polskie centrum bizarro

„Sokowirówka” by Maciej Bachorski

In Opowiadania on Lipiec 29, 2014 at 6:00 am

niedobreliterkitxtPomysłowość ludzka, tak jak wszechświat, nie ma granic. Zwłaszcza, jeśli chodzi o kwestię przeżycia, potrafimy być niezwykle kreatywni. Paskud na ten przykład wsadza sobie rurę jednym końcem do tyłka, a drugim do ust i robi za samowystarczalne perpetuum mobile.

Bohaterowie opowiadania Macieja Bachorskiego również znaleźli sposób na przekształcenie swojej okolicy w samowystarczalną fabrykę. Na czym ta samowystarczalność polega? Przeczytajcie, a się dowiecie. Tylko nie zgubcie się w zawartej w tekście intrydze. I uważajcie na wilki…

h

Sokowirówka

h

Helikopter osiadł miękko na lądowisku. Hałas rotorów maszyny przycichł i Harvey Stanton zszedł powoli po metalowych schodkach. Zaczesane do tyłu, kruczoczarne włosy i opinający smukłą sylwetkę elegancki mundur z posrebrzanymi elementami sprawiały, że mężczyzna wyglądał co najwyżej na trzydziestolatka. W rzeczywistości dwa miesiące wcześniej stuknęło mu czterdzieści sześć wiosen.

Z radością powitał powrót do Faktorii Siódmej. W przeciwieństwie do innych zbudowano ją na wzór dawnego Auschwitz-Birkenau z tymi samymi drewnianymi barakami, dodając jedynie budynek medyczny i laboratorium. Na tle ostatnich szalonych lat, to przywiązanie do tradycji Harvey uważał za dobrą monetę.

W powietrzu unosiła się znajoma, ostra woń środka odrobaczającego, wymieszana z typowym dla faktorii smrodem fekaliów i niemytych ciał. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca, przy rozpalonych już reflektorach, odczuwalne było rozprężenie po kolejnym dniu pracy i przy odrobinie wyobraźni miejsce mogłoby uchodzić nawet za urokliwe.

Na lądowisku czekały na niego trzy osoby. Harvey domyślił się, że to sztab główny Faktorii, rozpoznając w mężczyźnie o aparycji niebezpiecznie przypominającej Alberta Einsteina, naczelnika Konopiewskiego. Była tam również niewysoka, młoda kobieta o kasztanowych włosach zaciętym wyrazie twarzy, a także jakiś młodzieniec w okrągłych okularach, bez przerwy nerwowo przebierający dłońmi.

Kiedy zbliżył się do nich, wykrzyknęli jednocześnie:

– Śmierć TechnoZjebom!

– Śmierć – rzucił od niechcenia w odpowiedzi.

Młodzieniec w okularach, blady jak ściana, wystąpił dwa kroki naprzód.

– W imieniu Sztabu Generalnego Faktorii Siódmej chciałbym powitać Wielkiego Audytora Zjednoczonego Królestwa Naturalistów Naznaczonego Orderem Kontroli Wszechwładnego Ypsilon w… eee, Faktorii Siódmej?

Wszystko to wyrzucił z siebie jednym tchem. Harvey uniósł brew.

– Konopiewski – zwrócił się do naczelnika – powiedz mi, czy pomyliłem adresy? Jeszcze niedawno chyba znajdował się tu obóz dla więźniów, ale zdaje się, że ktoś przekształcił go w psychiatryk?

Mężczyzna zaczerwienił się jak dojrzały pomidor.

– Ser? Ależ nie, ser! – wykrzyknął, ale naraz spochmurniał. – Oczywiście ser… Przepraszam ser.

Po tych słowach wyjął z kieszeni mały, sprężynowy pistolet, przystawił go do głowy młodzieńca i pociągnął za spust. Fontanna krwi, strzaskanych kości i strzępków mózgu obryzgała stojącą obok niego kobietę. Nie drgnęła choćby o milimetr, wciąż z tym samym wyrazem twarzy przyglądając się Audytorowi.

– W porządku – odezwał się Harvey, nie zwracając na nią uwagi. – Zaprowadźcie mnie do pokoju. Jestem zmęczony i chcę zjeść cokolwiek przed snem. Cuda o których pieją w innych Faktoriach, pokażecie mi jutro.

Naczelnik uśmiechnął się przymilnie.

– Oczywiście ser. Przygotowaliśmy wszystko na pański przyjazd. Przy okazji, chciałbym przedstawić doktor Holubnikovą. – Wskazał na kobietę. Audytor musiał przyznać, że nawet obryzgana kawałkami mózgu tego młodego półgłówka, wyglądała zjawiskowo. – Jest naszą zakładową panią doktor, a przy okazji przyrządza wyśmienite…

– Nie interesuje mnie to, Konopiewski  – przerwał mu Harvey – i jeszcze jedno. To całe „ser” zostaw dla generała, jeśli wydam pozytywną opinię.

***

Pokój przypominał bardziej królewski apartament, niż standard do którego Harvey przywykł objeżdżając pozostałe obozy. Znalazło się w nim miejsce dla wielkiego łoża z baldachimem, mahoniowego biurka ze stosami dokumentów kontrolnych i umeblowania wypełnionego kunsztowną zastawą. Na przeciwległej do łoża ścianie zawieszony został pięćdziesięciocalowy telewizor, pozostałe ozdabiały trofea łowieckie: poroże jelenia, wypchany jastrząb, sterczące genitalia słonia.

Stara dobra Faktoria, pomyślał Harvey, dłubiąc wykałaczką w zębach. Jakiś kawałek mięsa z kolacji utkwił mu w szczelinie między piątką i szóstką i nie miał zamiaru wyjść. Harvey wiercił wykałaczką tak zawzięcie, że poczuł smak krwi. Bolało jak diabli.

– Niech to cholera! – Cisnął ją w końcu na podłogę i opadł zrezygnowany na łóżko.

Wilk od początku był i jest nadal obecny w ludzkiej kulturze. Na ogół w kontekście negatywnym, jako drapieżca, zabójca lub wcielone zło, wzbudzające powszechny lęk.

Na ekranie stalowoszary samiec Canis lupus rozszarpywał młodego jelenia, który odłączył się od rodziców i pechowo przybłąkał się na teren łowiecki drapieżnika. Posoka tryskała na boki, gdy zwierzę kręciło łbem, usiłując oderwać kawał mięsa.

Harvey uśmiechnął się z satysfakcją. Lubił tak o sobie myśleć – jak o drapieżniku. Wiedział, że kiedy przyjeżdża na kontrolę, wszyscy srają w gacie byle mu się przypodobać. Na pięćdziesiąt audytów w ciągu roku, pozytywnie opiniował raptem  trzy. Ypsilon taki schemat się podobał. Dysponowali wystarczającymi zasobami, żeby wymieniać personel na zawołanie. Zresztą i tak mieli wobec niego dług wdzięczności.

Jeszcze zanim wybudowali Faktorie i zrobili go Wielkim Audytorem, był Nowy Jork. A przed Nowym Jorkiem rebelia.

Zgodnie z przewidywaniami Ypsilon, technowszczepy nie okazały się takim zbawieniem ludzkości jak powszechnie uważano. Owszem, modyfikowały strukturę DNA zgodnie z założeniami, ale przy okazji kosztowały tyle co produkcja średniej wielkości samolotu. Kiedy więc na czarnym rynku pojawiły się pierwsze brudne odmiany pluskw, a kongres przyjął ustawę o restrykcjach wobec nieautoryzowanych modyfikacji, biedniejsze masy społeczeństwa wznieciły bunt.

Naturaliści nie mieli najmniejszych szans w walce przeciw wspomaganymi wszczepami żołnierzom. Rosnąca w siłę armia TechnoZjebów przetaczała się przez kolejne stany, finalnie okopując się w Nowym Jorku, skąd mogła kontrolować większość produkcji pluskw.

Harvey odsiadywał wtedy wyrok w więzieniu stanowym Indianapolis. Weteran trzech wojen, ze stu pięćdziesięcioma latami kary za bestialstwo wobec jeńców. Przegrywający z kretesem Naturaliści potrzebowali kogoś takiego jak on. Kogoś, kto nie będzie bał się pociągnąć za spust.

Kiedy okazało się, że Nowy Jork jest stracony, Ypsilon doradziło zbombardowanie miasta, ale w obawie przed reakcją reszty świata, generalicja Naturalistów wolała by sytuacja trwała w impasie. Przynajmniej dopóki nie pojawił się Harvey ze swoją propozycją.

I tak, świat obiegła wiadomość o zbuntowanym dowódcy, odpalającym dziesiątki rakiet w stronę miasta. Nowy Jork zniknął z powierzchni ziemi, grzebiąc pod gruzem pięćdziesięciotysięczną armię TechnoZjebów i ponad osiem milionów niewinnych obywateli.

To był punkt zwrotny wojny.

Krótko po tym Ypsilon ogłosiło, że udało im się złamać kod brudnych pluskw, umożliwiający wyłapywanie niedobitek rebelianckiej armii, a Harvey pod nowym nazwiskiem przeszedł pod skrzydła korporacji.

W końcu ktoś musiał zająć się cholernymi TechnoZjebami jak należy.

Wilk jest w stanie w dobę pokonać dystans kilkudziesięciu kilometrów. Z kolei w poszukiwaniu partnerki samiec potrafi w ciągu dwóch tygodni przebyć ich nawet sześćset.

Drapieżnik spoglądał wprost na niego. Harvey uwielbiał ten moment. Jakby zwierzę wiedziało, że siedzi tutaj, po drugiej stronie ekranu. Mógłby przysiąc, że w jego ziejących czernią źrenicach dostrzega własną duszę.

Poczuł jak jego męskość twardnieje. Wilk nie odrywał od niego wzroku, gdy zajął się rozporkiem. Następnie mężczyzna wsunął dłoń do bokserek i zaczął wykonywać nią rytmiczne ruchy. Nie potrzebował wiele czasu. Zanim ciepłe nasienie rozlało się po udach, zdążył wyobrazić sobie jak wchodzi brutalnie w doktor Holubnikovą, bezczeszcząc jej wilgotną, różowiutką świątynię rozkoszy.

On sam. Wilk.

***

Słońce wisiało jeszcze nisko nad horyzontem, kiedy z rozwieszonych po całym obozie megafonów popłynęły pierwsze takty I’ll be there for you, autorstwa The Rembrandts.

– Tańczymy! Klaszczemy! – komenderował przy rechocie podziwiających przedstawienie strażników, uśmiechnięty od ucha do ucha Harvey.

Stał na drewnianym podwyższeniu razem z naczelnikiem i jego nowym adiutantem, wierną kopią poprzednika. Nic nie sprawiało mu takiej radości o poranku, jak widok dwudziestu wychudzonych, ludzkich powłok, rozedrganych w żałosnej imitacji tańca. Nastrój miał tak dobry, że zapomniał nawet o rwącym bólu zęba.

Nagle jeden z TechoZjebów zatrzymał się. Wyglądał tak samo jak inni – ze zasznurowanymi metalowymi nićmi ustami, pokryty kurzem i niezliczoną ilością strupów, wokół których wykwitały różne stadia gangreny. Audytor przekrzywił głowę i przyglądał mu się z zaciekawieniem, gdy wydobywając z siebie jakieś dzikie odgłosy, mężczyzna ruszył w stronę podwyższenia.

Nie zdążył przebyć choćby połowy dystansu, kiedy z grupki strażników wyskoczył jakiś mięśniak i kolbą karabinu zdzielił go w wyłysiałą głowę. Więzień upadł na ziemię brocząc krwią, a żołnierz zamierzył się już do kolejnego ciosu, kiedy Audytor uniósł dłoń.

– Zostaw – polecił.

Muzyka ucichła. Chwiejąc się, mężczyzna powoli wstał.

– Co chcesz powiedzieć?

Naczelnik spojrzał na Harveya z przestrachem.

– Ależ panie, on nie…

– Czy ja cię o coś pytałem, Konopiewski?  – wycedził Audytor i zwrócił się ponownie do roztrzęsionej karykatury człowieka: – Mów.

TechnoZjeb próbował rozewrzeć usta, ale bezskutecznie. W końcu wydał z siebie gardłowy jęk, wymachując ręką to na naczelnika, to Harveya. Z zionących przerażeniem oczu na policzki pooranej bruzdami twarzy potoczyły się wielkie łzy.

Harvey skrzywił się z niesmakiem. Tak nie powinno być. Ypsilon zarzekało się, że pranie mózgu jest skuteczne, ale ten tutaj wyraźnie go zapamiętał. Tyle dobrego, że przynajmniej szwaczki nie zawiodły i chcąc nie chcąc, gość milczał jak zaklęty. Postanowił jednak, że kiedy tylko wróci do dowództwa, natychmiast złoży raport.

– Obetnijcie mu dłonie, żeby nie wymachiwał nimi, gdzie popadnie. – Zadecydował w końcu, po czym przeszył naczelnika lodowatym spojrzeniem. – Lepiej  żeby ten wasz rewolucyjny wynalazek wypadł lepiej niż wizja lokalna, Konopiewski.

***

– To sokowirówka – powiedziała z dumą doktor Holubnikova.

Dzieciak mógł mieć najwyżej dwanaście lat. Zrobiono z niego rozpięty na kształt litery X, rozpruty od gardła do krocza, żywy ludzki eksponat. W usta, nos, otwory po gałkach ocznych i uszy wetknięto różnej grubości przewody, nieustannie wprowadzające do organizmu jakieś substancje.

Pomimo porażającego bólu, jaki musiał odczuwać, chłopak pozostawał całkowicie nieruchomy. Jedynie praca narządów wewnętrznych przypominała, że wciąż żyje. Harvey podziwiał falujące w klatce piersiowej serce, patrzył zafascynowany na perystaltykę jelit.

– Niesamowite – mruknął – doprawdy niesamowite. Jak to działa?

– Ludzki metabolizm daje nam ogrom możliwości – uśmiechnęła się doktor. – Nasi laboranci opracowali szereg stymulantów, które w połączeniu z określonymi produktami żywieniowymi dają zadziwiające efekty.

– Rozumiem. – Harvey pokiwał głową. – A jak pobieracie te… efekty?

– Wszystko zaprojektowała za nas natura, setki tysięcy lat temu.

Podeszła do urządzenia, przypominającego wyglądem automat do prania i wystukała sekwencję przycisków. Wetknięte w otwory ciała rurki natychmiast wypełniły się ciemnym płynem, ciało nieszczęśnika zadygotało.

Następnie wzięła w dłoń penisa chłopca i zaczęła go pieścić, aż stanął.

– Niech pan mi poda swoją szklankę! – krzyknęła po chwili.

Harvey mechanicznie wyciągnął przed siebie rękę, całkowicie oniemiały. Istotnie, przed wejściem do sali jeden z laborantów wcisnął mu naczynie do rąk i od tego momentu Audytor zastanawiał się po jaką cholerę…

W tej samej chwili fallus eksplodował, wypełniając je w kilka sekund.

– Proszę. – Kobieta oddała szklankę Audytorowi.

– Co to jest?

Substancja wewnątrz była czarna niczym noc i miała gęstą konsystencję. Śmierdziała prawie jak…

– Ropa naftowa – powiedziała Holubnikova, uprzedzając jego myśli.

Audytor pokiwał z uznaniem głową.

– Fascynujące.

– A to ledwie wierzchołek góry lodowej. Tutaj mamy na przykład węgiel brunatny. – Wskazała na umieszczone na wysokości pośladków nieszczęśnika, wypełnione ciemnymi grudkami wiadro.

Odchrząknął.

– Kiedy jesteście w stanie zacząć produkcję na szeroką skalę?

– Już zaczęliśmy. Tak zasilamy całą Faktorię.

***

– Doktor Holubnikova… jestem pod wrażeniem, naprawdę. – Powiedział, kiedy jakiś czas później spacerowali po obozie.

– Natasza, proszę. – Uśmiechnęła się delikatnie.

– Co cię przywiało do takiego miejsca, Nataszo?

– Chęć zemsty – odpowiedziała bez wahania.

Harvey pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Naczelnik powiedział mi, że pochodzisz z Nowego Jorku.

– Z Czech – poprawiła go. – Przeprowadziliśmy się tam z rodzicami i dwiema siostrami, kiedy miałam osiem lat. Tylko ja przeżyłam.

– To co się tam stało, jest niewybaczalne.

– Już dawno się z tym pogodziłam – przyznała. – Ale jeszcze nie ukarałam wszystkich winnych.

– Śmierć TechnoZjebom – wycedził Harvey.

Spojrzała na niego poważnie.

– Śmierć.

***

Stołówkę wypełniał smakowity zapach pieczonej baraniny.

Harvey był zadowolony z przebiegu audytu. Pomimo potknięć, Faktoria funkcjonowała całkiem sprawnie. No i te sokowirówki. Wszystko wskazywało na to, że faktycznie naukowcy dokonali prawdziwego przełomu.

– Jedno mnie zastanawia – powiedział po jakimś czasie, przeżuwając wyborną mielonkę. – Jak usuwacie zwłoki? Nie widziałem do tej pory ani jednego ciała.

– Natasza jest specjalistką w tej dziedzinie – oznajmił z dumą Konopiewski. – Pełna samowystarczalność to nasza dewiza.

Adiutant naczelnika zachichotał.

– To znaczy? – Audytor spojrzał pytająco na Holubnikovą.

– Och, to nic wielkiego. Naczelnik jak zwykle przesadza. – Uśmiechnęła się filuternie. – Zwłoki, fekalia, wymiociny… zwyczajnie wszystko co naturalne, a nie nadaje się do dalszego użytku, zostaje przetworzone ponownie przez nasze sokowirówki i wykorzystane.

Audytor poczuł jak kurczy mu się żołądek.

– Wykorzystane… do czego?

Kobieta odkroiła kawałek pieczeni i wsunęła do ust.

– Smakuje jak prawdziwe mięso, czyż nie?

***

Pieprzeni trupożercy, pomyślał Harvey z trudem opanowując torsje, gdy dotarł do pokoju. Nie będzie pozytywnej opinii. Prędzej wysadzi to miejsce w cholerę, niż pozwoli tym czubkom zajadać się własnym gównem. Szwaczki zamkną im usta na amen, Ypsilon wypierze mózgi i przyśle nowy personel, tak jak za poprzednim razem.

Znów zabolał go ząb.

Do cholery, prawie zapomniał, że w ustach wciąż tkwił mu kawałek tego… czegoś. Tym razem wiercił wykałaczką aż do skutku, nie zwracając uwagi na lejącą się krew. W końcu dopiął swego i kawałek jedzenia wyprysnął mu wprost na dłoń.

To niemożliwe, przemknęło mu przez głowę. Przed oczami miał pluskwę TechnoZjebów. Ale jak się tam znalazła? Przecież cały proces był pod kontrolą Nataszy…

Poczuł, że zbiera mu się na płacz. Jeśli urządzenie zdążyło pobrać materiał genetyczny, baza danych Ypsilon zaklasyfikuje go jako TechnoZjeba. Ale jeśli nie…

W tym samym momencie pluskwa wydała z siebie przeciągły pisk i Harvey zwalił się na podłogę, sparaliżowany od stóp do głowy.

Nagle przypomniał mu się dokument, jaki oglądał pierwszego wieczora w Faktorii.

Nosił wilk razy kilka – jakiś głosik zaśpiewał Wielkiemu Audytorowi wprost do ucha, kiedy żołnierze Ypsilon wyważali drzwi do pokoju. – Ponieśli i wilka.

h
h
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: