrzostw świata w piłce nocnej została reprezentacja nowo utworzonego państewka – Rzeczpospolitej Krakowskiej – zagrzmiał komentator sportowy w jednym z wielu języków, które aktualnie zdominowały Brazylię. Wszystkie kamery i obiektywy lustrzanek cyfrowych były skierowane na zastygłą w bezruchu drużynę zombie. Najchętniej fotografowany był kapitan drużyny z różową emo-grzywką, trzymający puchar. Jedyny szkoleniowiec tej osobliwej, aczkolwiek zwycięskiej drużyny, latał w kółko po boisku, skacząc, robiąc fikołki, wykonując gwiazdy i krzycząc z radości. Nikt nie filmował przegranej drużyny, która nieco dalej leżała rozszarpana na murawie. No ale przecież w telewizji nikt nie chciałby oglądać twarzy wygiętych w grymasach bólu i strachu, a tym bardziej wywleczonych wnętrzności. Nie byłoby to poprawne politycznie. Ta nagość…

WCZEŚNIEJ

Populacja Krakowa, mająca dość bycia częścią Polski, postanowiła się odłączyć i zostać zaanektowana przez Austrię, już planującą cichą inwazję na Czechy i dalszą ekspansję, aby przywrócić wielkie cesarstwo Austro-Węgierskie. Tak więc na mapie Polski powstała oto wyrwa – zniknęło całe województwo Małopolskie, które od tamtego dnia zwało się Rzeczpospolitą Krakowską.

Władysław Grzędowicz, zapalony fan piłki nożnej sprzed telewizora, z puszką piwa w ręce, a także emerytowany, nigdy niedoceniony nauczyciel techniki i informatyki z liceum, postanowił zrobić coś dla swojej nowej ojczyzny. Zbliżał się kolejny Mundial – niech świat dowie się, że krakusy to nie tylko znakomici artyści, ale i też nie w ciemię bici piłkarze. Jak postanowił, tak zrobił. Na początek wziął nieodłączny atrybut każdego krakowianina – maczetę – i poszedł na przystanek autobusowy. Na samochód nie było go stać, a przecież jakoś musiał dostać się do swojego laboratorium mieszczącego się daleko stąd. Droga na przystanek nie była bezpieczna. No jak to w gąszczu blokowisk Nowej Huty. Chwilę po wyjściu z klatki został zatrzymany przez dwójkę łysych dresów, którzy będąc w szczerzej trosce, zapytali Władka, czy ma jakiś problem. Mężczyzna nie wiedząc, czy oferują pomoc czy wpierdol, wolał nie odpowiadać. Pierwszemu odciął głowę, a drugiego wypatroszył. Wyminął ich ciała i ruszył przed siebie. Dzieci będą miały się czym bawić. Z głowy będą mogły zrobić piłkę i trochę pokopać. W końcu sport to zdrowie, a nuż wreszcie doczekamy się krakowskiego Messiego albo Ronaldo. Autobus, jak zwykle o tej porze, był zatłoczony przez ludzi wracających z pracy. Oczywiście, każdy z nich miał maczetę. Niektórzy, chcący być hipsterami, bądź też czuć się bardziej „cool”  posiadali miecze samurajskie. Tak, odkąd Kraków odłączył się od Polski zmienił nieco prawo i teraz każdy mógł nosić przy sobie białą broń w celach ewentualnej samoobrony. Koniec z debilnymi przepisami o granicach obrony koniecznej! Jeżeli ktoś się zaatakuje, masz prawo go poszatkować i dodać do dietetycznej sałatki! Jednakże nic nie może się równać z darmową komunikacją miejską i hiper nowoczesnymi autobusami i tramwajami, które nigdy się nie spóźniały. Odkąd Kraków zalał świat obwarzankami, stał się najbogatszym krajem na świecie, zapewniającym swoim obywatelom mnóstwo przywilejów. W końcu Włodek dotarł do ciasnego, blaszanego garażu, który był jego laboratorium. Zamknął się od środka, rozsiadł w ledwo trzymającym się, wyblakłym, czerwonym fotelu. Oparł łokcie o boki, a podbródek o złączone palce i patrząc na zagracone pomieszczenie, myślał, co tu zrobić. Potrzebował drużyny silnej, lepszej od innych, niesamowitej. Zwycięskiej. Ale jak? Skąd wziąć takich zawodników, jeśli żył w kraju maczet, obwarzanków, artystów, ludzi wielbiących wielkie pogrzeby i smoka wawelskiego? Jasne, młodzież trenowała piłkę nożną, ale dzieci za słabe, za młode i w ogóle nijakie. Potrzeba rzeczy, jakich jeszcze nikt nie widział. Władek spuścił głowę. Jego wzrok przykuł nagłówek starej, pożółkłej już gazety, informujący o śmierci znanego piłkarza. I wtedy, w głowie mężczyzny zaczął rodzić się pewien pomysł.   Emeryt bardzo szybko opracował i udoskonalił plan, który zrodził się w jego głowie. Nie przejmował się, że będzie działać w granicach prawa, ani też tym, że jeśli jego prace zostaną odkryte przed czasem, spotka się z ostracyzmem społecznym. Chcąc ziścić swoje marzenia, Władek musiał przede wszystkim przenieść swoje laboratorium w dużo większe miejsce, w dodatku jeszcze bardziej oddalone od miasta. I musiał je znaleźć sam. Nie mógł przecież umieścić ogłoszenia na Gumtree, o treści: „Szukam dużej powierzchni do wynajęcia, w której będę mógł ożywiać umarłych”. A poza tym, nie miał zamiaru płacić za wynajem. Po wielu dniach ciężkich i czasochłonnych poszukiwań, wreszcie znalazł dwupiętrowy, opuszczony magazyn ukryty w gęstych zaroślach. Nie chcąc tracić więcej czasu, Władek od razu zaczął przeprowadzkę z garażu do nowego lokum. Już czuł ogromne podekscytowanie, choć droga do celu była jeszcze daleka. Po przewiezieniu wszystkich gratów niebieskim autobusem MPK, plany weszły w fazę drugą – przygotowanie laboratorium do pracy. Ten etap miał zabrać zdecydowanie więcej czasu, niż pierwszy. Władek musiał zespawać, skleić i połączyć wszystkie narzędzia i instrumenty, którymi miał zamiar się posługiwać. Dobrze wiedział, co jest mu potrzebne. Te wszystkie wieczory przed telewizorem, w czasie których namiętnie oglądał filmy o Frankensteinie, nie pójdą na marne. Trzy miesiące zeszły, nim wszystko przygotował. A pracował bez wytchnienia. Niemalże zamieszkał w laboratorium, by nie tracić czasu na dojazdy z mieszkania. Niestety, nie wszystko dało zrobić się ze złomu – na przykład prądu. Dlatego też musiał ukraść agregaty prądotwórcze. Przecież nie będzie płacił elektrowni horrendalnych cen za podpięcie prądu w opuszczonym budynku, który dodatkowo zajął nielegalnie. To nie miałoby najmniejszego sensu. Gdy faza druga była gotowa, przeszła w trzecią – w pozyskiwanie zwłok. Na szczęście, w Krakowie było wiele cmentarzy, choć nie każdy nadawał się do wykopywania ciał. To, co robił Władek, ciężko nazwać ekshumacją, bo w końcu ta wymaga papierologii. W tym przypadku, można rzec, że odważny naukowiec był hieną cmentarną, bezczeszczącą groby i zmarłych. Ale przecież robił to w wyższym celu. Gdy Rzeczpospolita Krakowska zdobędzie puchar mistrzostw świata, żadna z rodzin nie będzie mieć żalu o zdewastowanie grobu ukochanego, zmarłego krewnego. Władkowi chodziło przede wszystkim o świeże trupy odziane jeszcze w skórę, a nie wysuszone kości. Z uwagą zaczął śledzić nekrologii. To fakt, był trochę wybredny, ale przecież nie weźmie na napastnika staruszki, która wiele lat chodziła zgarbiona o lasce. Nauczycielowi zależało na trupach w przedziale od dwudziestu do pięćdziesięciu lat, które w drodze przywracania do życia, miały zostać trochę podrasowane. Około miesiąca zajęło mu zgromadzenie jedenastu ciał. Przeważały głównie bardzo młode osobniki, które zginęły w wyniku brawurowej jazdy na motocyklach, w maczetowych starciach, bądź same ze sobą skończyły. Jak na przykład ten koleś z różową emo-grzywką. Władek podejrzewał, że był innej orientacji, niż być powinien, ale ważne by grał. Było też tutaj ciało kobiety. Mężczyzna miał nadzieję, że nie będzie przez to problemu z zakwalifikowaniem się do turnieju. W razie problemów, coś się wymyśli. Na przykład zmieni jej płeć. Władek ostro zabrał się do pracy. Roboty miał mnóstwo, a czasu coraz mniej. Ożywienie drużyny, to nie koniec – trzeba ją jeszcze wyszkolić. Ciął, zszywał, montował, ulepszał. Czasami coś się udało, czasami spieprzyło. Ale Krakus potrafi. Władek był tak bardzo zdeterminowany, że żadne przeszkody i niepowodzenia go nie zniechęcały. Pewnego razu  zdarzyło się, że pracując późną nocą, naszły Władka dzieciaki, które upatrzyły sobie jego laboratorium na miejsce do melanżu. Lekko wstawieni gówniarze, jeszcze z ciepłymi dowodami osobistymi, gdy tylko zobaczyli Włodzimierza i jego przyjaciół, od razu wpadli na pomysł, by zniszczyć to wszystko. Dzielny naukowiec nie zamierzał oddawać, ot tak, dzieła swojego życia. Wziął więc maczetę i poszedł w bój. Pokonanie czwórki młodzieńców poszło mu szybko i sprawnie. Władek miał szczęście, bo choć pijani, z maczetami w takiej grupie nadal stanowili zagrożenie. Gdy walka dobiegła końca, mężczyzna ucieszył się, że przybyły mu cztery dodatkowe ciała, które mógł wykorzystać w razie nagłego wypadku.   Po wielu miesiącach nieustającej pracy, drużyna była gotowa. Władek wprowadził do ciał wiele innowacyjnych poprawek. Umocnił je poprzez częściowe obudowanie ich zewnętrznym szkieletem. Najważniejszy element stanowił czytnik kart pamięci, zainstalowany w głowie każdego z piłkarzy. Na kartach były zapisane zasady grania w piłkę nożną i taktyki, używane w przeszłości przez inne zespoły. W ten sposób Władek kontrolował też stwory poprzez aplikację „Zombie Control 2014” (sam ją napisał) zainstalowaną na swoim smartphonie. Między innymi, posiadała ona na samej górze czerwony pasek – guzik, który po wciśnięciu wyzwalał w zombie rządzę mięsa i krwi. Jedynie dzięki temu urządzeniu można było ją kontrolować. Krakowski doktor Frankenstein z dumą patrzył na swoje dzieło. Pedał za życia, pedał po śmierci, tak określił chłopaczka z emo-grzywką, którego uczynił kapitanem. Był tu także lekarz ginekologii, kobieta sędzia, sprzedawca kebabów, kanar bez pracy i inni. Władek traktował ich jak dzieci. Zaczął ich kochać. Czuł ogromną dumę, choć nie mógł rozmawiać z podopiecznymi, bo ci wydawali z siebie tylko dźwięki typu „ghrrr”, „ghuuu”, „breee”, no i nie byli zbyt wylewni, jeśli chodzi o uczucia, ani też inteligentni. Grzędowicz przygotował zombie najdogodniejsze miejsce do mieszkania, jakie tylko mógł stworzyć, na drugim piętrze budynku. Tam też, na prowizorycznym boisku, trenował przyszłą chlubę narodu. Raz szło lepiej, raz gorzej, a czasami w ogóle tragicznie. Prawdziwym wyzwaniem było jednak karmienie zombiaków. Nie był w stanie dostarczać im cały czas ludzkiego mięsa, więc idąc po kosztach, nauczył je jeść to z Biednej. Choć na początku wybrzydzały, głód zmusił je do konsumpcji. Pas nadal trzeba było zaciskać. Z czasem, ku zdziwieniu Włodzimierza, gdy mówił zombie, że wychodzi, te pokazywały emocje zbliżone do smutku. Naukowca to wzruszyło. Aż mu się łezka w oku zakręciła. Moje dzieci, myślał z czułością.   Na miesiąc przed rozpoczęciem mundialu, drużyna została skompletowana. Ale zaraz. Miesiąc przed igrzyskami, to chyba trochę za późno, by wziąć w nich udział, czyż nie? Dla Władka nie stanowiło to problemu – jego drużyna jest tak wyjątkowa, że nagną wszystkie zasady. Grzedowicz sfotografował i sfilmował swoją drużynę ze wszystkich stron, sklecił list do Platiniego łamaną angielszczyzną i wysłał do FIFy, mając nadzieję, że odczytają go czym prędzej. A czekając na odpowiedź od nich, Włodzimierz popędził do pałacu Wielkopolskich, prosić prezydenta, by ten uznał jego zespół za reprezentantów kraju. Od razu dostał audiencję. Podekscytowany naukowiec szedł więc długim, zielonym holem, podłoga skrzypiała pod jego stopami, a poprzedni prezydenci Krakowa patrzyli na niego z olejnych płócien obrazów. W końcu wszedł do gabinetu. Prezydent siedział za zagraconym biurkiem, dzierżąc koronę i berło. Włodzimierz niemalże zemdlał. Taka osobistość! Pan i władca rodu Kraka. Zasiadł naukowiec przed obliczem najwyższym i wyłożył swoją sprawę. Nim skończył mówić,  była załatwiona. Tydzień później otrzymał telefon od samego Platiniego. Serce Władka zabiło mocniej, dłonie się spociły, a głos zadrżał. Michelin był zachwycony niecodzienną drużyną, która mogła zostać kurą znoszącą złote jaja. Mimo wszystko, miał dla Krakusa złe wieści – było już za późno. Mężczyzna się zirytował. Nigdy nie jest za późno. Pogroził więc, że jeśli jego drużyna nie zostanie włączona do rozgrywek, zaskarży FIFę w Hadze za rasizm i brak tolerancji. Szef najważniejszej organizacji piłkarskiej na świecie zbladł jak płótno i od razu zgodził się włączyć Rzeczpospolitą Krakowską do mistrzostw. Obiecał również, że FIFA pokryje wszystkie koszty transportu, zakwaterowania w pięciogwiazdkowym hotelu i innych zachcianek. Władek się ucieszył, wylewnie podziękował i obaj mężczyźni rozłączyli się w zgodzie. Mężczyzna był zachwycony – załatwił więcej, niż myślał. Był pewien, że będzie musiał wziąć potężny kredyt na podróż i że będą mieszkać w jakimś rozpadającym się hostelu na końcu miasta. Czasami los się uśmiecha. Po drugiej stronie Platini też był zachwycony i już zacierał ręce na nadchodzące zyski. Gdy tylko noga Grzędowicza postanie w Rio de Janerio, da mu do podpisania umowę, w której Michelin figuruje jako menadżer i z tego tytułu należy mu się dziewięćdziesiąt procent zysków.   Do czasu wylotu do Brazylii, zombie miały wolne od treningów, ale to nie oznaczało, że nic nie robiły. Teraz był czas na reklamy, promocje i prezentacje na Rynku Głównym, czemu osobiście patronował prezydent. Mieszkańcy byli oczarowani, telewizja non-stop filmowała, Władek nie mógł znaleźć czasu na kolejne wywiady, a przecież nie przyjechała jeszcze zagraniczna prasa. Ta zjawiła się w dwa dni później. Na płycie rynku zrobiło się tak tłoczno, że wszystko musiano przenieść na Błonia. Cały świat już wiedział o niesamowitej reprezentacji Rzeczpospolitej Krakowskiej. Władysław Grzędowicz stał się celebrytą z dnia na dzień. Już nawet jedno z wydawnictw proponowało mu pół milionową zaliczkę za napisanie autobiografii. Ale Władek odpowiedział, że musi się zastanowić. O czym niby miałby pisać? Drużyna była tłumnie żegnana na lotnisku w Balicach i tak samo witana po lądowaniu w Rio de Janerio. A że Brazylijczycy serca i entuzjazm mają gorące, to się działo. Wszędzie nad bezpieczeństwem czuwały kordony policji. Każdy chciał dostać autograf od Władka i każdego z członków drużyny. Selekcjoner z chęcią rozdawał podpisy, jego podopieczni nie, bo nie umieli pisać. Reprezentacja Rzeczpospolitej Krakowskiej miała grać dopiero na trzeci dzień po rozpoczęciu Mundialu. Dzień ten od razu został okrzyknięty najbardziej wyczekiwanym dniem w historii piłki nożnej. Rekordowa liczba widzów zgromadzonych przed telewizorami, ekranami komputerów, wyświetlaczami smartphonów, w barach, w pubach i ogródkach piwnych. Wszyscy z niecierpliwością czekali, by zobaczyć tą niezwykłą drużynę. Najbardziej podnieceni byli krakowscy przedsiębiorcy. Spodziewali się, że po zakończonym Mundialu, każdy, kto tylko będzie mógł, przyleci do Krakowa, aby zobaczyć rodzinne miasto tego niecodziennego zespołu. W końcu się zaczęło. Reprezentacja Krakowa miała szczęście, że Hejnał Mariacki nie posiada słów, bo nie byliby w stanie śpiewać. Francja, z którą Krakowianom przyszło walczyć, czuła się niezwykle skonfundowana. Absolutnie nie wiedzieli czego się spodziewać. Dlaczego to akurat na nich musiało paść, żeby grać z tym czymś jako pierwsi? Może to już czas, na wyciągnięcie białej flagi? Kapitanowie drużyn zajęli swoje pozycje. Koleś z emo-grzywką nawet nie walczył o piłkę, gdy rozległ się gwizdek sędziego. Żadne z zombich się nie ruszyło. Francuzi wszystkie wyminęli i strzelili gola, którego bramkarz i tak nie bronił. Gwizdy niezadowolenia przetoczyły się przez cały stadion i świat. Można się było tego spodziewać. Krakowski selekcjoner, który w samotności siedział na ławce rezerwowych, ocknął się. Przecież zapomniał włączyć aplikację. Parę sekund i było po problemie. Zawodnicy od razu się ożywili i jak lwy rzucili do gry. Francuzi nie mogli ich powstrzymać. Byli faulowani, lecz sędzia nie reagował. Platini zabronił karania kartkami reprezentacji Rzeczpospolitej Krakowskiej, w celu uniknięcia posądzenia o rasizm, brak tolerancji i dyskryminację. Selekcjoner Francji szalał z wściekłości. Nawet świeżo upieczone bagietki z serkiem, które co chwila przegryzał, nie były w stanie go uspokoić. Zdarzyło się nawet, że emo-pedał chwycił Francuskiego piłkarza i rozerwał go na pół jak kartkę papieru. Tu zdecydowanie powinna być czerwona kartka, ale jej nie było. Mecz zakończył się wynikiem 23:1. Francuzi zeszli z boiska rozbici i to dosłownie. Służby porządkowe od razu ruszyły na murawę, by posprzątać resztki reprezentacji francuskiej. Zombie skakały z radości, tak samo jak kibice, którzy byli oczarowani techniką i kwintesencją gry. Czegoś takiego brakowało w piłce od wielu, wielu lat. Brawo. Ole, ole, ole, oleeee… Drużyna szła przez mistrzostwa jak kosa, pozostawiając po sobie boiska uściełane szczątkami i walającymi się wszędzie wnętrznościami, ku uciesze widzów. Jej mecze były gorąco komentowane przez wszystkie stacje na całym świecie, a niektóre drużyny, chcąc przeżyć oddawały zwycięstwo walkowerem. Koszulki ze smokiem wawelskim, trzymającym w pysku obwarzanka i dzierżącym maczetę, stały się zwiastunem znoju, nieszczęścia i śmierci.

DZIEŃ ZWYCIĘSTWA

Drużyna stała w stanie spoczynku, będąc nieustannie fotografowaną i filmowaną. Komentatorzy strzępili języki, tłum szalał z radości i wiwatował. Selekcjoner Brazylii klęczał na murawie i płakał rozpaczliwie, zaś ci, którzy mieli szczęście i pozostali na ławce rezerwowych, siedzieli w kompletnej ciszy i osłupieniu. Władek latał po boisku jak szalony. Wyciągnął z kieszeni smartphona, by tchnąć trochę życia w zespół, ale przez przypadek nacisnął czerwony przycisk. Chciał natychmiast naprawić swój błąd, jednak padła bateria, a on sam w tym momencie poślizgnął się na czyiś jelitach i nabił  twarzą na wystające żebra jednego z zawodników. Silnie drgał w konwulsjach. Zespół medyków rzucił się na pomoc, niestety, stale ślizgali się na zalegających na murawie wnętrznościach, co chwila się wywracając. Kapitan Rzeczpospolitej Krakowskiej rzucił się na najbliżej stojącego osobnika, powalił go i wgryzł się w wnętrzności. Za nim do finalnego ataku przystąpiła reszta drużyny.

h
h
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: