polskie centrum bizarro

„kotku, jestem w ogniu” – recenzja by Marek Grzywacz

In Patronat, Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Lipiec 15, 2014 at 6:00 am

logo recaZ ogniem podobno nie należy igrać. Żywioł to paskudny (nie obrażając naszej maskotki i przywódcy w jednym) i dosyć gorący, przez co łatwo z jego pomocą coś zjarać, a przy niepomyślnym przebiegu zdarzenia nawet i siebie. Ale ogniste mogą być różne rzeczy, nie tylko płomienie. A znany i lubiany pisarz z naszego biz-kręgu (niespecjalnie podziemnego, ale i tak fajnego), Dawid zwany Kainem, popełnił ognistą książkę, której nie wypada nie obadać, a wychodzi jeszcze w tym miesiącu nakładem wydawnictwa Genius Creations. Tytuł też jakby w temacie, bo zwie się owo dzieło literackie kotku, jestem w ogniu.

Do przybliżenia wam tej pozycji zapalił się Marek Grzywacz i nie był to zapał słomiany, albowiem poniżej znajdziecie całkiem wyczerpującą recenzję. Także zapraszamy was do zapoznania się z nią (a potem i z najnowszą powieścią Dawida), zanim ktoś zauważy, że na tyle się wypaliliśmy, iż znowu uskuteczniamy badziewne językowe gierki ledwo pasujące do tematu.

h

Dawid Kain, kotku, jestem w ogniu

– recenzja

h

Wspomnieć o tym, że Dawid Kain oddala się od horroru, byłoby powtarzaniem tej prawdy za wszystkimi, w sumie nawet za samym autorem – tyleż mało zasadnym, że jak się uprzeć, to horroru w czystym, a nawet w mniej czystym tego słowa znaczeniu nigdy on nie popełnił. Można jednak powiedzieć, że kotku, jestem w ogniu nie da się już nijak pod kategorię grozy podciągnąć, chociaż w najnowszej powieści Dawida nawiązania do grozy jak najbardziej się znajdą. Rzuciłoby się hasło bizarro fiction i jest może w tym krztynka sensu, bo na pierwszy rzut oka nie ma tu dużo eksperymentu z formą i samą materią słowa pisanego, a wszelkie dziwności i surrealizmy przeniesiono do wymiaru świata przedstawionego. No właśnie, pierwszy rzut oka to pierwszych parę rozdziałów, ale dalej… Lecz na pewno jest to literatura rozrywkowa, w jaskrawym kontraście do w zasadzie wszystkich poprzednich powieści autora, bowiem czytając tamte przy odpowiednim humorze można się było nieźle zdołować. Jakim hasełkiem opisać więc tę nową? Fantastyczna komedia nawiązań z tłem lekko egzystencjalnym. Voilà. Sprawę durnego szufladkowania mamy już za sobą, przejdźmy do faktów.

Edward Egan – ochrzczony w obrządku Kościoła Burroughsa mieszkaniec miasta Postmoderna, parający się kupczeniem książkami wywołującymi w czytających narkotyczne jazdy – ma problemy. Jego adekwatny do środowiska i religii chaotyczno-używkowo-imprezowy styl bycia sprawia, że nagle budzi się z całkowitą pustką w głowie w świątyni czcicieli Samuela Becketta, gdzie tylko smród, ubóstwo, kiła i mogiła. W dodatku zaraz pojawia się pewien karzeł, który nakazuje skacowanemu protagoniście znaleźć jakiś Raport, jednocześnie… lejąc mu na buty. Tak oto Edward, po zebraniu się do niezbyt składnej kupy, rusza w odyseję po świecie, w którym literatura ma najwyższe znaczenie, poszukując czegoś, o czym nie wie i co może w ogóle nie istnieć…

Wróćmy do wstępu, a właściwie do wspomnianego w nim świata przedstawionego. Dawid zawsze tworzył alternatywne rzeczywistości, lecz zazwyczaj bazujące na ekstremalnym rozwinięciu smutnych i strasznych elementów naszej. Ta jest jednak bardzo inna od poprzednich, nadal trochę znajoma i nieco przytłaczająca, ale przede wszystkim uderzająca radosną, satyryczną pomysłowością kreacji. Wszystko w niej jest oparte na kulcie konsumpcji literatury – bez której mieszkańcom krainy stworzonej przez Kaina ciężko w ogóle przeżyć – na założeniu, że literatura, niska czy wysoka, to najbardziej serious business ze wszystkich, podstawa społeczeństwa. Ludzie oddają pisarzom należną bóstwom cześć, grupują się w kasty pod kątem literackich zainteresowań i osiągnięć – przez co mieszkańcy Postmoderny to zaćpani wyrzutkowie na granicy szaleństwa, a najbardziej wychwalani prozaicy mieszkają w niebotycznych wieżach w rajskim Wzdychowie; każdy aspekt życia odnosi się mniej lub bardziej do słowa pisanego. Obejmuje to zarówno estetyczną część kreacji – dzielnica mętnych fantastów i horrorystów prezentuje się jak mokry sen Tima Burtona, a miejsca przeznaczone dla twórców romansów jak wyuzdany seks-klub dla kucyków Pony (takie różowe i pluszowe…) – ale i mechanizmy rządzące światem przedstawionym, których już nie wypada ilustrować przykładami, bo Dawid rozkręca się z idei na ideę i szkoda psuć zaskoczenia. W trakcie lektury, w miarę tego rozkręcania się autora właśnie, wpadło mi do głowy porównanie, że wyzyskał on literaturę i całą otoczkę związaną z pisaniem, czytaniem i wydawaniem do tworzenia świata w podobny sposób, w jaki niejaki Tim Schafer utkał z heavy metalu i wszystkiego, co się wokół niego kręci rzeczywistość swojej gry Brütal Legend (wiem, porównanie dalekie i dziwne, może wpłynęła na nie muzyka, którą akurat miałem na słuchawkach podczas lektury). Czyli jest fajnie. Trzeba wspomnieć, że charakter społeczeństwa przedstawionego w kotku, jestem w ogniu sprawia, że do języka postaci (nie tylko dialogów, ale też opisów, bo Edward jest także narratorem) wkradają się kalki z różnych dzieł prozy i poezji, a także określenia bazujące na terminologii okołoliterackiej, ale dostosowane do zupełnie innego kontekstu – proste przykłady to fakt, że popularne przekleństwo na „j” oraz jego wariacje tu zmieniają się w „justowany”, a szukający psychodelicznej fazy mogą się „uczytać twardą lekturą” i mieć po niej dobry trip. Dlatego o ile na początku język jest zaskakująco prosty i tylko z rzadka pojawia się typowy dla Dawida strumień buzujących przemyśleń bohatera, to wraz ze zwiedzaniem literackiej krainy nawarstwia się na nim coraz więcej fragmentów naśladujących różne konwencje gatunkowe (od poezji do lovecraftowskiej grozy) i specyficzne dla jakiegoś światka sposoby wysławiania się (kapitalne są np. fragmenty pisane językiem poświęconych pisaniu forów internetowych), przez co w ostatecznym rozrachunku wychodzi, że językowo kotku, jestem w ogniu jest nawet bardziej eksperymentalna niż poprzednie powieści Kaina (stąd odpada klasyfikowanie jako bizarro, bo ten nurt niespecjalnie się lubi z wyginaniem warstwy językowej).

Co powinno być oczywiste, wszelkie powyższe elementy są mocno nasycone humorem – czarnym, groteskowym, absurdalnym, niepokornym, czasem rubasznym, słowem takim, jaki autor zawsze prezentował – jest to zdecydowanie powieść przede wszystkim śmieszna. A że tematem jest literatura, Dawid rozdaje także wszelakie kuksańce wycelowane w branżę, w której przyszło mu jako pisarzowi egzystować. Dość ostro naśmiewa się z nastawienia debiutantów czy internetowych pisarczyków – ktoś się na pewno obrazi– ale i z parcia na masowe bestsellery, z nieuczciwych praktyk wydawców, z walk między miłośnikami rzeczy ambitnych i pop-litu, z fanów, z ekscentrycznych pisarzy. W zasadzie obśmiewa wszystko, zdrowo i w swoim własnym stylu. Humorowi podporządkowany jest też w dużej mierze festiwal nawiązań kulturowych, do których Kain miał zawsze skłonność i upychał je nie tylko na zasadzie napomknięć, ale i w strukturę samego utworu – tutaj, ze względu na obecność literatury jako centralnego tematu, jest tego znacznie, niepomiernie wręcz więcej, są mocniej wszyte w strukturę i sama zabawa w ich śledzenie sprawia sporo radochy. Wydaje się, że najmniej istotną rolę gra w tym wszystkim fabuła – ot, przez większość czasu bohater snuje się za ciągle umykającym Raportem, poruszając się tak, jak wskaże mu każda następna napotkana po drodze dziwna postać. Nie jest jednak tak, że intryga to pretekst, choć trzeba połknąć całość, żeby to docenić. Fabuła jest ciekawie zapętlona, czytelnik ma czego dociekać, sam dostrzegłem przynajmniej kilka możliwości interpretacji. Zaskakująco wprowadzona końcówka robi się zaś bardzo mroczna (egzystencjalne dylematy bohatera, umiejętnie wplatane w pozornie beztroską zabawę światem, wracają z ogromną siłą), ze świetnym, iście cornenbergowsko-kafkowskim sznytem jednego z ostatnich rozdziałów włącznie.

Powieść Kaina, oprócz drobniejszych mankamentów na granicy czepialstwa (niektóre fragmenty, w których Edward za bardzo zapędza się w introspekcji, mogłyby być krótsze, bo odrobinę spowalniają akcję), może mieć jeden poważny problem – problem z odbiorcą. Mimo że, utrzymuję tę opinię nadal, to bardzo dobra literatura rozrywkowa, jej hermetyczność może obracać się przeciwko niej (a rozrywkowość odstręczać tych przesadnie nastawionych na ambitne poszukiwania). Jest bardzo autotematyczna – w dwójnasób. Wyjątkowo dużo w niej samego autora i nawiązań do jego poprzednich dzieł (bezpośrednich, ale i tematycznych – świat dostosowany do konwencji literackich przypomina trochę mikropowieść Dziwna Strona Miasta ze zbioru Makabreski, pojawiający się prędko wątek wirusowego języka kojarzy się odrobinę z Punktem Wyjścia) oraz do najważniejszych inspiracji i ulubionych twórców (ewidentne, jak ktoś trochę lepiej zna gusta Kaina). Można wręcz odnieść wrażenie, że kotku, jestem w ogniu podsumowuje jakoś dotychczasowe działania autora, jednocześnie wytyczając nową ścieżkę, prowadzącą poza szeroko pojętą fantastykę. Drugi poziom autotematyczności to skupienie się właśnie na środowisku miłośników i twórców literatury. Nie każdy musi się interesować niuansami tegoż czy problemami, które gryzą pisarzy, i choć każdy może się pośmiać choćby z wymyślnych tytułów fikcyjnych książek czy biografii fikcyjnych autorów przewijających się przez całą powieść, to długie odloty oparte na House of Leaves czy rozbudowane prztyczki w kierunku Davida Fostera Wallace’a już nie będą tak łatwo docierały do wszystkich, bo do pośmiania się dzięki nim potrzeba wiedzy i zakręcenia na punkcie literatury. Trzeba mieć jednak nadzieję, że książka nie odbije się przez to od odbiorców (nie przesadzajmy, czytelnicy to inteligentne bestie) i trafi do jak największego ich grona. Bo generalnie na to zasługuje – sprytna, zabawna, precyzyjnie skonstruowana z imponującej mnogości elementów, z pazurem, niejednoznaczna… Czego chcieć więcej? Kolejna dobra solowa powieść Kaina, choć wyraźnie inna.

Dawid+Kain+-+Kotku+jestem+w+ogniu+-+v.0.75a

Wczesny projekt okładki (może ulec zmianie)

h
Advertisements
  1. […] jestem w ogniu”, możecie już zamawiać w przedsprzedaży. Na naszych łamach książkę zrecenzował ostatnio Marek […]

  2. […] Zapraszamy do lektury całej recenzji, która znajduje się tutaj. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: